Gdybym była facetem w typie Mickey’a Rourke…

19 06 2010

Ostatnią nocą w Buenos Aires Bryza urodziła dwa szczeniaki.

Zostawiłam więc towarzystwo powiększone o dwa nowe psie życia. Te psy podczas tej podróży… obecne przez cały czas, dziwne, ale prawdziwe.

A ja wsiadam w samolot do Frankfurtu. Na pokładzie mieszanka: Argentynki o indiańskich rysach karmiące niemowlaki piersiami, argentyńscy eleganccy Argentyńczycy, masa Europejczyków, Murzyni, biali, dzieci. Koty i psy w luku bagażowym?

Kosmopolitycznie i zwyczajnie. Jak to w samolocie. Za to na pokładzie samolotu do Warszawy zaczynam się czuć regularnie jakbym miała zaraz odbyć misję na Marsa.

Obok mnie rozparło się dwóch młodych mężczyzn. Dość proste typy – po sposobie wysławiania się i po ogólnym oblukaniu sądząc. Ale pragnące za wszelką cenę ukryć, że pochodzą z rodzin robotniczych i z małych miasteczek, o których nikt nigdy nie słyszał. A oni by chcieli do Warszaw, do Frankfurtów, do Audi Q9, do apartamentu z portierem, do długonogiej laski też by chcieli i do grubego portfela… a potem – i dalej! Tanie marynarki, błękitne koszule z Tesco, czarne spodnie w kant. Wypasione i-fony i specyficzny sposób bycia. Gdybym była facetem w stylu Mickey Rourkea, z miejsca, jak siedzę, dałabym im w mordę. Tak po prostu.

Jeden z nich mówi dużo, głośno i emfazą. Przejęty taki bardziej.

Szybko rozpoznaję ten typ. To Prymus Korporacyjny.

Czuję się jakbym siedziała obok Chińczyka. Nie mam pojęcia o czym on gada!

  • Ale jeżeli nie zwiększysz obrotów to zyski na poziomie obecnym nie są gwarantowane…
  • Nie możesz pozwalać na to, żeby taki klient jak oni
  • Jeśli nie pozyskasz surowców, to obnizysz
  • Znasz koszty produkcji, więc wiesz, ze
  • Sonia była w to zamieszana
  • Barterowo miało być
  • Musisz się bardziej starać

Musi się bardziej starać. Ten obok prymusa korporacyjnego. Blady i uniżony, wbity potulnie w fotel, potakując, tak zamaszycie machał głową, aż pomyślałam, że mu ona odpadnie i usprawiedliwiał się równie chętnie, zrzucał winę na Sonię, migał się i giął przed swoim zdolniejszym 25-letnim kolegą- geniuszem sprzedaży o twarzy różowej jak prosiaczek. Prosiaczek z nadziejami na Wielki Deal Swojego Życia. Gotowy pokroić się za cele i idee Amwaya albo pasty Colgate. Sprzedaż musi wzrosnąć. A on, ten drugi, ten blady.. no cóż, musi się bardziej starać.

Próbowałam skupić wzrok na kartach jedynej polskiej książki, jaka wpadła mi w ręce przed wylotem. Trochę ciężko czytać w towarzystwie Prosiaczka-Prymusa Korporacyjnego i Bladego Uniżonego Co Ma Się Bardziej Starać „Całą jaskrawość” Stachury. Więc przerzuciłam się na pisemko o tym jak zakładać maski tlenowe w razie … w razie czegoś tam. Na przykład spadku sprzedaży może? Albo ciśnienia w samolocie.

A potem wylądowaliśmy. Moje dwa bagaże pełne płyt z tangiem i swetrów z lamy nie doleciały, za oknem zapadał zmrok, było mi zimno.

Czy ja kocham Polskę, swój kraj?

Następnego dnia też było mi zimno. 18 stopni. Wieje. Zjadłam kilogramy chleba, kiełbas i smalcu z jabłkiem, (co tam, i tak schudnę jak w Kolumbii połknę kolejną amebę!) i pojechałam odwiedzić Rodziców.

W autobusie widok typowo polski. Dwóch hożych chamków. Chłopczyków tak może 17-nastoletnich. W ręku piwo, buty na siedzeniu.

I rozmowa; k.. jak bym chu..wi zaje..al, k… ja pie..le.

Szlugi. Piwo. No problemo, ale te kopyta na siedzeniach podczas gdy ludzie stoją… No zaraz nie wytrzymam. Gdybym była facetem w stylu Mickey Rourke…

Czy ja kocham Polskę, swój kraj?

……………

Siedzimy z Panem Tajemniczym w środku dnia w ogródku pizzeri. Obok przechodzą dwie panie. Nader widowiskowe. Brak mi talentu, by je opisać, ale określenie ”ruska kurwa” chyba oddaje mas o menos ich styl. Panie straszne, potworne, otyłe i półnagie z ustami w kolorze „czerwień strażacka” i tapirem puszystych platynowych loczków.

Nie. To już nawet kolumbijskie klasyczne prostituty mają coś, co można nazwać zalążkiem gustu. Dlaczego, dlaczego, dlaczego na wschodzie jest inaczej?

Dziś tylko 17 stopni. Kot zakochany tuli się do mnie, zjadłam już słoik chrzanu saute i dwa słoiki grzybków marynowanych, kilka ogórków małosolnych, wiadro truskawek i chłodnik, więc nie mogę powiedzieć, że nie ma tu do czego wracać.

Ale chamstwo, zaściankowość, dulszczyzna, sarmacka polityka, pieniactwo, mieszczaństwo… tania ta nasza polskość mi się zdaje, w szwach się rozłazi.

Z tym w czasie podróży do czynienia nie miałam.

Miałam do czynienia z biedą, ale pełną godności, przemocą i zbrodnią, ale tylko tam, gdzie wiadomo, że ona jest czyli w dzielnicach slamsów, z mafiami w tym samym stopniu, co w Warszawie z mafią pruszkowską.

Wiem przecież, że tam nie ma politycznego raju, że w Argentynie do niedawna panowały rządy terroru, a w Wenezueli w jakimś stopniu panują one do dziś, nie idealizuję. Piszę tylko o tym, czego doświadczyłam na własnej skórze. Przez 8 miesięcy w Ameryce Południowej.

I przez te trzy dni w Polsce.

W czasie podróży nigdy nie spotkałam się z chamstwem (w Boliwii zdarzało się, że ludzie byli nieuprzejmi, ale chamscy nie). A to jedna z dwóch rzeczy której (obok braku tolerancji) nie toleruję. Wobec której wpadam w panikę.

Czy ja kocham Polskę, swój kraj?

Gdybym tylko potrafiła oczyścić go z perzyn, krzywizny poprostować, gdybym była facetem w stylu Mickey Rourke, odpowiedź brzmiałaby TAK.

Czy ja kocham Polskę, swój kraj?

Zawsze myślałam, że tak. Zawsze głosowałam w wyborach, zawsze z uporem godnym lepszej sprawy namawiałam niegłosujacych, do tego, żeby COŚ powiedzieli. Od siebie. Koleżanka (ta od Pierwszej Damy-kota) napisała do mnie: Lepiej nie głosuj na Tego Tam, jak chcesz nas potem zostawić.

Czy chcę ZOSTAWIĆ? Nie. Moje dzieci będą mówiły po polsku. To jasne. Ja tylko chcę mieszkać gdzie indziej. Nie chcę chamstwa w autobusach. Nie chcę 18 stopni latem. I owoców świeżych tylko 3 miesiące w roku. I słońca, które powinno być, a go nie ma!

Rozważam decyzję o emigracji.

Nie jest mi łatwo. Tu jest mój dom i będzie zawsze. Tu mam Rodziców, trzepaki dzieciństwa, zaułki i kawiarenki młodości, wspomnienia, piosenki z dobranocek.

Ale też tylko tu mam polskiego chama i żeby on chociaż wspomnienie miał Złotego Rogu… Tu mam autentyczny i bezinteresowny brak szacunku dla ludzkiej pracy i wykształcenia (zatrudnianie ludzi z dyplomem za 2,500 brutto, obniżanie pensji, i zasada: „znoś to, co masz, bo jak nie to na twoje miejsce mamy 1000-ce kandydatów…). Upokorzenia, wyzysk, odczłowieczanie, Babilon i Różowe Prosiaczki na piedestałach. Tych niskich piedestałach.

Argentyna była pomostem pomiędzy tymi światami. Argentyna to taka Europa Ameryki Południowej. Samochody zatrzymują się tam na światłach i można pić wodę z kranu. Więc szok mam umiarkowany. Ale gdybym tak przyleciała tu prosto znad Orinoko? Z Los Lllanos? Z kanionu Colca? Z mojej kolumbijskiej selvy…?

Co by było wtedy?

Reklamy

Działania

Information

11 Komentarzy

20 06 2010
Ofca

Taaa, typowe rozterki emigranta! :-)
A wyobraź sobie, jak byś się czuła, gdybyś miała teraz wrócić do kraju po 6 latach na przykład? Dlatego ja nawet sobie nie próbuję wyobrażać. Z drugiej strony jestem absolutnie świadoma, że ‚the grass is always greener on the other side of the fence’. Że każdy przysposobiony do życia kraj ma swoje ciemne strony i że to nasza polska natura każe nam psioczyć na samych siebie. Jeżeli jednak czujesz zew krwi, po prostu jedź! Życie jest za krótkie by rezygnować z potrzeb duszy i serca! Trzymam kciuki.
Ah, i gratulacje dla Bryzy na Twoje ręce ;-)

20 06 2010
k

Nie można było tego / tych zjawisk(a) opisać lepiej. Ja niestety te samoloty do Warszawy przeżywam częściej. Mogę jeszcze dodać paniczne uruchamianie komórek jak tylko samolot dotknie ziemi. J. Clarkson twierdzi, że oni sprawdzają, czy w czasie kiedy byli w samolocie korporacja ich nie wywaliła z pracy ;-)
No i ten język piękny, polski. Nawet oglądając dnia któregoś zachód słońca na Jamajce, usłyszałam „no zaj…ście, ku…a było”. Już miałam podejść i zapytać panów, czy ja naprawdę muszę nawet po 11 godzinach lotu z Polski te soczyste słowa słyszeć? Ale w końcu dałam spokój, im a przede wszystkim sobie nie chciałam psuć wieczoru, bo taki był piękny. Włosi np. chętnie się zaprzyjaźniają ze swoimi ziomkami w dalekich krajach. Ja słysząc / widząc / czując ziomka oddalam się w pośpiechu w przeciwnym kierunku, bo się wstydzę. Chamstwa, języka i pijaństwa.

21 06 2010
KS

Pomyśl o Rosjanach. Ci to muszą mieć zderzenie z ziemią ;-)
K.

21 06 2010
zrenica

Polska to piękny kraj, ale byłaby by piękniejsza bez Polaków :)

23 06 2010
Adam

Kurcze na prawdę z nami jest tak źle?

23 06 2010
iwonkapibara

Nie wiem Adam, ja nie napisalam ze jest AZ tak zle (Zly to ptak co wlasne gniazdo kala, jak wiadomo…) tylko napisalam, ze mam szok po powrocie. Ja tam lubie Polske, naprawde. Wiele rzeczy w niej lubie. Nie twierdze, ze inni w innych krajach sa kryształowi. Bystroń napisał ksiażkę Megalomania narodowa. Rzecz o stereotypach. Jak Wloch to kochliwy, jak Latynos to zdradza, a jak Polak to kradnie samochody i pije wodke. No… coz. W stereotypach jest zawsze ziarno prawdy.
A pamietasz Sasiadke z pieskiem z Dnia Swira? nie ma takich w Kolumbii i nad Orinoko. Ale na pewno sa inne, pewnie je tez kiedys opisze.
Nie ma sie co zalamywac, tylko zbierac kase na cegly (ja) i na bilet (Ty). To kiedy do peru sie wybierasz? ;-)

25 06 2010
Pedro

Czy to byl ostatni wpis na blogu? Pytam bo nie wiem czy mam nadal monitorowac strone czy moge sobie odpuscic :)

pozdrawiam

25 06 2010
iwonkapibara

MONITOROWAC. BEDZIE. ;-) Niebawem.

27 06 2010
Adam

Iwonko, moje pytanie raczej było stwierdzeniem, niestety. Ja również lubię swój kraj, czuję się tutaj najlepiej. Jednak ciągle doświadczam ogromu ignorancji i nietolerancji, ludzkiej głupoty, tej naszej polskiej. Cóż tacy jesteśmy. Choć również prawdą jest, że takie sąsiadki Adasia pewnie są wszędzie. Nauczyłem się już po prostu nie widzieć, nie słyszeć…

Co do Peru. Na bilet już mam. Jednak „moja cudowna” korporacja nie niszczy tylko delty Nigru, ale niszczy też ludzkie marzenia. Jestem potrzebny, niezbędny, nie do zastąpienia….. więc 10 dni urlopu to wielka nagroda (tak mam to rozumieć). Ja jednak nie rozumiem. Pewnie jestem za głupi, pewnie się nie znam na byciu ważnym, pewnie nie doceniam jak mi dobrze, pewnie poprzewracało mi się w głowie.

Nie chcę w tempie ekspresowym przejechać tego kraju, tylko po to żeby odhaczyć. To nie mój cel. Więc muszę czekać, może do przyszłego roku.

A może powinienem być jak Rambo i jechać ratować siebie i deltę Nigru?

pozdrowienia :)

27 06 2010
iwonkapibara

Ratować deltę Nilu zawsze warto. ;-)
A siebie-jeszcze bardziej!

Kiedyś dotrzesz do tego Peru. A może odwiedzisz mnie w Kolumbii? ;-)

29 06 2010
Adam

Bardzo dziękuję :) Chętnie, kiedyś gdy „wiatr” zawieje w moją stronę :) To bardzo miłe, będę pamiętał.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s




%d blogerów lubi to: