No dobra, poddaję się. Nie będzie śledzi w tym roku. Szukałam tam, szukałam siam, targi obleciałam, nawet dziś specjalnie wybrałam się do Przybytku Konsumpcji i Dóbr Wszelakich czyli innymi słowy wszechobecnego na świecie francuskiego hipermarketu, którego nazwa zaczyna się na C. Ale i tam ich nie ma. Nie ma. Zero, Nul. Nosz, w mordę jeża, nigdzie nie ma śledzi! Chyba pozostało mi śmignąć na rafę koralową, może się jakiś mały śledzik gdzieś zaszył? Karpia też jakoś moje bystre oko nie wypatrzyło. Może i lepiej bo nie mam wanny, co ja bym z takim karpiem poczęła?
Nie muszę chyba dodawać że poszukiwań kiszonej kapusty nie rozpoczęłam w ogóle. Co się będę pocić po próżnicy? Nie to nie, łaski bez. Ośmiornica zrobi za karpia, kalmary udawać będą śledzika, co do kapusty jeszcze nie mam pomysłu, pewnie zastąpi ją swojska jarzynowa sałatka, taka co to się ją serwuje u cioci na imieninach.
No i będzie barszcz bo buraki tu mamy i owszem, a i niedrogo stoją.
A przecież muszę zrobić miejsce na stole dla kilku potraw innych. Bo my tu w Casablance będziemy mieli bardzo kosmopolityczną Wigilię ponad podziałami. Dania narodowe (twardo zażądałam, że w sumie ma ich być dwanaście, ni mniej, ni więcej) serwować więc będzie Chilijka czyli Awatar, Argentyńczyk urodzony w Szwajcarii czyli Pirat z Karaibów, Francuz Javier, który mieszka z nami od półtora miesiąca i robi… rybki. Rybki Javier wytwarza ze słomek i sprzedaje je na ulicy, taką rybkę sobie można przyczepić fantazyjnie i zawadiacko do kluczy, czy gdzie tam kto potrzebuje… my – jak nie trudno się domyślić mamy tu całe morze rybek, toniemy w rybkach… wszystko więc pozostaje w wigilijnym i jak najbardziej chrześcijańskim temacie. Dziś dobił do nas wąsaty Austriak i będzie miał za zadanie zrobić moją ulubioną kartoffelsalad, będzie też tłum Kolumbijczyków więc na pewno spożyjemy pastel de Navidad czyli poczciwy tamales – masa z mąki kukurydzianej wymieszana z groszkiem, marchewką, ziemniakami, kurczakiem, jajkiem, i czym tam chata bogata. Wszystko to ubija się w jedną paćkę i zawija w liście bananowca, zawiązuje i wrzuca do gara. Będzie też deser z mleka czyli natilla.
Opłatek od Rodziców już przyleciał z Polski, dziś zakupiłam świeczki, Mama w prezencie podesłała piękny obrus, sianka tylko nie mamy. Trzeba będzie mułom podebrać. Jest za to wór od Mikołaja polskich słodyczy. Trzy paczki z Polski hu ha! Niewyobrażalna ilość ptasiego mleczka, michałków, i mieszanki wedlowskiej jak również klasyczny torcik też od pana Wedla już stacjonują w lodówce. Leci jeszcze pośród książek konfitura od Mojej Szanownej Wydawcy. („Ta Wydawca” brzmi chyba lepiej niż „ta Wydawczyni”, co gender na to?).
No to się bezczelnie pochwaliłam prezentami.
Innych nie będzie, kasy nie ma.
Fenomeno de La Ninia, czyli mówiąc krótko: Bladź! Wieje, pada, podtapia, a nawet zatapia. Jak do tej pory w powodziach zginęło 120 osób. U mnie wieje tak, że niech się Boreasz, Eol, Akwilon i nasz swojski Halny razem z nimi – schowają. Drzewiec mruczy mi w nocy nad dachem mocniej niż kot nad uchem. A, to ja wyjaśnię… bo może nie wszyscy wiedzą jeszcze, że w domu oprócz psa, kota, ptaka i paru innych żywotnych mam też drzewo. Duże. Gigantyczne rzekłabym, orzechem zwane. Orzechów jeszcze na nim nie widziałam, ale mamy wszak zimę. Może dojrzeją. Drzewo nie jest w żadnym POBLIŻU domu, ani w ogrodzie ino w samym centrum wydarzeń, na patio, w środku domu. Tak więc Drzewiec szumi, bogowie wiatrów szaleją, a turyści przerażeni zostali w swoich Europach, Amerykach, Azjach. Pojechali gdzie indziej, gdzie nie pada i nie wieje?
Turystyka w tym roku marnie przędzie.
Ale my się nie dajemy. Zaciskamy zęby, mruczymy kocie kołysanki, biegamy po plaży i uszy nam łopoczą na wietrze, pieczemy pyszną pizzę, słuchamy jak wiatr i morze szumi, czekamy…
Tymczasem mimochodem i chyłkiem wślizgnęły się nam Święta do kalendarza.
Smutno, że bez Rodziny i bez najbliższych, „ludzi gniazda wspólnego”. Mam jednak nadzieją, że są oni całkowicie przekonani, że pośród mojego wielowątkowego karaibskiego oszołomienia, w tym patchworku z kultur, języków, tradycji, zawsze najważniejsi są Oni.
Jest w moim kraju zwyczaj, że w dzień wigilijny
Przy wzejściu pierwszej gwiazdy
Wieczornej na Niebie
Ludzie gniazda wspólnego łamią
Chleb biblijny
Najtkliwsze przekazując uczucia w tym chlebie
C.K. Norwid


