Messi strzela w światło bramki, a ja wpadam do pralki

14 06 2010

Ostatnie minuty. Pada deszcz, a ja zaliczam muzea, turystyczne atrakcje Buenos Aires, małe kolorowe uliczki Caminito, jem wołowinę i popijam ją czerwonym winem. Rasowa ze mnie turystka.

Wczoraj wylądowaliśmy z Colinem na meczu siatkówki w pubie prowadzonym przez dwóch Polaków, Flipa i Flapa. Jeden to potężny recydywista znad morza, drugi – dla równowagi -niepozorny, w okularkach. Jak się dowiedziałam, ten niepozorny ma w Stanach swoje funcluby. Jest geniuszem informatyki. Zostawił jednak z dnia na dzień wirtualną rzeczywistość, bo ciągnęło go „prawdziwe życie”. I teraz lepi pierogi oraz sprzedaje czeskie piwo na San Telmo.O! Jaki fajny facet – od razu sobie pomyślałam. Obaj panowie prowadzą polski bar z bigosem i mapą Bałtyku na ścianie. I mają polskie wędliny! (No tak nie do końca polskie, bo robi je armeński rzeźnik, ale robi je tak, że do złudzenia przypominają baleron i krakowską).

Jestem wdzięczna temu miastu (i moim kolejnym gospodarzom: najpierw Andrzejowi, a teraz Tomkowi). Buenos Aires pozwoliło mi nasycić się cywilizacją, odpocząć (śpię tu do oporu), zbadać krew na okoliczność choroby, pozwoliło mi najeść się po same uszy wołowiny, wsłuchać w śpiewny castellano z włoskim akcentem, popatrzeć sobie na tę europejsko-amerykańsko-południową emigracyjną mieszankę.

Ale już starczy. Industrial, brukowane ulice, gwar, autobusy…poruszam się tu po omacku, zapomniałam już , że „jestem z miasta”. Tęsknię za czymś innym. Aby dostać się z punktu A do punktu B nawet tu, w Buenos Aires uparcie wybieram pociąg. Gen podróży nie śpi.

Buenos rozczarowało mnie też trochę. Najbardziej wczoraj. Na mecz Argentyna – Nigeria czekałam wszak z zapartym tchem. Miało być TOTALNIE, a nie było wcale.

W Polsce czasem spotkanie Wisły Kraków – Legii Warszawa budzi większe emocje, niż to co zaprezentowali panowie w barach. Jakieś westchnienia lekkie zanotowałam, gdy Messi walił w światło bramki, a nigeryjski bramkarz nie tracił refleksu. Jęknął raz głośniej jakiś jeden staruszek. Poza tym cisza. Na koniec nieśmiałe brawa się niby rozległy, ale szybko ucichły. E, tam, mieli wrzeszczeć, machać flagami, bratać się, śpiewać, komentować, na ulicach trąbić. Ale gdzie tam! Jak Barca grała z Realem i wygrała Copa del Rei to ruch publiczny stanął w Barcelonie, bo kierowcy autobusów wybiegali na ulice, by odtańczyć plemienny taniec radości. No ja rozumiem, tym razem tutaj to nie był finał, ale mogliby tak jakoś bardziej po latynosku reagować, hm. Koledzy z Polski mnie uprzedzali, że Argentyńczycy to najlepsi kibice na świecie. No jakoś tego tak nie widzę. Colin uzmysłowił mi, że pora niedobra była (11 rano w Argentynie) – brać po imprezach piątkowych zalega w wyrach i leczy kaca, poza tym pada… Ale i tak kibice argentyńscy znajdą się w pierwszej piątce rozczarowań tej podróży.

Tak samo jak tango. Bo jak Buenos, to tango niby. Ja akurat z tangiem mam kontakt ograniczony. Oczywiście w turystycznych drogich restauracjach i na takiż ulicach da się zobaczyć to i owo, ale ogólnie to jest tu jak w Polsce z krakowiakiem. Nie na każdym rogu w Krakowie go tańczą.

(Jeśli ktoś szuka, to znajdzie, rzecz jasna. Są szkoły tanga, milongi, pokazy, teatry, stare plakaty i płyty Gardela. Ja nie szukam, może dlatego nie znajduję. Ale saji w Peru tez nie szukałam, sama mnie znalazła ;-))

I to już koniec mojego Buenos . I tej podróży.

Jutro wieczorem wsiadam w samolot do Polski. Do wczoraj myślałam, że wracam na dłużej. Może pół roku, może rok. Ale bęben pralki nieoczekiwanie zawirował, odwirował i znalazłam się gdzie indziej. Życiowy magiel. A ja – w samym srodku.

Zmieniła się rzeczywistość kolumbijska, na fali wyborów prezydenckich zaszły niespodziewane zmiany. Dostałam zaszyfrowaną informację. Hasło: Plantacja kawy.

Odzew: Wracam w sierpniu na Karaiby!

Reklamy




Dlaczego nie chcę żyć w Europie?

3 06 2010

Bo nie ma już w niej prawdziwych kominiarzy.

http://kartofelek29.wrzuta.pl/audio/8X8lbG0owKM/piosenka_kominiarza_-_kabaret_moralnego_niepokoju





Sposób na blondynkę

3 06 2010

Jak zdobyć serce Słowianki? Z natury zimnokrwistej, znad morza północnego, która większą część roku biega w golfach, szalikach i grubych kufajkach a na powitanie podaje rękę, zamiast cmokać mokrego ślimaczka? Jak zanęcić dziewczynę z dalekiej Polski, która zamiast świecić gołymi udami, zawija się w jakieś różowe szmaty do samej ziemi? Jak przekonać ją, żeby zawołała; O mój wymarzony, o mój wytęskniony! Jak by tu ją miał podejść niedoświadczony młody góral? Myśl chłopaku, myśl!

Pod każdą szerokością geograficzną Sposób jest zawsze ten sam. Każdy głupi go zna.

Trzeba zabić smoka.

To proste. Jeden dorodny, zły smok powinien załatwić sprawę. Niepotrzebne ozdobniki, jakieś pomniejsze zwierzyny… Nie ma co tracić czasu na miazmaty, panowie. Trzeba wziąć i szybko i konkretnie zabić smoka.

I przyznaję, łatwe to nie jest, smoki masowo nie występują, choć sądzę, że w ciudad perdida łatwiej o nie niż na krakowskim rynku… Ogólnie jednak o smoka, przyznam- trudno. No a jak już się go znajdzie i rozpozna, trzeba dobyć miecza i… ciach! Poważnie, kawał roboty!

Może więc istnieją jakieś niewiasty, które zadowalają się substytutami – te serca łabędzie i paszczęki lwie, ale ja nie. Ja poleciałam po konkrecie i zażyczyłam sobie smoka. Sztuk jeden. I ponoć- będę go miała. Plus bonusy.

  • Obiecuję ci, że zabiję smoka. I wszystkich tych, którzy staną ci na drodze. I wszystkich tych, przez których kiedykolwiek płakałaś.

Piękna figura stylistyczna, chciałoby się powiedzieć… Romantyczna.

Z jedną poprawką. W Kolumbii każdy ma broń, a ludzie na ulicach giną codziennie z różnych powodów. Często personalnych.

Hm, kuszące. I smok, i te bonusy… No to ja pomyślę.





Pamiętacie o ogrodach?

3 06 2010

Głucha noc w Buenos Aires. Leżę w pokoju pełnym książek. Głównie są to plany instalacji przeciwpożarowych, tomy wypełnione wzorami fizycznymi, albo pozycje typu „Samochody pożarnicze polskiej straży pożarnej”. Lub też: „Przeciw konfidentom i czołgom” oraz „Szare Szeregi na Ochocie”.

Po mojej lewej mam dwie gaśnice, w przedpokoju czerwony kask (i od razu czuję się bezpieczniej!), a nade mną chybotliwą półeczkę. Z której dziś na głowę zleciała mi malutka książeczka.

W czerwcu najpiękniej ogród zakwita Luizy

Którego nieistnienie zabija jak topór

Zawieszony na tęczy pod gwarancją wizji

Rozżarza się w istnieniu purpurowych kopuł

W czerwcu najpiękniej ogród zakwita Luizy

Luiza, której lekkość, gracja i swoboda

Metal z różą, a krzemień z obłokiem kojarzy

Biega bezbronna w ciemnych lewadach ogrodu

Serce wyryte w korze mając na swej straży

Luiza której lekkość, gracja i swoboda

Kawalkada dąbrowy czujność sarnich blasków

Gamę śmiechu powtarza Luizy gdy ona

Rozrzucając włosów rozgwiazdę na piasku

Podaje nagie gardło śmiechem zwyciężona

Kawalkada dąbrowy, czujność sarnich blasków

Łaskę Luizy może zdobyć tylko męstwo

Pewność rzutu i nerwów szaleńcze napięcie

Zwycięzco umazany gęstą krwią zwierzęcą

Przynieś jej lwią paszczękę i serce łabędzie

Łaskę Luizy zdobyć może tylko męstwo

Prostotę tajemnicy ogrodu Luizy

Labiryntów i altan puszcz i klombów kwietnych

Ptaszarni i rykowisk gonów gazel chyżych

Potrafi pojąć tylko prawy i szlachetny

Prostotę tajemnicy ogrodu Luizy

Którego nieistnienie zabija jak topór

Realnością śmiertelnych poczekalni ziemi

Przeklęty rojeniami dzieci i idiotów

Wydrwiony mgieł nonsensem ginie w neurastenii

Którego nieistnienie zabija jak topór

………………………………………………………………………..

W moim argentyńskim ogrodzie jest kolorowy wiatraczek. Śmiesznie furkocze na wietrze. Na półkach, w domu, książki – Stachura, Bursa, Gajcy, Gałczyński… też się znaleźli. Wesoła suka Sabaka i puchaty gruby kot ustawiają się w kolejce do łóżka.

70-letnia Marysia i Jej syn podają mate, herbatę albo czerwone wino. Fernanda, która codziennie drobiazgowo bada rzeczywistość pod mikroskopem leci jutro do Madrytu.

Ja jadę na weekend do Urugwaju.

Mieszkam u Przyjaciół w odległej dzielnicy, na obrzeżach Buenos Aires, nie docierają tu autobusy, samochodów niewiele. W ogrodzie panuje cisza.

W ogrodzie panuje cisza, o tak…





7 powodów głównych

28 05 2010

Czyli dlaczego lubię Buenos Aires:

  1. Bo jest duże, ale nie za bardzo hałaśliwe, eleganckie, ale nie wymuskane, stylowe, ale swojskie.
  2. Bo ludzie jeżdżą tu na rowerach – no może nie na taką skalę jak w Kopenhadze albo w Chinach, ale jeżdżą, wożą na ramie psy, dzieci, żony, zakupy, kwiaty…
  3. Grasują po ulicach Wyprowadzacze Psów i jest to widok, który sprawia, że pokładam się ze śmiechu. Wyprowadzacz zarabia 1 dolara za godzinę od głowy (głowy psa), więc Wyprowadzacz-Kapitalista, co zrozumiałe, psów zgarnia całą masę – coby zarobić. A że właściciele psów, którzy najmują Wyprowadzacza to zazwyczaj zamożne państwo to i pies raczej taki wychuchany no i rasowy. Rzadko kiedy mały. Biegnie więc taka jakaś chudzina-studencina a na smyczach obok niej pomykają, falujac wyczesanymi uszami lub ogonami (te bez uszu) lub jedno i drugie – charty afgańskie, setery angielskie, dogi arlekiny, brodacze monachijskie, posokowce bawarskie, karelskie psy na niedźwiedzie i inne takie. No sto pociech!
  4. Ludzie myślą, w co się ubrać przed wyjściem z domu. Z modą w krajach AmPede za szczególnie to nie jest. W takiej Kolumbii wszyscy faceci noszą dżinsy i T-shirty. I już. A panie jakieś paski udające sukienki co się zaczynają tuż nad sutkiem a kończą z końcem wzgórka za przeproszeniem łonowego. Lub wbijają się na siłę (co czasem widać niestety) w opięte majty, utrzymując, że to są szorty. Generalnie chodzą mocno rozebrane, ale w tym ich rozbiorze fantazji za dużo to nie ma (mówię tu o costenias-czyli tam gdzie słonko grzeje.)Potem, czyli od Ekwadoru, zaczynają się ludzie dzielić na: Indian w kolorowych szmatkach- fakt! Tu mi dech zapiera! Oraz na resztę w chińskich burych ciuszkach z ichniejszych stadionów Dziesięcielocia. Oraz na gringo-przebierańców, co przyjechali, nakupili globtroterskich szmat i swetrów w lamy, pulser i koszulek z Che Gevarą i obnoszą je radośnie na własnym ciele. (Jak też i ja-z wyjątkiem przyoblekania się w Che, – czyniłam). Jedynie w Boliwii wszyscy są szarzy i burzy, bo nawet z założenia kolorowe ciuszki indiańskie, autochtoni mają stare, spłowiałe i nie pierwszej świeżości. A tutaj… no widać, że panie lubią sobie zawiązać, przypiąć, dopasować, zawinąć – co oko raduje. Panowie nie pozostają w tyle, do marynarek motają sobie wzorzyste szaliki, choć teraz znowu odnotowuję unifikację… koszulkę z napisem Vamos Argentina! Ma co drugi. No ale Mundial jest Mundial. Nie wymagajmy zbyt wiele.
  5. Kuchnia. A przede wszystkim fakt, że tu każdy umie przyrządzić mieso. I to jak! Ja do mięsa ręki nie mam, steki zawsze mi wychodzą albo za krwiste albo jak podeszwa, nie umiem odróżnić pręgi od karczku i nigdy nie wiem czy kroję wzdłuż dobrych włókien. Mięso mnie nie lubi, (może dlatego że podprogowo cały czas myśle o przejsciu na wegetarianizm?). A tu???? Paradilla i asado to poezja.
  6. Antykwariaty. Ze starymi książkami Marka Twaina, mapami i biuletynami o tangu. Zaszywam się w nich jak w dżungli. Prawie to samo uczucie!
  7. Kawiarenki, stylowe wnętrza, kelnerzy w białych koszulach i fakt, że w każdej z knajpek jest WIFI. I działa!

Na dziś taka porcja, reszta niebawem i mam nadzieją lista będzie rosnąć!