Zdechła ryba i inne nieszczęścia

10 09 2010

Jednak się posikała.
I sika niestety po dziś dzień. O Szakirze mówię. A ja wpadłam jak śliwka w kompot.Załatwiam, wynajmuję, urządzam, kupuje, szczepię, a także uczę aportować, przekonuję do chrzanu i chleba, który nie jest miękki i słodki. Ale bez skutku. Trudno. Będzie więcej dla mnie.
Trwa pora deszczowa, leje jak z cebra przy temperaturze 39 stopni. Ogromna wilgotność. Plus taki, że skórę mam miękką i aksamitną jak pupka niemowlaka.
Szakira też lubi deszcz, więc z tym problemu nie mamy. Gorzej, że sika gdzie popadnie i trudno ją tego oduczyć. Do tej pory mieszkała w domu z patio i trudno jej wyczaić że klatka schodowa to nie jest patio. No nie jest. Więc sprzątam. Przygoda ze zdechłą rybą, którą zaliczyliśmy przedwczoraj skończyła się też nie najszczęśliwiej.
Jak wiadomo, w morzu są ryby. Czasem zdychają. I czasem, jak jest przypływ to morze te trupy wyrzuca. Co z tego, że śmierdzą jak tylko rybie trupy potrafią? Kiedy taką rybę można wziąć do pyska a nawet zjeść? No i mamy temperaturę i psiaka, który mi tu ledwie zipie. Za nami już dwie dawki antybiotyku, jutro-kolejna.
Pierwsze 3 dni zaliczałam oględnie mówiąc: wkurwa za wkurwem. Pierwszy podstawowy zafundował mi Kolumbas Ender. Od lipca prosiłam chłopaka, żeby mi wynajął mieszkanko, apartamiento, z widokiem na mar. Miało byc to co poprzednio, ostatecznie inne ale w tym samym budynku. Jechałam na gotowe, jak do Mamy na działkę. Po przyjeździe dowiedziałam się jednak, że kilka dni muszę poczekać bo pani się nie chce wyprowadzić. Pognałam do administracji, coby dowiedzieć się co to znaczy KILKA dni? No… jak to? Jakie dni? Nie ma żadnego mieszkania. Jak poczekam miesiąc, to może będzie ale nieumeblowane i nie wiadomo, czy będzie na pewno i ogólnie to raczej niewiele wiadomo. A ja z psem na smyczy plecakiem i walizką na ulicy. Ender zaliczył polską awanturę na samym wstępie. Że dupek, że nic nie potrafi załatwić jak trzeba i ze w tej Kolumbii to wszystko do bani jest, syf, malaria i ja spadam!!! No. To awanturę mamy już za sobą. Dziecko mi się tłumaczyło: To nie moja wina. Ta pani w administracji mnie… okłamała!
Potem zaczęło się wynajmowanie mieszkania. Pan miał zadzwonić ale nie zadzwonił, inny pan się zgodził wynająć całkiem tanio, ale jak mamusia pana zobaczyła pieska to podniosła wielki krzyk ze con mascota to NO no, no! A potem było oglądanie tysiąca tanich nor bez okien lub drogich apartamentów. Wreszcie wylądowałam… w Rodadero. No nie tak miało być, ale nie narzekam. Rodadero to tutejszy kurort 6 km od Santa Marta. Coś pomiędzy Juratą a Sopotem. A może taki raczej nasz Władek? Białasy tu raczej nie zagladają, to miejsce dla bogatych Kolumbasow. Momentami nie za pięknie, wieżowce na plaży itd. ale można znaleźć zaciszne zakątki. Ja mam swoją sympatyczną palmę, która swoimi kokosami wtarabania mi się na taras i klimę w sypialni. Wprawdzie 4 dni załatwiałam internet, a tydzień pana co miał przypiąć TV kabel, ale wreszcie CHYBA wszystko się udało.
No więc jestem zainstalowana na Karaibach, tak jak chciałam. A co dalej – to się zobaczy.

Reklamy

Działania

Information

2 Komentarze

14 09 2010
myself

No ta kurcze, nas tu zalewa w stolycy, zamiast polskiej złotej jesieni mamy szarą, wietrzną apokalipsę, a Pani szanowna się pod palmą na tarasie wyciąga i jeszcze narzeka, że widok nie taki!
Jakie to się wybredne zrobiło… ;)

15 09 2010
skromna_jokla

Hej, w końcu ciekawie, ale numera, naprawdę się tam przeprowadziłaś czy jak? Napisz do nas, całujemy Paulina i Tosia :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s




%d blogerów lubi to: