Nowy sezon Iwonkipibary! Odcinek pilotowy

11 07 2013
Rok milczenia. Więc chyba nie ma co liczyć na to, że ktoś jeszcze o mnie pamięta? A tu zachciało się remanentu, przyszła ochota powietrzyć stare kąty, które zarosły kurzem i pajęczyną. Rok był ciężki i Casablanca (tak dla zmyłki nazywa się mój hostal, który prowadzę w Kolumbii) jak okręt szła na dno ruchem jednostajnie przyspieszonym, nieodwałalnie i żałosnie. Prysnęło wiele marzeń a złudzenia poszły się… przejść za róg  (aby zrobić to samo co robią stojące tam panie). Z pomocą dzielnych gierojów – kumpla-reżysera, operatora i fotografa – Krisa, muzy tegoż – tancerki Mari, oraz pewnego Katalończyka, który pojawił się jak królik z kapelusza i wcale już nie jak królik – wziął i został, a także z wydajną choć okupioną sporymi nerwami pomocą mojego niezmordowanego Pana Ojca – jakoś nie osunęłam się w nicość. A wręcz przeciwnie. Przyleciałam ja sobie do Polski, wypasłam się ponad przewidzianą normę, najadłam malin, truskawek i jagód, przewartościowałam nadwątlone wartości, nabrałam (jasnej strony?) mocy i co? Na początek, jako ten rehabilitant – a więc nieśmiało i powoli – wracam do bloga. Kolumbia mnie zawiodła jak niewierny kochanek i o tym na pewno niebawem szerzej na blogu napiszę. Lecz to co najważniejsze: nie straciłam sił, żeby dalej pchać ten wózek. We wrześniu już dziś szumnie zapowiadam Wielki Powrót na Karaiby. Ten rok będzie ostatnim na wybrzeżu. Co dalej? Skąd będzie nadawać niebawem (bo wszak ponad pół roku to zaledwie NIEBAWEM!) Iwonkapibara? Na pewno nie z Polski i nie ze Starego Świata. Raczej będzie to nad morzem i raczej będzie tam ciepło (choć będą wiały spore wiatry). Chyba będą tam mówili po hiszpańsku i na 100% ma tam być rewelacyjna kuchnia! Czy Iwonkapibara będzie tam po pachy szczęśliwa, po uszy zakochana i po kokardy same opływać będzie w dobra wszelakie? Czy straci te kilogramy, które za  sprawą klusek śląskich, pierogów z jagodami i polskiego boczku przyrosły nadspodziewanie szybko? Czy na dźwięk vallenato przestanie reagować rzucaniem ciężkimi przedmiotami w źródło dźwięku? Czy wybaczy tym, którzy ją okradli i oszukali? (a poszli precz won swołocz jedna, nigdy w życiu i wara od gara!). Czy wyciągnie stosowne nauki ze swoich nader trudnych lekcyj i przestanie bujać w obłokach i hamakach? Tego się nie dowiemy dziś. Przed nami dalsza część telenoweli od września w sceneriach tropikalnych, a wcześniej? Będzie trochę chłodzenia stóp w zimnym jak lodowiec Bałtyku, sopockie molo, mecz Barcy (ciekawe dlaczego akurat Barcy i dlaczego akurat mecz!;-) w Gdańsku, pizza w Warszawie, a potem… chwilowy ale zdaje się, że nieunikniony odlot do kraju na północy, gdzie katedry buduje się setki lat, nosi śmieszne czapki i pija carajillo. Przed nami nowy (lepszy?) sezon. Iwonkapibara i Colombia Producion zapraszają :-)!
Reklamy




Cwał życiowy

19 10 2011

Ludzie na filmach płaczą w różnych momentach i przy rozmaitych okazjach. Ja na przykład ZAWSZE ale to ZAWSZE płaczę, gdy pędzą konie. Nieważne czy to western, czy film kostiumowy z romansem w tle czy jakaś tam wojenna historia – konie pędzą – ja ryczę. Jak pędzą w zwolnionym tempie – to wręcz zanoszę się od płaczu.

No i teraz mi tu te konie pędzą, gnają, galopują, a mi płakać się chce. Ze szczęścia oczywiście! Moje prywatne konie mechaniczne, mój motorek – przyspieszył. Cwał. Życiowy. Na wszystkich planach zrobiło się gęsto, ruch jak w tokijskim metrze w godzinach szczytu albo w transmillenio w Bogocie.

Jungle Tour ruszyło (pozostając w końskiej stylistyce) z kopyta. Trzy duuuuże wycieczki na raz, biegamy, rezerwujemy, płacimy, organizujemy. Skutki rozmaite, ale kręci się – bez dwóch zdań. Po drodze jakieś fiesty… ostatnia to Dia de la Rasa- czyli Dzień Rasy. A ściślej mówiąc rasowej tolerancji, jakby nie było, tu w Kolumbii to powód do wypicia beczki aguardiente i przetańczenia nocy na rynku. Co też z Johnem (nowa dramatis persone) zrobiliśmy w miasteczku oddalonym o 20 km od pięknej kolonialnej Villa de Leiva. Były sztuczne ognie, panowie w kapeluszach z akordeonem na scenie, pijani w sztok Kolumbijczycy i noc pełna tańca, radości, rozmów po świt. Kolumbijska rodzina przyjaciół Johna złożona z wujów, ciotek, rodziców, kuzynów okazała się nader przyjacielska, kuzyn zaprosił mnie na Dominikanę, matka orzekła, że nigdy nie widziała ojos tan bonitos (tak pięknych oczu… No ba!), wujowie obtańcowali, John kupił mi truskawki w czekoladzie. Czyż życie nie jest piękne????!!!!

Moje dziecko, Atena, która wyszła z mojej osobistej głowy ;-) – Jungle Tour rozwija się. Są nowe pomysły, nowi ludzie, którzy chcą współpracować, nowe kierunki…  Wyspy San Bernardes, cooperacion z gringo z USA, z austriackim profesorem Chrisem… ale jak to ogarnąć dwoma rękami i jednym przeciążonym i rozgrzanym (od słońca) mózgiem? Pomagają John i Gina moje dobre duchy z Bogoty. Gina – Amiga poznana w Santa Marta – Bogotanka, kobieta młoda i wyjątkowa, biegnąca z wilkami – poświęcę jej osobny wpis bo warta jest tego! I jej starszy brat – plaster miodu! Człowiek o wielkim rozmachu życiowym, pokaleczonym sercu i poczuciu humoru, które kocham. John potrafi rozpędzić smutki, przegonić burze i zabić smoki. Robi to mimochodem. Ender, który zawsze jest, kiedy trzeba. Jest nas czworo,  czyli mało, wciąż za mało, ale udaje się na razie. Ender umie wejść na dach i załatać dziurę, John jest moim mózgiem i ramieniem, Gina potrafi wszystko i zna wszystkich.

No i ja. Wiadomo ;-)

Trwa walka o wizę przy współudziale mojego Szanownego Wydawcy Wydawnictwa Czarno na Białym i Centrum Kulturalnego La Redada – mam nadzieję, że bój zakończy się szczęśliwie- tylko kiedy? Nie wiadomo…

W Casa Blance spokój.  Szakira zaprzyjaźniła się z odziedziczonym wraz z domem rocznym kocurem Lince’em. Szakira śpi po mojej lewicy, zazdrosny Lince (od razu jakoś mnie pokochał. No co jest do diabła z tymi kotami?!) po prawicy. Do kompletu mamy gołębia – roboczo nazwaliśmy go Stefan. Gołąb spadł z drzewa jako małolat. Połamał się i teraz się zrasta. Uwielbia towarzystwo Lince’a i Szakiry… czasem we trójkę kokietują się nawzajem. No i czyż nie tak miał wyglądać raj?

Casa Blance do raju jednak daleko. Trwa apokaliptyczna pora deszczowa. W Santa Marta woda wdziera się drzwiami, walczymy z dachem, piorun spalił sieć. Internet umarł.

Śpię po kilka godzin dziennie, deszcz walący w dach budzi mnie w nocy, o świcie w Bogocie wrzeszczy papuga za oknem. Chodzę nieprzytomna. Dwa dni temu jechałam z Johnem samochodem do Villa de Leiva – wybrać hotele dla moich turystów i obejrzeć miasto. Była słoneczna pogoda, ciepłe (ale nie gorące) powietrze biło po twarzy. Za oknem krowy, owce, zielone pagórki. Prawie jak na Śląsku! Zamknęłam oczy i niechcący wyrwało mi się: No i czyż życie nie jest piękne?

Jest. – przytaknął John.

I tyle na dziś.





Nowi libertadores

3 05 2011

Tu napawde nie lubia gringos. Na szczescie (dla mnie) mocno roznicuja gringo i europeo.





Jak NIE POSZŁAM do szamana

7 01 2010

Na jednej z plaż Parque Tayrona, w Arreciffes rocznie ginie 200 osób, które lekceważą ostrzeżenie o silnych wirach i prądach morskich. Wirów wokół Santa Marta jest więcej… Jeden z nich wciągnął mnie i przytrzymał na miejscu przez miesiąc. Wykonywałam jakieś ruchy pozorne, a to do Cartageny, a to do górskiej chaty wgłłąb Sierra Nevada, a to na dzikie plaże, które tu są (bez mew wprawdzie za to z pelikanami). Wydawało mi się, że te ruchy są znaczne, gwałtowne i bardzo konkretne, ale przecież – nie ma się co oszukiwać – to były tylko pozory. Święta Marta złapała mnie i trzymała w swoich objęciach bardzo mocno… Zwłaszcza, że przeznaczenie zapukało do moich drzwi, zapukało? Co ja piszę! Waliło, łomotało, dopraszało się i krzyczało: No przecież chciałaś. Tego właśnie chciałaś!!! A teraz niby co?

Nie wdając się w szczegóły – tradycyjnie już dla mojej powolnej włóczęgi pojawiła się sposobność, a wraz z nią potrzeba, żeby zostać na dłużej w Kolumbii.

Nie wiedziałam, co robić. Wszystko we mnie krzyczało: Tak, chcę, tak!

Ale za mało siły, żeby wiedzieć na pewno, że tu i teraz to jest właśnie ta słuszna decyzja. Że te syreny co wabią cudnym głosem, nie dadzą mi potem w kość.

Siedzimy na łące. Ender gapi się, jak to ma w zwyczaju w niebo i pogryza trawkę (bez uśmieszków mi tu proszę, taką zwykłą, łodygę jakąś znaczy się). Ja się też nauczyłam tu gapić, jak już wspominałam całkiem sprawnie się zagapiam i przynosi mi to dużo radości.

Nagle z zagapienia wyrywa mnie rzucone w przestrzeń przez Endera:

  • Nie pójdziemy do szamana.
  • Dlaczego nie?
  • Po co? Nie potrzebujesz.
  • Jak to nie? Muszę się go zapytać co z mną będzie.
  • A co ma być?
  • No co z moja przyszłością… i w ogóle.
  • Dobrze wiesz, co z twoją przyszłością. Nie musisz pytać innych, co masz robić.
  • Nawet szamana?!
  • Nawet szamana. Szaman jest dobry dla słabych ludzi. Mówi im jak mają żyć i co mają robić. A ty przecież dobrze wiesz.

I tu się Ender podniósł i poszedł siodłać muła Culacho. A ja zostałam ze świadomością, ze żaden szaman mi nie pomoże. Że decyzja, która kiełkuje, musi mieć czas żeby urosnąć we mnie…

Kiedy ruszyliśmy w dalszą drogę, coś zabłyszczało w trawie na łące. Podkowa.

Ender łypnął okiem. – No widzisz, co ja ci będę powtarzał, jak cała Kolumbia daje ci jasne znaki – westchnął. Podkowę zabrałam ze sobą.. Plecak jest coraz cięższy..

Ale nie tylko od podkowy i innych amuletów. Prezenty od Mikołaja też ważą. Różowa piżamka w kwiatki, biała indiańska lniana koszula, tomik wierszy, czarna koszulka, taka randkowa bardziej, no i buty do tańca. Wiem, wiem… za dużo. Ale jak ja mam niby tańczyć salsę w sandałach ecco? Albo w trekkingowych goreteksach? No jak? Wiem – Pawlikowska by potrafiła, ale ja nie umiem.

A propos prezentów… zagadka: który z elementów na poniższym obrazku to mój gwiazdkowy podarunek?

Bingo. Ten właśnie.

No bo jak mam mieszkanie, to dlaczego nie miałabym mieć psa? – pomyśleli życzliwi przyjaciele. Nauczona doświadczeniem z Szakirą, przekazałam szczeniaka w lepsze od moich ręce.

A jak świąteczne nastroje? Ja tak tylko, dla przypomnienia.

A tak w ogóle to piszę z Bogoty. Przyjechałam przedłużyć wizę. I zaraz wracam na moje Karaiby. Tu zimno nie do wytrzymania, z 7 stopni, jak nie mniej. Mieszkam w Candelarii na szczycie Bogoty, w pięknej dzielnicy kolorowych domków, które przypominają mi trochę krakowski Kazimierz. Ale już nie mogę doczekać się, kiedy będę spała we WŁASNYM Łóżku. Własnym KARAIBSKIM łóżku rzecz jasna!!!

PS. Kochani, dochodzą mnie słuchy, że co niektórzy się burzą, że sobie Iwonkipibary nie mogą obejrzeć pod palmą na blogu. No takie jest założenie, że swoich wdzięków promować na blogu nie będę. Ale jeśli ktoś jest NAPRAWDĘ spragniony (oprócz tych, którym już swoje sexy fotki – w błocie, na drzewie, podrapana, pogryziona, złachana, itd. – wysłałam) oglądania mnie w warunkach ekstremalnych i nie tylko to proszę o zapisy, znaczy się proszę pisać, ja zaraz wyślę.