Pirat z Karaibów jedzie na premierę!

13 04 2011

Kochani, lubicie zwariowane pomysły?

To ja mam jeden.

Pomóżmy Sebastianowi. To mój kumpel,  który  przez przeszło rok przemierza lądem Amerykę Południową.  Z Argentyny jedzie do Los Angeles na premierę Piratów z Karaibów, żeby spotkać się z Johnnym Deepem. Seba zarabia na fotkach, jakie robią sobie z nim ludzie.

O. Tak właśnie. To jest Seba:

Pomyślałam, że warto byłoby powiedzieć menadżerowi Deepa lub choćby polskiemu dystrybutorowi filmu o istnieniu Seby. On tylko chce zrobic sobie zdjęcie z Jackiem Sparrowem no i musi jakoś wejść na premierę.

Znajomi Dziennikarze i Filmowcy! Ktoś może pomóc?

Reklamy




I ja tam byłam, rum i wino piłam

18 09 2010

Nocą przyszła Burza. Taka straszna, z wielkimi piorunami, od których robi się jasno jak w dzień, i z grzmotami długimi, toczącymi się gdzieś po ziemi. Ostatni raz taką burzę przeżyłam w górach w Grecji. Wtedy bałam się naprawdę, słuchając jak grzmoty biegną po szczytach. Nieprzerwanie. Teraz bałam się tak raczej bezinteresownie. Pies spał, w nosie ma zjawiska przyrodnicze, sam wszak do nich należy.
Przyszedł czas na rachunek sumienia. Osiem miesięcy w Ameryce Południowej, dwa – wakacyjne – w Polsce i końcówka roku  w Kolumbii otra vez.
Nie znalazłam czasu na zrobienie mapki, nie znalazłam na opisy takie bardziej szczegółowe co gdzie i jak, jeśli ktoś się wybiera, ma życzenie się dowiedzieć, proszę się zaanonsować w komentarzu, na pewno odpiszę. A tymczasem SUBIEKTYWNY RANKING IWONKIPIBARY;-)

NIEUSTAJĄCO PIERWSZE DWA MIEJSCA ZAJMUJĄ W NIM
1. WENEZUELA I KOLUMBIA
Wcale nie dlatego, że to był mój pierwszy raz – chociaż nie wykluczam, że „najpiękniejszy pierwszy dzień, potem wszystko idzie w cień”. Ale chyba nie o to chodzi tym razem. Wypadkowa nienachalnej (czytaj nie na sprzedaż) egzotyki, totalna, bujna i OGROMNA przyroda, która szczelinami wciska się do domów (pisałam już że tym razem w domu nie mam karaluchów? ZA TO STADAMI PO ŚCIANACH BIEGAJĄ ZIELONE MAŁE JASZCZURKI Z KOMICZNYMI RYJKAMI. ZDECYDOWANIE JESTEM za!).
Góry, doliny, morza, rafy, gęsta dżungla, papugi i jaguary, jak się ktoś uprze to i Indian golutkicyh jak ich sam Pan Bóg stworzył znajdzie i takich (lepiej ich nie szukać) co plują do nieznajomych całkiem niefajnymi strzałkami, od których się możesz przenieść do Krainy Wiecznych Łowów. Mity i bajki żyją tu na równi z serialami. Z tym, że w seriale jednak wierzy się mniej.

Jest bałagan. Jest – co tu dużo gadać- pierdolnik. (wenezuelski inny niż kolumbijski, ale to jednak w obu przypadkach jest właśnie TO!).

Są miejsca, w których można zginąć w ciszy. Najpiękniejsze moje momenty?
Stalowe delfiny pluskające się obok mnie w Orinoko i Orinoko sama. Rzeka tajemnic. Tysiące papug na jednym drzewie i ich wieczorna odprawa- wrzask nie do opisania.

W Kolumbii? Rozgardiasz i ludzie. Niesubordynowani, bez żadnych zasad, ale przyjaźni, uśmiechnięci, zawsze pomocni i weseli.
I selva też. Poznana, oswojona. jej mała część- już moja, na mule mogę jechać z zamkniętymi oczami! Nic więc dziwnego-że kochana.

Ekwadoru nie znam. Przejechałam gon ekspresowo – w tydzień. Miłe miejsce, takie pograniczne. Już więcej Indian na ulicach, już inaczej ( W Kolumbii i Wenezueli Indianie tworzą swoje enklawy w Sierra Nevada de Santa Marta w San Agustin itd – na ulicach ich nie ma, a jeśli są to wtopieni, nie tacy barwni jak potem. Ekwador to przedsionek POMIESZANIA.
Dobre ceny, raczej podłe żarcie, żadnych złych przygód. Ale wielkiej chęci, żeby akurat tam wrócić- brak. Może kiedyś…

Peru- perła w koronie. Turystycznej. Oprócz zagubionych w dżungli miejsc gdzie nie docierają turyści ( i ja też nie dotarłam) absolutnie wymuskany (jak na Am Pd rzecz jasna ) turystyczny kołchoz. No, animatorów jak w Tunezji się dzięki Bogu jeszcze Państwo nie dorobili, ale śmiało do Peru (na szlak Gringo) można jechać z angielskim i rozmówkami hiszpańskimi. Jak ktoś chce zboczyć ze szlaku, niech zapomni o inglisz.
Peru jest – jak na Am Pd znowu zaznaczę- całkiem cywilizowane. Można tu latać na lotniach, uprawiać kitesurfing, zjeżdżać na deskach z wydm, nurkować, wspinać się- wszystko mas o menos dobrze zorganizowane. To taki kraj na wakacje dla tych co się boją na naprawdę dziko pojechać, ale troszku tak by chcieli… Choć wiem, że są miejsca w Peru gdzie… Olaboga!!! Ja jednak (jako że nie byłam sama a z Panem który lubi, żeby było raczej czysto) do nich nie dotarlam.
Ceny w Peru są dobre. Za 2000 zl, żywiąc się w restauranach tanich i sklepach można na dużym luzie przeżyć miesiąc (nie wliczam wycieczek oczywiście).

Boliwia – o matko bosko! Tanio jak barszcz, naturaleza- OBŁĘDNA! A jednak nie. Ja miałam doświadczenia złe. Ludzie warczą, kradną, popychają się na ulicach, brud straszliwy, taki NADRZĘDNY, pachnący zgnilizną i spalinami, wysokości (ponad 5 tysięcy momentami, a 4,500 to norma) zabijają. Żarcie potwornie podłe. Ale znam takich (na przykład Suchego) którzy mi mówią: W miastach nie bywaliśmy, wspinaczka super, ogólnie fantastico. Ja w Boliwii byłąm bardzo chora więc może spróbuję przewartościować poglądy. Kiedyś. Szymonie, wierzę, że pomożesz!!! :-)
Ale przyznaję: dla takich widoków jak Salar de Ujuni i pewnie dla tych sześciotysięczników-warto znieść wiele. Mi zabrakło zdrowia i siły, a z nimi odwagi.
Argentyna- Raj. Szwajcaria Am Pd. Drogo. Super fajne buty. Kuchnia… booooooooska! Wodospady też. Polecam, można z małymi dziećmi. Zaplecze turystyczne dobre. Da się żyć w warunkach europejskich, a jak komuś trzeba wielorybów albo konnych przejażdżek i innych gauchos- też się znajdą.

Urugwaj- nie wiem. Znam Colonię- takie urugwajskie Toledo. Piękne, ciche. Ogólnie podobnie chyba jak w Argentynie. Czysto miło.

Reasumując – komu trzeba, żeby było jak w domu- niech jedzie na południe- ponoć Chile też jest drogie, turystyczne i wymuskane, komu trzeba adrenaliny albo takiej NATURALEZY bez banerów, to polecam północ AM PD.Oczywiście w każdym kraju (zarówno w Peru jak w Chile) teoretycznie są wycieczki a to „do dżungli” a to gdzieś tam- na ranczo konna wycieczka z obiadem”. Ale proszę w to nie wierzyć. Dżungla to są żarty. Jakieś domki drewniane i parę papug na drzewie.Jak na działce pod Warszawą.  A ranczo – też nic wielkiego. żeby pojechać dalej i głębiej trzeba zapłacić więcej, albo… omijać agencje podróży. Albo znać dobry adres. Ale kiedy się jest turystą, co przyjechał na trzy tygodnie to ciężko jest-wiem. I dlatego właśnie polecam Wenezuelę i Kolumbię. Bo tam – nie ma przebacz.
Wszystko jest takie jakie jest.
Nikt nie ściemnia.

Ja tylko żałuję że nie dotarlam do Brazylii. Ale przecież:
JESZCZE W ZIELONE GRAMY, JESZCZE NIE UMIERAMY…

;-)
A teraz tu, tak mi się marzy skok do Panamy. Ale z kasą krucho. Sponsorze!!!! Odezwij się! 





Messi strzela w światło bramki, a ja wpadam do pralki

14 06 2010

Ostatnie minuty. Pada deszcz, a ja zaliczam muzea, turystyczne atrakcje Buenos Aires, małe kolorowe uliczki Caminito, jem wołowinę i popijam ją czerwonym winem. Rasowa ze mnie turystka.

Wczoraj wylądowaliśmy z Colinem na meczu siatkówki w pubie prowadzonym przez dwóch Polaków, Flipa i Flapa. Jeden to potężny recydywista znad morza, drugi – dla równowagi -niepozorny, w okularkach. Jak się dowiedziałam, ten niepozorny ma w Stanach swoje funcluby. Jest geniuszem informatyki. Zostawił jednak z dnia na dzień wirtualną rzeczywistość, bo ciągnęło go „prawdziwe życie”. I teraz lepi pierogi oraz sprzedaje czeskie piwo na San Telmo.O! Jaki fajny facet – od razu sobie pomyślałam. Obaj panowie prowadzą polski bar z bigosem i mapą Bałtyku na ścianie. I mają polskie wędliny! (No tak nie do końca polskie, bo robi je armeński rzeźnik, ale robi je tak, że do złudzenia przypominają baleron i krakowską).

Jestem wdzięczna temu miastu (i moim kolejnym gospodarzom: najpierw Andrzejowi, a teraz Tomkowi). Buenos Aires pozwoliło mi nasycić się cywilizacją, odpocząć (śpię tu do oporu), zbadać krew na okoliczność choroby, pozwoliło mi najeść się po same uszy wołowiny, wsłuchać w śpiewny castellano z włoskim akcentem, popatrzeć sobie na tę europejsko-amerykańsko-południową emigracyjną mieszankę.

Ale już starczy. Industrial, brukowane ulice, gwar, autobusy…poruszam się tu po omacku, zapomniałam już , że „jestem z miasta”. Tęsknię za czymś innym. Aby dostać się z punktu A do punktu B nawet tu, w Buenos Aires uparcie wybieram pociąg. Gen podróży nie śpi.

Buenos rozczarowało mnie też trochę. Najbardziej wczoraj. Na mecz Argentyna – Nigeria czekałam wszak z zapartym tchem. Miało być TOTALNIE, a nie było wcale.

W Polsce czasem spotkanie Wisły Kraków – Legii Warszawa budzi większe emocje, niż to co zaprezentowali panowie w barach. Jakieś westchnienia lekkie zanotowałam, gdy Messi walił w światło bramki, a nigeryjski bramkarz nie tracił refleksu. Jęknął raz głośniej jakiś jeden staruszek. Poza tym cisza. Na koniec nieśmiałe brawa się niby rozległy, ale szybko ucichły. E, tam, mieli wrzeszczeć, machać flagami, bratać się, śpiewać, komentować, na ulicach trąbić. Ale gdzie tam! Jak Barca grała z Realem i wygrała Copa del Rei to ruch publiczny stanął w Barcelonie, bo kierowcy autobusów wybiegali na ulice, by odtańczyć plemienny taniec radości. No ja rozumiem, tym razem tutaj to nie był finał, ale mogliby tak jakoś bardziej po latynosku reagować, hm. Koledzy z Polski mnie uprzedzali, że Argentyńczycy to najlepsi kibice na świecie. No jakoś tego tak nie widzę. Colin uzmysłowił mi, że pora niedobra była (11 rano w Argentynie) – brać po imprezach piątkowych zalega w wyrach i leczy kaca, poza tym pada… Ale i tak kibice argentyńscy znajdą się w pierwszej piątce rozczarowań tej podróży.

Tak samo jak tango. Bo jak Buenos, to tango niby. Ja akurat z tangiem mam kontakt ograniczony. Oczywiście w turystycznych drogich restauracjach i na takiż ulicach da się zobaczyć to i owo, ale ogólnie to jest tu jak w Polsce z krakowiakiem. Nie na każdym rogu w Krakowie go tańczą.

(Jeśli ktoś szuka, to znajdzie, rzecz jasna. Są szkoły tanga, milongi, pokazy, teatry, stare plakaty i płyty Gardela. Ja nie szukam, może dlatego nie znajduję. Ale saji w Peru tez nie szukałam, sama mnie znalazła ;-))

I to już koniec mojego Buenos . I tej podróży.

Jutro wieczorem wsiadam w samolot do Polski. Do wczoraj myślałam, że wracam na dłużej. Może pół roku, może rok. Ale bęben pralki nieoczekiwanie zawirował, odwirował i znalazłam się gdzie indziej. Życiowy magiel. A ja – w samym srodku.

Zmieniła się rzeczywistość kolumbijska, na fali wyborów prezydenckich zaszły niespodziewane zmiany. Dostałam zaszyfrowaną informację. Hasło: Plantacja kawy.

Odzew: Wracam w sierpniu na Karaiby!





Dlaczego nie chcę żyć w Europie?

3 06 2010

Bo nie ma już w niej prawdziwych kominiarzy.

http://kartofelek29.wrzuta.pl/audio/8X8lbG0owKM/piosenka_kominiarza_-_kabaret_moralnego_niepokoju





Sposób na blondynkę

3 06 2010

Jak zdobyć serce Słowianki? Z natury zimnokrwistej, znad morza północnego, która większą część roku biega w golfach, szalikach i grubych kufajkach a na powitanie podaje rękę, zamiast cmokać mokrego ślimaczka? Jak zanęcić dziewczynę z dalekiej Polski, która zamiast świecić gołymi udami, zawija się w jakieś różowe szmaty do samej ziemi? Jak przekonać ją, żeby zawołała; O mój wymarzony, o mój wytęskniony! Jak by tu ją miał podejść niedoświadczony młody góral? Myśl chłopaku, myśl!

Pod każdą szerokością geograficzną Sposób jest zawsze ten sam. Każdy głupi go zna.

Trzeba zabić smoka.

To proste. Jeden dorodny, zły smok powinien załatwić sprawę. Niepotrzebne ozdobniki, jakieś pomniejsze zwierzyny… Nie ma co tracić czasu na miazmaty, panowie. Trzeba wziąć i szybko i konkretnie zabić smoka.

I przyznaję, łatwe to nie jest, smoki masowo nie występują, choć sądzę, że w ciudad perdida łatwiej o nie niż na krakowskim rynku… Ogólnie jednak o smoka, przyznam- trudno. No a jak już się go znajdzie i rozpozna, trzeba dobyć miecza i… ciach! Poważnie, kawał roboty!

Może więc istnieją jakieś niewiasty, które zadowalają się substytutami – te serca łabędzie i paszczęki lwie, ale ja nie. Ja poleciałam po konkrecie i zażyczyłam sobie smoka. Sztuk jeden. I ponoć- będę go miała. Plus bonusy.

  • Obiecuję ci, że zabiję smoka. I wszystkich tych, którzy staną ci na drodze. I wszystkich tych, przez których kiedykolwiek płakałaś.

Piękna figura stylistyczna, chciałoby się powiedzieć… Romantyczna.

Z jedną poprawką. W Kolumbii każdy ma broń, a ludzie na ulicach giną codziennie z różnych powodów. Często personalnych.

Hm, kuszące. I smok, i te bonusy… No to ja pomyślę.





Pamiętacie o ogrodach?

3 06 2010

Głucha noc w Buenos Aires. Leżę w pokoju pełnym książek. Głównie są to plany instalacji przeciwpożarowych, tomy wypełnione wzorami fizycznymi, albo pozycje typu „Samochody pożarnicze polskiej straży pożarnej”. Lub też: „Przeciw konfidentom i czołgom” oraz „Szare Szeregi na Ochocie”.

Po mojej lewej mam dwie gaśnice, w przedpokoju czerwony kask (i od razu czuję się bezpieczniej!), a nade mną chybotliwą półeczkę. Z której dziś na głowę zleciała mi malutka książeczka.

W czerwcu najpiękniej ogród zakwita Luizy

Którego nieistnienie zabija jak topór

Zawieszony na tęczy pod gwarancją wizji

Rozżarza się w istnieniu purpurowych kopuł

W czerwcu najpiękniej ogród zakwita Luizy

Luiza, której lekkość, gracja i swoboda

Metal z różą, a krzemień z obłokiem kojarzy

Biega bezbronna w ciemnych lewadach ogrodu

Serce wyryte w korze mając na swej straży

Luiza której lekkość, gracja i swoboda

Kawalkada dąbrowy czujność sarnich blasków

Gamę śmiechu powtarza Luizy gdy ona

Rozrzucając włosów rozgwiazdę na piasku

Podaje nagie gardło śmiechem zwyciężona

Kawalkada dąbrowy, czujność sarnich blasków

Łaskę Luizy może zdobyć tylko męstwo

Pewność rzutu i nerwów szaleńcze napięcie

Zwycięzco umazany gęstą krwią zwierzęcą

Przynieś jej lwią paszczękę i serce łabędzie

Łaskę Luizy zdobyć może tylko męstwo

Prostotę tajemnicy ogrodu Luizy

Labiryntów i altan puszcz i klombów kwietnych

Ptaszarni i rykowisk gonów gazel chyżych

Potrafi pojąć tylko prawy i szlachetny

Prostotę tajemnicy ogrodu Luizy

Którego nieistnienie zabija jak topór

Realnością śmiertelnych poczekalni ziemi

Przeklęty rojeniami dzieci i idiotów

Wydrwiony mgieł nonsensem ginie w neurastenii

Którego nieistnienie zabija jak topór

………………………………………………………………………..

W moim argentyńskim ogrodzie jest kolorowy wiatraczek. Śmiesznie furkocze na wietrze. Na półkach, w domu, książki – Stachura, Bursa, Gajcy, Gałczyński… też się znaleźli. Wesoła suka Sabaka i puchaty gruby kot ustawiają się w kolejce do łóżka.

70-letnia Marysia i Jej syn podają mate, herbatę albo czerwone wino. Fernanda, która codziennie drobiazgowo bada rzeczywistość pod mikroskopem leci jutro do Madrytu.

Ja jadę na weekend do Urugwaju.

Mieszkam u Przyjaciół w odległej dzielnicy, na obrzeżach Buenos Aires, nie docierają tu autobusy, samochodów niewiele. W ogrodzie panuje cisza.

W ogrodzie panuje cisza, o tak…





7 powodów głównych

28 05 2010

Czyli dlaczego lubię Buenos Aires:

  1. Bo jest duże, ale nie za bardzo hałaśliwe, eleganckie, ale nie wymuskane, stylowe, ale swojskie.
  2. Bo ludzie jeżdżą tu na rowerach – no może nie na taką skalę jak w Kopenhadze albo w Chinach, ale jeżdżą, wożą na ramie psy, dzieci, żony, zakupy, kwiaty…
  3. Grasują po ulicach Wyprowadzacze Psów i jest to widok, który sprawia, że pokładam się ze śmiechu. Wyprowadzacz zarabia 1 dolara za godzinę od głowy (głowy psa), więc Wyprowadzacz-Kapitalista, co zrozumiałe, psów zgarnia całą masę – coby zarobić. A że właściciele psów, którzy najmują Wyprowadzacza to zazwyczaj zamożne państwo to i pies raczej taki wychuchany no i rasowy. Rzadko kiedy mały. Biegnie więc taka jakaś chudzina-studencina a na smyczach obok niej pomykają, falujac wyczesanymi uszami lub ogonami (te bez uszu) lub jedno i drugie – charty afgańskie, setery angielskie, dogi arlekiny, brodacze monachijskie, posokowce bawarskie, karelskie psy na niedźwiedzie i inne takie. No sto pociech!
  4. Ludzie myślą, w co się ubrać przed wyjściem z domu. Z modą w krajach AmPede za szczególnie to nie jest. W takiej Kolumbii wszyscy faceci noszą dżinsy i T-shirty. I już. A panie jakieś paski udające sukienki co się zaczynają tuż nad sutkiem a kończą z końcem wzgórka za przeproszeniem łonowego. Lub wbijają się na siłę (co czasem widać niestety) w opięte majty, utrzymując, że to są szorty. Generalnie chodzą mocno rozebrane, ale w tym ich rozbiorze fantazji za dużo to nie ma (mówię tu o costenias-czyli tam gdzie słonko grzeje.)Potem, czyli od Ekwadoru, zaczynają się ludzie dzielić na: Indian w kolorowych szmatkach- fakt! Tu mi dech zapiera! Oraz na resztę w chińskich burych ciuszkach z ichniejszych stadionów Dziesięcielocia. Oraz na gringo-przebierańców, co przyjechali, nakupili globtroterskich szmat i swetrów w lamy, pulser i koszulek z Che Gevarą i obnoszą je radośnie na własnym ciele. (Jak też i ja-z wyjątkiem przyoblekania się w Che, – czyniłam). Jedynie w Boliwii wszyscy są szarzy i burzy, bo nawet z założenia kolorowe ciuszki indiańskie, autochtoni mają stare, spłowiałe i nie pierwszej świeżości. A tutaj… no widać, że panie lubią sobie zawiązać, przypiąć, dopasować, zawinąć – co oko raduje. Panowie nie pozostają w tyle, do marynarek motają sobie wzorzyste szaliki, choć teraz znowu odnotowuję unifikację… koszulkę z napisem Vamos Argentina! Ma co drugi. No ale Mundial jest Mundial. Nie wymagajmy zbyt wiele.
  5. Kuchnia. A przede wszystkim fakt, że tu każdy umie przyrządzić mieso. I to jak! Ja do mięsa ręki nie mam, steki zawsze mi wychodzą albo za krwiste albo jak podeszwa, nie umiem odróżnić pręgi od karczku i nigdy nie wiem czy kroję wzdłuż dobrych włókien. Mięso mnie nie lubi, (może dlatego że podprogowo cały czas myśle o przejsciu na wegetarianizm?). A tu???? Paradilla i asado to poezja.
  6. Antykwariaty. Ze starymi książkami Marka Twaina, mapami i biuletynami o tangu. Zaszywam się w nich jak w dżungli. Prawie to samo uczucie!
  7. Kawiarenki, stylowe wnętrza, kelnerzy w białych koszulach i fakt, że w każdej z knajpek jest WIFI. I działa!

Na dziś taka porcja, reszta niebawem i mam nadzieją lista będzie rosnąć!