Trzy słońca

17 10 2010

Świerszcze cykają jakby się dopalaczy nażarły. Ćmy giganty rozbijają się o ekran laptoka. 18. Godzina kiedy świat się zmienia. Nie zmienia się aż tak spektakularnie w wielkim mieście, ani w małym nawet, też nie. Wystarczy mały pstryczek-elektryczek i świat nocy przestaje być groźny i trudny. A nawet gdy pstryczka zabraknie (co się przecież zdarzyć może), zawsze dociera jakaś jasność, a to latarni ulicznej, a to neonu, a to światłeł samochodu. Tu nie. Z chwilą, kiedy zmierzch zapada, zmieniają się proporcje, dźwięki, i to co miało swoje przyspieszenie-traci je. Psy za dnia szalone, po zmroku układają się  karnie u stóp. Koguty przestają piać, kury gdakać, ptaki śpiewać. A ciemność jest absolutna. Zapalamy świece i gramy w chińczyka. Albo opowiadamy sobie straszne historie. Albo gapimy się w mrok.

Nie zdołam opisać wszystkiego ani nadać tym dniom kształtów takich jakie mają naprawdę. Notatki, brudnospis-tyle mogę zrobić dla siebie i dla tych co ciekawi.

Moja przygoda z selvą zaczęła się od przewozu Szakiry przez dżunglę. Jechałam z pełną aprowizacją. Ziemniaki, cebula, ryż, cukier, pomidory, kurczak, wołowina, 14 kilo paszy dla szczeniaka oraz witaminy, zabawki, repelenty, garderoba wyjściowa (w góry) i na codzień (do pracy) a także na specjalne okazje – jakaś fiesta zawsze się może trafić nawet w takiej dżungli! No i jeszcze towaru miałam więcej. Dwie wkupne butelki rumu, baniak oleju, 4 książki, masa gratów mniej i bardzej potrzebnych.
Oraz 14 kilowy pies. Więc chyba można sobie wyobrazić, że zadania łatwego nie miałam.

Uprzedzę bo nie dla wszystkich to może być jasne, że do chaty w lesie, w której mieszkam, nie można sobie tak po prostu DOJECHAĆ. NALEŻY DO NIEJ DOJŚĆ. (Piszę o tym, bo jedna z moich Koleżanek zapytała o co kaman z tymi problemami i dlaczego nie mogę wynająć albo kupić (???) sobie samochodu, żeby przetransportować pieska ).

No kupić nie mogę – to chyba jest jasne dlaczego, a wynająć – to i owszem, ale nie ma sensu, bo po wynajęciu rzeczonego to ja mogę sobie na ten samochód popatrzeć najwyżej. Dojechać może jedynie muł. I to z trudem, jak się okazuje. Bo drogi po deszczu strome, kamieniste a zarazem błotniste i śliskie i taka mula to się wprawdzie nie przewróci (chyba, mam nadzieję!) ale jedzie to to jak narciarz po śniegu. Co najmniej. Parowy, skalne wąwozy i leśne jary wąziutkie i strome, pełne błota, czasem trzeba schodzić niemal pionowo, na mule to tak, jakby się leciało samolotem. Tylko takim, co bryka a czasem skacze. Znienacka. Zewsząd zakrada się Wielka Roślina, Wielka Liana, Wielki Konar. Pod górę po wyślizganych kamieniach, albo przez porwistą rzekę też łatwo się nie idzie.

No i jak tu z psem? No chyba na mule. Tata mój z właściwą sobie logiką zagaił: Ale Iwonka, nie masz wrażenia, że jedno zwierzę może zaprotestować, jeśli będzie jechać na nim inne zwierzę?
No i tak będzie jechać. Jakby nie było-wszyscy wszak jesteśmy zwierzętami.

Ale wracajmy do Szakiry. Chłopaki, czyli Misael (młodszy brat Endera), Ender a także Dawid, syn nauczyciela (lat 11) wybili mi z głowy użalanie się nad 4-miesięcznym szczeniaczkiem. co z tego że maksymalnie pod górę w upale, co z tego że nie przyzwyczajona. Pójdzie!

I poszła. Myślałam, że robię jakąś krzywdę tak troszku pieskowi, ale głupia byłam.

W chacie mieszka capo de capos. Capo to w tutejszym żargonie narkotraficante czyli koleś co przemyca narkotyki. Capo de capos, to jak nietrudno się domyśleć naczelny CAPO. No i jest tu taki jeden, mały, biało czarny, sześciomięsięczny kudłaty. Gdy Szaki z jęzorem zwisającym do brzucha dochodziła do chaty w której mieszkam, myślałam że padnie i będzie spać przez kolejne trzy dni. Ale nie. Na widok Capo wypięła tyłeczek, machnęła kitą i dawajże w pogoń!
Psy sie zakumplowały na maksa, o czym świadczą odgłosy bitew, szarpanie wsólnej zabawki, warczenie nad jedną kością, skoki pod sufit, gonitwy za piłką i podobne atrakcje. Capo pierwszego dnia miał w głowie tylko jedno- wyżyć się seksualnie na suce, ale Szaki szybko wybiła mu to z głowy. Pomijając że Capo to taki mały wiejski jebik, bardziej już kundlem być nie można, no i ma wzrost… hm? Siedzącego psa?

Dojechaliśmy i doszliśmy tuż przed zmrokiem. Dostałam talerz zupy, a potem prześcieradło i derkę. Noce nie są zimne, jak twierdzili Tutejsi, ale nad ranem temperatura spada do jakichś 18 może stopni i derka się przydaje.

Noc zapadła szybko i wcześnie,zasnęłam mocno a o 5 rano obudziło mnie krzątanie Tutejszych. Słyszałam jak Ender idzie doić krowę, Misael rusza na plantacje kawy, mama i Laydys (dziewczyna Misaela) rozpalają ogień w kuchni. śniadanie w środku nocy? O 6??? Leżałam i wsłuchiwałam się w kakofonię ptasich treli, dniało. Więc zasnęłam.

Po raz drugi zbudził mnie dziwny dźwięk. Po chwili powtórzył się. I znowu. Jakiś taki zgrzyt jakby szybki, podwójny, stalowy. Chwila ciszy. I znowu. Zwlekłam się z wyra i wychyliłam glowę z mojej izby wychodzącej na werandę. EEE, to tylko senior Carlos, tata Endera ładuje strzelbę.

No to grzecznie mówię: Dzieńdobry. A pan co robi? (idotyczne, przecież widzę że ładuje strzelbę!)
– Idę na dzika.
Acha. – wykazałam najwyższe zrozumienie i jeszcze na chwilę wróciłam do łóżka. Za gorąco jednak żeby spać.
Na dziki chodzi się nie dla obiadu a dlatego że cokolwiek tratują plantację. Więć jak już się takiego dewastującego rzezimieszka namierzy – można go na obiad w razie co ustrzelić.
Mieszka tu także senior Alfonso, lat 90, którego zadaniem jest pilnować deszczu. Klimat Sierra Nevada jest w październiku taki: Rano mamy słońce bankowo – co za tym idzie upał- do 13, potem przychodzą chmury i trzeba się już spieszyć. Po południu zaczyna padać. Głównie przelotnie, ale zdarzają się i większe z nieba konewki. Wieczory ciepłe, spokojne i ciche, a koło północy słychać znów krople dudniące na dachu. Więc senior Alfonso lat 90 w kapeluszu i z maczetą u pasa siedzi przy wyłożonych na ziemi ziarnach kawy i patrzy czy deszcz nie idzie. No słowo daję – myślałby kto, że się Jańcia Wodnika naoglądał!
-Senior Alfonso, a długo się to jeszcze będzie suszyć?

– No będzie… trzy słońca.

Powiedzieć trzy dni to za mało. Ziarno nie potrzebuję dni, potrzebuje dobrego słońca.
Senior Alfonso pracował kiedyś u tej rodziny, ale dawno temu pomarli mu wszyscy i tak już został. Nie czuje się samotny, jest potrzebny, bo ktoś musi przepędzać kury i pilnować deszczu. Uśmiecha się do polskich cukierków ślazowych i powoli – jak tylko zaczne rozumieć jego hiszpański artykułowany dwoma zębami – przymierzam się wyciągnąć dziadka na opowieści.

A poza tym przepraszam wszystkich, którym wmawiałam, że wnietoperze-wampiry nie mieszkają w Sierra Nevada. Ponoć sporo ich tutaj, ale Tutejsi uspokajają: One lubią tylko wysysać krowy i muły. Ludzka krew im nie smakuje. Szkodzi może?

Bateria mi siada, a zapomniałam kupić benzynę, żeby naładować komputer (jakkolwiek dziwnie to nie brzmi.)

Od nowa uczę się zaglądać do butów czy aby nie siedzi w nich coś, co może wstrzyknąć jad, ukąsić lub skrzywdzić na 100 innych sposób. Do roli ofiary tak czy owak przyzwyczaić się trzeba. Komar rządzi i nic na to poradzić się nie da. No trudno, po prostu zamykam oczy i wyobrażam sobie, że jestem na Mazurach.

Reklamy

Działania

Information

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s




%d blogerów lubi to: