GOMORY nie będzie

1 10 2010

Pytanie dziennikarza za 100 punktów (po udanej akcji rządu w wojnie z FARC-iem, akcji- o kryptonimie SODOMA)

– Czy kolejna akcja będzie miała kryptonim GOMORA?

No tak. Logiczne.

Tymczasem w Ekwadorze dziś mieliśmy zamach na prezydenta. W związku z tym granice zamknięte, samoloty do Quito nie latają tysiące Ekwadorczyków uwięzionych na lotniskach…

A ja dowiedziałam się, że muszę sobie do dżungli kupić kalosze. Hunterów tu raczej nie mają, chwała Bogu, więc kupię sobie zwykłe czarne gumiaki za 20 zeta. Ponoć w dżungli – a także mokrej selvie – sprawdzają się lepiej niż wszelkie goretexy i inne zachodnie wymysły.

Tak przynajmniej twierdzą ludzie z lasu.

Reklamy




I ja tam byłam, rum i wino piłam

18 09 2010

Nocą przyszła Burza. Taka straszna, z wielkimi piorunami, od których robi się jasno jak w dzień, i z grzmotami długimi, toczącymi się gdzieś po ziemi. Ostatni raz taką burzę przeżyłam w górach w Grecji. Wtedy bałam się naprawdę, słuchając jak grzmoty biegną po szczytach. Nieprzerwanie. Teraz bałam się tak raczej bezinteresownie. Pies spał, w nosie ma zjawiska przyrodnicze, sam wszak do nich należy.
Przyszedł czas na rachunek sumienia. Osiem miesięcy w Ameryce Południowej, dwa – wakacyjne – w Polsce i końcówka roku  w Kolumbii otra vez.
Nie znalazłam czasu na zrobienie mapki, nie znalazłam na opisy takie bardziej szczegółowe co gdzie i jak, jeśli ktoś się wybiera, ma życzenie się dowiedzieć, proszę się zaanonsować w komentarzu, na pewno odpiszę. A tymczasem SUBIEKTYWNY RANKING IWONKIPIBARY;-)

NIEUSTAJĄCO PIERWSZE DWA MIEJSCA ZAJMUJĄ W NIM
1. WENEZUELA I KOLUMBIA
Wcale nie dlatego, że to był mój pierwszy raz – chociaż nie wykluczam, że „najpiękniejszy pierwszy dzień, potem wszystko idzie w cień”. Ale chyba nie o to chodzi tym razem. Wypadkowa nienachalnej (czytaj nie na sprzedaż) egzotyki, totalna, bujna i OGROMNA przyroda, która szczelinami wciska się do domów (pisałam już że tym razem w domu nie mam karaluchów? ZA TO STADAMI PO ŚCIANACH BIEGAJĄ ZIELONE MAŁE JASZCZURKI Z KOMICZNYMI RYJKAMI. ZDECYDOWANIE JESTEM za!).
Góry, doliny, morza, rafy, gęsta dżungla, papugi i jaguary, jak się ktoś uprze to i Indian golutkicyh jak ich sam Pan Bóg stworzył znajdzie i takich (lepiej ich nie szukać) co plują do nieznajomych całkiem niefajnymi strzałkami, od których się możesz przenieść do Krainy Wiecznych Łowów. Mity i bajki żyją tu na równi z serialami. Z tym, że w seriale jednak wierzy się mniej.

Jest bałagan. Jest – co tu dużo gadać- pierdolnik. (wenezuelski inny niż kolumbijski, ale to jednak w obu przypadkach jest właśnie TO!).

Są miejsca, w których można zginąć w ciszy. Najpiękniejsze moje momenty?
Stalowe delfiny pluskające się obok mnie w Orinoko i Orinoko sama. Rzeka tajemnic. Tysiące papug na jednym drzewie i ich wieczorna odprawa- wrzask nie do opisania.

W Kolumbii? Rozgardiasz i ludzie. Niesubordynowani, bez żadnych zasad, ale przyjaźni, uśmiechnięci, zawsze pomocni i weseli.
I selva też. Poznana, oswojona. jej mała część- już moja, na mule mogę jechać z zamkniętymi oczami! Nic więc dziwnego-że kochana.

Ekwadoru nie znam. Przejechałam gon ekspresowo – w tydzień. Miłe miejsce, takie pograniczne. Już więcej Indian na ulicach, już inaczej ( W Kolumbii i Wenezueli Indianie tworzą swoje enklawy w Sierra Nevada de Santa Marta w San Agustin itd – na ulicach ich nie ma, a jeśli są to wtopieni, nie tacy barwni jak potem. Ekwador to przedsionek POMIESZANIA.
Dobre ceny, raczej podłe żarcie, żadnych złych przygód. Ale wielkiej chęci, żeby akurat tam wrócić- brak. Może kiedyś…

Peru- perła w koronie. Turystycznej. Oprócz zagubionych w dżungli miejsc gdzie nie docierają turyści ( i ja też nie dotarłam) absolutnie wymuskany (jak na Am Pd rzecz jasna ) turystyczny kołchoz. No, animatorów jak w Tunezji się dzięki Bogu jeszcze Państwo nie dorobili, ale śmiało do Peru (na szlak Gringo) można jechać z angielskim i rozmówkami hiszpańskimi. Jak ktoś chce zboczyć ze szlaku, niech zapomni o inglisz.
Peru jest – jak na Am Pd znowu zaznaczę- całkiem cywilizowane. Można tu latać na lotniach, uprawiać kitesurfing, zjeżdżać na deskach z wydm, nurkować, wspinać się- wszystko mas o menos dobrze zorganizowane. To taki kraj na wakacje dla tych co się boją na naprawdę dziko pojechać, ale troszku tak by chcieli… Choć wiem, że są miejsca w Peru gdzie… Olaboga!!! Ja jednak (jako że nie byłam sama a z Panem który lubi, żeby było raczej czysto) do nich nie dotarlam.
Ceny w Peru są dobre. Za 2000 zl, żywiąc się w restauranach tanich i sklepach można na dużym luzie przeżyć miesiąc (nie wliczam wycieczek oczywiście).

Boliwia – o matko bosko! Tanio jak barszcz, naturaleza- OBŁĘDNA! A jednak nie. Ja miałam doświadczenia złe. Ludzie warczą, kradną, popychają się na ulicach, brud straszliwy, taki NADRZĘDNY, pachnący zgnilizną i spalinami, wysokości (ponad 5 tysięcy momentami, a 4,500 to norma) zabijają. Żarcie potwornie podłe. Ale znam takich (na przykład Suchego) którzy mi mówią: W miastach nie bywaliśmy, wspinaczka super, ogólnie fantastico. Ja w Boliwii byłąm bardzo chora więc może spróbuję przewartościować poglądy. Kiedyś. Szymonie, wierzę, że pomożesz!!! :-)
Ale przyznaję: dla takich widoków jak Salar de Ujuni i pewnie dla tych sześciotysięczników-warto znieść wiele. Mi zabrakło zdrowia i siły, a z nimi odwagi.
Argentyna- Raj. Szwajcaria Am Pd. Drogo. Super fajne buty. Kuchnia… booooooooska! Wodospady też. Polecam, można z małymi dziećmi. Zaplecze turystyczne dobre. Da się żyć w warunkach europejskich, a jak komuś trzeba wielorybów albo konnych przejażdżek i innych gauchos- też się znajdą.

Urugwaj- nie wiem. Znam Colonię- takie urugwajskie Toledo. Piękne, ciche. Ogólnie podobnie chyba jak w Argentynie. Czysto miło.

Reasumując – komu trzeba, żeby było jak w domu- niech jedzie na południe- ponoć Chile też jest drogie, turystyczne i wymuskane, komu trzeba adrenaliny albo takiej NATURALEZY bez banerów, to polecam północ AM PD.Oczywiście w każdym kraju (zarówno w Peru jak w Chile) teoretycznie są wycieczki a to „do dżungli” a to gdzieś tam- na ranczo konna wycieczka z obiadem”. Ale proszę w to nie wierzyć. Dżungla to są żarty. Jakieś domki drewniane i parę papug na drzewie.Jak na działce pod Warszawą.  A ranczo – też nic wielkiego. żeby pojechać dalej i głębiej trzeba zapłacić więcej, albo… omijać agencje podróży. Albo znać dobry adres. Ale kiedy się jest turystą, co przyjechał na trzy tygodnie to ciężko jest-wiem. I dlatego właśnie polecam Wenezuelę i Kolumbię. Bo tam – nie ma przebacz.
Wszystko jest takie jakie jest.
Nikt nie ściemnia.

Ja tylko żałuję że nie dotarlam do Brazylii. Ale przecież:
JESZCZE W ZIELONE GRAMY, JESZCZE NIE UMIERAMY…

;-)
A teraz tu, tak mi się marzy skok do Panamy. Ale z kasą krucho. Sponsorze!!!! Odezwij się! 





Miekka stopa

31 03 2010

Dostalam przyspieszenia. Z Otavalo do Cuenci noca, z Cuenci do Lochy (pisze sie Loja, ale ja wole swojska Loche). U Lochy czy tez w Losze bylam o 16, mialam zamiar szczery ODPOCZAC noc jedna. Ale dowiedzialam sie ze przerzut przez granice mam o 23. Czekac do jutra tak dlugo – bez sensu. Wiec co? Kupilam bilet na dzis. Znaczy sie na noc.

A potem co?

I tu sie wszyscy globtroterzy rozczaruja. Owszem, sciagnelam plecak jeden, plecak drugi i rzucilam panu w przechowlani. A potem zrzucalam dalej…  globtroterskie buty, owszem nawet skarpetki z duzym trudem tez sciagnelam (jakby nie bylo-48 godzin w drodze) i… pognalam w rozowych klapkach oraz w raczych podskokach zrobic sobie PEDICIUR! Tak. Wlasnie tak. Nam miekkie pachnace stopki i nikt mi nie podskoczy.

Z pania Mercedes lat 30 (solita, 2 corki na stanie) pogadalysmy sobie o tym jacy beznadziejni potrafia byc faceci, ale potem szybko i optymistycznie przeszlysmy do tematu jacy fajni tez byc potrafia, no milo uplynal ten czas, nie powiem. Okazalo sie ze faceci ekwadorscy nie roznia sie (no wzrostem moze) za bardzo od polskich… Potem bosa, sucha i pachnaca stopa wkroczylam do Restaurana Hotelu Wypasnego , zamowilam kieliszek wina i salatke z owocow i udawalam ze jestem zamozna piekna seniora podrozujaca z pudlem w torebce od Prady oczywiscie. Za pudla robil wlochaty koc kupiony w Otavalo. Za torebke – kolumbijska wloczkowa torba w rozowo czarne zygzaki. Wysluplawszy sie z ostatnich dolkow, wpadlam do netu zeby powiadomic wszystkich ze zyje jestem szczesliwa, choc zlachana jak pies i czekam na wiesci z wielkiego swiata.

A w autobusie z Cuenci do Lochy poznalam pewnego profesora lat 38 i wcale nie byl on taki maly jak na tutejsze standardy i na 38 tez nie wyglada, usmiech ma jak Mona Liza i w ogole  – beza!

Ale co z tego. Nikt i nic nie przebije pewnego maloletniego Colombiano, ktorego zostawilam w Santa Marta i ktory z uporem osla przekonywal mnie ze limonke wciskac do zupy pomidorowej ze smietana to normalna rzecz.

Brakuje mi… Kolumbii. I limonki w zupie.