Wszystko było już przygotowane. Plecak stał spakowany, wiedziałam, że jeśli następnego dnia nie ruszę się z Meridy to już się nigdy z niej ruszę. Podróż wymaga szybkich i konkretnych decyzji, a z tymi zawsze mam kłopoty. Był plan, że zrobię w Meridzie tygodniowy intensywny kurs hiszpańskiego. Tony zaprosił mnie na ten czas do siebie do domu, okazało się jednak, że dom stoi w górach, pod Meridą. Dość skomplikowane byłyby codzienne dojazdy. Postanowiłam ruszyć dalej. Wieczorem w barze dudniącym od muzyki Doorsów powiedziałam mu, że wyjeżdżam następnego dnia do Maracaibo, w stronę granicy kolumbijskiej. OK – odparł. Okazało się szczęśliwie, że następnego dnia jego przyjaciel-muzyk jedzie grać koncert w Maracaibo. Zabieram się z nimi i na dodatek zaliczę koncert regaee. Toni tez chce jechać. Łamie się. Ma robotę, ale… nigdy w życiu nie był na żadnym koncercie. Grupa ponoć tu bardzo popularna, no cóż, Toni ma się zastanowić. Ja jadę. Z Maracaibo to już rzut beretem do Kolumbii. Z tym jakże wysmakowanym planem położyłam się spać. Rano telefon. Nie ma miejsca w samochodzie, ale możemy razem z Tonim pojechać autobusem na noc. OK. Nie widzę przeszkód. Wpadam do biura.
I słyszę: Słuchaj, muszę cię o coś zapytać. Nie chciałabyś wrócić na Los llanos?
…
..
.
A co z planem?
!!!!!!!
Si. – Jakoś tak bezmyślnie się mi wyrwało.
No to załatwione.
Żadna Kolumbia na razie, ani koncert regaee. Znowu cisza, Świeży Owies czyli Fresca Avena i kilometry pustki!!!
Jak dobrze! Bardzo chciałam wrócić na Los llanos, ale nie da się samemu tak po prostu. A w każdym razie to jest trudne.
Później Tony mówi mi: Od początku chciałem ci to zaproponować, tylko nie wiedziałem jak. A ja od początku chciałam go o to zapytać, tylko nie wiedziałam jak.
Jesteśmy jak żuraw i czapla.
Ruszamy w poniedziałek. Z nami silna, sześcioosobowa grupa turystów.
Wszystko jakby prostsze się tu staje. A gdy mówię Toniemu, że to poco loco (trochę szalone) bo miałam PLAN… Tony mówi:
Zrobisz jak zechcesz. Możesz jechać dalej, ale pamiętaj, że zawsze coś zostawiasz za sobą. Możesz zostać i żyć.
Czy nie o to właśnie chodziło w tej podróży?
Myślę o moich znajomych którzy w niespełna cztery tygodnie „ZROBILI” Argentynę, Chile, Boliwię, Urugwaj i Paragwaj. Szybcy kurna byli. W każdym kraju po kilka dni…
Za chwilę minie miesiąc, a ja wciąż w Wenezueli. Kumpel Toniego zaprosił mnie jutro do swojego dziadka na działkę w góry. Są tam nieopodal Gorące Źródła, pojedziemy do nich konno. Wieczorem dziadek przyrządzi jakąś rybkę. Niedziela na wsi? Leniwa? Niespieszna?
Na to się zanosi.
A kiedy ruszę dalej? Czy w ogóle dojadę kiedykolwiek do Buenos Aires? Dowiemy się w kolejnych odcinkach… ;-)
PS. Szakira została nad Orinoko. Byłam gotowa na czipy w uchu, na tatuaże na psiej piersi, klatki, kwarantanne, szczepienia, niewygody i koszty. Wszystko rozstrzygnął Chavez, który wydał odgórne zarządzenie, że NIE WOLNO TRZYMAĆ PSÓW W HOTELACH. I nie wolno. Howgh. Szakira została nad Orinoko z Jose. Kiedyś ich odwiedzę…
PS.2 Dziennik zamówił megawypaśny reportaż. Tylko KIEDY, no KIEDY ja mam Proszę Państwa się tym niby zająć? ;-)




















Drewniane domy na palach, w których mieszkają Indianie – palafito są mniej trwałe, ale – bardziej praktyczne. Tanie, szybkie w budowie, łatwo postawić nowy dom na palach, gdy burza zniszczy poprzedni. Domy „prawdziwe” to już inna sprawa. Są trwalsze, ale dużo droższe.














RSS - Posts