O tym, jak otworzyły mi się dłonie

10 10 2015

Mój przygoda była krótka i może niewarta odnotowania na opuszczonym blogu, gdyby nie fakt, że chciałabym o niej pamiętać. Zastanawiam się też przy okazji rzeczonej przygody, czy nie zmienić tytułu bloga z Wyjechałam na ODJECHAŁAM.

63310024a

Od kilku miesięcy znów jestem w podróży. Pierwszy raz jednak podróżuję nie od horyzontu do horyzontu, a z… głębi do wierzchu. Jak Frodo prawie. Idę, żeby walczyć ze złem.  Od kilku miesięcy toczę zaciekły bój z choroba, która zaatakowała ze zdwojoną mocą po tym, jak wróciłam do Polski. Z depresją.  Jestem jak Zły Porucznik, imam się różnych sposobów, nie zawsze dobrych i słusznych, by pozbyć się tego gówna, które opanowuje życie i sprawia, że nie jesteś w stanie podnieść się z łóżka. Ja – opornie, z bólem, lękiem –ale zazwyczaj jestem, lecz czy to powód do dumy?  Rozmawiałam z kimś niedawno o depresji – powiedział mi ten ktoś: nie jest z tobą tak, źle, widziałem ludzi, którzy w ogóle nie wstają.

A ja przecież wyraźnie czuję jak każda bawełniana nitka prześcieradła, w którym leżę splata się z moimi włosami, jak każda komórka staje się kleistą masą i z mocą kleju kropelka przykleja mnie do materaca. Nie ruszę się, mowy nie ma. Nie wiem, dlaczego udaje mi się zazwyczaj wstać z łóżka. Może to dzięki psu, który trąca mnie nosem, jak już robi po nogach i klocka niemalże sadzi w przedpokoju. Jeśli uda się wstać – to kolejne kroki są już łatwiejsze. Ale wcale niełatwe. Wszystko zajmuje mi wiele czasu. Dbanie o siebie to jakiś abstrakt.  Podobnie jak wszystkie mechanizmy życia… taka jest ta dziwka – odbiera wszystko i wszystkich. Komu by się chciało spędzać czas z kimś smutnym, to nie te czasy.

Choroba wylęga się długo – rodzi się jak robaki w serze – z niczego. Zdawałoby się – niczego. Brak poczucia bezpieczeństwa, miłości, zakorzenienia, stabilności, odwagi, poczucia własnej wartości… Różne mogą być te braki. Mogą też atakować jednocześnie. Ale brak to nie nic. Choroba bierze się zawsze z czegoś. Potem dołączają braki już konkretne – brakuje substancji chemicznych w mózgu. Możesz powtarzać sobie tysiąc razy – wstań i idź (bo wiesz, że musisz), ale nie wstaniesz i nie pójdziesz. Taka jest ta dziwka. Niezła sucz. Czasem tylko usprawiedliwiona genami. (Niczego, co pisze o depresji proszę nie traktować jako kompendium wiedzy na jej temat, piszę tylko o sobie, nie jestem lekarzem).

Niepowodzenia i frustracje przeżywa każdy, każdy miał doła. Tylko osoba z depresją inaczej na niego reaguje. Zresztą w ogóle nie musi przeżywać niczego złego, może zwyczajnie depresję mieć i z nią żyć. Ale tu właśnie zaczynają się schody. Bo poziom niezrozumienia osoby chorej na depresje przez innych jest niewyobrażalny. Ludzie dzielą się na trzy grupy.

  1. Pitbulle, wojownicy, silne kobiety i mężczyźni, którzy mówią ci: „Weź się w garść, nie maż się. Przyj do przodu, kup trampki i leć na tę łąkę na której wieczna wiosna. Weź się do pracy, przekop ogródek, do roboty pani Iwonkapibara!. Jesteś silna”. WTF? Poziom zrozumienia choroby – zerowy. Możecie mówić, co chcecie, ale niech to dotrze do Was: gdyby osoba chora na depresja mogła się wziąć w garść, to by się wzięła. Bo o niczym innym nie marzy. To nie jest rozmamłanie jakiejś nastolatki, co to ją puścił kantem ukochany (choć akurat mnie puścił, więc pasuje). I co ryczy i przeżywa, a za kilka dni otrząśnie się jak pies, kupi te Conversy i pójdzie na jogging albo na zumbę do fitnesclubu. (Swoją drogą – w ramach krucjaty przeciw depresji – zapisałam się na zumbę. Na efekty jednak specjalne nie liczę). Pitbulle nie odpuszczają. Chcą pomóc. I często pomagają. Ale jeśli jeszcze raz od kogokolwiek usłyszę: weź się w garść – zacznę kąsać.
  2. Osoby po prostu życzliwe. Pytają cię: „Jak się masz? Jak się czujesz albo: Dziś taka ładna pogoda, może masz lepszy humor?”. Co mam im odpowiedzieć? Pogoda ładna, słonecznie, plus siedem, piękna złota jesień. A u mnie bez zmian. Ten typ to ludzie, którzy chcą dobrze, ale po dwóch, trzech telefonach zaczynają być zmęczeni twoja chorobą i znikają na wiele tygodni, kończąc: – na pewno wkrótce dojdziesz do siebie. Cieszy mnie ich optymizm. Chodź niekoniecznie podzielam go.
  3. Zwyczajni zapominalscy. Ot, po prostu osoby, które niejako zapominają, że jesteś ostatnio dziwna, inna, wyglądasz gorzej niż kiedyś. Ignorują to. A może naprawdę zapominają. Lub nie wiedzą. Ja na przykład smutna bywam okresowo i głównie jak nikt nie widzi. Tak poza tym to hop siup i tralalala. Zapominalscy wyciągają cię na obiad w ich ogrodzie. Ignorują poszarzałe oblicze, opowiadają kawały, zapraszają do kina, wyciągają do miasta na pizze. A jeśli odwołujesz spotkanie – nie obrażają się. Następnego dnia robią wszystko od nowa. Zwyczajnie – są. Wpadają z szarlotką, udając że nie widzą bałaganu, zagadują, dzwonia bez  powodu i opowiadają, rozpuszczając na chwilę tym samym magmę, jaką masz w głowie.

Na jakikolwiek sposób by się moi znajomi o mnie nie martwili – jestem im za to wdzięczna. Łatwo po prostu pomylić fakt, że ktoś jest na życiowym zakręcie lub przytrafiła mu się katastrofa, z chorobą mózgu.

Otoczona ludźmi walczę więc jednak samotnie z czymś, czego nie znam ani nie rozumiem. Najgorszy jest lęk. Lęk przed telefonem, który dzwoni, koniecznością rozmawiania z ludźmi, wykonywania czynności.  Jedyne miejsce, w którym czujesz się… nie… nie tyle bezpiecznie, co możliwie znośnie jest Twoje łóżko – głowa nakryta poduszką i powtarzanie sobie: nie myśl, nie myśl! Stukanie do drzwi, nagły dźwięk telefonu powoduje palpitacje serca. Nie odbiorę. Nie otworzę. No nie.

Syndrom stresu bojowego. Ustawiania się frontalnie, byciem w ciągłej gotowości. Szalenie wyczerpujący stan.

Są na to proszki. Których nie biorę, bo przecież jestem silna J i dam radę sama. Chemiczna iwonkapibara to już byłoby przegięcie. Dziś jednak w nocy 1 taki proszek wzięłam. I tu WRESZCIE zaczyna się zapowiadana przygoda. Od dwóch dni w moim domu włączyli centralne, nijak nie pojmuje ustrojstwa, niby pokrętło jakieś ma, ale żeby działało to już nie. Może to element dekoracyjny?  No więc mam saunę, spać nie mogę. Na dodatek infekcja dopadła, telepie mnie i tak już drugą dobę się męczę. Noce bezsenne sam na sam Seniorą Depresją i kiedy Pani Ka dopada i jeszcze na full rozbuchanymi grzejnikami – to za dużo nawet dla takiej fajterki jak ja. Leżę więc, rzucam się jak zbój Madej się rzucał na madejowym łożu (a może on się nie rzucał, kto wie?), aż tu nagle, między jedną a drugą przewrotką wpada mi do głowy myśl: Skutki uboczne leku na lęk! Ha. Żądam skutków ubocznych teraz, zaraz, już. Lek połknęłam niczym indor i czekam. Gapię się w sufit i czekam. Skutki nijak nie nadciągają. A bardzo bym chciała, gdyż takim oto bowiem ubocznym skutkiem leku na lęk miała być senność! I co? Nic. Nic i nic. Od tego czekania pewnie bym zasnęła wreszcie, aż tu nagle… Z całej siły, nieoczekiwanie.. BUCH! wyprostowały mi się dłonie. Bez udziału woli. JA ICH NIE WYPROSTOWAŁAM. Na pewno. Patrzyłam na nie, jak leżą i SĄ wyprostowane, a nie zaciśnięte w pięści.

Po latach życia z nerwicą moje ciało zaciska się coraz bardziej, napręża. Śpię z dłońmi zaciśniętymi w pięści niczym jakiś popieprzony nocny bokser i żadne próby (nawet na siłę! Byli tacy co próbowali) nie przynosiły efektu. Podejrzewam, że zaciskam w pięści również stopy, głowę no i na koniec – mózg.

Tymczasem teraz – nagle, jak na komendę otworzyły się. SAME! No nie, nie same – lek na lęk działa na układ nerwowy i to on mi je otworzył. Zdziwiona patrzyłam na coś, co się stało z moim ciałem, a czego autorem wcale nie byłam. Puściło napięcie, ale jak. Jakby ktoś gumką od majtek strzelił. Jakby mi ktoś na odlew dał.

I zrozumiałam, że może być inaczej niż jest i było.

Reklamy

Działania

Information

3 Komentarze

10 10 2015
Antoni Soduła

Trzymaj się Iwono! Dasz radę. Jesteś wspaniała! I pisz, bo swietnie piszesz – Antoni

11 10 2015
km

Chciałem coś mądrego napisać, ale co tu pisać, wiec pisze, ze nic mądrego nie napisze. Ot ślad po prostu. Choć nadzieja w chemii jakaś jest.

18 11 2015
Zapach polskiej kuchni

Iwona, depresja to tez choroba mozgu w skutek chemii zawartej w zywnosci. Znajdz polskie szamanki..sasiadki, babcie, ktore ugotuja Ci zupe na warzywach z ich ogrodka, fasolke szparagowa i zrobia kompot z rabarbaru. Stoluj sie tak u nich (najmilej: odplatnie) przez co najmniej 2 tygodnie. Kiedy z mazi rozjasni Ci sie umysl, sama dasz sobie rade z tym, co nazywa sie depresja. I nie zapominaj o zoltym kolorze, serwetki zolte kup takiej gotujacej babci, zebys i Ty z tego skorzytala, pomaga utrzymac pozytywne myslenie. Uciekaj od fioletu zimnego i oglupiajacego, bo tylko silne osobowosci bezwzgledne moga go jesc niemal lyzkami.. Uwazaj i wroc do polskich korzeni. Smacznego! Na pewno od nowa zakochasz sie z smakach i energia w Tobie od nowa zagosci. Zdrowia i duzo pisania zycze Tobie, a sobie czytania. Ten blog az tak do konca nie jest wiec zapomniany ;-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s




%d blogerów lubi to: