I ja tam byłam, rum i wino piłam

18 09 2010

Nocą przyszła Burza. Taka straszna, z wielkimi piorunami, od których robi się jasno jak w dzień, i z grzmotami długimi, toczącymi się gdzieś po ziemi. Ostatni raz taką burzę przeżyłam w górach w Grecji. Wtedy bałam się naprawdę, słuchając jak grzmoty biegną po szczytach. Nieprzerwanie. Teraz bałam się tak raczej bezinteresownie. Pies spał, w nosie ma zjawiska przyrodnicze, sam wszak do nich należy.
Przyszedł czas na rachunek sumienia. Osiem miesięcy w Ameryce Południowej, dwa – wakacyjne – w Polsce i końcówka roku  w Kolumbii otra vez.
Nie znalazłam czasu na zrobienie mapki, nie znalazłam na opisy takie bardziej szczegółowe co gdzie i jak, jeśli ktoś się wybiera, ma życzenie się dowiedzieć, proszę się zaanonsować w komentarzu, na pewno odpiszę. A tymczasem SUBIEKTYWNY RANKING IWONKIPIBARY;-)

NIEUSTAJĄCO PIERWSZE DWA MIEJSCA ZAJMUJĄ W NIM
1. WENEZUELA I KOLUMBIA
Wcale nie dlatego, że to był mój pierwszy raz – chociaż nie wykluczam, że „najpiękniejszy pierwszy dzień, potem wszystko idzie w cień”. Ale chyba nie o to chodzi tym razem. Wypadkowa nienachalnej (czytaj nie na sprzedaż) egzotyki, totalna, bujna i OGROMNA przyroda, która szczelinami wciska się do domów (pisałam już że tym razem w domu nie mam karaluchów? ZA TO STADAMI PO ŚCIANACH BIEGAJĄ ZIELONE MAŁE JASZCZURKI Z KOMICZNYMI RYJKAMI. ZDECYDOWANIE JESTEM za!).
Góry, doliny, morza, rafy, gęsta dżungla, papugi i jaguary, jak się ktoś uprze to i Indian golutkicyh jak ich sam Pan Bóg stworzył znajdzie i takich (lepiej ich nie szukać) co plują do nieznajomych całkiem niefajnymi strzałkami, od których się możesz przenieść do Krainy Wiecznych Łowów. Mity i bajki żyją tu na równi z serialami. Z tym, że w seriale jednak wierzy się mniej.

Jest bałagan. Jest – co tu dużo gadać- pierdolnik. (wenezuelski inny niż kolumbijski, ale to jednak w obu przypadkach jest właśnie TO!).

Są miejsca, w których można zginąć w ciszy. Najpiękniejsze moje momenty?
Stalowe delfiny pluskające się obok mnie w Orinoko i Orinoko sama. Rzeka tajemnic. Tysiące papug na jednym drzewie i ich wieczorna odprawa- wrzask nie do opisania.

W Kolumbii? Rozgardiasz i ludzie. Niesubordynowani, bez żadnych zasad, ale przyjaźni, uśmiechnięci, zawsze pomocni i weseli.
I selva też. Poznana, oswojona. jej mała część- już moja, na mule mogę jechać z zamkniętymi oczami! Nic więc dziwnego-że kochana.

Ekwadoru nie znam. Przejechałam gon ekspresowo – w tydzień. Miłe miejsce, takie pograniczne. Już więcej Indian na ulicach, już inaczej ( W Kolumbii i Wenezueli Indianie tworzą swoje enklawy w Sierra Nevada de Santa Marta w San Agustin itd – na ulicach ich nie ma, a jeśli są to wtopieni, nie tacy barwni jak potem. Ekwador to przedsionek POMIESZANIA.
Dobre ceny, raczej podłe żarcie, żadnych złych przygód. Ale wielkiej chęci, żeby akurat tam wrócić- brak. Może kiedyś…

Peru- perła w koronie. Turystycznej. Oprócz zagubionych w dżungli miejsc gdzie nie docierają turyści ( i ja też nie dotarłam) absolutnie wymuskany (jak na Am Pd rzecz jasna ) turystyczny kołchoz. No, animatorów jak w Tunezji się dzięki Bogu jeszcze Państwo nie dorobili, ale śmiało do Peru (na szlak Gringo) można jechać z angielskim i rozmówkami hiszpańskimi. Jak ktoś chce zboczyć ze szlaku, niech zapomni o inglisz.
Peru jest – jak na Am Pd znowu zaznaczę- całkiem cywilizowane. Można tu latać na lotniach, uprawiać kitesurfing, zjeżdżać na deskach z wydm, nurkować, wspinać się- wszystko mas o menos dobrze zorganizowane. To taki kraj na wakacje dla tych co się boją na naprawdę dziko pojechać, ale troszku tak by chcieli… Choć wiem, że są miejsca w Peru gdzie… Olaboga!!! Ja jednak (jako że nie byłam sama a z Panem który lubi, żeby było raczej czysto) do nich nie dotarlam.
Ceny w Peru są dobre. Za 2000 zl, żywiąc się w restauranach tanich i sklepach można na dużym luzie przeżyć miesiąc (nie wliczam wycieczek oczywiście).

Boliwia – o matko bosko! Tanio jak barszcz, naturaleza- OBŁĘDNA! A jednak nie. Ja miałam doświadczenia złe. Ludzie warczą, kradną, popychają się na ulicach, brud straszliwy, taki NADRZĘDNY, pachnący zgnilizną i spalinami, wysokości (ponad 5 tysięcy momentami, a 4,500 to norma) zabijają. Żarcie potwornie podłe. Ale znam takich (na przykład Suchego) którzy mi mówią: W miastach nie bywaliśmy, wspinaczka super, ogólnie fantastico. Ja w Boliwii byłąm bardzo chora więc może spróbuję przewartościować poglądy. Kiedyś. Szymonie, wierzę, że pomożesz!!! :-)
Ale przyznaję: dla takich widoków jak Salar de Ujuni i pewnie dla tych sześciotysięczników-warto znieść wiele. Mi zabrakło zdrowia i siły, a z nimi odwagi.
Argentyna- Raj. Szwajcaria Am Pd. Drogo. Super fajne buty. Kuchnia… booooooooska! Wodospady też. Polecam, można z małymi dziećmi. Zaplecze turystyczne dobre. Da się żyć w warunkach europejskich, a jak komuś trzeba wielorybów albo konnych przejażdżek i innych gauchos- też się znajdą.

Urugwaj- nie wiem. Znam Colonię- takie urugwajskie Toledo. Piękne, ciche. Ogólnie podobnie chyba jak w Argentynie. Czysto miło.

Reasumując – komu trzeba, żeby było jak w domu- niech jedzie na południe- ponoć Chile też jest drogie, turystyczne i wymuskane, komu trzeba adrenaliny albo takiej NATURALEZY bez banerów, to polecam północ AM PD.Oczywiście w każdym kraju (zarówno w Peru jak w Chile) teoretycznie są wycieczki a to „do dżungli” a to gdzieś tam- na ranczo konna wycieczka z obiadem”. Ale proszę w to nie wierzyć. Dżungla to są żarty. Jakieś domki drewniane i parę papug na drzewie.Jak na działce pod Warszawą.  A ranczo – też nic wielkiego. żeby pojechać dalej i głębiej trzeba zapłacić więcej, albo… omijać agencje podróży. Albo znać dobry adres. Ale kiedy się jest turystą, co przyjechał na trzy tygodnie to ciężko jest-wiem. I dlatego właśnie polecam Wenezuelę i Kolumbię. Bo tam – nie ma przebacz.
Wszystko jest takie jakie jest.
Nikt nie ściemnia.

Ja tylko żałuję że nie dotarlam do Brazylii. Ale przecież:
JESZCZE W ZIELONE GRAMY, JESZCZE NIE UMIERAMY…

;-)
A teraz tu, tak mi się marzy skok do Panamy. Ale z kasą krucho. Sponsorze!!!! Odezwij się! 

Reklamy




Zasłona Mai

16 05 2010

Urodziłam się bez kilku warstw skóry. Albo zdarły ją ze mnie, szorując, te krzepkie sprawne dlonie (…).

Lata X-Y to z całą pewnością najgorszy okres w moim życiu. Długie cierpienie sprawia, że serce zamienia się w czarną dziur,ę, która wchłania całą energię życiową. Miałam wrażenie, że to się nigdy nie skończy. Czasami zdarzało mi się unosić biernie na falach życia, co wynikało z przeznaczenuia, albo mojego charakteru. Czekam. Jestem w tym bardzo dobra. Taka postawa, jak wszystko inne, ma dobrą i złą stronę.

CZEKASZ NA N0WE WYDARZENIA, BO WIESZ, ŻE PORWĄ CIĘ W SWÓJ NURT. Wydaje ci się, że to nieuniknione. Kiedy nadchodzi zmiana, zaczynasz działać. Ale czekając, można pogrążyć się w letargu i wiele stracić.

(…)

……. pisała o wycinku swojego życia Doris Lessing.

Podróż, nieważne czy trwa 8 miesięcy czy 8 dni, jeśli jest intensywna i bogata w przeżycia, zawsze ustawia mnie do pionu. Nurt wydarzeń, czy też fala życia przychodzi wcześniej czy później. Ja jednak w przeciwieństwie do Lessing jestem zbyt niecierpliwa i jeśli okres oczekiwania jest zbyt długi, męczę się niemiłosiernie.

Kilka lat temu wybrałam się na pustynię, na niespokojną granicę algiersko-marokańską. 5 dni na wielbłądach. Tylko ja, mój Były i Ahmed – zasuszony, ogorzały od słońca i wiatru mały Arab, który po raz pierwszy na Saharę zabrał swojego 9-letniego syna. Szliśmy kilka godzin o świcie i kilka godzin popołudniu. Reszta dnia upływała na leżeniu i dyszeniu. Rzadkie gałęzie tamaryszku dawały mało cienia, po dwóch dniach skończyły się i one, a z nimi- upragniony cień. Przeżylismy burzę piaskową, spaliśmy pod gołym niebem, liczyliśmy gwiazdy, słuchalismy ryków wielbłądów, uczylismy się piec chleb w piasku. I marzyliśmy o wodzie. Nieważne ile wody wypijasz na pustyni. Zawsze chcesz więcej. A więcej – nie ma. Mieliśmy limit na każdy dzień. Ostatniego dnia wody zabrakło. Ahmed nabrał trochę z przydrożnego bajora w którym po kolana brodziły wielbłady. Zagotował. Wypiliśmy. Smakowała… jak woda z bagna. Ogorzali, wysuszeni i wyczerpani niczym Staś i Nel wracaliśmy do wioski. Myślałam, ze to się nigdy nie skończy. Chciałam PIĆ!!!!!! Zimną świeżą wodę.

Po co się tak męczyć-ktoś zapyta.

Dlaczego?

A choćby dla tego dźwięku odpadającego kapsla, kiedy w pierwszym sklepie, już po wkroczeniu do wioski, wykupiliśmy wszystko co mieli- colę, wodę, sprite’a, tonic. I po kolei wlewalismy do brzuchów wszystkie te płyny. Było CUDOWNIE!

Tutaj w Boliwii wciąż chodzę głodna. Zwierzątko tak do końca nie odpuszcza i czasem jeszcze daje mi do wiwatu, poza tym na tej wysokości powinno się stosować lekkostrawną dietę, więc na wszelki wypadek prawie nic nie jem. Jakieś zupy bez smaku, chrupki kukurydziane, krakersy, suchy chleb, czasem trochę sera…

I co?

Tęsknota przywołuje nie obrazy, a smaki. Czasem zaskakujące nawet mnie samą. Suwalski ser z kminkiem i czosnkiem z Wiżajn. Zupa dyniowa mojej produkcji ( z kolendrą, imbirem, fasolą szparagową i mleczkiem kokosowym), tiramisu z baru Bara Boo, śledzie po żydowsku z rodzynkami i orzechami, ostre buraczki, pasztet z chrzanem, lody z dawnej Zielonej Budki, ciemny cheb ze smalcem z tawerny „Pod Kogutem”…

Smaki nieoczywiste wcale i bynajmniej niecodzienne za to wyraziste, pełne treści. Przyprawy, zioła, zapachy… Boliwia nie słynie z rewelacyjnej kuchni, w zasadzie nie używa się tu przypraw (nawet soli!), ziół, o sosach pachnących czy innych smakowych wygibasach nie wspominam. Ale już nawet nie o to chodzi. Ja NIE MOGĘ nic jeść i stąd wyposzczona wyobraźnia podsuwa obrazy totalnej rozpusty. (Ciekawe czy „Uczta Babette” została napisana w okresie wyjątkowego wygłodzenia. Bardzo mi się to prawdopodobne wydaje).

Na pustyni odkryłam smak wody. Teraz wiem co to znaczy być głodnym.

Na co dzień przyjmuję za oczywiste, że mam wodę, pełną lodówkę, cała szafkę przypraw, półki uginające się od książek kucharskich proponujących wymyślne dania… Chyba nie odkryję Ameryki ;-), jeśli napiszę, że wszystko co uznajemy za oczywiste, przestaje być godne naszej uwagi (dlatego tyle związków psuje się bo zawarciu małżeństwa).

Czasem warto wyjechać, żeby się pomęczyć. Czasem asceza otwiera umysł. Spada załona Mai.

Opuściłam Boliwię, od 24 godzin jestem w Argentynie. Jest inaczej. I niżej. Czuję się lepiej. Boliwia mnie zmęczyła i rozczarowała. Totalna, monumentalna przyroda zapierajaca dech w piersiach i maksymalny syf, brud oraz agresywni, pochmurni ludzie. Wpływ niskich temperatur? Kto ich tam wie. Napiszę o tym więcej niebawem…

Od wczoraj jestem w Argentynie. Jest zimno. Jesień tu już dawno zapukała do drzwi. 7 stopni i pada, nasz smętny listopad. Po zabójczej opaleniznie ślad zaginął. Ale co tam. Bylebym wreszcie mogła spróbować tutejszej parilli i wina z Mendozy, a wszystko będzie dobrze! Jutro obieram kierunek- Puerto de Iquazu.

Pauza metafizyczna i asceza musi się skończyć. Czas na to by znów porwał mnie wir życia i niespodziewanych zdarzeń! Ojala!





Baila baila

5 05 2010

… i oni naprawdę tak nóżkami tu przebierają, w rządkach równych spódniczkami machają. Uwielbiam tutejsze dyski! A to sie nazywa saya i na imprezie powitalnej (proszę się już przygotować) będziemy tańczyli TYLKO TAK. zakupiłam juz stosowne muzyczne podkłady!

I proszę si mi tu głupio nie śmiać, bo w Kolumbii to ja miałam tak:





Bardzo długi weekend (w La Paz)

2 05 2010

Trawa po drugiej stronie rzeki jest zawsze bardziej zielona, a jezioro Titicaca po stronie Boliwii jest oczywiście bardziej błękitne. W każdym razie takie wydaje się w pełnym sloncu. Znowu jestem na tysiącach mnpm gdzie powietrze jest cudownie świeże i czyste a kolorki jak podrasowane w photoshopie.

Odpoczywam po arekipenskim szalenstwie i zarwanych nocach w klubie zoom.

Copacabana – małe, senne miasteczko z masą turystów (stąd wypływa się na święte wyspy: Słońca i Księżyca). Kilka uliczek obstawionych straganami i knajpkami, wszędzie reggae, masa frików, klimat podobny do tego z Tagangi. Albo z Krupówek, tylko w mini skali.

Przerzut przez granicę peruwiańsko-boliijską to jakieś żarty. Minuta dziesięć, do tego na wyposażeniu miły pan Kaowiec pomagający znaleźć policję migracyjną, polecający hotele, podający kursy wymiany walut, itd. A naczytałam się, że łapówki na każdym kroku, wyłudzanie, haracze, itp. Oprócz próby wyłudzenia 20 dolarów przy wyjeździe z Wenezueli (przekraczałam ją z Francuzem Jeremim i absolutnie odmówiliśmy uiszczania jakichkolwiek opłat, no chyba że kartą kredytową i koniecznie prosimy o kwit z nazwiskiem pana, który kasę pobiera:-)

I co? Okazało się, że już nie trzeba płacić…

Oprócz zdegenerowanej pod rządami Chaveza Wenezueli nigdzie indziej nie zdarzyło mi się, aby ktoś próbował wyiskać mnie z kasy na przejściu granicznym. Oczywiście nie wszystko stracone, dwie granice jeszcze przede mną.

Tymczasem z La Paz obieram kierunek na Rurrenbaque, w skrócie na Rurę. A stamtąd już jak by się to wyraził Joseph Conrad… w górę rzeki, do serca dżungli. Odrobine tylko niepokoi mnie fakt, że to rejony malaryczne, a brać teraz proszki to bezsens zupełny. Pomijam ich cenę, ale żeby lek zadziałał, trzeba zażywać chemię miesiąc bodajże przed planowaną wyprawą i dwa tygodnie po niej. A ja ją planuje za trzy dni. No nic, na wypadek choroby, mam jakieś killery od Wandy, z misji afrykańskiej, których ona używała w Zambii. Szkoda ze źli ludzie skradli hamak z moskitierą, teraz byłby jak znalazł.

…..

Tak sobie pisałam, mając nadzieje płonne, że internet w Boliwii to normalna sprawa i można bezkarnie wpisy wrzucać zgodnie z terminarzem i w ogóle na luzie. Ha. Otóż owszem, internet to nawet i jest. Tyle, że nie działa. Nie wiem czy to Pachamama zagniewana Konkurencją i uwagą gringos skierowną w zła stronę wysyła złe fluidy, czy co, grunt, że dorwać się do sieci graniczy z cudem. Bo fakt, że jesteśmy wysoko chyba nie ma znaczenia? 4 000 mnpm, czy tak już będzie do końca? Nie to, żebym nie lubiła być bliżej gwiazd, ale te temperatury! Zakupiłam rękawiczki (boskie, włochate, z alpaki) i czekam na słońce. Jestem w La Paz.

Dostać się tutaj nie było łatwo.

Jak każde dziecko wie i jak Pascal poucza: „W Boliwii silnie zakorzeniona jest tradycja protestów społecznych. W zasadzie co tydzień gdzieś ktoś przeciw czemuś protestuje.”.

Tak! Bingo! I to był właśnie TEN DZIEŃ!

Po sennej, słonecznej i ciepłej Copacabanie snułam się do drugiej po południu, kiedy to – jak wyliczyłam- przyszedł czas, żeby wsiąść do autobusu do La Paz i zjawić się w stolicy przed zmrokiem. Bojaźliwia nadmiernie nie jestem, ale La Paz to drugie pod względem niebezpieczeństwa miasto (po Caracas), poza tym to tu zamordowano kilku turystów i to tu szaleją taksówkarze-porywacze. Po zmroku tam się plątać nie zamierzam – rzekłam sobie i wsiadłam do autobusu.

I początkowo nawet wszystko szło zgodnie z planem. Jeśli pominąć fakt, że po pół godzinie autobus staje, wszyscy wysiadają, zaś autobus (z moim plecakiem w środku!) wtacza się na tratwę i odpływa w siną dal. A my nie. My biegniemy do przystani i ładujemy się na jakieś przedpotopowe łajby, które kiwają tak, że nagle przypominaja mi się wszystkie nowenny i akty strzeliste… a potem tak podróżni jak i autobus szczęśliwie odnajdują się nawzajem i podróż mija dalej bez zakłóceń.

Aż do chwili… gdy z drogi zjeżdżamy… nie, staczamy się raczej wprost na błotnistą pampę. I tak na przełaj po pampasach „pruje” nasz wóz podskakując, zakopując się w błocie, w całkowitej ciemności, gubiąc azymut i kręcąc w kółko… Rozpętuje się ulewa a ja powoli już zaczynam wypatrywać pum i ocelotów- jesteśmy w takiej głuszy.

Co się stało? Normalka. Droga zablokowana. Protestują przeciwko wysypisku smieci… Więc zamiast trzech godzin, wyjdzie sześć. Zmrok zapada sobie powoli i bez wniku, a ja nerwowo skręcam kulki z papieru toaletowego.

W La Paz? Po ciemku? I w dodatku wysadzi nas gdzieś… pod La Paz? Po ciemku? Nie! Zaszyję się po siedzeniem i przeczekam do jutra!

Wysadził w haszczach. Po ciemku. Zaszyć się nie dało. Taksówki ani widu ani słychu. A nawet jakby była, to by tylko zęby wyszczerzyła. Przecież Los Wiajeros właśnie tutaj zakończyli swoją podróż, po tym jak ich pseudotaksiarz wywiózł hen i ograbił. No i stoję, sierota i się trzęsę aż tu nagle… spada mi na ramię wielka i ciężka łapa. – Turista? – słyszę i mdleję… szczęśliwie w ramiona policjanta, który się ulitował nad tą kupą nieszczęścia jaką niewątpliwie wtedy byłam.

Ach, jak fajnie w tym La Paz, o proszę! Taksówka się znalazła i pan policjant spisał tablicę rejestracyjną, zrobił pamiątkowe zdjęcie taksiarzowi, no po prostu bezpiecznie jak w Zurychu!

Ale do Rurrenbaque nie pojadę. Coś omija mnie w tej podróży dżungla amazońska, czy raczej też ja ją wbrew sobie omijam… Tym razem naprawdę to nie moja wina.

Plantatorzy kawy domagają się 12 % dopłat z rządu zamiast mizernych 5. I od kilku tygodni blokują drogę (kawy na szczęście na nią nie wysypują). Silnie zakorzeniona tradycja protestów społecznych… O tak! Posiedzę w tym La Paz…





Prezent na 1 maja

2 05 2010

Najpierw powiedzial mi, ze ma dla mnie prezent-niespodzianke. Cos duzego, co bardzo lubisz, i co jest TYLKO dla Ciebie – podpowiedzial Colombiano.  OK. za pierwszym razem nie zgadlam. Zreszta w ogole nie zgadlam. To taka forma przekupstwa, zebym szybciej wrocila do Kolumbii.

No i? Dostalam konia! Nazwalam go Yurek, na czesc mojego Taty.

I teraz doprawdy nie wiem czy nie przebukowac biletu i nie leciec do Polski z Bogoty! Przeciez Yurek czeka!