Grzybek tu, grzybek tam… ty go nie masz, a ja mam!

11 03 2012

No wlasnie sek caly w tym, ze ja go NIE MAM!!!!

To koniec! Po ostatnim sloiczku grzybkow marynowanych zakitranych na CZARNA GODZINE pozostalo juz tylko wspomnienie. Wnioski? Czarna godzina nadeszla!

Nie bylo mnie przez chwile na blogu, ale juz wracam. Spiesze doniesc wszystkim zaniepokojonym ze zyje i… chcialabym napisac: mam sie niezle, ale z tym akurat ostatnio roznie bywa.  Nie przepadam za ludowymi madrosciami w sylu: fortuna kolem sie toczy, czy tez: raz na wozie raz pod wozem, no ale co zrobic, jesli takie wlasnie banaly najlepiej oddaja stan ducha i stan ogolny?

Grudzien mielismy pracowity i wesoly – z czworka przyjaciol z Argentyny (w tym z Piratem z Karaibow www.sebi-che.com/blog) remontowalismy bude zwana Casablanca. W styczniu nastapila kleska urodzaju, potem przyjechal Tata, ktory natychmiast wzial we wladanie kuchnie ze skutkiem natychmiastowym: 5 kilo w gore i pasibrzuchy sa wsrod nas!  I wszystko byloby dobrze, gdyby pewnego dnia nie przyszla do mnie Dilsa z niepokojacym komunikatem: Wiesz, mam wrazenie, ze ta rodzinka uciekla.

Rodzinka. Mama lat dwadziescia kilka, tata podobnie i trojka dzieci lat od 5 do 2. Mieszkali prawie miesiac, wypiekalam im pizze prima sort jak ta lala –  4 staggioni y mexicana, dzieciom czekolade sie warzylo i jajeczka sie sadzilo na sniadanie, fiki miki, i figo fago, kompy okupowane, wrzaski i wojny podjazdowe na patio uskuteczniane (pistolety na wode)… az tu pewnego dnia… nie wrocili na noc. No niby nic takiego, zdarza sie wszak,  ze zabaluje jeden z drugim i nie wroci,  zlozywszy swe zwloki na lonie jakiejs przygodnej chiki, ale tak z trojka malych dzieci? Swiatelko sie zapalilo. Palilo sie juz od tygodnia, gdyz rosla w trybie szybkim suma na rachunku, a wszak jestesmy w Kolumbii, ostroznosci nigdy za wiele itd…, wiec narodzila sie mysl: moze by tak przycisnac kolanem, co by familia uregulowala swoje dlugi? Po dwoch podejsciach (si, si, maniana, maniana) familia tajemniczo zniknela. Weszlam z kopa do pokoju. A tam walizki puste, syf, malaria i karteczka: nie mamy pieniedzy, przykro nam, niech bog wam blogoslawi.  Sweet!

Ze jak? Ze Bog? Nosz mierda, puta, fuck, a nie zaden bog! Ooo, jakze sie poruszylam niezmiernie! Do tego to stopnia, ze zamiast do kosciola pognac, pytac boga czy faktycznie mi blogoslawi, wsiadlam do taksowki i pojechalam z rzeczona karteczka (dowod rzeczowy, tak czy nie??) na posterunek policji, co – jak tak sobie o tym teraz pomysle – musialo byc dla miejscowych posunieciem wielce zabawnym. Ot, cos w stylu Jasia Fasoli albo Monty Pythona. Taki czarny polski humor. O posterunku policji, na ktorym sie dowiedzialam, ze dopoki  w gre nie wchodzi zabojstwo, to raczej nie ma co liczyc na to, ze sie ktos mna zajmie, czyli ze dopoki mnie nie zaciukaja to mnie w dupie maja…. (przynajmniej uczciwie postawili sprawe), o tym jak w serwisie komputerowym sprzedano moj twardy dysk z cala zawartoscia (mam kompa dziewiczego jak nowicjatki u urszulanek, albo i lepiej…nawet – jak widac – znakow polskich nie mam bo i po co mi one, co nie?) o tym, jak okradl mnie niby dobry znajomy, o napadach dziesiecioletniego Carlosa na Casablance i o tym jak ukradl stanik Agnieszce, o tym ze kot mnie podrapal jak spalam, o tym ze Szakira ma cieczke i regularnego swira prokreacyjnego, ani o tym, ze nad powala urzadzily sobie domek nietoperze (scislej mowiac, w pokoju Taty, ktory to jest zdania, ze futrzaki fruwajace mu nad uszami noca to 100 procent wampira w wampirze), o tych mniej i bardziej ciekawych przygodach – nie napisze. Bo co se bede zdrowie, watle i tak,  psuc?

Walecznosc powoli mnie opuszcza i wreszcie dociera do mnie, ze to JA, JA , JA SIE MUSZE DOSTOSOWAC, a nie oni. Kolumbia nie lezy w Europie, a ja nie wychowalam sie na Haiti. I albo sie dotrzemy, albo… nie. Z tym, ze jak na razie docieram sie TYLKO ja do kontynentu, kontynent jakos uparcie moja obecnosc ignoruje, moje zale, moje potrzeby ma za nic.

I jeszcze teraz te grzybki… Zero nul. Ani jednego marnego grzybaska!!! Ksiazek tez juz nie mam, tez wszystkiem zjadla. Chyba sobie usiade w katku i zaplacze cichutko nad mym marnym indianskim losem. I nawet nie moge pocieszyc sie kolejna madroscia ludowa, ze jutro zaswieci slonce. No zaswieci, zaswieci, przeciez wiem! I to jak zaswieci! 40 stopni w cieniu! Ech!

Reklamy

Działania

Information

3 Komentarze

16 03 2012
Ala

Jeśli ochota na grzybki – zapraszam na Suwalszczyznę. Pozdrowienia z Gib

10 04 2012
iwonkapibara

Ochota tak!!! Ale bedzie kulig? Bo ja to raczej tak zimą dobiję… I snieg mi sie marzy i te dzwonki sań!

16 03 2012
anitka

Czlowiek sie uczy cale zycie. Teraz juz bedziesz wiedziala , ze oplate nalezy pobierac z gory. Nie Ty jedna nadzialas sie na taka sytuacje.
Jak nastepnym razem bede w Kolumbii, postaram sie przywlec marynowane grzybki. Sama zbieram.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s




%d blogerów lubi to: