La Soledad

1 12 2009

Po upojnym wieczorze spędzonym w towarzystwie tureckiego studenta sztuk pięknych oraz malarza z Kanady i nawiedzionego fizyka z Argentyny doszłam do ostatecznego wniosku ze wolę prostych kowbojów z los llanos. No bo jak taki chłopak zaprasza cię na tańce a potem nawija tylko i wyłącznie o pierzastych wężach z Meksyku, które są przeniesieniem smoka z Chin, a w ogóle to Majowie pierwsi znali zero, więc przyjście ponowne boga na ziemię jest tylko kwestią czasu i dlatego cząstki elementarne bo, albowiem, i ponieważ… Wszystko to prawda co brodaty młody Turek prawił, tylko że ja to wszystko wiem, a do baru z salsą idę, żeby potańczyć, to chyba jasna sprawa! Malarz z Kanady nie mówił nic tylko wpatrywał się w wenezuelskie laleczki (pewnie szukał modelki), zaś argentyński fizyk niestety znalazł wspólny temat z Turkiem, kiedy zeszło na gwiezdne konstelacje. W końcu powiedziałam BASTA i dorwałam Wodza (tak, tak, tego z Lotu nad Kukułczym Gniazdem). Jeśli nie był to wódz to był to jego sobowtór. Nie wiem wprawdzie dlaczego się maskował i udawał że jest indiańskim trenerem triatlonu, ale co tam. Był 8 razy większy ode mnie i bosko tańczył salsę i rumbę.

A normalnie to się tu słucha przeważnie regetonu i takich, o:

Ostatecznie zaś przyjęłam strategie tej podróży: jeśli chłopaki, to tylko proste jak konstrukcja cepa. Żadnych rozmamłanych artystów ani intelektualistów!. W naiwności swojej sądziłam, że niejaki Tony M. do takich właśnie kowbojów z reklamy papierosów Malboro się zalicza, ale przekonałam się ostatecznie, ze kumplowanie się, przyjaźnienie i wszystko inne co można robić z macho… po prostu mnie przerasta.

Experienzia muy interesante, ale jakby tak zliczyć nieporozumienia, niedogadania, wkurwy pospolite i awantury jakie zaliczyliśmy przez 14 dni, to by tym można obdzielić ze trzy małżeństwa na rok co najmniej. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że dopiero po tygodniu doszłam do wniosku, że fakt iż facet który ma naprawdę ładny muskuł, nie pomaga mi nieść plecaka nie świadczy o nim źle. No bo PRZECIEŻ MOGŁAM POPROSIĆ. Fakt, że facet nie odzywa si,e do mnie przez cały dzień, a na koniec dnia klepie z jawną sympatią po szynkach jak swoją kobyłkę nie świadczy przecież o niczym. To dopiero jest wyraz szacunku i międzyludzkiego porozumienia!

No trochę mnie przygięło.

NO WIĘC PONIEWAŻ TRUDNO MI DOGODZIĆ POSTANOWIŁAM JUŻ NIE ZAPRZYJAŹNIAĆ SIĘ Z NIKIM TYLKO POGRĄŻYĆ W MEDYTACJI I KONTEMPLACJI KRAJOBRAZU. JAK NA ZŁOŚĆ AKURAT WTEDY ZAPROPONOWAŁ MI WYPAD NA WYCIECZKĘ W GÓRY PEWIEN NIEBIESKOOKI WŁOCH MIRKO.

Mirko ma 35 lat i od dwóch lat krąży pomiędzy Wenezuelą i Kolumbią kombinując z wizami. Zakochany w Kolumbijce siedzi w Ameryce i tęskni za mamą. Jak to Włoch… Przegadaliśmy cały dzień snując się po górach. Zeszło na różnice kulturowe, ja mu płakałam w rękaw, że dobija mnie machizmo, on narzekał na muniekas (laleczki) wenezuelskie, że straszne z nich materialistki. Mirko z rozbrajającą szczerością wyznał mi, że był trzy razy zakochany po uszy, ale nigdy, ale to nigdy nie był wierny. No bo jak się okazja trafia, szkoda nie skorzystać. Jesteśmy zwierzętami- stwierdziłam i poszliśmy jeść truskawki z bitą śmietaną. Po powrocie do domu (oboje wynajmowaliśmy pokoje u młodej Indianki Joany) Włoch oddał się ulubionemu zajęciu- mianowicie przyrządził mi i Joanie spaghetti. Po czym oddalił się i więcej się nie widzieliśmy, bo wczesnym rankiem kolejnego dnia pojechałam na sawannę.

Tymczasem Tony oświadczył mi po moim powrocie, że… zbije Włocha. Już nie miałam sił wnikać za co, ponoć się Włoch źle o tonim wyraził czy coś w podobie….

„Dobrze, dobrze, zbij sobie tego Italiano” uspokajającym tonem przywróciłam Toniemu pogodę ducha.

W międzyczasie przyplątał się jeszcze pewien Słowak, kumpel Antosia, który uczy się od miesiąca hiszpańskiego w Meridzie. Jedyna singielka – płeć żeńska – Niemka Isabell wyjechała do domu. Reszta plącze się po Meridzie, krzyżuje języki, wymienia poglądy oraz płyny ustrojowe, nocą miasto tętni życiem, bary, koncerty rockowe (nieszczęśliwie Tony się wczoraj pomylił i ja i Słowak musieliśmy zaliczyć koncert metalowy). Wszechobecne dyskusje o polityce, lewacy opozycja, intelektualiści, salsa, cuba libre, drążące ciała i roztańczone ciała. W dzień zaś ostre słońce, plecaki, Andy, wycieczki, pamiątki, gringolandia.

Byłam gdzieś obok, bo pod czułą opieką Toniego. Tony zaś ma kłopoty. Byłam jedną nogą w świecie gringo, drugą w świecie Toniego, splatało to się nierozerwalnie bo Toni pracuje z turystami, więc zna wszystkich. Wszyscy znają też jego. Wysłuchałam tysiąc plotek, przyjrzałam się koneksjom i zależnościom. Facet, który połowę życia spędza w takim miejscu jak Los Llanos mówi: Estoy astresado. Jestem zestresowany.

Pracują po 12 godzin. On, Marco, Joel, Benjamin… Zaczynają o 8 kończą koło 20. Jedzą byle co, z ulicy. Kiedy pytam 28-letniego kierowcę Benjamina, czy to zdrowo żyć tylko pracą, mówi: Nie wiem. Ale chcę żyć jak król.

Tony na to samo pytanie odpowiada: Nie mam wyboru.

Po zamknięciu biura idzie do baru, w którym spędza dwie lub trzy godziny. Potem zapada w twardy sen po to, żeby obudzić się o 7 i biec do biura… Tylko jeden dzień, piątek jest wyjątkowy. Przyjeżdżają do niego córki spod Meridy, Tony spędza z nimi wieczór. Nie w barze. A przynajmniej nie w tym co zwykle.

Na Los Llanos zmienia się w kowboja.

Żyje tak z dwoma twarzami i zapasowym hollywoodzkim uśmiechem dla turystów. Lubi ryzyko. Gdyby żył w Warszawie, soboty spędzałby na Służewcu a niedziele w kasynie. A tak… pozostaje mu adrenalina, którą dostarczają kajmany i węże. On je kocha. A turyści kochają Toniego, bo dostarcza im emocji.

Mi dostarczył całkiem nieoczekiwanie… OTÓŻ-GALOPOWAŁAM.

Nie dlatego, że chciałam. Jakby nie było, trzeci raz w życiu siedziałam na koniu. Na znajomym koniu czyli na Świeżym Owsie. I to on miał życzenie pogalopować sobie. Niestety nie przewidziałam tej opcji, nie wiedziałam też gdzie jest joystick czy inny guzik który by powstrzymał operację: galop. Zwyczajowe szarpanie za uzdę nie pomagało. Z Toniego taki instruktor jazdy konnej jak z koziej dupy trąba. Widząc, że Fresca Avena zaczęła fikać, Tony co zrobił? A jakże, też ruszył w galop. I tak obok mnie pędził na rączym rumaku i wrzeszczał jak opętany, chyba było to: Andale! Corto! Izquierda!

Jak się później okazało zbyt luźno trzymałam wodze… Hm. No dobra. Potem już galopowałam na znakomitym luzie i odkryłam, że jest to uczucie absolutnie doskonałe!

Podobnie jak gapienie się na rozgwieżdżone niebo, na wielkie nic jakie otacza zewsząd, na wielką zieloność. Cisza i bezruch są jednak tylko pozorne. Mieszkają tu pasterze czyli kowboje, którzy zaopatrują całą Wenezuelę w mleko, wołowinę, skóry. Krowy wyceniane są w zależności od przeznaczenia. Krowa dojna jest najdroższa, zaraz po niej – rozpłodowa, najtańsze są te na mięso. Hodują konie do pracy i sportowe. Na Los Llanos żyją głównie zwolennicy Chaveza. Populistyczne hasła prezydenta i samochody pełne ryżu i mleka w proszku jakie dostarcza Chavez przekonują niektórych. Jednak nawet oni, llaneros miewają wątpliwości… gdzie się podziały pieniądze? Dlaczego mamy przydziały na benzynę? Dlaczego jesteśmy biedni?

Tony na Llanos zmienia skórę. Wśród wieśniaków czuje się jak ryba w wodzie, stres jaki towarzyszy mu w Meridzie, nieco opada. Ale zaraz pojawia się coś innego. Jakaś psia czujność, wyostrzony zmysł, będzie polowanie!!! Tony nie waha się nigdy. Sześć razy skacze z łodzi do wody po żółwia-giganta. Nie udaje się… szybki jest , skurczybyk, śmieje się Tony. Nic na siłę. W Meridzie ten medio-llaneros jest popularny. Nosi obcisłe sweterki i dopasowane dżinsy lub luźne lniane białe spodnie. Modne kluby, ładne dziewczyny, żyj szybko, kochaj mocno i umieraj młodo. Na llanos Tony zajmuje się końmi, ustawia z chłopami klatki dla bydła, poluje na anakondy i kajmany. Wie o nich dużo. Anakonda tylko na początku boi się go. Potem całują się po pyskach a anakonda czule obejmuje go w pasie. Widać wie, że Tony zaraz ją puści. Gdy pełznie w stronę szosy, Tony łapie ja za ogon i mówi jej: nie, nie, nie idź tam. Przejedzie cię. I rzuca ją do lasu. Jestem pewna, że ta anakonda opowie innym o tym jak potraktował ją Jose Antonio Martin Barruetas.

Będąc drugi raz na los Llanoss nie spałam w domku turystów, tylko w hamakowni Toniego i Benjamina. Wieczorem, już po zgaszeniu ognia padali jak muchy w swoje hamaki.

Wcześniej przez dwie godziny Tony próbował wielkim drągiem wybadać dno rzeki w poszukiwaniu żółwia, potem kilka razy skakał za nim do wody.

-Nie mogę ruszyć ręką. Boli mnie bark. Chyba zwichnąłem- mówi zasypiając. I nie czekając na mój bandaż, natychmiast zasypia.

Wychodzę przed domek. Potykam się o ropuchę, ta patrzy z wyrzutem… Przecież jest noc. To JEJ czas, nie mój.

Kilometry płaskiej pustki. Obok w domku śpią robotnicy, jutro będą ustawiać nowe klatki do transportu bydła. Rży koń. Pohukuje puszczyk. Tony i Benjamin oddychają ciężko. Nie ma w życiu mężczyzn-llaneros kobiet ani dzieci.

Jeśli są, to gdzieś daleko, dawno, i nie naprawdę…

Gdybym miała namalować Soledad, namalowałabym Los Llanos.

Reklamy




Tony to ma ciężką pracę…

30 11 2009





Żuraw i czapla

21 11 2009

Wszystko było już przygotowane. Plecak stał spakowany, wiedziałam, że jeśli następnego dnia nie ruszę się z Meridy to już się nigdy z niej ruszę. Podróż wymaga szybkich i konkretnych decyzji, a z tymi zawsze mam kłopoty. Był plan, że zrobię w Meridzie tygodniowy intensywny kurs hiszpańskiego. Tony zaprosił mnie na ten czas do siebie do domu, okazało się jednak, że dom stoi w górach, pod Meridą. Dość skomplikowane byłyby codzienne dojazdy. Postanowiłam ruszyć dalej. Wieczorem w barze dudniącym od muzyki Doorsów powiedziałam mu, że wyjeżdżam następnego dnia do Maracaibo, w stronę granicy kolumbijskiej. OK – odparł. Okazało się szczęśliwie, że następnego dnia jego przyjaciel-muzyk jedzie grać koncert w Maracaibo. Zabieram się z nimi i na dodatek zaliczę koncert regaee. Toni tez chce jechać. Łamie się. Ma robotę, ale… nigdy w życiu nie był na żadnym koncercie. Grupa ponoć tu bardzo popularna, no cóż, Toni ma się zastanowić. Ja jadę. Z Maracaibo to już rzut beretem do Kolumbii. Z tym jakże wysmakowanym planem położyłam się spać. Rano telefon. Nie ma miejsca w samochodzie, ale możemy razem z Tonim pojechać autobusem na noc. OK. Nie widzę przeszkód. Wpadam do biura.

I słyszę: Słuchaj, muszę cię o coś zapytać. Nie chciałabyś wrócić na Los llanos?

..

.

A co z planem?

!!!!!!!

Si. – Jakoś tak bezmyślnie się mi wyrwało.

No to załatwione.

Żadna Kolumbia na razie, ani koncert regaee. Znowu cisza, Świeży Owies czyli Fresca Avena i kilometry pustki!!!

Jak dobrze! Bardzo chciałam wrócić na Los llanos, ale nie da się samemu tak po prostu. A w każdym razie to jest trudne.

Później Tony mówi mi: Od początku chciałem ci to zaproponować, tylko nie wiedziałem jak. A ja od początku chciałam go o to zapytać, tylko nie wiedziałam jak.

Jesteśmy jak żuraw i czapla.

Ruszamy w poniedziałek. Z nami silna, sześcioosobowa grupa turystów.

Wszystko jakby prostsze się tu staje. A gdy mówię Toniemu, że to poco loco (trochę szalone) bo miałam PLAN… Tony mówi:

Zrobisz jak zechcesz. Możesz jechać dalej, ale pamiętaj, że zawsze coś zostawiasz za sobą. Możesz zostać i żyć.

Czy nie o to właśnie chodziło w tej podróży?

Myślę o moich znajomych którzy w niespełna cztery tygodnie „ZROBILI” Argentynę, Chile, Boliwię, Urugwaj i Paragwaj. Szybcy kurna byli. W każdym kraju po kilka dni…

Za chwilę minie miesiąc, a ja wciąż w Wenezueli. Kumpel Toniego zaprosił mnie jutro do swojego dziadka na działkę w góry. Są tam nieopodal Gorące Źródła, pojedziemy do nich konno. Wieczorem dziadek przyrządzi jakąś rybkę. Niedziela na wsi? Leniwa? Niespieszna?

Na to się zanosi.

A kiedy ruszę dalej? Czy w ogóle dojadę kiedykolwiek do Buenos Aires? Dowiemy się w kolejnych odcinkach… ;-)

PS. Szakira została nad Orinoko. Byłam gotowa na czipy w uchu, na tatuaże na psiej piersi, klatki, kwarantanne, szczepienia, niewygody i koszty. Wszystko rozstrzygnął Chavez, który wydał odgórne zarządzenie, że NIE WOLNO TRZYMAĆ PSÓW W HOTELACH. I nie wolno. Howgh. Szakira została nad Orinoko z Jose. Kiedyś ich odwiedzę…

PS.2 Dziennik zamówił megawypaśny reportaż. Tylko KIEDY, no KIEDY ja mam Proszę Państwa się tym niby zająć? ;-)

 





Sen o sawannie

21 11 2009

Tylko nikt nie może się dowiedzieć, że to zrobiliśmy – powiedział Toni po wszystkim.

Choć w zasadzie jeszcze tego nie zrobiliśmy. Ale zrobimy. W poniedziałek.

Wrócimy na Los Llanos.

Kilometry zielonej pustki. Noce tak zapchane po brzegi dźwiękami, że miejsca nie starcza na sen.

Pluski, szelesty, nawoływanie. Krzyki. Ptaki nocą krzyczą, śmieją się, jedna wielka ptasia fiesta. Pierwszej nocy w hamaku nie zmrużyłam oka. Zwłaszcza że całą tę kakofonię dźwięków wspomagał swoim chrapaniem Phil Collins. A tak. Tym razem w podróży na sawannę towarzyszyli mi Phil Collins i Meryl Streep. Oboje z Poznania. Co za urocze spotkanie! Szczęśliwie Polacy okazali się wspaniałymi i ciekawymi towarzyszami, tęsknię bardzo za rozbrajającym i urzekającym poczuciem humoru Phila :-)

Los Llanos… w dzień… cisza w której się można utopić. Kajmany jak kłody drzewa z otwartymi paszczami. Małe płochliwe żółwie na gałęziach, tysiące ptaków. Co krok czaple białe i szare, orły na wyciągnięcie ręki, dwumetrowe nutrie, endemiczne lemurowate śpiące na gałęziach drzew i On. Oso de hormingueo. Pan Długonosy.

Mrówkojad.

To dzięki mrówkojadowi zobaczyłam do czego zdolny jest Toni. Zapędził biedaka prosto na ścieżkę tuż przed naszym dżipem. Jakie dziwne nieziemskie zwierzę. Mrówkojad jest niebezpieczny, ma wielkie pazury, w jednej chwili odwrócił się i próbował zaatakować Toniego. Szybko zrezygnował.

Kilka dni później w Meridzie Toni powiedział mi, że zawsze gdy chwyta jakieś zwierzę, zagląda mu w oczy. Ryzykuje życie. Anakonda i kajman są najbardziej niebezpieczne . Same raczej nie zaatakują człowieka, ale w samoobronie potrafią zabić. – Kiedy trzymam zwierzę za kark, zawsze patrzę mu prosto w oczy. Czuję wtedy coś w rodzaju orgazmu. – mówi mi Tony. To adrenalina. Ale i coś więcej. Zwierzęta tak jak ludzie są filtrami, przez które sączy się Bóg. Dlatego się nie boję. Czuję respekt ale nigdy, przenigdy nie czuję strachu.

To dlatego, że Toni sam jest niebezpiecznym zwierzęciem. Kiedy poluje napina mięśnie karku, mruży oczy, zmieniają mu się ruchy… płynne ciche gesty… Jest piękny jak polujący tygrys. Nie przypadkiem wytatuował go sobie na prawym ramieniu. Samotnik, który potrafi być niebezpieczny… Chwilę potem Toni zmienia się. W obozowisku zmajstrował specjalną deseczkę na której codziennie rano sypie ryż. Przylatują maleńkie ptaszki we wszystkich kolorach tęczy, a Toni godzinami potrafi je obserwować. Jest biologiem studiował ornitologię. Wieczorem siadamy przy ogniu (płonie co noc, odstrasza węże) i gapimy się w gwiazdy. Widać tu Krzyż Południa. Nocą wypuszczamy się na spacer. Opuszczamy obozowiska i giniemy w absolutnej ciemności. Boję się węży i kajmanów. Sprawdzam, czy przy boku Toniego wisi maczeta. Jest. Tu nikt się bez nich nigdzie nie rusza. Nawet kilkuletnie dzieci maja swoje małe maczetki….

Ciemność. Dokoła ciągną się kilometry pustki zamieszkałe tylko przez zwierzęta. Oddycham coraz głębiej. Z każdym dniem boję się mniej. Jeździmy konno, kłusuję lekko na koniu o dziwacznym imieniu Fresca Avena (Świeży owies). Kiedy wchodzimy do rzeki Toni mówi: Puść luźno wodze. Fresca Avena płynie. Jak dobrze! Jestem cała mokra, w tym upale to fantastyczny pomysł, popływać na koniu. Inaczej się nie da. Kajmany i piranie mogłyby zakończyć taką kąpiel w dość nieprzyjemny sposób…

Kiedy łowimy piranie mówię: To trudne. Widzę, że nie spodobało się mu to. Zaciska szczęki i odpowiada: Nie ma w moim słowniku takich słów: trudne niemożliwe…

Kiedy to naprawdę trudne. Łowimy z wysokiego mostu, na żyłkę. I na wołowinę. Piranie połykają mięsko błyskawicznie, zanim zdążę poderwać je do lotu. Nawet kiedy się to udaje, uciekają mi rybki w drodze na most. Toni i 17 letni Rafael nie maja z tym żadnego problemu… Piranie zjadamy na kolację. Llaneros (czyli wenezuelscu gauchos) śmieją się, że to wspaniały afrodyzjak. Być może, ale dzień wypełnione po brzegi kończę we własnym hamaku. Nagle zjawia się Toni i wciska mi do ręki coś małego, bardzo ostrego. „Na szczęście” – mówi. Otwieram dłoń. Leży na niej szczęka pirani…