Co dalej?

17 03 2010

Powoli specjalizuję się w zmianie planów… widać stuprocentowa ze mnie kobieta, a ta… wiadomo – zmienną jest. Dlatego jednak ostatecznie NIE POLECĘ do Peru. Policzyłam topniejące dinero i wyszło, że przeturlam się na czterech kółkach przez Kolumbię i Ekwador aż do Limy. Czasu za dużo to nie będę miała (10 dni), zwłaszcza , że rzutem na taśmę zdecydowałam się wyruszyć autostopem. Brakuje mi go- niegdyś przejechałam zawodowo tirami przez cała Europę… a teraz jakieś wypasy autobusowe! 23 marca zatem załaduję się na pakę znajomego Dilsy, który rusza z transportem do Bogoty. Tam czeka na mnie nocleg u bogotańskiej rodziny Pinedów, a następnego dnia… będę szukać kolejnego przerzutu. No taka odważna żeby wyjść na ulicę i łapać kolumbijskie wozy z wąsatymi macho za kierownicą to ja nie jestem, ale może znowu się jakiś znajomy znajomego trafi. Albo Michał, którego poznałam w Santa Marta – Polak, który kupił w Meksyku samochód i pruje nim na południe. Mamy plan, żeby przez moment popruć razem, może właśnie teraz? Tak czy owak, przez Kolumbie walę na oślep do granicy z Ekwadorem. Ekwador to też będzie szybka strzała. Targ nieprawdopodobnie kolorowych tkanin w Otavalo, Mitad del Mundo czyli środek świata i tyle. 2 kwietnia muszę najpóźniej dotrzeć do Limy., gdzie już czekać będzie na mnie… Wiadomo Kto. Pan Tajemniczy. W skrócie P.T. (nie mylić z E.T.).

A co z tym tutaj? Co z Moją Kolumbią. Moim Macondo? Obiecałam sobie (i nie tylko sobie), że tu wrócę. Ender nawet zadeklarował, że sprzeda krowę i wyśle mi pieniądze na bilet powrotny…

Powrotny… Jak to brzmi! Ale owszem, tak. Troche tak się czuję, jakbym jechała teraz do Polski na wakacje. Bo przecież… Moje Miejsce Jest Tu!

Ciężko będzie po 4 miesiącach opuścić Kolumbię, góry, muła Culacho, rozgardiasz, smętne vallneato, milion owoców, których nazw chyba nigdy nie spamiętam, błękitne morze a tuż nad nim zielone góry. Nie wiem jak to się stało, że zasiedziałam się tu aż tyle czasu!

PS. Dla spragnionych sensacji: kilka dni temu zeszliśmy z gór. W górach budowaliśmy szlak dla turystów to znaczy chłopcy budowali wzespół zespól z Indianami, a dziewczyny gotowały im zupę. Tak wyszło, że na koniec górskiej włóczegi.. trafiłam i ja do kuchni. Nie była to jednak klasyczna cocina (kuchnia)… W tej, do której zostałam doprowadzona przez wartkie strumienie i przełęcze smaży się kokainę. Dużo kokainy za duże pieniądze. Kuchnia przykryta jest palmowymi liśćmi, mały namiocik… nie do wypatrzenia przez samoloty… Freddy, właściciel, tajny przez poufny pokazał co i jak. Niebawem będzie można o tym poczytać w jednej z polskich gazet… a jak wyjadę z Kolumbii, także na blogu. ;-)

Reklamy




Nocznyj Dazor

3 11 2009

4 rano. Środek nocy jak na tutejsze standardy. Zapyziały dworzec w Ciudad Bolivar. Tylko kolorowe hamaki i w nich śpiący podróżni… Prosto z błogiego snu o Syberii trafiłam do dusznej klitki pełnej zdjęć Indian, piranii i kajmanów.
Co jest grane?
Zgarnał mnie do swojej kanciapy Dobry Duch. Pozwolił ściągnąć plecak, odpalił internet i powiedział: Do 6 nie masz co jechać do miasta, bo wszystko zamknięte.
Dobry duch z Eco Tour-u tak całkiem bezinteresowny nie jest. Chce mi sprzedać wycieczkę na Salto Angel (3 dniówka do wodospadu, jednej z większych atrakcji Wenezueli). Ale na razie nie dałam się.
Póki co, jeszcze przecieram oczy i trzęsę się z zimna.
Jedną z większych zagadek ludzkości jest dla mnie ta: dlaczego w południowoamerykańskich busach jest tak PIEROŃSKO zimno? Na dworze 30 stopni, a w autobusie szczękający zębami Seniores Pasajeros w puchowych kurtkach, czapkach i pod kocami.
Nie można by tak jakiś Aurea Mediocritas przyjąć? Chłodzić na przykład, a nie mrozić?
Poza tym todo bien. Czekam aż otworzą podwoje jakiegoś pensjonatu i rzucam się w kimono. Salto Angel niech się wypcha trocinami. Ja chce do selvy, w deltę Orinoko!