I ja tam byłam, rum i wino piłam

18 09 2010

Nocą przyszła Burza. Taka straszna, z wielkimi piorunami, od których robi się jasno jak w dzień, i z grzmotami długimi, toczącymi się gdzieś po ziemi. Ostatni raz taką burzę przeżyłam w górach w Grecji. Wtedy bałam się naprawdę, słuchając jak grzmoty biegną po szczytach. Nieprzerwanie. Teraz bałam się tak raczej bezinteresownie. Pies spał, w nosie ma zjawiska przyrodnicze, sam wszak do nich należy.
Przyszedł czas na rachunek sumienia. Osiem miesięcy w Ameryce Południowej, dwa – wakacyjne – w Polsce i końcówka roku  w Kolumbii otra vez.
Nie znalazłam czasu na zrobienie mapki, nie znalazłam na opisy takie bardziej szczegółowe co gdzie i jak, jeśli ktoś się wybiera, ma życzenie się dowiedzieć, proszę się zaanonsować w komentarzu, na pewno odpiszę. A tymczasem SUBIEKTYWNY RANKING IWONKIPIBARY;-)

NIEUSTAJĄCO PIERWSZE DWA MIEJSCA ZAJMUJĄ W NIM
1. WENEZUELA I KOLUMBIA
Wcale nie dlatego, że to był mój pierwszy raz – chociaż nie wykluczam, że „najpiękniejszy pierwszy dzień, potem wszystko idzie w cień”. Ale chyba nie o to chodzi tym razem. Wypadkowa nienachalnej (czytaj nie na sprzedaż) egzotyki, totalna, bujna i OGROMNA przyroda, która szczelinami wciska się do domów (pisałam już że tym razem w domu nie mam karaluchów? ZA TO STADAMI PO ŚCIANACH BIEGAJĄ ZIELONE MAŁE JASZCZURKI Z KOMICZNYMI RYJKAMI. ZDECYDOWANIE JESTEM za!).
Góry, doliny, morza, rafy, gęsta dżungla, papugi i jaguary, jak się ktoś uprze to i Indian golutkicyh jak ich sam Pan Bóg stworzył znajdzie i takich (lepiej ich nie szukać) co plują do nieznajomych całkiem niefajnymi strzałkami, od których się możesz przenieść do Krainy Wiecznych Łowów. Mity i bajki żyją tu na równi z serialami. Z tym, że w seriale jednak wierzy się mniej.

Jest bałagan. Jest – co tu dużo gadać- pierdolnik. (wenezuelski inny niż kolumbijski, ale to jednak w obu przypadkach jest właśnie TO!).

Są miejsca, w których można zginąć w ciszy. Najpiękniejsze moje momenty?
Stalowe delfiny pluskające się obok mnie w Orinoko i Orinoko sama. Rzeka tajemnic. Tysiące papug na jednym drzewie i ich wieczorna odprawa- wrzask nie do opisania.

W Kolumbii? Rozgardiasz i ludzie. Niesubordynowani, bez żadnych zasad, ale przyjaźni, uśmiechnięci, zawsze pomocni i weseli.
I selva też. Poznana, oswojona. jej mała część- już moja, na mule mogę jechać z zamkniętymi oczami! Nic więc dziwnego-że kochana.

Ekwadoru nie znam. Przejechałam gon ekspresowo – w tydzień. Miłe miejsce, takie pograniczne. Już więcej Indian na ulicach, już inaczej ( W Kolumbii i Wenezueli Indianie tworzą swoje enklawy w Sierra Nevada de Santa Marta w San Agustin itd – na ulicach ich nie ma, a jeśli są to wtopieni, nie tacy barwni jak potem. Ekwador to przedsionek POMIESZANIA.
Dobre ceny, raczej podłe żarcie, żadnych złych przygód. Ale wielkiej chęci, żeby akurat tam wrócić- brak. Może kiedyś…

Peru- perła w koronie. Turystycznej. Oprócz zagubionych w dżungli miejsc gdzie nie docierają turyści ( i ja też nie dotarłam) absolutnie wymuskany (jak na Am Pd rzecz jasna ) turystyczny kołchoz. No, animatorów jak w Tunezji się dzięki Bogu jeszcze Państwo nie dorobili, ale śmiało do Peru (na szlak Gringo) można jechać z angielskim i rozmówkami hiszpańskimi. Jak ktoś chce zboczyć ze szlaku, niech zapomni o inglisz.
Peru jest – jak na Am Pd znowu zaznaczę- całkiem cywilizowane. Można tu latać na lotniach, uprawiać kitesurfing, zjeżdżać na deskach z wydm, nurkować, wspinać się- wszystko mas o menos dobrze zorganizowane. To taki kraj na wakacje dla tych co się boją na naprawdę dziko pojechać, ale troszku tak by chcieli… Choć wiem, że są miejsca w Peru gdzie… Olaboga!!! Ja jednak (jako że nie byłam sama a z Panem który lubi, żeby było raczej czysto) do nich nie dotarlam.
Ceny w Peru są dobre. Za 2000 zl, żywiąc się w restauranach tanich i sklepach można na dużym luzie przeżyć miesiąc (nie wliczam wycieczek oczywiście).

Boliwia – o matko bosko! Tanio jak barszcz, naturaleza- OBŁĘDNA! A jednak nie. Ja miałam doświadczenia złe. Ludzie warczą, kradną, popychają się na ulicach, brud straszliwy, taki NADRZĘDNY, pachnący zgnilizną i spalinami, wysokości (ponad 5 tysięcy momentami, a 4,500 to norma) zabijają. Żarcie potwornie podłe. Ale znam takich (na przykład Suchego) którzy mi mówią: W miastach nie bywaliśmy, wspinaczka super, ogólnie fantastico. Ja w Boliwii byłąm bardzo chora więc może spróbuję przewartościować poglądy. Kiedyś. Szymonie, wierzę, że pomożesz!!! :-)
Ale przyznaję: dla takich widoków jak Salar de Ujuni i pewnie dla tych sześciotysięczników-warto znieść wiele. Mi zabrakło zdrowia i siły, a z nimi odwagi.
Argentyna- Raj. Szwajcaria Am Pd. Drogo. Super fajne buty. Kuchnia… booooooooska! Wodospady też. Polecam, można z małymi dziećmi. Zaplecze turystyczne dobre. Da się żyć w warunkach europejskich, a jak komuś trzeba wielorybów albo konnych przejażdżek i innych gauchos- też się znajdą.

Urugwaj- nie wiem. Znam Colonię- takie urugwajskie Toledo. Piękne, ciche. Ogólnie podobnie chyba jak w Argentynie. Czysto miło.

Reasumując – komu trzeba, żeby było jak w domu- niech jedzie na południe- ponoć Chile też jest drogie, turystyczne i wymuskane, komu trzeba adrenaliny albo takiej NATURALEZY bez banerów, to polecam północ AM PD.Oczywiście w każdym kraju (zarówno w Peru jak w Chile) teoretycznie są wycieczki a to „do dżungli” a to gdzieś tam- na ranczo konna wycieczka z obiadem”. Ale proszę w to nie wierzyć. Dżungla to są żarty. Jakieś domki drewniane i parę papug na drzewie.Jak na działce pod Warszawą.  A ranczo – też nic wielkiego. żeby pojechać dalej i głębiej trzeba zapłacić więcej, albo… omijać agencje podróży. Albo znać dobry adres. Ale kiedy się jest turystą, co przyjechał na trzy tygodnie to ciężko jest-wiem. I dlatego właśnie polecam Wenezuelę i Kolumbię. Bo tam – nie ma przebacz.
Wszystko jest takie jakie jest.
Nikt nie ściemnia.

Ja tylko żałuję że nie dotarlam do Brazylii. Ale przecież:
JESZCZE W ZIELONE GRAMY, JESZCZE NIE UMIERAMY…

;-)
A teraz tu, tak mi się marzy skok do Panamy. Ale z kasą krucho. Sponsorze!!!! Odezwij się! 

Reklamy




A jednak dopadł!

24 04 2010

Dół.

I tak się długo trzymałam- pół roku, jakby nie było, minie za dwa dni odkąd się pałętam po tej stronie Atlantyku.

Ale dziś mnie dopadło wszystko naraz. Po pierwsze i najważniejsze dałam ciała na całej linii to znaczy zapomniałam o imieninach Taty. Po tym, jak już zapomniałam o urodzinach a następnie imieninach PT myślałam, że gorzej być nie może. A tu taka ryfa. No i nie pomoże żadne tłumaczenie, że NIGDY nie miałam głowy do dat, a w podróży wymagać tego ode mnie to już w ogóle nie sposób. Jestem wyrodna córka i basta, idę zaraz posypać głowę popiołem. Ale co to pomoże?

Z Polski docierają wieści że totalny burdel z pitami, tak to jest jak się pracuje dla 10 pracodawców, niektórzy na ten przykład, twierdzą ku memu zdziwieniu, że wcale dla mnie pitów nie mają… a teksty moje pod szyldem rzeczonych pracodawców można przecież przeczytać w necie. To jak??? Do 31 zostało kilka dni ale co ja tu z Peru zdziałam?

Nie koniec na tym. Dziś przez cały dzień nie działała moja karta. Nie ma połączonia z fucking bankiem. Fajnie, tylko, że jutro jadę na 2 dni do Canionu Colca i muszę mieć kasę. Więc nastawiłam na 6 budzik i rano zrobię kolejną rundę w nadziei na sukces. A co, jak nie zadziała?

Poza tym w głupi i nielogiczny sposób minęliśmy się dziś z Javierem ( i to z mojej winy), więc się nawet nie pożegnamy, a ja wyszłam na jakiegoś polskiego niewychowanego buraka.

Na dodatek rano zadzwonił Ender z Kolumbii i oznajmił, że za chwilę wyrusza do Ciudad Perdida i czy na pewno jestem zdecydowana jechać do Buenos Aires, bo on ma propozycję, że mi kupi bilet z Limy do Santa Marta. No nawet się przez chwilę zawahałam. Gdyby nie fakt, że obiecałam Tierralatinie zupę pomidorową w Buenos….

Jak poszłam do sklepu po prowiant i wodę na jutrzejszy trek, to mi kazdy złośliwy Indianin jakoś pod nogi wchodził, w sklepie na mnie dzieci wpadały, wszyscy jacyś się i brzydcy i źli zdawali. Kurwy polskie latały, oj latały.

Papieru toaletowego mi nie dali w hotelu.

I pokoju nie posprzątali.

Kasa mi się kończy.

Nie znalazłam dziś pralni – na trek zabioram ostatnie czyste ciuchy, a jak wrócę – to zmienie się w kloszarda.

Poparzyl mnie prysznic (mam do wyboryu wode zimna jak diabli albo wrzątek. Skacząc jak pchła pod prysznicem próbowałam się umyć, ale tylko się poparzyłam. Wygrała woda lodowata. Ach gdzie te czasy, gdy się śmiałam jak mysz do sera na widok zimnej wody w 45 stopniowym kolumbijskim upale?)

W tajemniczy sposób zniknął z plecaka nowy nieużywany hamak z moskitierą oraz krem vichy dowieziony przez PT. A sprzątaczka jakieś takie od paru dni ma gładsze lico…

W TV za godzinę lecą Matrioszki- jakiś słynny dokument o rosyjskich dziwkach, a ja muszę spać, bo mam się zerwać o świcie.

Siedzę sama i smutna i nawet nie mogę z nikim pogadać bo u Was tam teraz 6 rano.

I w ogóle to nikt do mnie nie pisze!!!!! Jasne, ja tu mam same wisienki na torcie, palemki w drinkach, romansuje ile wlezie i używam życia, normalnie cud miód maliny, wino, kobiety i śpiew.

A co w Polsce może być interesujacego? Jeśli jeszcze raz dostanę maila, że nic się nie dzieje, albo że sorki że nie piszę, bo praca i praca… to zacznę wyć. Otóż INTERESUJE mnie co słychać w Polsce, co słychać u Przyjaciół i Rodziny. A Admin to już przechodzi samego siebie, bo na moje rozpaczliwe maila PO PROSTU WCALE NIE ODPOWIADA.

Więc proszę mnie zrozumieć, że Peruwiańczycy dziś wydali mi się orkami a Peru Mordorem.

Jutro idę w góry i mam nadzieję, ze jakiś kondor mnie weźmie i porwie do Krainy kurna Szczęśliwych Elfów!





I twoją matkę też!

24 04 2010

Wcześniej czy później musi skończyć się przynudzanie o zabytkach, kokainie, lamach, kwiatkach, ptaszkach i innych podróżniczych pierdołach. Czytelnik przecież (jak mi powtarzano w każdej gazecie, w jakiej pracowałam) potrzebuje Potu, Krwi i Łez – ale to po drugie. A po pierwsze? SEKSU!

Ciśnienie krwi skoczyło? To zaczynamy. Zaczniemy od… miłości.

Nie ma co ukrywać dłużej że latynosi mają krew gorącą i wrzącą, a mit latinolovera tak sam z siebie to się nie wziął. Ale nie w tym rzecz. Oni (jak już kiedyś pisałam) umierają z miłości. Między innymi do mnie oczywiście ;-)

To już wiemy. Nie wiemy jednego: dlaczego trup męski na mój widok się ściele tak MŁODY?

Że 13 lat młodszy ode mnie Colombiano stracony jest dla świata, wkuwa polskie słówka i poluje w tropikach na puchową kurtkę, którą ma zamiar zabrać do Polski w sierpniu zamiast romansować ze swoimi Manuelami i Consuelami to jasne, przyjęte do wiadomości. No trudno, tak wyszło, pogodziłam się z tym uznając za wypadek przy pracy.

Ale wczoraj udałam się na tańce z Javierem młodszym ode mnie o lat… 15!

Javier to uroczy młody człowiek, posiadacz pięciu koni, w tychże zakochany, spokojny, w świecie nieco bywały (w Chile był i w Boliwii), uprzejmy, dobrze wychowany (no płakać mi się chce ze wzruszenia jak mi tak drzwi od taksówki otwiera, pyta czy nie zmarzłam, czy mi się podoba muzyka i czy aby dymu za dużo nie ma…). Javi pracuje z końmi, uczy jazdy konnej i jeździ z turystami na wycieczki w siodle. Jak pomykalismy na konikach, zaczął delikatnie:

  • Czy mój kolor włosów jest naturalny? (nie)
  • Czy kręcą mi się same z siebie czy ze szczotki (z siebie)
  • Czy mam męża (nie)
  • Jak to możliwe?! (możliwe)
  • Ile mam lat (…) (dla bardzo dociekliwych czytelników: Nie dwadzieścia niestety. 30 też już nie;-(. Ale JESZCZE nie 40, hopsa, hopsa!

Że co??????? Tu się Javier nogą przeżegnał, ale zaraz wypalił : nie wyglądasz na swój wiek. I w ogóle wiesz, taka jesteś ogromnie sympatyczna. (no jestem, fakt ;-)

Niegroźnie zabrzmiało, więc na kolejne pytanie quizowe, czy lubię tańczyć, odparłam zgodnie z prawdą, że szalenie.

No i wylądowalismy wczoraj w klubie Zoom. Kocham Amerykę Pd, za to m.in.że tu na tańce przychodzi się ŻEBY NAPRAWDĘ TAŃCZYĆ! Nikt nie kisi ogóra przy stoliku, stoliki puste z pełnymi drinkami (kto by tam miał czas je pić!), a wszyscy wylewają siódme poty na parkiecie. Merengue, salsa, najpopularniejsza tu cumbia, bambucos, reggeton i… uwaga! Ani grama vallneato!!! Hurra! A najlepszy z najlepszych jest tradycyjny taniec boliwijski. Który tańczy się też w Puno i w Cuzco oraz jak się okazuje… na imprezach. (zapomniałalm jak się ten taniec nazywa! Może Ruda wie?)

To tak jakby ktoś w polskim klubie zapodał swojską poleczkę albo oberka. Ach jakie to było piękne. Panowie skaczą naokoło pań jak koguty, czy bociany raczej, podskakując na jednej nodze a panie, hulaj dusza, coś tam nóżkami wydziwiają, ja też wydziwiałam, tak jak umiałam.Javier ujęty pod boki, czasem zamaszyste ruchy ręką nad głową wykonywał jakby machał do kogoś – no ubaw po same pachy!

Jak przeszło do salsy, było jeszcze fajniej, żadne tu Tańce z gwiadami i jazdy figurowe miejsca nie mają, ja jedyna na szpilkach – się wygłupiłam, a reszta po prostu przychodzi i biodrem kręci, ale jak kręci!!! Tu akurat trafiła kosa na kamień, bo kręcić w stylu dowolnym to ja potrafię też, HA! (a podobno na koniu mam „dobry dosiad”, proszę sobie te dwa fakty samemu złożyć do kupy). Javier dzielnie dotrzymywał mi towarzystwa i chyba przynosiło mu to wiele radości. Mi zresztą też. (Co nie jest bez znaczenia, młodzieniec JEST ODE MNIE WYŻSZY!!! A to tu niebywałe przy moim 1,62 i jeszcze na szpilce!).

A potem puścili Abbe i wtedy to już naprawdę zostałam Królową Nocy.

Kolejka się do mnie ustawiła panów, ale ja miałam całkiem poważną wymówkę: „Przepraszam ale jestem z mężczyzną”.

Haha. Z pacholęciem raczej. Ale myślę tak sobie, że znam kilku polskich panów, co by się od peruwiańskich pacholąt uczyć mogli kindersztuby. Aż zal ściska że nie dysponuję nastoletnią córka zaraz bym ją Javierowi wystawiła.

Reasumujac, Javier zerka i spogląda, czasem wzdycha i już się na dziś znowu zapowiedział (jutro na szczęście uciekam wreszcie do Kanionu Colca).

Tymczasem… z Rubenem była całkiem inna historia. Opowiadam:

Ruben na Kozetce (rzecz dzieje się kilka miesięcy temu, w Wenezueli w okolicy delty Orinoko)

Ciudad Boliwar. Zapyziałe nic. Uliczki przecinające się pod kątem prostym tworzą siatkę labiryntu. Jedyny punkt orientacyjny to rzeka. Mętna, szarobura, szeroka i leniwie przepływająca przez miasto. A raczej obok niego. Paseo del Orinoko, arkady i podcienie pamiętające czasy Bolivara… nic tu poza tym nie ma, no nic. Przepraszam, jest Uniwersytet, na którym studiuje Ruben.

Ruben ma 23 lata i uczy się „na geologa”. Pracuje w hostale, gdzie się zatrzymałam. Przysiada się do mnie popołudniową parną porą, kiedy próbuje znaleźć w przewodniku jak dojechać stąd do Valencii i wypala z grubej rury:

-Sądzisz, że jestem brzydki?

Skądże. Wenezuelska średnia krajowa. Żadne panie cuda na kiju, ale Quasimodo to on też nie jest.

-Dziewczynom się nie podobam- wyjaśnia Ruben i wzdycha ciężko. – Mówią, że jestem brzydki. One wszystkie tylko lecą na kasę. – rozkręca się chłopak. – A ja nie patrzę na ich piersi, an i na ich usta, ani na ich urodę. Potrzebuję zrozumienia…

No ładnie. Ruben lat 23 potrzebuje zrozumienia, a ja ledwo rozumiem jego wenezuelski sepleniący espaniol!

I niby co? Rubenowi najwyraźniej to nie przeszkadza. Dopytuje się czy dziewczyny w Polsce są też takie „interesowne”.

Niektóre… Opowiadam mu o filmie Galerianki. Temat Rubena wciąga coraz bardziej. Zaczynamy wspinać się na tematy nieco bardziej,… semantyczne.

  • A jak się nazywa amigo, z którym się uprawia seks?
  • Novio (narzeczony) – mówię.
  • Ale nie – drąży Ruben. – Taki amigo, z którym tylko seks uprawiasz.
  • Hm… Chyba… amigo. Ale… właściwie.. to czy ja wiem, czy w Polsce się uprawia seks z przyjaciółmi? No jeśli tak, to chyba sporadycznie. – Boyfriend.- decyduję.- Mi chico. Mój chłopak.Ruben chce wiedzieć jak najwięcej o życiu seksualnym dzikich (Polaków).
  • Taki no wiesz – na jedną noc.- uzupełnia pytanie.

A taki to Para Una Noche. (Chyba?)… Uff, jakoś się udało wybrnąć z opresji. Ale Ruben zaraz zaczyna od nowa:

-A jak kończą ze sobą, to co wtedy mówią?

-A to zależy… Staram się przypomnieć sobie, co mówiłam moim byłym jak kończyliśmy ze sobą… Mówi się: Adios- nie mam siły już na te gadki.

Ruben macha ręką: – Nie, nie, chodzi mi o to ze jak chica krzyczy A! A! A! JAK KOŃCZY! … to jak to się mówi w Polsce?

No dopiero wtedy zastrzygłam uszami i dotarło do mnie o co młody pyta.

– Jak kończy w Polsce dziewczyna, to wiesz co krzyczy? – Ruben aż się podniósł z krzesła… -Siiii…???

– Nie wiesz Ruben, no pomyśl…

Nie wiedział.

– Krzyczy: A! A! A!

Rozczarowało go to chyba.

Zabrałam swoje grabki i skierowałam do pokoju.

– Jakbyś chciała to moglibyśmy spędzić razem jedną noc- wypala na koniec Ruben, lat 23.

………………………

No i na koniec ja mam pytanie o co chodzi z tymi młodzieńcami na tym kontynencie? Czy oni by nie mogli działać w swoim targecie? Czy może ja już wyglądam na zdesperowaną starą raszple z tych co to około 60-tego roku życia, znudzone wyjeżdżają na seks-wakacje do Gambii, by pod palmą słuchać czułych słówek młodych Murzynków o hebanowych ciałach, podczas gdy ich równie znudzeni mężowie zabawiają się z jinteras na Kubie lub z małoletnimi dziewczynkami w Tajlandii a w wolnych chwilach czytają Huellebecka? Patrzę w lustro. Nie. Na taką raszplę nie wyglądam.

To może przeciwnie: wzbudzam uczucia opiekuńcze, jak dziewczynka z jedną podkolanówką opuszczoną do kostki i wielkimi kokardami. Taka mala, taka sama…. Nie. To też nie to. No way.

Hm… Mam pewne podejrzenie. Wszyscy oni są po prostu fanami kultowego filmu „I twoją matkę też”!!! I wcielaja w życie podobne scenariusze.

A tak całkiem na marginesie: makijaż naprawdę postarza. Ja paraduję od pół roku nieomal całkiem saute i proszę jakie mam efekty!:-))))))





Zapraszam na obiad!

22 04 2010

Cuy, że się tak wyrażę. Czyli morska lub gwinejska. Rarytas!

No nic, tylko śliniaki brać i nakładać!





Peruwiańskie klimaty odcinek 1

22 04 2010

Do Limy (trzy tygodnie temu) dotarłam brudna jak ścierka i złachana jak Burek. PT jednak i tak się zachwycił. O schudłaś! – rzucił. – Jeszcze ze cztery kilo i dojdziesz do siebie.

O rany!!!! Co za powitanie! Jasne, dojdę wtedy do stanu z III klasy liceum, kiedy nosiłam rozmiar 34 albo 36, nie pamiętam. Z PT zawsze mieliśmy konflikt na temat tego, jak powinna wyglądać kobieta. Ja jestem zdania, że baba nie może przypominać worka kości. W myśl zasady wujka Asi: Kobieta bez brzucha jest jak garnek bez ucha ;-). Ale PT, sam raczej dość zasuszony, gustuje w kurczakach i innych wróblach bezcielesnych, za to chętnie w wystajacymi obojczykami. Na wstępie więc się tradycyjnie pokłóciliśmy. Ja mu wygarnęłam, że przez takie gadki dziewczęta małoletnie wpadają w anoreksje, on mi na to, że modelki wyglądają przecież super…

No nie doszliśmy do porozumienia, bez dwóch zdań. (Żeby nie było wątpliwości-noszę rozmiar 38 i wyglądam chyba normalnie, ale jestem też sybarytką stuprocentową i nie zmierzam głodzić się na liściach sałaty ani innych kleikach. Życie ucieka!)

Potem było już lepiej. Wprawdzie PT znany z zamiłowania do luksusu i nie przemęczania się, zabunkrował nas w hotelu w najdziwniejszej dzielnicy Ameryki Południowej jaką do tej pory widziałam. Było tam pusto jak u Bergmana w filmie „Tam gdzie rosną poziomki”. Było cicho jak w horrorze „Dzieci Kukurydzy”. Ludzi na ulicach- nie ma. Knajp – tez nie. (Te co są – nieczynne). Cicho. Smutno. Straszno. Najlepsza dzielnica w Limie- Miraflores blisko morza i plaży. Podobno wszyscy wyjechali na Semana Santa. Same zamknięte banki i urzędy zostały. E, nie dla mnie te klimaty.

Ucieklismy stamtąd natychmiast i obraliśmy kierunek na Pacyfik, do Pisco. Jak nazwa wskazuje, pisco tam wbród, ale jeszcze więcej… ptasich kup. I nikogo to wcale nie martwi, bo z guana właśnie słynie cały półwysep Paracas. Kolonie ptaków zamieszkujące Islas Ballestas pozostawiały złoża odchodów zalegające warstwami na skałach (do 50 m grubości!). Jeszcze w czasach preinkaskich azotowe kupy wykorzystywano jako nawóz. Ten zaś był na tyle dobry, że w XIX wieku stał się jednym z najcenniejszych towarów eksportowych Peru. Ha. Nawet wojna o te kupy była! (1865-66 Hiszpania postanowiła zabrać wyspy Chincha Peruwiańczykom. Nie tyle Hiszpanom szło o puste wyspy ile o ptasie kupy właśnie!).

Oprócz ptaszydeł różniastych (polecam te wyspy ornitologom i Magdzie W. – ja-laik rozróżniłam tylko głuptaki, pingwiny Humboldta

pelikany

i flamingi), wyspy zalegają potężne cielska lwów morskich. Samce żyją w haremie, a na widok podpływającej łodzi urządzają taki koncert, że ogłuchnąć można. Na jednej z maleńkich kamienistych plaż wbitych w skalną zatokę wylegiwała się setka tłustego towarzystwa. Ryk odbijał się od skał. Było… przerażająco. Miałam wrażenie, że oto właśnie horda gringo dopłynęła do wyspy, na której żyje niezbadane plemię i zaraz, po wcześniejszym omówieniu kwestii niechcianych przybyszów, da nam owo plemię tłuściochów popalić.

Ale małe są fajne;-)

Potem była już magiczna wyprawa do parku (w którym jednak nie ma drzew…)

ja lubię jak jest pusto…

dużo przestrzeni

… i jak jest cichosza

Lubie jak jest właśnie tak.

Ale miejsce to bezpieczne nie jest. Wiry i prądy morskie są tu silne. Carlos, który opowiadał nam o wyspie, na co dzień trudni się czym innym. Jest łowcą rekinów. Pewnego dnia łódź rybaków przewróciła się w czasie burzy. Tylko Carlos, z piątki obecnej na pokładzie, ocalał. Jako jedyny potrafił nurkować. Podczas gdy inni toczyli nierówną walkę z falami, on nurkując pod wodą, posuwał się powoli ku brzegowi. Oto Carlos:

-Gdy dotknąłem ziemi, chciałem zemdleć, zasnąć. Byłem tak wyczerpany. Ale wtedy umarłbym, na pewno. Na pustynnym Paracas temperatura nocą spada gwałtownie, a ciało Carlosa było już maksymalnie wyziębione.- Ostatkiem sił zakopałem się po szyję w piasku i przetrwałem do rana. O świcie ruszyłem powoli w drogę. Znaleźli mnie koło południa.

Innym razem śmierć zajrzała w oczy Carlosa oczami… ośmiornicy, która zapragnęła zgładzić Karola, gdy schodził na dno. – Zaatakowała tak, jak robi to Wielki Kalmar – postrach okolic. Wielki K. osiąga trzy metry i gdy ma ochotę coś wszamać, obiadowi swojemu wkłada sprawnie i szybko macki do wszystkich dostępnych otworów w ciele. W przypadku naszego biednego Karola były to oczy, uszy, nos i usta. Carlos miał na szczęście nóż i ośmiornica, która wykorzystała patent kolegi-kalmara odeszła do Krainy Wiecznych Morskich Łowów, a Carlos, z deka przyduszony, na pokład.

  • Dlaczego cię zaatakowała? Ośmiornice żywią się ludźmi? – pytam z niedowierzaniem.
  • Nie. Była jakaś loco.

No jasne, szaleństwem zawsze można wytłumaczyć żądze mordu.

Carlos miał też inną niebezpieczną przygodę, kiedy samiec lwa morskiego ważący około tony postanowił z Karolem pofiglować.

-Wziął mnie za samice i zaczął się ładować mi na grzbiet, oj nie było wtedy za wesoło… Na ogół lwy (czy też słonie- nie mam pewności, bo po hiszpańsku oni mówili na te stwory WILKI) morskie napotkane w wodzie chcą się bawić. Choć czytałam gdzieś, że pewien taki potwór w ramach zaproszenia do zabawy złapał pływającą dziewczynkę za głowę i w ramach zachęty… odgryzł jej pół policzka. Jeszcze gorzej jak się takiemu zbierze na amory…

Po Paracas mieliśmy szybko ruszyć do Cuzco, utknęliśmy jednak na dwa dni w oazie w Ice (brak biletów autobusowych do KUZKI na dwa dni naprzód). W Ice było leniwie i sympatycznie, miasto położone w maleńkiej oazie pośrodku pustyni robi wrażenie. Moim ulubionym zajęciem było zakopywanie się w piasku i leżenie, ale można czas spędzać tam ciekawiej np. zjeżdżając na deskach z wydm lub rozbijając się po łachach piachu dżipami. Z Iki szybki kurs na osławione Cuzco, w którym rezyduje Ruda i z którą spotkanie nagrywałyśmy od kilku miesięcy. Tyle, że nie wzięłam od Rudej adresu ni telefonu, mając całkiem jak się okazało mylne wrażenie, że internet jako źródło komunikacji sprawdza się najlepiej. Otóż nie. Po tysiącu maili do Rudej z Cuzco, ta odezwała się… przedwczoraj (gdy jestem już w Arequipe). No i obie mamy nauczkę.

Cuzco to ja chyba nikomu przybliżać nie muszę. Najlepsze knajpy w całym Peru, brukowane ulice, na fundamentach inkaskich budowli wzniesione kolonialne światynie,…

Serce państwa Inków, dziś serce peruwiańskiej turystyki. Tu się przyjeżdża w jednym celu. Najeść swinek i obejrzeć siódmy cud świata ( a może szósty, albo piąty, w każdym razie – jeden z siedmiu). W związku z cudem, świnkami i całą resztą na Plaza de Armas gringoli zatrzęsienie (tradycyjnie znowu spotkałam Polaków… z Kanady).

Powiedziano nam (co nie do końca okazało się prawdą), że w związku ze styczniową tragedią, kiedy to zlalało i pozrywało drogi dojazdowe do Macchu Picchu, nie da się tam póść, można tylko pojechać. Tak też zrobiliśmy.

Po siedmiu godzinach krętych górskich dróg widziałam świat do góry nogami, żołądek miałam w okolicy migdałków, a po pobudce o 3 rano (ruszyliśmy o 4) ledwie na oczy widziałam. I wtedy nastąpił najciekawszy punkt programu. Indiana Jones dla ubogich to znaczy juhuuuuuuu! Jedziemy na linie nad rwąca rzeka. Kiedyś tu była cywilizacja, most znaczy się, ale po styczniowych lawinach…

Nie, jasne, jestem odważna, z ułańska fantazja i czym tam jeszcze. Więc wsiadłam. I ziuuuuuuuuu. Pojechałam. Tak jak oni:

Przeżyłam. A potem był spacer dnem kanionu,

nocleg w dość obskurnym hostalu, znowu pobudka o 3.30, żeby na Mapim być na wschód słońca, a potem to już było tak:

Zaginione Miasto Inków…

Nadziwić się nie mogłam, że tyle czasu przetrwało nienaruszone i nieodkryte w gęstej selvie. Macia odkrył amerykański poszukiwacz El Dorado i awanturnik Hiram Bingham dopiero na początku XX wieku! Nie ma jednej pewnej teorii jaką role pełniło indiańskie miasto. Mogło być wzniesione w odpowiedzi na inwazję hiszpańską, ale większość archeologów i historyków jest zdania, że zostało ono opuszczone przed przybyciem Hiszpanów. Zniknęły mumie i złoto – Inkowie zabrali je ze sobą, żeby chronić przed najeźdźcą. Zostawili natomiast masę ceramiki, niestety tę można oglądać w muzem … a gdzieżby? -w USA. Wszyscy są zgodni co do jednego: Machu Picchu było ważnym centrem obrzędowym. Dziś też jest ważnym centrem… obrzędów świeckich. Prezydent Toledo, pierwszy mówiący keczua Indianin u władzy zorgaznizował tu inaugurację swoich rządów. Próbowała tu zapanować też Mamona. Jednak kiedy ekipa kręcąca reklamówkę piwa odłamała dźwigiem kamery słup Intihuatana, szczęśliwie zakazano takich procederów.

Przed styczniową powodzią MP odwiedzały tysiące ludzi. Teraz ograniczono dostęp do zabytku. My weszliśmy tam o 6 rano razem z garstką może 60 turytów. Powoli z siwej mgły wyłaniały się kolejne budowle. Snuliśmy się po Mapim, by na koniec położyć się w trawie i po prostu tam BYĆ. Czysta magia. No co ja na to poradzę… Oni. Inkowie znaczy się, mieli wyczucie stylu.

A gdy tak siedziałam na mapim to mi się Stachura przyopomniał i „Dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem nieba…”

A potem poszliśmy do Świątyni Kondora i do Domu Dziewic (grom jednak na mnie spadł gdy przestępowałam próg…). No i tyle chyba o mapim, bo co tu gadać. Magia, panie, magia!

CDN

A tymczasem deser. Sesja pluszaków czyli wigunii:





Peru – la mas turistico

18 04 2010

Proszę już na mnie nie krzyczeć, że się zaniedbuję blogowo. To fakt, przyznaję i biję się w wątłą pierś. Już tłumaczę w czym rzecz. Od dwóch tygodni podróżuję w towarzystwie PT, który dojechał tu jeno na niecałe trzy marne tygodnie. Więc wbiłam się i ja w turystyczne kapcie i pomykamy od wycieczki do wycieczki, z gór w doliny, a z dolin znowu na szczyty (i to niemałe – 4500mnp).. A gdy nie pomykamy, to grzejemy brzuchy na tarasach wypaśnych restauranów, sącząc leniwie vino tinto i chłonąc peruwiańskie klimaty.

Jak przystało na rasową turystkę zakupiłam trzy jaskrawe obrusy, dwie pary skarpet z lamy, widowiskowy sweter z alpaki oraz worek indiańskich paciorków, zrobiłam zdjęcia cierpiącym na otyłość morskim lwom, które tu nazywa się wilkami oraz małym komicznym pingwinom Humboltda, które mogłyby z powodzeniem wystąpić w Ukrytej Kamerze. (Lwy morskie mogłyby za to zastąpić chór, z którym występuje Piotr Rubik, rany! Jak one śpiewają!!! Ryczą właściwie, ale z zaangażowaniem godnym Rubika własnie!).

O totalnym Mapim (czyli Machu Picchu), o tym jak zamiast przejść po bożemu po moście nad rzeką – przejść nijak nie mogłam bo most zerwany – posunęłam nad rzeką na linie, o tym jak nie spotkałam Rudej w Cuzco ;-(, o dzielnym Carlosie, który łowił rekiny i o mało nie zginął przez ośmiornicę oraz przez wielkiego kalmara, który wsadził mu macki do nosa, o pani która rąbała tasakiem kozę z autobusie, o indianach – singlach z wyspy Taquile i o cepeliadzie z pływającej trzcinowej wyspy Uros na jeziorze Titicaca – najwyżej położonym żeglownym jeziorze na świecie (3820 m.n.p.m) i ich mieszkańcach, którzy odpływającym statkom śpiewają na do widzenia „Vamos a la playa”, o peruwiańskich balladach (Historia Gregoria – który podróżował choć nie miał butów i zamarzły mu nóżki, więc podążał swoja drogą na rękach… wywołuje we mnie kołatanie serca).

O śwince morskiej, którą spożyłam, takoż o schabie z alpaki wolę nie pisać, bo obawiam się protestów hodowców chomików, szczurów i innych świnkopodobnych. Ale to nie ja wymyśliłam, tylko marynarze hiszpańscy, którzy ze świnek czynili sobie żywą rezerwę żywności. Gdy brakowało suszonego mięska na statku – świnka dostawała w łeb i był świeży obiad. Ale jak ktoś nie musi – moim zdaniem nie warto. Smakuje… jak mydło. Takie mięsko kurczakowo-rybne krokodyla na Kubie to i owszem warte było grzechu, ale to szczurobodobne.. No jakoś mnie nie przekonuje.

Alpaka zaś smakowała jak sarnina, ale żal tych oczu czarnych, więc powtórki nie było i nie będzie. Za to nadziewane ziemniaki – poezja. Nadziewają ci ziemniaka ( a w Peru, jeśli dobrze zapamiętałam jest 156 odmian kartofla czy innego patata) warzywami, rodzynkami, mięsem – całość pieką i polewają ostrym sosem. Podobnie postępują z rocoto – rodzajem baaaardzo pikantnej choć zdradliwej papryki. Zdradliwej bo wygląda identycznie jak zwykła polska czerwona papryka a daje do pieca – niczym meksykańskie jalapenio. Tą nadziewa się mięsem mielonym z orzechami i winogronami, kminkiem i czym tam jeszcze i zapieka z serem w piekarniku. Zupa kreolska z wołowiną, mlekiem, majerankiem i wbitym jajem też kusi zapachem…

Sama nie wiem jak schudłam siedem kilo od wyjazdu z Polski. Przecież jedną trzecią czasu w tej podróży spędzam na kulinarnych perygrynacjach! Jestem w Peru, więc brakuje mi jeszcze tylko… kondora. Jutro jedziemy na konną wycieczkę, może się ptaszysko napatoczy… Jesteśmy w Kordylierach, w Arequipie, tuż obok zjawiskowego kanionu Colca, nad którym krążą czuwające nad całym Peru kondory…

A bardziej barwnie (bo z fotami) i rzetelnie o Peru obiecuję napisać jak tylko PT opuści AMPEDE. Czyli już pojutrze.