Make to, co lubisz najbardziej

7 01 2012

Najgorsze co może się zdarzyć osobie piśmiennej to uświadomienie sobie, że na każde bezosobowe, ale wszak nieuchronne pytanie systemu windows: czy chcesz zachować zmiany w pliku? – zawsze odpowiada: NIE.

Tym razem też nie.

A w skrócie: wczoraj żołnierze w górach Sierra Nevada znaleźli i zabili bossa ugrupowania Autodefensa, paramilitares zapowiedzieli odwet i oświadczyli, że każdy, kto otworzy tego dnia warzywniak, restauracje, sklep z butami albo ze spinaczami biurowymi – nieważne z czym tam… – zginie marnie.

No to nie otwieramy. Miasto sparaliżowane. Spadł na nie blady strach. Ludzie boją się, że wszystko wróci. Ja myślę, że nie wróci, nie teraz. Bez sensu przecież atakować wtedy, gdy wróg czuwa a myszy uciekły przed kotem. Przygotują jakiegoś konia trojańskiego, jak nic.

Santa Marta jednak sparaliżowana. Terror strachu. Już drugi dzień siedzimy w domu i szyjemy kolorowe patchworkowe poduszki. Malujemy ściany na biało, a drzwi na błękitno, żeby było naprawdę jak w Casablance. Nie wychodzimy na ulice. Masa ludzi w hotelu, na szczęście sami fajni, słuchamy francuskich coverów Manu Chao i Sjesty Marcina Kydryńskiego, robimy sobie zdjęcia, opowiadamy bajki o innym świecie, zabawiamy małe dzieci, rzucamy zwierzątkom piłeczki, gramy na gitarze i nie wierzymy, że ludzie, którzy na motorach w kominiarkach z bronią w ręku przejechali przed chwilą przed naszym wesołym hostalem i grozili cywilom bronią… no naprawdę STARAMY  SIĘ NIE WIERZYĆ W TO, że oni istnieją naprawdę.

Make love, not war.

A uprzedzając pytania, czy boję się i czy chcę wrócić, odpowiadam: NIE

LULLABY. Mimo wzystko.

Śpij jak najdłużej
Umiem już długość twoich snów
Spij – nim obudzisz się
Zapach twój zapamiętam znów

Póki mogę kłamię i pomijam wilka
Potwór nie jest wrogiem. nie zabija smok
Póki mogę kłamię że czarownic nie ma
Nie obcina palców małym dzieciom nikt

Chciałabym uwierzyć w to co mówię
Zanim wytłumaczę ci zrozumieć
Czemu w życiu jest o wiele gorzej nam

Więc zacznij chodzić
Chociaż wiem że przewrócisz się
Ja zaczaruję świat
Zanim on rozczaruje cię

autor: Anna Saraniecka
kompozytor: Renata Przemyk





Latający prezent

23 12 2011

Niniejszym informuje, od wczoraj do Bogoty można z Warszawy dolecieć z Lufthansą za około 2 tysiące zł (ida i vuelta!). Wszystkim, którzy wybierają się w tym roku do Kolumbii radzę KORZYSTAĆ! Do kwietnia trwa u nas pełnia lata!

No i wesołych świąt Państwu wszystkim Czytającym życzę ;-)!





Bo jeśli odpowiesz na choćby jedno z tych pytań twierdząco…

23 12 2011

„Dla Alsany o różnicy między ludźmi nie stanowił kolor. (…) Prawdziwa różnica miała znacznie bardziej zasadniczy charakter. Tkwiła w ziemi. Była w niebie.  W głębokim przekonaniu Alany można było podzielić całą ludzkość na dwa odrębne obozy, prosząc tylko, by ludzie wypełnili bardzo prostą ankietę (…):

  1. Czy niebo, pod którym śpisz, może się w końcu kiedyś otworzyć?
  2. Czy ziemia, po której chodzisz, może nagle zadrżeć i rozstąpić się pod stopami?
  3. Czy istnieje prawdopodobieństwo (jeśli masz choćby cień podejrzenia, że to możliwe, odpowiedz: tak), że groźna góra, rzucająca cień na twój dom, może kiedyś, ni stąd, ni zowąd wybuchnąć jak wulkan?

 

Bo jeśli opowiesz twierdząco na choćby jedno z tych pytań, będzie to oznaczać, że życie jakie prowadzisz, jest życiem człowieka nocy, godziny czarów. Jest to życie zmienne, niefrasobliwe, banalne, beztroskie, w najgłębszym sensie tego słowa, łatwe do zgubienia, jak breloczek do kluczy albo spinka do włosów. I jest to stan swoistego letargu: dlaczegóż by nie siedzieć cały ranek, cały dzień, cały rok pod tym samym cyprysem, rysując na piasku symbolizującą nieskończoność ósemkę? Więcej, takie życie to katastrofa, to chaos. Bo dlaczegóżby na przykład, ot tak sobie, dla kaprysu, nie obalić rządu, dlaczego by nie oślepić człowieka, którego nienawidzimy, dlaczego nie popaść w obłęd, nie pójść przez miasto, mamrocząc nieprzytomnie, wymachując rękami i rwąc włosy z głowy? Nie ma niczego, co by człowieka powstrzymało, a raczej nic nie mogłoby go powstrzymać. I to jest to. Właśnie to stanowi o różnicy.

 

Ludzie, którzy stąpają twardo po ziemi, pod bezpiecznym niebem nie mają o tym pojęcia, (…), urodzeni w zielonej i miłej krainie, krainie powściągliwości i umiarkowania pozbawieni są podstawowej zdolności do wyobrażenia sobie katastrofy, nawet kiedy jej sprawcą jest człowiek. (…)”

 

Zadie Smith Białe zęby

 

 

 





Dom pełen wiatru

21 12 2011

No dobra, poddaję się. Nie będzie śledzi w tym roku. Szukałam tam, szukałam siam, targi obleciałam, nawet dziś specjalnie wybrałam się do Przybytku Konsumpcji i Dóbr Wszelakich czyli innymi słowy wszechobecnego na świecie francuskiego hipermarketu, którego nazwa zaczyna się na C. Ale i tam ich nie ma. Nie ma. Zero, Nul.  Nosz, w mordę jeża, nigdzie nie ma śledzi! Chyba pozostało mi śmignąć na rafę koralową, może się jakiś mały śledzik gdzieś zaszył? Karpia też jakoś moje bystre oko nie wypatrzyło. Może i lepiej bo nie mam wanny, co ja bym z takim karpiem poczęła?

Nie muszę chyba dodawać że poszukiwań kiszonej kapusty nie rozpoczęłam w ogóle. Co się będę pocić po próżnicy? Nie to nie, łaski bez. Ośmiornica zrobi za karpia, kalmary udawać będą śledzika, co do kapusty jeszcze nie mam pomysłu, pewnie zastąpi ją swojska jarzynowa sałatka, taka co to się ją serwuje u cioci na imieninach.

No i będzie barszcz bo buraki tu mamy i owszem, a i niedrogo stoją.

 

A przecież muszę zrobić miejsce na stole dla kilku potraw innych. Bo my tu w Casablance będziemy mieli bardzo kosmopolityczną Wigilię ponad podziałami. Dania narodowe (twardo zażądałam, że w sumie ma ich być dwanaście, ni mniej, ni więcej) serwować więc będzie Chilijka czyli Awatar, Argentyńczyk urodzony w Szwajcarii czyli Pirat z Karaibów, Francuz Javier, który mieszka z nami od półtora miesiąca i robi… rybki. Rybki Javier wytwarza ze słomek i sprzedaje je na ulicy, taką rybkę sobie można przyczepić fantazyjnie i zawadiacko do kluczy, czy gdzie tam kto potrzebuje…  my – jak nie trudno się domyślić mamy tu całe morze rybek, toniemy w rybkach… wszystko więc pozostaje w wigilijnym i jak najbardziej chrześcijańskim temacie. Dziś dobił do nas wąsaty Austriak i będzie miał za zadanie zrobić moją ulubioną kartoffelsalad, będzie też tłum Kolumbijczyków  więc na pewno spożyjemy pastel de Navidad czyli poczciwy tamales – masa z mąki kukurydzianej wymieszana  z groszkiem, marchewką, ziemniakami, kurczakiem, jajkiem, i czym tam chata bogata. Wszystko to ubija się w jedną paćkę i zawija w liście bananowca, zawiązuje i wrzuca do gara. Będzie też deser z mleka czyli natilla.

Opłatek od Rodziców już przyleciał z Polski, dziś zakupiłam świeczki, Mama w prezencie podesłała piękny obrus, sianka tylko nie mamy. Trzeba będzie mułom podebrać. Jest za to wór od Mikołaja polskich słodyczy. Trzy paczki z Polski hu ha! Niewyobrażalna ilość ptasiego mleczka, michałków, i mieszanki wedlowskiej jak również klasyczny torcik też od pana Wedla już stacjonują w lodówce. Leci jeszcze pośród książek konfitura od Mojej Szanownej Wydawcy. („Ta Wydawca” brzmi chyba lepiej niż „ta Wydawczyni”, co gender na to?).

No to się bezczelnie pochwaliłam prezentami.

Innych nie będzie, kasy nie ma.

Fenomeno de La Ninia, czyli mówiąc krótko: Bladź! Wieje, pada, podtapia, a nawet zatapia. Jak do tej pory w powodziach zginęło 120 osób. U mnie wieje tak, że niech się Boreasz, Eol, Akwilon i nasz swojski Halny razem z nimi – schowają. Drzewiec mruczy mi w nocy nad dachem mocniej niż kot nad uchem. A, to ja wyjaśnię… bo może nie wszyscy wiedzą jeszcze, że w domu oprócz psa, kota, ptaka i paru innych żywotnych mam też drzewo. Duże. Gigantyczne rzekłabym, orzechem zwane. Orzechów jeszcze na nim nie widziałam, ale mamy wszak zimę. Może dojrzeją. Drzewo nie jest w żadnym POBLIŻU domu, ani w ogrodzie ino w samym centrum wydarzeń, na patio, w środku domu. Tak więc Drzewiec szumi, bogowie wiatrów szaleją, a turyści przerażeni zostali w swoich Europach, Amerykach, Azjach.  Pojechali gdzie indziej, gdzie nie pada i nie wieje?

Turystyka w tym roku marnie przędzie.

 

Ale my się nie dajemy. Zaciskamy zęby, mruczymy kocie kołysanki, biegamy po plaży i uszy nam łopoczą na wietrze, pieczemy pyszną pizzę, słuchamy jak wiatr i morze szumi, czekamy…

 

Tymczasem mimochodem i chyłkiem wślizgnęły się nam Święta do kalendarza.

Smutno, że bez Rodziny i bez najbliższych, „ludzi gniazda wspólnego”. Mam jednak nadzieją, że są oni całkowicie przekonani, że pośród mojego wielowątkowego karaibskiego oszołomienia, w tym patchworku z kultur, języków, tradycji, zawsze najważniejsi są Oni.

Jest w moim kraju zwyczaj, że w dzień wigilijny
Przy wzejściu pierwszej gwiazdy
Wieczornej na Niebie
Ludzie gniazda wspólnego łamią
Chleb biblijny
Najtkliwsze przekazując uczucia w tym chlebie

C.K. Norwid





Od portu do portu

5 12 2011

Zycie przynosi niespodzianki. Nie to zeby zaraz nieprzewidziany wuj z przyslowiowej (hehe) Ameryki wyslal mi walizke baksow, nie, niestety nie to…    (nawiasem mowiac – zdaje sie ze teraz to ja jestem ciotka z Ameryki, isn’t it?).

Dzis Ender wyszedl na chwile, coby odebrac swoje pieniadze z agencji podrozy, w ktorej symultanicznie pracuje. Wrocil z dzikiem. Prosze mnie nie pytac, skad go wzial. Opalil raciczki nad gazem i wrzucil dzika do garnka. Zwierze biedne sie dusi teraz w tajemnym sosie, a ja odpoczywam po wczorajszej nocy pelnej wrazen.

Jak Panstwu zapewne juz wiadomo mieszkam w miescie portowym tuz przy morzu, ba! tuz przy porcie. Jest to z jednej strony najstarsza dzielnica Santa Marta (miasta zalozonego w 1525 roku!), przypominajaca z deczka stara odrapana lecz urocza Havane, z drugiej zas strony… no, coz kazdy kij ma dwa konce, a zycie portu jak wyglada – kazdy wie. No moze nie kazdy, ale czytelnicy Bukowskiego i Blais’a Cendrase’a ‘ wiedza bankowo.  (a przeciez tylko OCZYTANE jednostki zagladaja na tego inteligentnego bloga, sziure!). Gdyby przypadkiem ktos jednak nie wiedzial to w porcie marynarze bawia sie. A odkad naczelna burdelmama zajrzala na internet, porzucala pileczke Szakirze i przybila nam piatke – wlasnie tutaj przyprowadza swoich podopiecznych. Oczywiscie zaraz tez zjawiaja sie podopieczne. Burdelmama organizuje marineros wszystko to, czego im trzeba. U nas oznacza to browar, wypas oraz internet (twardo NIE WYNAJMUJEMY pokoi na godziny, zdjelismy tez stary napis Residencia gdyz Residencia w Kolumbii znaczy nic innego, jak burdel. Residencia gringosom kojarzy sie inaczej, ale kto ma wiedziec ten wie. Inna ukryta ksywka burdelu to BAR – zabawic i napic sie tu mozna w dyskotece, clubie salsy, tavernie albo w restauracji. Ten kto idzie do baru, moze liczyc na dziewczyne w pakiecie). Ale ale, wracajac do naszej Nie-Rezydencji CASABLANKI…

Wczoraj zawineli do niej marynarze Wania i Misza – Misza byl w stanie, w ktorym wyartykulowanie zdania podrzednie zlozonego w zadnym jezyku (rowniez w rodzimym) nie wchodzilo w rachube, z Miszy wycisnelam ze jest z Odessy. Wania i Misza zazadali zmiany muzyki – zamarzyly sie im amerykanskie ballady, na stanie mielismy tylko Beatlesow. Nastepnie zazadali pizzy a na wiesc ze musza na nia poczekac 20 minut ich twarze przybraly wyraz jakby Ukraincow duszoszczypatielnost dopadla.  Ale wnet Misza ocknal sie z alkoholowego stuporu i zaintonowal piesn rewolucyjna. Wania sie nie przylaczyl, smutny byl jakis. Burdelmama w ekspresowym tempie zorganizowala towarzystwo dla panow. Dorodne i hoze dziewoje obsiadly stolik jak muchy zgnila gruszke.

Tymczasem drugi stolik zajmowali rezydenci Casablanki: Richard z kalifornijskiej plazy, David z austriackiego Tyrolu oraz moj kumpel Andrea – Wloch z Piemontu. Andrea zapodal Margarithe (pizze, nie tequile), emerytowany Richard wystawil plastikowy baniak wodki, Wania wszczal awanture ze zada slonych orzeszkow, jeb twaja mac, kurwy usmiechaly sie promiennie, a chlopcy z Liverpoolu zaintonowali: Life is life, na na,  na na na!

Dzis przyplywa statek z Chorwacji.





Chcesz rozbawic Pana Boga? Opowiedz Mu o swoich planach

3 12 2011

Dwa lata temu u boku pewnego zabawnego mlodego Francuza przekroczylam granice wenezuelsko-kolumbijska z mocnym postanowieniem, ze opuszcze Kolumbie najszybciej jak bedzie to mozliwe. Zamierzalam smignac do Ekwadoru w dwa tygodnie i nie marudzic zbyt dlugo w najniebezpieczniejszym kraju Ameryki Poludniowej.

Taki byl plan.

No coz, nie wyszlo.





Faceci z jajami i pytanie: jak pozbyc sie PTAKA?

30 11 2011

Tak, tak, zyje, jestem, mozna mnie wreszcie znalezc, namierzyc i spotkac na calle diez con carrera una, hotel Casablanca, zapytac prosze na ulicy o una Polaca i kazdy wskaze droge. Albo o Szakire, bo ona rzadzi ulica (Szakira – suka, nie Szakira – szansonistka!).

O tym co u mnie – nastepnym razem. W skrocie bywa roznie: kwadratowo i podroznie, sie bylo, sie jezdzilo, Kolumbia w te i nazad z sympatyczna Malgosia – pania chirurg ze Slupska roboczo nazwana Doktor Kokaina (koki wprawdzie nie wciagala, jakby pan dyrektor szpitala pytal, ale listki szamala jak krolik salate!), potem doprawdy hardcorowe przezycie – para warszawiakow z dwojka malych dzieci, a co tam! I konie byly i trekking i boskie plaze i pare przygod, wczesniej nawigacja pary lodzkich adwokatow, po drodze zalatwianie wizy (o! i to jest temat na poemat!), wszystko poszlo mniej lub bardziej sprawnie, wpadki byly, potkniecia i piruety tez, ale utrzymalismy sie na kruchym lodzie. Przezylismy i to sie liczy. A wspomnienia beda – mam nadzieje PRZYNAJMNIEJ ciekawe! O czym niebawem DONIOSE, acz nie dzis, bo dzis mnie… PONIOSLO.

I tu bardzo prosze coby wszystkie zagozale globtrotery i viajery, ktore na blogach z podrozy szukaja li i jedynie raportu z zaliczenia kolejnych destynacji tudziez fot na A.wielbladzie, B. sloniu. C. misiu panda czy innym coala,  etc… juz poszly spac i dalej nie czytaly. Bo dzis bedzie … Mniam! Mniam! o STOSUNKACH. Polsko-polskich, damsko-meskich, damsko-damskich, pionowych, poziomych, kto wie? moze nawet uda sie zaliczyc jakis trojkacik?

Wczoraj otoz na GW a konkretnie w WO przeczytalam tekst pt. Wojna domowa. Traktowal on o podziale  obowiazkow w domu, po tym jak urodzi sie dziecko. Przeczytalam, zadumalam sie chwile i wysoko unioslam oczy do nieba! Madre mia! Panie sie martwia, sie nie moga przelamac, sie wstydza, sie krepuja… zeby powiedziec , zeby sie chlop wzial do roboty. No to jak takie z Was dziunie delikatne, to i macie! Gargamel jeden wlezie na piec jak Glupi Jasiu i zapadnie w slodka drzemke, sniac o  niebianskim zastepie hurys, a ty babo – do roboty! Co z tego, ze TEZ pracujesz, co z tego, ze dzieciur Ci ryczy jak zarzynany wieprzek, co z tego, ze drugi fakultet. A po kij ci to! Bachora chcialas – to i masz. I panski krzyz tez masz – na dokladke.

Kult macho. Slowo niefrasobliwie uzywane w Europie na okreslenie silnego faceta, w Kolumbii przez facetow z cojones odmieniane jest niechetnie. (Oczywiscie facet z cojones (jajami) dla mnie to co innego niz dla solarycznej blondi w bialych kozaczkach wyczekujacej na ksiecia w dyskotece Kolorowa pod Malkinia. Dla mnie macho con cojones zajmuje sie domem na rowni ze mna, lata ze sciera, nianczy dzieci i to nie znaczy, ze wlacza im jeno Reksia na dvd! Tylko wyciera obsrane dupska i karmi kaszka, wie jakie szczepionki maja a jakich nie, ogolnie – zna sprawe). Taki facet z cojones NIE TRAKTUJE kobiety jak sluzacej. Gdy ty robisz obiad, on zmywa, gdy ty wracasz pozniej, on podaje ci kolacje (moga byc zwykle kanapki jesli o mnie chodzi!), gdy jestes zmeczona- masuje ci plecy, razem sprzatacie i razem uprawiacie seks na zyrandolu. No dobra, nie twierdze, ze faceci z cojones to zjawisko nagminnie spotykane na naszej planecie, ale znam paru (w Polsce tez, choc jedna dlon wystarczy by ich policzyc), co do ktorych podejrzenie mam, ze maja cojones jak bawoly!

A tu… mieszkalam w Bogocie u bardzo fajnego, jak sie poczatkowo mi zdawalo kolegi (lat 38), kolega mieszka sam w duzym dwupoziomowym mieszkaniu, sporo pracuje, dlugo dojezdza po pracy (pracuje w najlepszej dzielnicy, Zona Rosa, jest szefem dzialu informatykow w duzej firmie), we wtorki i w czwartki gra o 20 z kumplami w pilke nozna, a w weekendy zalicza imprezki.  Pozostaly czas przeznacza na dorabianie sobie na boku i na ogladanie TV. Mieszkalam u Kolegi dwa tygodnie i nie dostrzeglam w tym czasie, by choc raz sprobowal wykonac sladowy taniec z garnkami. Szama zupki w proszku i zamawia pizze na wynos. OK, zanim nie ustalilismy ze NIE POJDZIEMY ZE SOBA DO LOZKA, zostawial mi rano grzanki w tosterze i kawe z mlekiem w dzbanku, co mozna by bylo mu policzyc nawet na plus, gdyby nie smutny fakt, ze gdy JUZ USTALILISMY ze NIE STWORZYMY PODSTAWOWEJ KOMORKI SPOLECZNEJ, ani NIE wymienimy plynow ustrojowych… to grzanki z tostera zniknely. No w sumie logiczne! Ale ja nie o tym.

Pewnego dnia wpadam do domu zziajana po godzinnej podrozy przez miasto, pedze do toalety (no siku mi sie chcialo) i…. AAA! Wpadam na cos, co niemrawo czolga sie po podlodze na progu wuceta. Osz! A …. to tylko mama! Mama staruszka, na kolanach  z dychawica oskrzelowa i ze sciera w reku, pucuje katy i zakamarki obszczanego przez syneczka kibelka. Jakos mi sie glupio zrobilo, bo mama Kolegi po siedemdziesiatce grubo, wiec moze to wlasciwie ja bym powinna byla te katy… ze szmata… sie zmitygowalam z deczka. Ale mama wyjasnila z niklym usmiechem: Kazdego 15. i 30. dnia miesiaca zmieniam psinpsiuiunciowi zaslonki i myje mieszkanko. Zeby mial niunius moj sliczny czysciutko.

Slodkie, prawda? Do tego, ze co trzy dni mama wpada do psinpsiuncia i pierze i prasuje mu koszulki jakos sie przyzwyczailam i sie z tym pogodzilam (na emeryturze jest, moze sie nudzi?), ale ze cala czerwona zapytala ze sciera po 100 metrowej hawirze synunia,  to mnie scina z nog! I teraz najlepsze: takich synuniow produkcja jest nieskonczona, znam jednego polskiego dwudziestopieciolatka, ktorego alimentuje ojciec  (1500 zeta co miesiac do raczki), mamunia karmi i gladzi, opiera i nie wiem co jeszcze, kolysze na przywiedlej piersi? boje sie myslec! Polski psipsiuncio ma wlasne mieszkanie, ktore wynajmuje, a zeby bylo taniej i lepiej mieszka z mammy,  jest kochany pieszczony i umilowany, tatus ledwie zipie – finansowo mu juz nie dyga, ale twardo placi studia (niemalo, bo prywatne i drogie), a synus nie pomysli zeby tatula leciuchno odciazyc i na przyklad korki dawac, albo w wakacje za barem stanac, nie, on jest PONAD TO! Synunio umilowane juz lada chwila da taki wycisk ktorejs z panien, ze az mam ochote tu – w ramach ostrzezenia – zamiescic jego dane osobowe. Ale nie zamieszcze, bo w sumie to nie moja rzecz. Mam detektor takich synuniow i silna alergie na facetow BEZ COJONES. Jak spiewa Lao Che: Nie nasza rzecz, nasza rzecz, nasza rzecz! Nie nasza to rzecz.

WY CHO WA NIE! Mamusia z tausiem nie potrafili zrobic ciebie twardziela? Zrob sie sam! (i to dotyczy obu plci!). Czlowiek jest mocny i da rade, trzeba mu tylko na to pozwolic, bo jak sie nie przewrocisz to sie nie nauczysz.

Tak wiec Kolega z Bogoty wieczoru pewnego zwierzyl mi sie, ze cierpi okrutnie, ze go panna odstawila od cyca (zdziwiony???) i ze on marzy, aby zalozyc rodzine i miec dzieci. Acha. Powiedzialabym: no to sobie pomarzy! gdyby szukal kogos takiego jak ja. Ale on szuka Drugiej Mamusi, a takich chetnych do pomocy i wiazania sznurowadel tu nie brakuje. Nigdzie nie brakuje. Lubimy byc potrzebne, co nie?

Znam jednak i kolumbijskich macho co nie placzo, za to potrafia przewinac niemowlaka, usmazyc rybe, wymyc podloge w 200 metrowym domu i oczywiscie… osiodlac konia. A takze spuscic na bambus nimfomanke. To imponuje mi najbardziej. To moze ja za ciosem jeszcze o tej nimfomance bo jak ma sie ulac, to raz a dobrze a potem, w nastepnych wpisach beda nam juz tylko teczowe kolibry lataly i zakwitaly orchidee i nic, a nic nam nie bedzie pierdzialo w stolek.

Powiem tak, parafrazujac tytul filmu, BABY SA JAKIES DZIWNE. Zastanawiam sie, czy to nadmiar wolnego czasu, szal macicy czy inna dolegliwosc, ale niektore panny maja jakas niepojeta dla mnie przypadlosc, ktorej za boga zywego nie zakumam. Taka nimfomanka klasyczna – to rozumiem, sucz chedozona, raz na wesolo, a raz w kolo! Seks, dildo i rocknadroll. Czapki z glow! Sama nie raz i nie dwa odsadzona bylam od czci i wiary i poszla fama ze lykam facetow w calosci. (Nieprawda, przeciez smaze w glebokim tluszczu i kroje nozem i widelcem!!!). Nimfomanka czyli kobieta nadpobudliwa seksualnie szukajaca okazji do odbycia coitusa jest dla mnie w przyrodzie zjawiskiem zrozumialym, (choc niechetnie widzianym u boku mojego faceta).

Ale nimfomanka –mitomanka produkujaca sie na fejsie, naszej srasie czy w innym szalasie, famfatal od siedmiu bolesci,  to dla mnie zenada jak stad do Pabianic.

A bylo tak. Siedze ci ja sobie w kompie i na fejsie (kto mnie zna, ten wie, ze bywam na nim tak czesto, jak w kosciele. Czyli rzadko – dla tych co nie znaja – ale czasem bywam). Tam jak zwykle – wszyscy o dupie marynie i nagle… zaczepia mnie pewna sympatyczna i jak zdawaloby sie, nieglupia wcale Polka. Ktora rezyduje w Bogocie, a ktora poznalam w Santa Marta (nawiedzila mnie ze swoim narzeczonym). No to gadka sie skleja – co slychac, co kto robi i gdzie sie mozna ustawic na spotkanie, az tu nagle pada ostry pocisk:

MUSZE ci LOJALNIE doniesc ze XXX (Iksa poznala na Karaibach) REGULARNIE zaczepia mnie na fejsie.

No i? Co z tego, ze tak powiem. Bardzo sie ciesze, ale ze o co cho? To nie na temat przeciez.

A TERAZ NAWET ZAOPROPONOWAL MI…

No to chyba bardzo fajnie, prawda? W ogole nie rozumiem tych jej dwuznacznosci. Dlaczego LOJALNIE i dlaczego MUSI DONIESC i w ogole ja sie na maksa zagubilam, ale haha traf akurat chce, ze XXX w tym samym momencie pojawia sie na czacie, tosz grzecznie i prosto z mostu pytam: A … wpadla Ci Polaczka w oko? Co sie nie chwalisz, ze wyrywasz moja znajoma? (wprawdzie to panna kolegi, ale nie znam ludzi w sumie, moze tam cos sie poprzestawialo podczas mojej nieobecnosci w Santa Marta…).

XXX –sa z deczka zamurowalo. W ogole nie wiedzial o kim mowa. Potem jak sie dowiedzial, wzial i sie na biednej Polce wyzyl, ze jest mentiorosa puta (klamliwa sucz i inne takie). Bo oni tu nie lubia jak sie o nich opowiada za plecami. Zwlaszcza nieprawde. XXX teraz bije pjane, ze Polki, co tu przyjezdzaja to jakies niedodymane sa (no przepraszam, ale tak powiedzial! ) a na dodatek konfabuluja. On by chetnie pewnie z jakas dlugonoga blondzia ruszyl w tango, ale akurat z ta nie mial zamiaru, a najbardziej to maczo tu nie lubia jak im dopinac takie latki. X sie zapienil, Polka co bajki opowiada sie pokajala. I jakie bylo tlumaczenie? NIE WIEM CO MI ODBILO; HORMONY SZALEJA. MAM OKRES.

O-co? Okres? Wszystko bym pojela, kazda wymowka mi mila by byla z tych np.:  Wplyw Merkurego Na Zakrzywienia Paznokcia W Paluchu Lewej Stopy, albo Jakis Taki Wkurw Pospolity, albo Nie Wiem Co Mi Padlo Na Glupi Leb, ale… okres? Boze, feministki wszystkich planet – laczcie sie! Baby sa jakies inne, fakt, musze sie sobie dobrze przyjrzec, moze ja mam gdzies ukrytego siusiaka????

Sorry, moze mam niskie IQ ale nie jarze:  po co takie pompowanie wlasnego ego? Ze czarnooki costenio nie zainteresowany byl, to przynajmniej udamy, ze jednak jestesmy takie smakowite cool i jazzy, ze az trzeba LOJALNIE DONIESC? A co ja jestem? Kontrola moralnosci? Mi to glanz pomada i dzem morelowy. Ale suma sumarum wyszla beznadziejna ryfa i pozostal absmak. U Polki chyba tez, bo przestala sie do mnie odzywac. Ale co ja poradze, ze nie zachwyca. Jak zachwyca, jesli NIE ZACHWYCA?! Demonem seksu mozna STARAC SIE BYC, ale do pewnego wieku to tylko przystoi (moim zdaniem ta granica to 22 lata. Potem to juz sie robi zenujace. Demonem seksu MOZNA BYC do poznej osiemdziesiatki, o, to tak. Ale UDAWAC GO to mozna tylko na Halloween).

Trafila na faceta z cojones, biedaczka i dostala po nosie  – nosku ladnym, znaczy sie. Ten sam pan, kiedy siedzialam z nim i kilkoma innymi osobami przy stole w kawiarni i kiedy pewna Colombiana postawila mu kieliszek rumu (przyniosla kelnerka), powiedzial kelnerce: nie dziekuje, powiedz jej, ze nie pije. No nieprawda. Bo pije. Spytalam go potem, dlaczego nie wypil. Przez szacunek dla towarzyszacych mu pan. Hm… Mozna? Mozna.

Ja nie mam zadnej recepty na udany zwiazek, a wrecz przeciwnie, mam kilka patentow na nieudany, ale jednego jestem pewna. Jak masz kobito meza, co nie sprzata, to mu powiedz, zeby zaczal. Jak masz faceta bez cojones, to albo sama poszukaj ich u siebie, albo ariwederczi amore. Jak nie jestes demonem seksu, to ugotuj zajedwabista zupe minestrone (co tez i ja dzis uczynilam!) i idz studiowac chemie, pomedytuj, poczytaj Tomasza z Akwinu, zrob stujke (nie stulejke!) ,  idz na spacer z psem, albo na uniwersytet trzeciego wieku, zrob cos, cokolwiek. Jak jestes bezmozgim farbowanym famfatalem to… jak mawia pewna Ewa: najlepiej wez lopate, wykop dol i sie w nim zakop. A jak masz mnie dalej wkur..wiac to sie dwa razy zastanow!

Ostatnie slowa skierowalam do golebia Estefana. Czy ktos wie jak pozbyc sie PTAKA?

Pozdrawiam wszystkich facetow z cojones, tych bez – pocieszam, ze nadchodzi swiateczny czas pelen CUDOW i moze wyrosna! Obiecuje ze kolejny wpis bedzie egzotyczny, pelen przygod i samych wesolych zdarzen rodem z zamorskich krain.

A trojkacik – to jednak innym razem.





Mow mi: Czarna Mamba

29 11 2011

Turbodoladowanie. Oto czego mi potrzeba. Ostatnie dwa miesiace-istny rollercoaster. Podczas ktorego dowiedzialam sie m.in. ze wcale nie boje sie zadnych zaplutych obszczymurow kolumbijskich a nawet ho ho! Dzielnie potrafie stawic im czola! Jak to? A tak to:

Ostatnia wycieczka jaka zawitala do mnie z Ojczyzny to wykrecona para z dwoma malymi diablami – Juliem i Jasiem, ktore to dzielnie na zmiane – kto zyw – probowal pacyfikowac. Na fiescie na plazy w Rodadero w ramach oblaskawiania zakupilam dzieciom latajacy wiatraczek z folii (dwa dolary – sztuka). Rodzice spozywali napoj wysokoprocentowy i lekko baunsowali w rytmach tropikany na bialym i miekkim jak dywan piaseczku, chilioutowani nie tyle juz przez procenty, co przez kojacy szum karaibskich fal, gdy oto nagle nagle rozlegl sie ryk piekielny: DLACZEGO!!!! ON!!! GO!!!! WYRZUCIL!!!!

Wszyscysmy zamarli. Muzycy niczym orkiestra na Titanicu, przeczuwala juz ze idzie najgorsze i z wieksza moca zaintonowala piosenke o tym, ze las caracoles son in colores czy cos w podobie…

Rodzice zas rzucili sie do zaplakanego Jasia tkwiacego uparcie nad jakims wykwitlym na piasku dorodnym burakiem. Po krotkiej analizie zdarzen tak mama jak i tata dopadli buraka, tkwiacego niewzruszenie w piachu i przyatakowali go werbalnie z wielka moca: No czys ty zwariowal! Przeciez to male dziecko jest! Jak mogles chamie jeden zza sadyby, kutafonie kolumbijski!!!

Rodzice rozwscieczeni szarzowali ale… po polsku, co dla buraka kolumbijskiego ze tak powiem bylo jak plucie kaszka manna pod wiatr. Nadal tkwil nieporuszony. Niewiele myslac ruszylam wiec z odsiecza. Cos tam w moim pigin spanish wyrzucilam panu z Burakowa, ze zaiste trzeba miec gran cojones (wielkie jaja), zeby trzylatkowi wrzucic cholerny wiatraczek do morza i ze teraz to ja sie nie ruszam stad bez wiatraczka, moze go juz zaczac strugac, ciosac i rzezbic w kamieniu, ale najszybciej to bedzie jak wezmie ruszy swoj obly bamber i przyniesie w zebach wiatraczek od pana co sprzedaje wiatraczki. Howgh.

Burak sie nie ruszyl. Powieka mu nawet nie drgnela. A Jas dalej plakal.

Nosz qrffa!!!

Juz nabieralam powietrza do kolejnej, podobnej w tresci przemowy, gdy oto Czlowiek Siedzaca Skala, na ogol przeciez oaza spokoju i zywa reklama warsztatow relaksacyjnych, yogi i pilatesu w jednym, ommanipadmehum i ogolnie facet luz blues w niebie same dziury… Ender czyli… wzial podskoczyl do goscia i rzucil krotko- Smigaj mi no do wody po zabawke, gnoju, ale juz!

I tu pan burak jakby sie nieco przebudzil. Otrzasnal sie z letargu, przeanalizowal w swojej malenkiej jak szpilka glowce o co kaman, i nagle zywiej mu krew zakrazyla. Poderwal sie bowiem i ruszyl z dzikim rykiem na Endera. Tylko zarejestrowalam kacikiem oka ze ten ostatni rzuca torbe na ziemie co oznaczalo jedno – idzie na noze.

No nie, moi Turysci mieli miec bajobongo i figofago na plazy, ale nie o takie merengue mi szlo! Niewiele myslac, rzucilam sie miedzy panow. Normalnie w Polsce to dziala. Mila i ladna pani staje naprzeciwko rozjuszonego buhaja i mowi: ej no misku glupi dajze spokoj co tak bedziesz sie pocil bez potrzeby.  I juz. Pozamiatane.

Ale nie w Kolumbii. Tu krew goraca maja zwlaszcza nastukane jak szpaki buraki. Totez nagle dojrzalam w oczach tego zlamasa istna chec mordu. No wiec szybka decyzja, wypad z polobrotu i okrzyk wojenny: POLIIIIICJAAAAAAAAAAA!

Haha.

Chwile potem sciskalam w spoconej dloni 6 tysiecy peso na zakup nowego wiatraczka.  Jas uspokojony ogladal sobie policjanta ktory pojawil sie jak dzin z butelki na zaklecie abrakadabra, a orkiestra zanucila rzewne i jakze dalekie od rozstrzygajacych sie chwile przedtem wypadkow… Besa me. Besaaa me muuuucho…

Wieczor spedzilismy w sumie milo. Tyle ze jas nie dostal wiatraczka bo pana z wiatraczkami juz nie bylo… Ale coz. takie jest zycie.





Do Anitki

11 11 2011

Napisz do mnie na adres iwonkapibara@gmail.com

Czekam na Ciebie





Cwał życiowy

19 10 2011

Ludzie na filmach płaczą w różnych momentach i przy rozmaitych okazjach. Ja na przykład ZAWSZE ale to ZAWSZE płaczę, gdy pędzą konie. Nieważne czy to western, czy film kostiumowy z romansem w tle czy jakaś tam wojenna historia – konie pędzą – ja ryczę. Jak pędzą w zwolnionym tempie – to wręcz zanoszę się od płaczu.

No i teraz mi tu te konie pędzą, gnają, galopują, a mi płakać się chce. Ze szczęścia oczywiście! Moje prywatne konie mechaniczne, mój motorek – przyspieszył. Cwał. Życiowy. Na wszystkich planach zrobiło się gęsto, ruch jak w tokijskim metrze w godzinach szczytu albo w transmillenio w Bogocie.

Jungle Tour ruszyło (pozostając w końskiej stylistyce) z kopyta. Trzy duuuuże wycieczki na raz, biegamy, rezerwujemy, płacimy, organizujemy. Skutki rozmaite, ale kręci się – bez dwóch zdań. Po drodze jakieś fiesty… ostatnia to Dia de la Rasa- czyli Dzień Rasy. A ściślej mówiąc rasowej tolerancji, jakby nie było, tu w Kolumbii to powód do wypicia beczki aguardiente i przetańczenia nocy na rynku. Co też z Johnem (nowa dramatis persone) zrobiliśmy w miasteczku oddalonym o 20 km od pięknej kolonialnej Villa de Leiva. Były sztuczne ognie, panowie w kapeluszach z akordeonem na scenie, pijani w sztok Kolumbijczycy i noc pełna tańca, radości, rozmów po świt. Kolumbijska rodzina przyjaciół Johna złożona z wujów, ciotek, rodziców, kuzynów okazała się nader przyjacielska, kuzyn zaprosił mnie na Dominikanę, matka orzekła, że nigdy nie widziała ojos tan bonitos (tak pięknych oczu… No ba!), wujowie obtańcowali, John kupił mi truskawki w czekoladzie. Czyż życie nie jest piękne????!!!!

Moje dziecko, Atena, która wyszła z mojej osobistej głowy ;-) – Jungle Tour rozwija się. Są nowe pomysły, nowi ludzie, którzy chcą współpracować, nowe kierunki…  Wyspy San Bernardes, cooperacion z gringo z USA, z austriackim profesorem Chrisem… ale jak to ogarnąć dwoma rękami i jednym przeciążonym i rozgrzanym (od słońca) mózgiem? Pomagają John i Gina moje dobre duchy z Bogoty. Gina – Amiga poznana w Santa Marta – Bogotanka, kobieta młoda i wyjątkowa, biegnąca z wilkami – poświęcę jej osobny wpis bo warta jest tego! I jej starszy brat – plaster miodu! Człowiek o wielkim rozmachu życiowym, pokaleczonym sercu i poczuciu humoru, które kocham. John potrafi rozpędzić smutki, przegonić burze i zabić smoki. Robi to mimochodem. Ender, który zawsze jest, kiedy trzeba. Jest nas czworo,  czyli mało, wciąż za mało, ale udaje się na razie. Ender umie wejść na dach i załatać dziurę, John jest moim mózgiem i ramieniem, Gina potrafi wszystko i zna wszystkich.

No i ja. Wiadomo ;-)

Trwa walka o wizę przy współudziale mojego Szanownego Wydawcy Wydawnictwa Czarno na Białym i Centrum Kulturalnego La Redada – mam nadzieję, że bój zakończy się szczęśliwie- tylko kiedy? Nie wiadomo…

W Casa Blance spokój.  Szakira zaprzyjaźniła się z odziedziczonym wraz z domem rocznym kocurem Lince’em. Szakira śpi po mojej lewicy, zazdrosny Lince (od razu jakoś mnie pokochał. No co jest do diabła z tymi kotami?!) po prawicy. Do kompletu mamy gołębia – roboczo nazwaliśmy go Stefan. Gołąb spadł z drzewa jako małolat. Połamał się i teraz się zrasta. Uwielbia towarzystwo Lince’a i Szakiry… czasem we trójkę kokietują się nawzajem. No i czyż nie tak miał wyglądać raj?

Casa Blance do raju jednak daleko. Trwa apokaliptyczna pora deszczowa. W Santa Marta woda wdziera się drzwiami, walczymy z dachem, piorun spalił sieć. Internet umarł.

Śpię po kilka godzin dziennie, deszcz walący w dach budzi mnie w nocy, o świcie w Bogocie wrzeszczy papuga za oknem. Chodzę nieprzytomna. Dwa dni temu jechałam z Johnem samochodem do Villa de Leiva – wybrać hotele dla moich turystów i obejrzeć miasto. Była słoneczna pogoda, ciepłe (ale nie gorące) powietrze biło po twarzy. Za oknem krowy, owce, zielone pagórki. Prawie jak na Śląsku! Zamknęłam oczy i niechcący wyrwało mi się: No i czyż życie nie jest piękne?

Jest. – przytaknął John.

I tyle na dziś.








Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.