Na straganie w dzień targowy

22 04 2010

W oczekiwaniu na kolejny odcinek Peru-Story, Colombia Pictures prezentuje:
Otavalo. Targ w Ekwadorze… Czy muszę dodawać, że kasa mi się kończy???


……………

…………….

……….

…………

…………

Reklamy




Jazda bez trzymanki czyli szukam Mana

29 03 2010

Gnaliśmy. Nie z prędkoscią światła wprawdzie, tylko ile fabryka dała. A dała – pod górę, po krętych drogach jakieś… no 30 może km na h. A ja na śmierć zapomniałam, że teraz to już cały czas będzie „po górach”. Pruliśmy tak (haha!) z Willi’em 32 godziny. Bez przerwy. Jedynym urozmaiceniem podróży były esemesy z Polski od PT oraz telefony z Santa Marta (co dwie godziny) sprawdzające czy żyję i czy Willie mnie nie ukatrupił. (Ender przeciwny był tej wyprawie. Przy okazji  wsypał się, gdy wściekły rzucił: Nie chcę, żebyś jechała z jakimś facetem. Mężczyni w tym kraju są chorzy na punkcie seksu!- Acha, – wykorzystałam sytuację. – Tylko ty nie?). Tak czy owak postawiłam na swoim, za to Ender, Dilsa i Cledis dzwonili z uporem. Co akurat było bardzo miłe.

No ale jednak te 32 godziny w zasadzie bez żadnych przerw… Dodam że szoferka jest mała i ciasna, a okno po mojej stronie było zepsute. Co w upale karaibskim nie robi różnicy, natomiast robi ją nocą w górach gdy lodowaty wicher urywa ci głowę. O świcie myślałam że zejdę. Ale szczęśliwie w tym momencie Willie zarządził postój i zakupił mi wielki kubeł gorącej czekolady. No i znalazły się siły, by dotrwać do końca podróży. Wprawdzie nie przewidziałam, że pod samą Bogotą utkniemy na 4 godziny bo najpierw trzeba cieżarówka zważyć, potem wyładować z niego pasze dla kurczaków a potem ponownie ciężarówka zważyć. Nie muszę chyba dodawać, że ferma kurza i waga ciężarówkowa znajdowały się o godzinę drogi od siebie. A wyładowywanie kukurydzy trwało … długo. Wreszcie dotarłam do Bogoty. Willie zamelinował mnie w hotelu dla TIR-owców, co było bez znaczenia bo po przekroczeniu progu pokoju padłam jak długa na łóżko i  zostałam w nim do rana.

Myślałam, że najgorsze za mną. Ale gdzie tam. Jakby ktoś nie wiedział (lub tak jak ja-nie pamiętał) to właśnie w Ampede zaczęła się Semana Santa, Wielkanoc znaczy się. I nie ma biletów. A na granicę z Ekwadorem to już szczególnie NIE. Fakt, że przede mną minimum 24 w porywach 36 godzin jazdy (znowu przez góry), a wiza mi się kończy za jakieś… hm? 30 godzin??? nie robił na panach kasjerach wrażenia. No i co. Z rozpaczy zadzwoniłam do Santa Marta żeby się wyżalić. I co słyszę?

-No widzisz! To wracaj. – znana mantra. Och, kuszące!!!!!!!!! Zwłaszcza ze w tej Bogocie jakoś tak zimno, ponuro, ludzie pędzą do swoich ważnych spraw, wiadomo-stolyca. I wtedy podchodzi do mnie chłopak (jakiś chłopak nie wiadomo skąd) i mówi: Możesz jechać do Cali i stamtąd łapać busa do Ipiales (granica). Tak też uczyniłam.

Mieliśmy do Cali dojechać koło 22 w co szczerze i naiwnie wierzyłam. 22 to taka możliwa jeszcze godzina, żeby złapać coś na noc, w najgorszym przypadku zapukać do hotelu. Ale DRUGA w nocy już taką godziną nie jest!!!!!! Dotarliśmy kwadrans po drugiej, kasy czynne od piątej i kolejka już się ustawiła naiwniaków co to wierzą, że SĄ BILETY DO IPIALES. Pan kasjer szepcze mi do uszka: e, to niepewne. Jedz do Pasto. Stamtąd to już na pewno coś będzie.

No jasne: NA PEWNO! Ale co robić, Pasto bliżej granicy, czekać do 6 nie wiadomo na co albo jechać. Jade! Od drugiej do czwartej przekoczowałam na kolumbijskim dworcu. Już widziałam oczami wyobraźni te hordy rzezimieszków, narkomanów i innych złoczyńców, dla których gringa do tego samotna i do tego w nocy na dworcu oznacza jedno-łatwy łup. Ale gdzie tam. Dworzec jasny, czysty, przyjemny, policji więcej niż pasażerów, zasiadłam zatem w czynnym i wesołym restauranie i spożyłam kurczaka. Ja to bym chciała, żeby tak było na naszym Zachodnim. Bo na zachodni po zmroku to ja się boję chodzić, a do tego jak tam śmierdzi! Tu za to luz blues! Ale  potem…

Jakiś taki mikruśny autobusik, nogi w węzeł zawiązane, brak klimatyzacji za to oczywiście znalazło się Rzygające Dziecko. Pod względem Rzygających Dzieci Ameryka w niczym nie ustępuje Afryce. Pierwszy raz zjawisko zaobserwowałąm w Maroku, jadąc w góry Atlas. Z tym że tam, to naprawdę występuje ono na dużą skalą. W momencie kiedy kierowca odpala silnik WSZYSCY (no nieomal wszyscy – bo ja nie) pasażerowie wyciągają swoje PRZEZROCZYSTE torebki i na trzy cztery wypełniają je treścią żołądka. Co bardziej perwersyjni zaopatrzeni są W JESZCZE BARDZIEJ PRZEZROCZYSTE słoiki. Dodać sobie proszę do tego wokalizy i smród niestrawionych resztek i.. zapraszamy w dziesięciogodzinną podróż! Ufffff! Tu na razie aż takiego hardcoru nie ma, ale te kręte drogi górskie nawet mnie łamią. Czuję się niewyraźnie. Wysokość też robi swoje. Młot pneumatyczny w głowie… Do Pasto zamiast po 8 dotarliśmy po 12 godzinach co już tym razem absolutnie nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia.

Bilety do Ipiales chyba są. Dwie godziny stania w kolejce i mam!!! Zdaje się, że mnie jednak nie deportują!

Nie deportowali. A obawy, że jak panowie Ekwadorczycy ujrzą 4 stemple z Policji Migracyjnej z Santa Marta-Królestwa Kokainy to już na pewno skrupulatnie przetrzepią wszystkie moje torby i plecaki, okazały się płonne. Stempelek, uśmiech, „WITAMY W EKWADORZE”.

No i znalazłam się w strefie meloników. I w strefie skarpetkowej przy okazji (mój podział stref klimatycznych obejmuje bowiem dwie: skarpetkową i bezskarpetkową – tą drugą wolę, chyba zrozumiałe). Tymczasem przygraniczny Tulcan na wysokości 3000 m.n.p.m. wita rześkim chłodkiem.

Cóż, tak już będzie do końca, niestety. To w końcu Andy.

Indianki pod kościołem sprzedają palmy – Niedziela Palmowa! Na procesję z osiołkiem się nie załapałam niestety.

Po nocy w Tulcan (zmarzłam na kość!) budzi mnie słońce i niebo niebieskie jak z reklamy nieba.

Jadę do Otavalo- małe indiańskie miasteczko z największym targiem w Ameryce Południowej!

W autobusie przysiada się do mnie Indianin. Nie pomyślałabym – ubrany po europejsku.

Rozmawiamy. O wielkich cywilizacjach- Majów, Azteków, Inków, o Wikingach i Celtach, o Egipcjanach. O kulcie słóńca. Indianin sporo wie. Mówi: Powinnaś znaleźć źródło. Ma wielką moc.

Jakie źródło?- się go pytam…

Indianin pracuje w Quito ale co kilka tygodni przyjeżdża do źródła. Bo źródło ma MANA-mówi.

A więc Mana istnieje? Nie jest wymysłem profesorów z katedry antropologii kultury? MANA… SIŁA KTÓRA DZIAŁA. Opisał ją dość szczegółowo Bronisław Malinowski. A potem tropem Mana zmierzali inni: Margaret Mead, Castaneda, itd. Moc. Lub po prostu COŚ CO SPRAWIA, ŻE RZECZY DZIEJĄ SIĘ. STAJĄ SIĘ. Nie wszystko ma mana, nie każdy ma mana. Ale niektórzy tak.

Źródło ma wielką siłę. – mówi Indianin. – Ale skąd ty to wiesz? – jak zwykle jestem czujna. – Skąd wiesz, że właśnie to źródło ją ma?

–                    Wiem od moich dziadków, a oni wiedzą od swoich. Dawniej nasi przodkowie żyli w harmonii z naturą. Kooperowali z nią. Ziemia ma swoje punkty energetyczne, tak jak człowiek. Wiesz jak działa akupunktura? Trzeba znaleźć odpowiedni punkt. Pachamama jest jak człowiek. Żyje. I ma punkty, w których ujawnia się MOC. To znaczy dawniej Indianie nie nazywali tego punktami energetycznymi, tylko wiedzieli, gdzie są, rozumiesz? – tłumaczy Indianin.

–                    Rozumiem. Nie ważne jak się nazywa. Ważne że DZIAŁA.

Indianin uśmiecha się. A potem rozmawiamy jeszcze o tradycji i o Halloween (oboje nie lubimy tego święta). Ja opowiadam o idiotycznym Dniu św. Walentego, nakręcającym tani i kiczowaty konsumpcjonizm i całkowicie oderwanym od polskiej tradycji. Potem rozmawiamy o 10 przykazaniach. Potem Indianin opowiada mi o Micie Kukurydzy. Potem o indiańskiej alcchemi… już mam go spytać jak mogę go znaleźć gdy tu wrócę i wtedy autobus zatrzymuje się. Otavalo!

Starczy czasu na uścisk dłoni i: Buen viaje. Y mucha suerte!

Jestem w Otavalo. Gdzieś obok mnie jest MANA.