Bez lukru (i bez orgazmu)

2 06 2012

Naszla mnie otoz dzis nocna pora taka niesmiala chetka, zeby opowiedziec Panstwu o orgazmach. Moich top one-ach tudziez the bestach. Najlepszych w zyciu. Albo nie, moze lepiej zamiast dzielic sie takimi szczegolami z zycia intymnego, raczej pochwale sie, ze schudlam i waze 57 kilo. Co nie jest szczytem marzen, ale i tak – jak sie odsztafiruje –  wygladam, tak ze… Nie. To tez nie jest dobry temat. To moze – o pogodzie? O warunkach atmosferycznych? Ze pieknie jest, cieplo i bajobongo palmowe liscie mnie wachluja?

Nie. Nie jestem i nigdy nie bede typem fejsbukowym, sory gregory, mam w nosie promowanie siebie samej, pompowanie ego i beznadziejne przechwalki. Blog to juz szczyt moich mozliwosci ekshibicjonistycznych, ale przeciez wiadomo nie od dzis, ze na nim tylko szczatki jakies wlasne publikuje i to z coraz mniejsza ochota…No dobra, przyswoilam z oporem wreszcie,  ze na “fejsie trzeba byc”, a juz zwlaszcza jak sie cos otwiera (np. Biuro Podrozy) i to cos chce sie wypromowac (wiec oczywiscie namawiam – wyszukajcie  fanpage Jungle Tour i polubcie go czy co tam sie robi… zeby podbic sobie statystyki…., no ale polubcie polubcie, nie zwlekajcie!). Zatem – na fejsie byc trzeba i oglaszac co ma sie do sprzedania, albo ze sie szuka pracy. OK. Panimaju. Mozna tez wrzucic fajna piosnke, ciekawy artykul albo smieszny filmik, w tym tez zlego nic nie widze i sama sie tak czasem zabawiam milo. Kilka fajnych rozmow z Tygodnika Powszechnego, ktorego jak sie Panstwo domyslaja w Kolumbii nie przegladam regularnie – przeczytalam dzieki temu, ze ktos ze znajomych polecil je na fejsie.  Hyde Park, tablica ogloszen, koncert zyczen – tym dla mnie jest fejs i tym tylko pozostanie.

Ale nijak nie moge pojac upodobania do zamieszczania tam postow o takiej tresci – uwielbiam pracowac w ogrodzie! I fota ogrodu i laska w hamaku. Albo: upieklam pyszne pierniczki! Fota na dowod. Albo: uwielbiam te leniwe poranki nad Baltykiem i fota laski w bikini biegnacej o wschodzie slonca po plazy. Sa jeszcze takie: upolowalam super kiecke za pol darmo!  I oczywiscie obowiazkowo kiecka wisi na FB. Dostalam delegacje do Hollywood. Oto ja i Myszka Miki! Skoda ze obie nie w hamaku byloby wash and go! O rany, mozna tak bez konca.

Jakos nie znajduje tresci przeciwnych: Np. Mam dzis okres i chce mi sie plakac bez powodu. Mialam dzis beznadziejny seks, po ktorym moj facet nawet na mnie nie spojrzal. Moj stary wrocil wczoraj na bani i obrzygal caly kibel. Nie kreci mnie juz moja zona i jak sie bzykam, to zawsze odwracam ja tylem, zeby bez przeszkod moc wyobrazac sobie, ze to Anna Mucha. Mam biegunke. Mam ospe wietrzna. Mam zylaki. Mam was wszystkich w dupie.

I stosowne foty na dowod… No, jak mame kocham, nie ma takich wpisow.  Wszyscy chodza na fajne koncerty, czytaja ciekawe ksiazki i artykuly,  maja przednie poczucie humoru, swietne i modne ciuchy i same ciekawe rzeczy im sie przydarzaja… rany, ale nuda. Wata cukrowa, lukier i jedna wielka sciema.

Dziekuje, ale mili Panstwo… nie wierze Wam (tym zalukrowanym). Szczesliwie moi znajomi z rzadka maja taka glupawke, ale sledze ja pilnie i wylapuje zawsze kiedy sie przydarza (a co ciekawe, przydarza sie notorycznie tym samym kilku osobom)…

Zatem tak, jesli o mnie chodzi: Stolec mam scisly, zdrowie w normie, choc mecza mnie okresowe klopoty z cera, schudlam 10 kilo i spadl mi biust, ale za to mam (prawie) talie osy, niestety przydaloby sie umiesnic cialo, ale jestem za leniwa na cwiczenia, wkurzaja mnie moje odrosty, ale nie mam czasu ani ochoty isc do fryzjera. Jestem okropnie leniwa i nigdy nie wywiazuje sie z obietnic danych samej sobie.  Nie mam sily juz do tych upalow, wcale nie sa fajne, sa meczace tak samo jak moskity. Nic mi sie nie chce i tylko bym wisiala w hamaku i czytala ksiazki, ale za to jeszcze nie placa (mi, bo innym jak wynika z Fejsa – tak). Nie mam szczescia do mezczyzn, za to mam talent do komplikacji niemieszczacych sie w normie europejskiej. Co np. oznacza ze aktualnie na stanie mam nie tylko psa, kota, golebia, iguane, ale i i dziecko.

Dziecko bylo nieprzewidziane jak zreszta wszystko pozostale, ale pojawilo sie w moim zyciu… i… jak wiekszosc z wyzej wymienionych zywotnych… po prostu zostalo. Dostalo jogurt, obejrzalo ze mna Mala Syrenke, a teraz spi i sni pewnie o rybim ogonie zamiast dwoch czteroletnich nozek.

Nowa ta sytuacja sprawia, ze o orgazmach nie za wiele mam Panstwu do opowiedzenia, o czym tu zreszta opowiadac? Krotka i intensywna reakcja fizjologiczna organizmu, ktora kazdy kiedys tam przezyl albo dopiero przezyje i nie wiedziec czemu, tyle emocji wzbudza napomkniecie o niej. A dziecko? Dziecko, w ktore sie wpada nagle i ostatecznie? Dziecko lat cztery i pol, dodam- KOLUMBIJSKIE dziecko? Jedni pieka cudne pierniczki, inni sie bujaja w hamaku, a ja sie ucze obslugi malej kolumbijskiej dziewczynki.

Wiec  jesli bym miala cos napisac w konwencji NIEfejsbukowej, to bym napisala tak:

Ide spac, jestem zezwlok.  Nie wiedzialam ze dzieciur to taka orka. Zahetac sie mozna na amen. Dowidzenia. Pa, guten szlafen, buenas noches. Nastepne odcinki – niebawem.

Reklamy




Grzybek tu, grzybek tam… ty go nie masz, a ja mam!

11 03 2012

No wlasnie sek caly w tym, ze ja go NIE MAM!!!!

To koniec! Po ostatnim sloiczku grzybkow marynowanych zakitranych na CZARNA GODZINE pozostalo juz tylko wspomnienie. Wnioski? Czarna godzina nadeszla!

Nie bylo mnie przez chwile na blogu, ale juz wracam. Spiesze doniesc wszystkim zaniepokojonym ze zyje i… chcialabym napisac: mam sie niezle, ale z tym akurat ostatnio roznie bywa.  Nie przepadam za ludowymi madrosciami w sylu: fortuna kolem sie toczy, czy tez: raz na wozie raz pod wozem, no ale co zrobic, jesli takie wlasnie banaly najlepiej oddaja stan ducha i stan ogolny?

Grudzien mielismy pracowity i wesoly – z czworka przyjaciol z Argentyny (w tym z Piratem z Karaibow www.sebi-che.com/blog) remontowalismy bude zwana Casablanca. W styczniu nastapila kleska urodzaju, potem przyjechal Tata, ktory natychmiast wzial we wladanie kuchnie ze skutkiem natychmiastowym: 5 kilo w gore i pasibrzuchy sa wsrod nas!  I wszystko byloby dobrze, gdyby pewnego dnia nie przyszla do mnie Dilsa z niepokojacym komunikatem: Wiesz, mam wrazenie, ze ta rodzinka uciekla.

Rodzinka. Mama lat dwadziescia kilka, tata podobnie i trojka dzieci lat od 5 do 2. Mieszkali prawie miesiac, wypiekalam im pizze prima sort jak ta lala –  4 staggioni y mexicana, dzieciom czekolade sie warzylo i jajeczka sie sadzilo na sniadanie, fiki miki, i figo fago, kompy okupowane, wrzaski i wojny podjazdowe na patio uskuteczniane (pistolety na wode)… az tu pewnego dnia… nie wrocili na noc. No niby nic takiego, zdarza sie wszak,  ze zabaluje jeden z drugim i nie wroci,  zlozywszy swe zwloki na lonie jakiejs przygodnej chiki, ale tak z trojka malych dzieci? Swiatelko sie zapalilo. Palilo sie juz od tygodnia, gdyz rosla w trybie szybkim suma na rachunku, a wszak jestesmy w Kolumbii, ostroznosci nigdy za wiele itd…, wiec narodzila sie mysl: moze by tak przycisnac kolanem, co by familia uregulowala swoje dlugi? Po dwoch podejsciach (si, si, maniana, maniana) familia tajemniczo zniknela. Weszlam z kopa do pokoju. A tam walizki puste, syf, malaria i karteczka: nie mamy pieniedzy, przykro nam, niech bog wam blogoslawi.  Sweet!

Ze jak? Ze Bog? Nosz mierda, puta, fuck, a nie zaden bog! Ooo, jakze sie poruszylam niezmiernie! Do tego to stopnia, ze zamiast do kosciola pognac, pytac boga czy faktycznie mi blogoslawi, wsiadlam do taksowki i pojechalam z rzeczona karteczka (dowod rzeczowy, tak czy nie??) na posterunek policji, co – jak tak sobie o tym teraz pomysle – musialo byc dla miejscowych posunieciem wielce zabawnym. Ot, cos w stylu Jasia Fasoli albo Monty Pythona. Taki czarny polski humor. O posterunku policji, na ktorym sie dowiedzialam, ze dopoki  w gre nie wchodzi zabojstwo, to raczej nie ma co liczyc na to, ze sie ktos mna zajmie, czyli ze dopoki mnie nie zaciukaja to mnie w dupie maja…. (przynajmniej uczciwie postawili sprawe), o tym jak w serwisie komputerowym sprzedano moj twardy dysk z cala zawartoscia (mam kompa dziewiczego jak nowicjatki u urszulanek, albo i lepiej…nawet – jak widac – znakow polskich nie mam bo i po co mi one, co nie?) o tym, jak okradl mnie niby dobry znajomy, o napadach dziesiecioletniego Carlosa na Casablance i o tym jak ukradl stanik Agnieszce, o tym ze kot mnie podrapal jak spalam, o tym ze Szakira ma cieczke i regularnego swira prokreacyjnego, ani o tym, ze nad powala urzadzily sobie domek nietoperze (scislej mowiac, w pokoju Taty, ktory to jest zdania, ze futrzaki fruwajace mu nad uszami noca to 100 procent wampira w wampirze), o tych mniej i bardziej ciekawych przygodach – nie napisze. Bo co se bede zdrowie, watle i tak,  psuc?

Walecznosc powoli mnie opuszcza i wreszcie dociera do mnie, ze to JA, JA , JA SIE MUSZE DOSTOSOWAC, a nie oni. Kolumbia nie lezy w Europie, a ja nie wychowalam sie na Haiti. I albo sie dotrzemy, albo… nie. Z tym, ze jak na razie docieram sie TYLKO ja do kontynentu, kontynent jakos uparcie moja obecnosc ignoruje, moje zale, moje potrzeby ma za nic.

I jeszcze teraz te grzybki… Zero nul. Ani jednego marnego grzybaska!!! Ksiazek tez juz nie mam, tez wszystkiem zjadla. Chyba sobie usiade w katku i zaplacze cichutko nad mym marnym indianskim losem. I nawet nie moge pocieszyc sie kolejna madroscia ludowa, ze jutro zaswieci slonce. No zaswieci, zaswieci, przeciez wiem! I to jak zaswieci! 40 stopni w cieniu! Ech!