Piąty raz czyli DROGA DO SAMARINY

26 07 2010
[MOJEJ CIOCI, KTÓRA ZGINĘŁA TRAGICZNIE]

Otworzyła szufladę i zaczęła powoli wyjmować z niej rzeczy. Układała je na podłodze. Stara, zepsuta, niepotrzebna już ładowarka do telefonu, pompka rowerowa, zszywacz biurowy, taśma klejąca, nożyczki, wypisane do połowy długopisy, święte obrazki, które co roku zostawiał jej ksiądz chodzący po kolędzie, drobne monety, pogięte wizytówki, korek od wina… Wszystkie te przedmioty, kiedyś, chowała tu w nadziei. Wizytówka wręczona kilka lat temu przez faceta, który miał na imię Louis i przyjechał z Lyonu zapowiadała ekscytująca przygodę. W Paryżu. Albo chociażby w tym Lyonie. Inny, ciekawszy świat. Zagraniczne nazwisko, zagraniczne wszystko. Smak słodkiej lavazzy pitej na stacji benzynowej, zapach ryb w porcie w Marsylii, język, którego nie znała. Święty obrazek z Panem Jezuskiem w żłóbku miał – być może – magiczną moc. Stary kwit do pralni miał przypominać o plamie z wina na białej bluzce. Sentymentalny ich pierwszy raz.

A zerwany sznur koralików zapowiadał, że można zacząć od nowa. Zszyć sznurek. Ponawlekać koraliki. Jak gdyby nigdy nic. I jak gdyby nigdy nigdy nic, nigdy nic z tego nie wyszło.

Teraz metodycznie układała to wszystko na podłodze. Powinna była zgarnąć ten bajzel, wyrzucić do śmieci. Niepotrzebne i bezużyteczne przedmioty zagracały tylko mieszkanie.

Wanda patrzyła na nie, jak na kawałeczki puzzle, z których można by ułożyć całkiem interesujący obrazek. Wpatrywała się długo, aż wreszcie powoli i mechanicznie zaczęła układać je z powrotem w szufladzie. Tego dnia robiła to juz piąty raz.

Jan wrócił do domu tak, jak zawsze. I taki jak zawsze. Nie chciał rozmawiać. Nie rozumieli się. Jan zaszywał się ze swoimi ważnymi sprawami i myślami. Ona coś plotła, opowiadała, tłumaczyła, przekonywała, płakała, on… mówił, że jest niewyspany i że to niezdrowo.

Szedł więc spać, żeby tylko nie musieć jej słuchać. No i żeby zdrowo było. Lubił to. Zdrowie i jego pochodne, lekarzy lubił, i pielęgniarki, igły i strzykawki, przychodnie i recepty. Miał swoje jazdy, bez dwóch zdań. Nie lubił zarazków, kotów (roznoszących zarazki) oraz śmietany. Z tą śmietaną, to nigdy nie wiedziała, dlaczego.  Tak czy owak podejrzewała, że musiało to mieć jakiś związek z zarazkami.

Właściwie tylko tyle o nim wiedziała. Mogłaby taki napis wyryć na jego grobie. O lekarzach i tej śmietanie. Nic więcej nie miała do dodania. No może jeszcze, że lubił eksperymenty. Kiedy kupowali lody, ona wybierała standardowy zestaw: śmietankowo-truskawkowe. On zawsze jakieś delicje z likierem wiśniowym, albo pistacjowe z zielonym pieprzem. Lubiła to w nim, ale nigdy nie chciała spróbować, jak smakują jego lody. Nie mieli zbyt wielu punktów wspólnych.

No i chodził wcześnie spać, bo dbał o ten swój higieniczny zdrowy tryb życia. Musiał jak przedszkolak przesypiać osiem lub dziewięć godzin. Inaczej sie po prostu nie dało i ona o tym wiedziała.

Czy naprawdę był już taki stary? Czy nie chciał być z nią właśnie wtedy, gdy potrzebowała tego najbardziej? Czy musiał naprawdę pójść spać? To jego ZDROWIE takie ważne było właśnie wtedy? Na pewno nie. Nie w takiej chwili! – nakręcała się jak malutki żelaźniaczek. Taki co to zanim się rozpędzi, już spadnie ze stołu.

Śmiał się przed snem: Hahaha. TYYYY jesteeeś siiilnaa? Hahahaaahhhaa! A w chwilę potem- zasypiał.

No nie. Nie. Nie, nie, nie, nie była silna, chcielibyśmy to o niej napisać, ale jednak nie możemy. Wanda nocą wracała do swoich szuflad. Przegrupowywała majtki i staniki. Wymyślała nowe role dla suszarek. Wizytówki układała alfabetycznie. Kwity i rachunki gładziła czule jak własne dzieci. Czuła, że żyje.

To był początek końca.

Uciekanie przed końcem opanowała do perfekcji. Bo jeśli uznać, że coś nie istnieje… ignorować, nie dostrzegać, manifestacyjnie odwracać się plecami… można opanować tę sztukę do tego stopnia, że z kącika oka znika to, czego widzieć nie chcemy. Nie ma w tym żadnej magii, tak po prostu działa ludzki mózg, najwspanialsza z możliwych maszynerii. Przy odrobinie pracy można było mózg wyuczyć niemyślenia a serce nieczucia. Nadawały się do tego przepełnione szuflady. Układanie rzeczy w kolejne stosy, sortowanie bielizny wg koloru, nowe plany zabudowy małej przestrzeni, architektura w mikroskali. To zajmowało ręce i umysł. Jej prywatna, autorska strategia niemyślenia. Skuteczna do czasu.

Końce inteligentne, potoczyste, wartkie i ciekawe, z zaskakującą puentą, intensywne i dramatyczne jak letnia burza zdarzają się równie często jak dobre filmy. Czyli rzadko. Bardziej powszechne są nudne, banalne i przewidywalne jak telewizyjne tasiemce. Rozwleczone i rozmemłane. Szare. Nijakie. Dobre końce jak rzadkie motyle można by nabić na szpilkę i zachować w klaserze. Zielniku może, czy jak się tam to nazywa… Można się nimi chwalić, wracać do nich, oglądać je godzinami, wspominać. Złe – jak muchy albo komary są natrętne i upierdliwe. Nie warte splunięcia. Wyłażą z kątów, z rur, z okiennych szczelin, zresztą kto je tam wie, skąd wyłażą… Nudzą. Nużą. Nie sposób ich się pozbyć. Są tępe i uparte. Nie sposób puścić ich w ruch, ani nadać im przyspieszenia. Są oporne na prawa fizyki. Nie sposób ich kolekcjonować. Bo i po co? Tylko zajmują miejsce. Lepiej nadają się do tego początki. Zazwyczaj emocjonujące i z dreszczykiem. Albo słodkie i lekkie jak ubita na puch piana z białek. O tak, początki wyglądają efektownie.  Zacznijmy więc od początku.

To on znalazł drogę do Samariny. Właściwie jej opis, legendę, tajemniczą samarińską opowieść… bo samej drogi, jak się potem okazało – wcale nie było. Mówił jednak o niej dużo. Że zagubiona i właściwie nieprzejezdna, że – faktycznie, no – ponoć mało kto nią jeździ i że to może być pewna trudność, ale jeśli już tam się dostaniemy…. Ha! –  wabił. Mamił. Samarina to był ląd nieodkryty, tajemniczy, dziewiczy i piękny. Na nim mogło zdarzyć się wszystko. Ludzie chodzili tam nogami do góry, a życie płynęło odwrotnie niż tu, u nas. Z przeciwnym wektorem. Od końca do początku. To była kusząca wizja, nawet dla niej. Warto więc było znaleźć Samarinę.

– Kurwa, siedzimy tu już trzecią godziną. Zaraz oszaleję. – powiedziała, wstając i otrzepując spodnie z rudego pyłu. Ziemia tu była czerwona, a piach pomarańczowo-rdzawy. Teraz, gdy słońce stało wysoko na niebie, w ostrym świetle wydawało się, że ziemia świeci.

– Wiesz, że kończy nam się woda? – dodała ze zjadliwą satysfakcją. Chciała go wkurzyć, sama kipiała ze złości, jej irytację wzmagała jego niewzruszona obojętność.

– Spoko. Zaraz coś przyjedzie.

– Jasne. Od trzech godzin nie pojawił się żaden samochód, ale zaraz coś oczywiście przyjedzie? – mówiła za szybko i za głośno.

– O rany, co się rzucasz, rachunek prawdopodobieństwa. Kojarzysz? Mówi ci to coś? Nie przyjechało, a teraz przyjedzie.

Usiadła zrezygnowana na plecaku. Na drodze nie było nawet centymetra cienia. Popołudniowe nagrzane powietrze przypominało gorącą, gęstą zupę, słońce waliło w głowę, była tym zmęczona. Wyjęła butelkę z resztką wody. Zostało kilka łyków ciepłych jak mdły kompot. Jan zapalił papierosa. Było w tym geście coś niezłomnego, Jan taki był – nie do złamania. Nawet nie próbowała go przekonywać…

Czekali. Milczeli. Droga była pusta. Nic tędy nie jeździło, no nic! Westchnęła i skuliła ramiona. Wiedziała, że on nie zrezygnuje. Ale przecież kiedyś się to skończy. Wystarczy poczekać. Z nudów zaczęła wysyłać esemesy. „Czekamy na stopa, pogoda piękna, wracamy za tydzień, buziaki”, itd. Coś jechało? Chyba. Jan podniósł się, więc to nie fatamorgana! Samochód nadjeżdżał z naprzeciwka. Ktoś do wsi. – Spojrzała szybko na niego. Wracamy? – chciała spytać, ale Jan już siedział odwrócony tyłem do szosy. Wracać? Nigdy! Był typem zdobywcy. Wiedziała, że nie odpuści, póki nie dotrze do tej całej Samariny. Teraz powoli zaczynała nienawidzić tego miejsca.

Siedzieli na skrzyżowaniu. Trasa pod górę wiodła do małej wioski, w drugą stronę zjeżdżało się kilka godzin do miasta. Rozwidlenie na którym siedzieli odgałęziało się stromo, przechodząc w starą niebezpieczną górską ubitą drogą pełną rudego brudzącego piachu. Serpentyny rzekomo wiodły do zagubionej osady, gdzie ludzie żyli tak, jak 100 lat temu. Nawet prądu tam nie mieli. Tak przynajmniej Jan wyczytał w przewodniku. Wyczytał też, że droga jest nieczynna bo osuwa się i jest niebezpieczna, ale uznał, że mieszkańcy na pewno nie nadkładają kilometrów, żeby dojechać do wsi, założył, że coś na pewno jednak tędy jeździ. Najwidoczniej nadkładali. Bo nie jeździło.

– Ale nawet jeśli ktoś nas tam podrzuci, to jak się potem wydostaniemy? – nagle przyszło jej do głowy.

Do Samariny było wg mapy około 27 kilometrów. Pod górę, w słońcu, z ciężkim plecakiem… za dużo, żeby iść. To przerastało nawet jego brawurę.

– Gdybyś miał samochód, moglibyśmy tam sobie sami dojechać – wiedziała, że ta złośliwość go zirytuje.

– Odwal się ode mnie. Chcesz samochód, to se kup.

– Kurwa, Jasiek, ja już nie mogę. Wymyśl coś. Rzygać mi się chce od tego upału.

– To rzygaj – powiedział z właściwą sobie logiką.

Siedzieli, czekali. Miała ochotę zacząć płakać. Bezradność. Nuda. Kurwa.

Po kilku godzinach czerwony pick-up wracał z wioski. Wybiegła na drogę, machając obiema rękami. Facet nie miał wyboru, zatrzymał się. Kiedy załadowali plecaki na pakę, uchwyciła kątem oka spojrzenie Jana. To nawet nie był żal. Ani rozczarowanie. To było takie: „Wiedziałem, że tylko tyle mogę się po tobie spodziewać”. Niesmak i zażenowanie. Ruszyli. Zaczął rozmawiać z kierowcą, jak gdyby nigdy nic.  Wanda siedziała na tylnym siedzeniu i czuła się nudna i nieważna. Taka właśnie wtedy była. Samarina oddalała się z prędkością 70 kilometrów na godzinę. Nigdy o niej nie rozmawiali. Ani tego dnia, ani żadnego innego.

Ale wracała. Myśl o Samarinie uparcie pojawiała się w jej głowie. Wracało pytanie, co stało by się gdyby tam jednak dotarli? Kto dałby im nocleg? Czy wieczorem pili by schłodzone białe wino z gospodarzami? Co dali by im do jedzenia? Ile dni by tam zostali? Czy budziłoby ich nocne ujadanie psów? Czy z okien widać byłoby księżyc? Jak wyglądali ci, z Samariny? Na pewno mieli by czarne oczy i spaloną słońcem skórę. Byliby szorstcy w sposobie bycia? Mówiliby jakimś twardym dialektem? A może byliby raczej ciekawi obcych, serdeczni i gościnni? A sama wioska? Jest mała, malowniczo położona, inna niż wszystkie napotykane dotychczas w podróży? Jaki widok roztacza się ze szczytu, gdzie jest położona?  Czy – szczęśliwi po trudach podróży – mieliby chęć się kochać? Czy zasnęliby kamiennym snem? Jakie dźwięki zbudziłyby ich rano? I co by im się śniło?

Tak -Samarina wracała. Naprawdę nie wiedziała, dlaczego.

Jan był dla niej nieodgadniony. Ale nie miała najmniejszego zamiaru ani chęci, by to zmieniać. Był żywiołem, którego bała się trochę. Miał nad nią tajemniczą władzę. Robiła, co chciał. Co więcej-podobało jej się to, choć za żadne skarby by się do tego nie przyznała. Narzekała często, marudziła, urządzała awantury, ale to wszystko było dla niego za mało. Atakowała go, histeryzowała, ale on nigdy nie brał tego na poważnie. Oboje potrafili z tym jakoś żyć. Kiedy nauczył się jej obsługi? Nie wiedziała. Musiał na samym początku znaleźć jakiś sekretny guzik, o którego istnieniu nawet ona sama nie miała pojęcia. Więc po prostu wiedział, gdzie nacisnąć? To takie proste! Uruchamiał jednym dotknięciem cały zestaw zachowań. Ciekawych, bo Wanda była całkiem ciekawa i inteligentna. Zaskakiwała. Miała w pakiecie wachlarz rozmaitych emocji. Przecież nie tylko tych złych… Jan mimochodem włączał jedne i drugie. Dlatego trzymała się go. Przy nim czuła, że żyje. Tak, teraz może się to wydawać zaskakujące, ale ludzie kochają przecież dyktatorów. Na początku kochają ich mocno i naprawdę. Potem, bo muszą. Wanda kochała Jana, na pewno. Na swój sposób kochał ją i Jan. Awantury i pretensje wpisywały się w jego pejzaż codzienny. Tak musiało być i koniec. Żadne z nich nigdy nie pomyślało, że mogłoby być inaczej.

Kolejna szuflada. Mogłaby je opisywać z najdrobniejszymi szczegółami. Mogłaby rysować ich mapy. Znała każdą na pamięć. Dlaczego Jan niczego nie zauważył zanim było za późno? Przecież taka miłość do szuflad, a zwłaszcza porządkowania ich bez końca, nie jest normalna. Jan przyjmował anomalia Wandy ze spokojem. Nie wzruszały go, nie poświęcał im uwagi. Nie po to ją sobie brał, by była normalna. Lubił być oryginalny, normalność nużyła go. Ale gdyby jednak dostrzegł te szuflady, albo raczej to, co w nich siedziało… może nie doszłoby do tragedii. Wanda była roztargniona, jedyne co robiła naprawdę rzetelnie to porządki w szufladach. Ale zdarzały się pomyłki. Bo potrafiła siedzieć nad jedną w nieskończoność… Czasem tak ją zastawał. Patrzył wtedy na nią bezrozumnie. A potem szedł do kuchni, zaparzyć sobie kawę. Sama brała się w garść. Jan nigdy jej nie przytulał. Nie lubił tego. Nigdy też o nic nie pytał. Może wiedział od początku? I przeczuwał, że nic i nikt nie może zapobiec temu, co ma się stać… Nie. To niemożliwe. Gdyby ludzie przeczuwali takie rzeczy, nie dochodziłoby do tragedii.

W Samarinie tymczasem wiedli inne życie. Powiedzieć, że lustrzane, byłby to banał. Jednak tam Jan bliznę miał na prawej, nie na lewej ręce, a Wanda w domu nie miała ANI JEDNEJ SZUFLADY! Jak to w ogóle możliwe? Wszystkie szafki miały drzwiczki zamykane na haczyki. Świat pozbawiony był szuflad, ale nikt nie miał o tym pojęcia. Po prostu szuflad tam nie było. Nikt ich nie znał, opowieści o nich nie istniały. W Samarinie Jan uśmiechał się często i nigdy się nie złościł. Miał pogodną twarz. Słońce grzało przyjemnie, a nie paliło niemiłosiernie. Cień był akuratnie chłodny, woda w strumieniu przejrzysta, kolory i kształty wyraźne, a trawa miękka jak dywan. Wanda spokojna i bezrozumna, jak młode cielę. Znaczy się – szczęśliwa. Więc cała ta Samarina jednak istniała! I można było znaleźć do niej drogę! Na mapie wyglądała jak cieniutka przerywana kreska. Ale istniała, istnieje i zawsze będzie istnieć. Teraz, kiedy to wiemy, łatwiej nam żyć. A że tam jeszcze nie dotarliśmy? To tylko kwestia czasu.

Pewnego dnia Wanda w szufladzie znalazła nietknięte opakowanie proszków na sen. Nikt nie wie co ja podkusiło by zażyć wszystkie na raz.

Zrobiła to bezmyślnie. Na pewno. Była roztargniona. Nic nie zapowiadało przecież tragedii. Nic? Może jedynie stara, zepsuta ładowarka do telefonu, pompka rowerowa, zszywacz biurowy, taśma klejąca, nożyczki, wypisane długopisy, święte obrazki, które co roku zostawiał ksiądz chodzący po kolędzie, rozsypane monety, korek od wina. Jeden i drugi i trzeci. Pogięte wizytówki, rachunki z pralni. I rozerwany sznur tanich koralików. Chyba tylko one.

Reklamy

Działania

Information

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s




%d blogerów lubi to: