Mow mi: Czarna Mamba

29 11 2011

Turbodoladowanie. Oto czego mi potrzeba. Ostatnie dwa miesiace-istny rollercoaster. Podczas ktorego dowiedzialam sie m.in. ze wcale nie boje sie zadnych zaplutych obszczymurow kolumbijskich a nawet ho ho! Dzielnie potrafie stawic im czola! Jak to? A tak to:

Ostatnia wycieczka jaka zawitala do mnie z Ojczyzny to wykrecona para z dwoma malymi diablami – Juliem i Jasiem, ktore to dzielnie na zmiane – kto zyw – probowal pacyfikowac. Na fiescie na plazy w Rodadero w ramach oblaskawiania zakupilam dzieciom latajacy wiatraczek z folii (dwa dolary – sztuka). Rodzice spozywali napoj wysokoprocentowy i lekko baunsowali w rytmach tropikany na bialym i miekkim jak dywan piaseczku, chilioutowani nie tyle juz przez procenty, co przez kojacy szum karaibskich fal, gdy oto nagle nagle rozlegl sie ryk piekielny: DLACZEGO!!!! ON!!! GO!!!! WYRZUCIL!!!!

Wszyscysmy zamarli. Muzycy niczym orkiestra na Titanicu, przeczuwala juz ze idzie najgorsze i z wieksza moca zaintonowala piosenke o tym, ze las caracoles son in colores czy cos w podobie…

Rodzice zas rzucili sie do zaplakanego Jasia tkwiacego uparcie nad jakims wykwitlym na piasku dorodnym burakiem. Po krotkiej analizie zdarzen tak mama jak i tata dopadli buraka, tkwiacego niewzruszenie w piachu i przyatakowali go werbalnie z wielka moca: No czys ty zwariowal! Przeciez to male dziecko jest! Jak mogles chamie jeden zza sadyby, kutafonie kolumbijski!!!

Rodzice rozwscieczeni szarzowali ale… po polsku, co dla buraka kolumbijskiego ze tak powiem bylo jak plucie kaszka manna pod wiatr. Nadal tkwil nieporuszony. Niewiele myslac ruszylam wiec z odsiecza. Cos tam w moim pigin spanish wyrzucilam panu z Burakowa, ze zaiste trzeba miec gran cojones (wielkie jaja), zeby trzylatkowi wrzucic cholerny wiatraczek do morza i ze teraz to ja sie nie ruszam stad bez wiatraczka, moze go juz zaczac strugac, ciosac i rzezbic w kamieniu, ale najszybciej to bedzie jak wezmie ruszy swoj obly bamber i przyniesie w zebach wiatraczek od pana co sprzedaje wiatraczki. Howgh.

Burak sie nie ruszyl. Powieka mu nawet nie drgnela. A Jas dalej plakal.

Nosz qrffa!!!

Juz nabieralam powietrza do kolejnej, podobnej w tresci przemowy, gdy oto Czlowiek Siedzaca Skala, na ogol przeciez oaza spokoju i zywa reklama warsztatow relaksacyjnych, yogi i pilatesu w jednym, ommanipadmehum i ogolnie facet luz blues w niebie same dziury… Ender czyli… wzial podskoczyl do goscia i rzucil krotko- Smigaj mi no do wody po zabawke, gnoju, ale juz!

I tu pan burak jakby sie nieco przebudzil. Otrzasnal sie z letargu, przeanalizowal w swojej malenkiej jak szpilka glowce o co kaman, i nagle zywiej mu krew zakrazyla. Poderwal sie bowiem i ruszyl z dzikim rykiem na Endera. Tylko zarejestrowalam kacikiem oka ze ten ostatni rzuca torbe na ziemie co oznaczalo jedno – idzie na noze.

No nie, moi Turysci mieli miec bajobongo i figofago na plazy, ale nie o takie merengue mi szlo! Niewiele myslac, rzucilam sie miedzy panow. Normalnie w Polsce to dziala. Mila i ladna pani staje naprzeciwko rozjuszonego buhaja i mowi: ej no misku glupi dajze spokoj co tak bedziesz sie pocil bez potrzeby.  I juz. Pozamiatane.

Ale nie w Kolumbii. Tu krew goraca maja zwlaszcza nastukane jak szpaki buraki. Totez nagle dojrzalam w oczach tego zlamasa istna chec mordu. No wiec szybka decyzja, wypad z polobrotu i okrzyk wojenny: POLIIIIICJAAAAAAAAAAA!

Haha.

Chwile potem sciskalam w spoconej dloni 6 tysiecy peso na zakup nowego wiatraczka.  Jas uspokojony ogladal sobie policjanta ktory pojawil sie jak dzin z butelki na zaklecie abrakadabra, a orkiestra zanucila rzewne i jakze dalekie od rozstrzygajacych sie chwile przedtem wypadkow… Besa me. Besaaa me muuuucho…

Wieczor spedzilismy w sumie milo. Tyle ze jas nie dostal wiatraczka bo pana z wiatraczkami juz nie bylo… Ale coz. takie jest zycie.

Reklamy




Ludzie czytelni i niepoczytelni

2 10 2010

Czytacze

Coraz bardziej jak widzę – się robi doborowe towarzystwo na moim blogu. Nie to żeby tu tłumy biły, ale nie chodzi przecież o ilość tylko o jakość. A tu proszę. Czytają mnie ciekawi ludzie z ciekawych miejsc. Jak dowiaduję się ze statystyk bloga, czytają mnie w Buenos Aires, Sao Paulo, Caracas, La Paz, Cuzco, Medellin, w Edynburgu, Dublinie i… Sztokholmnie nawet. No to już daleko, naprawdę. (Pewnie o czymś zapomniałam).

Poza tym fajne blogi ci ludzie mają (lada chwila porobię Wam zakładki! Ruda z Peru już u mnie jest (choć to jej blog z Azji) ale szkoda,że nie pisze więcej. Nie to żebym wywoływała do tablicy, nie, nie ;-)

Blogi czytam sporadycznie, bo moj internet chodzi jak stary żółw.
Czytam książki. Ale polskie. Bo nie wiem co tu kupić. Pomijam fakt, że na zadupiu jest tylko jedna księgarnia, a w niej same poradniki i szkolne podręczniki oraz lektury, to ja po prostu nie mam pojęcia, co się teraz wydaje w Kolumbii. Jaką książkę warto kupić (tylko nie piszcie że Marqueza!) Ktoś wie? Podpowie?

Czytam więc polskie tomiszcza. Olgę Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych” – oj, mocno takie sobie. Chociaż kryminał z sarnami w roli głównej to w sumie fajny pomysł. Tylko tak jakoś mam wrażenie, że pani Olga chciała tą książką wyrazić swoje poglądy na temat jedzenia lub niejedzenia zwierząt itp, i momentami taka z tego dydaktyka wyziera. Przeczytałam za to zabawną i bardzo bezpretensjonalną książeczkę pt. „Kapelusze Doni Nicanory”. Napisała to Kristian Hawkins, pani antropolog, która mieszkała przez pewien czas w Ampede, i w sumie wyszło z humorem, z pomysłem i o czymś. Ale jest to zdecydowanie pozycja z gatunku „Na plażę”.

Poza tym odkryłam izrealską młodą pisarkę – Zeruyę Shalev i jej „Życie miłosne”. Mocne, soczyste, prawdziwe. Tak z trzewi. O niszczącej sile erotycznej fascynacji. Albo o miłości-jak kto woli. I pożądaniu.

No. A do lasu zabieram co? „Dolinę Issy” Miłosza. Czytałam już ją dwa razy, ale mam ochotę przeczytać po raz trzeci. Dolina Issy czy dolina Burritaki, w sumie pewnie na jedno wychodzi.
Oraz „Wielki Bazar Kolejowy”, który właśnie zaczęłam czytać – rzecz o samotnej podróży pociągiem (w latach 70) przez Azję.

Moi znajomi z Santa Marta nie czytają w ogóle książek. Gazety tylko. I to rzadko.

– Ty strasznie chyba dużo czytasz- mówi Ender patrząc na stosik książek.
– No raczej tak.
– Nie możesz tak ciężko pracować.
– To nie praca.
(wybuch śmiechu) – No jak to nie? To ciężka praca.

Ok.Umówmy się zatem, że rzeczywiście ja tu ciężko pracuję. ;-)





Konopielka czyli od mleka do… orgazmu

2 10 2010

Wcześniej czy później to musiało się zdarzyć. Zderzenie kultur i dysonans poznawczy. Zaczęło się od mleka skończyło na orgazmie. No to od początku:

Wykupiliśmy za trzy złote krzesła ogrodowe i siedzimy na nich na plaży. Szakira po gonitwie z 6-miesięczną bokserką Dafne zipie pod krzesłem. A my? Rozmawiamy. Jak zawsze – ciekawie ;-)
– Jak będziesz mieszkała na fince, to wszystkie dolegliwości ci miną. Codziennie będziesz piła mleko od krowy.
– Eeee. nie. Ja nie mogę pić mleka.
– Co za wymysły! Możesz.
– Nie mogę.
– Mleko jest zdrowe, musisz pić mleko.
– Nie mogę pić takiego mleka w naturalnej postaci.
– A piwo możesz? A coca-cole możesz? To zdrowsze jest?
– Nieee, ale mleka ja nie piję.
– To zaczniesz.
– Nie zacznę.
– Estas loca! Oszalałaś, mleko jest zdrowe, ja codziennie wypijam hektolitry mleka.
– A ja nie. O rany- no sraczkę mam po mleku.
– Co ty mówisz, to nieprawda.
– Mam ci, żesz w mordę jeża, udowodnić? Zaprosić do toalety? Dorośli ludzie z reguły cierpią na nietolerancję laktozy.
– Eeee?
– Nie trawią krowiego mleka. Jogurt albo ser – proszę bardzo.
– Tak lubicie w Europie te wasze konserwanty czy tam… koloranty? Jogurt jest ohydny. I niezdrowy.
– Zdrowy jest!  (coraz mniej pewniej mówię, bo w sumie to wiem to głównie z reklam i publikacji w gazetach opłacanych przez reklamodawców, ale no… chyba jest zdrowy, co nie?)
– Nie rozumiem cię. Masz pić to mleko i nie widziwiać. Tu piją ludzie i żyją.
– Nie wierzysz mi?
– Nie. Wcale. Moja mama mówiła, że mleko jest zdrowe.
– Dla dzieci tak, ale też raczej pasteryzowane.
– Ach wiem, ta wasza chemia…
– Uffff!!! – się zapieniłam. – Idziemy do netu.
Poszliśmy. Wklepuję w google: intolerancia, leche, adultos.
Ender czyta. Kiwa głową i robi minę: no nie, nie może być… Czyta kolejny artykuł…
Chmurnieje, posępnieje, przestaje się odzywać.
Nie odzywa się do końca. No tak. Mama mu mówiła, a tu… okazuje się… że inaczej…. kto ma rację? Jasne, że mama. Ale te artykuły. No pogubić się można. Spochmurnieć- na pewno.
Nie wracaliśmy więcej do tematu zdrowego mleka.
……………. Ale za to…
Ender i Mauricio (starszy brat) przyszli mi pomóc z porządkami w mieszkaniu. Kupa tu gratów jest, które trzeba powyrzucać. Znaleźliśmy stos gazet. W przerwie, przeglądamy je. O! Jakaś wersja tutejszego Cosmopolitan. Czyli wszystko o seksie, orgazmie, jak GO osiągnąć, jak poderwać faceta, jak się wytapetować i inne takie.
Wzdycham ciężko (bo mam na sumieniu – no może nie aż tak hardcore’owe ale podobne w formie publikacje).
– Ender wychwytuje moje westchnienie, interpretując je opacznie.
-Iwonka, sluchaj, chciałem cie o cos zapytac.
Przerzucam strone gazety a tam: 23 sposoby na to jak go zatrzymać, ale nie uwięzić. O, to akurat ciekawe.
-Taaaa… mówię, słuchając jednym uchem. Mauricio zagląda przez ramię.
– Wiesz, no… nie wiem czy to prawda – okopuje się Ender – i wypala: ale wielu ludzi mówi, że jak kobieta ma dużo orgazmów, to jest szczęśliwa. A jak nie- to jest- nieszczęśliwa.
Ukhm.Ups. Że jak?
– Yyyyyyyyyy. A kto tak mówi (muszę zyskać na czasie!).
– Och. wielu ludzi. I lekarze też. Widziałem program w telewizji.
– Acha. No to pewnie prawda jest… jak tak lekarze mówią. (przypominają mi się diagnozy Freuda i te wszystkie panie z przełomu wieków i z lat 30-tych cierpiące na tzw HISTERIĘ, które z lubością opowiadały na kozetce o różnych snach…)
-A ty jak uważasz? – drąży Kolumbas.
Ale właściwie to o co on mnie pyta?!
– No nie wiem. To- myślę – zależy od kobiety. Taka zakonnica na przykład.
– Zakonnice to nie są prawdziwe kobiety.
– No fakt. Myślę, że nie samym seksem (mimo wszystko!) człowiek żyje…
– Nie, ale orgazmy są zdrowe, zresztą zobacz, tu też tak piszą. A ludzie mówią, że każda kobieta musi mieć mieć przynajmniej jeden orgazm dziennie. Wtedy jest szczęśliwa.
– Acha. No to widać tak jest…. To co wyrzucamy te pudła, tak?

No cóż, taka tu latynoska edukacja… ale w sumie.. tylko pozazdrościć latynoskim dziewczętom!!! Ech.





GOMORY nie będzie

1 10 2010

Pytanie dziennikarza za 100 punktów (po udanej akcji rządu w wojnie z FARC-iem, akcji- o kryptonimie SODOMA)

– Czy kolejna akcja będzie miała kryptonim GOMORA?

No tak. Logiczne.

Tymczasem w Ekwadorze dziś mieliśmy zamach na prezydenta. W związku z tym granice zamknięte, samoloty do Quito nie latają tysiące Ekwadorczyków uwięzionych na lotniskach…

A ja dowiedziałam się, że muszę sobie do dżungli kupić kalosze. Hunterów tu raczej nie mają, chwała Bogu, więc kupię sobie zwykłe czarne gumiaki za 20 zeta. Ponoć w dżungli – a także mokrej selvie – sprawdzają się lepiej niż wszelkie goretexy i inne zachodnie wymysły.

Tak przynajmniej twierdzą ludzie z lasu.





Tajemnicze zniknięcie Iwonki Pibary – odcinek pilotowy

30 09 2010

Znikam niebawem.

A konkretnie-w poniedziałek. Postanowiłam nie uciekać się do półśrodków tylko konkretnie zaszyć się w selvie. Na miesiąc. Jakiś chico, który pracuje na fince w górach w poniedziałek rano zejdzie do osady z dwoma mułami, na jednym pojadę ja z Szakirą na kolanach, na drugim – prowiant i mój plecak.
Agroturystyczna opcja „all inclusiv” przewiduje zamieszkanie w chacie bez prądu, lodówki, telewizora i internetu (no to już jest hardcore! Bez netu??? Auuuu!), zwiedzanie plantacji kawy, wbicie się na kwadrat do szamana (no co? Zapraszał przecież! Zawiozę mu cukierki!), granie w karty z campesinos, czytanie książek w hamaku, pisanie różnych rzeczy, opędzanie się od komarów i nawet nie chcę myśleć czego jeszcze, uczenie Szakiry, że węże to nie jest dobre towarzystwo do zabawy, dojenie (tak, tak – DOJENIE krowy Luny lub wymiennie- krowy Mariposy – o ile przezwyciężę swój lęk przed krowami, ale w końcu kiedyś muszę, kto wie gdzie i kiedy jaka umiejętność może się przydać?), naukę podstaw zielarstwa indiańskiego, czyli magia blanca, wieczorne opowieści przy świecach, szukanie skarbu, odwiedziny u nauczyciela, co tam jeszcze? Na pewno coś jeszcze wymyślę.
Mam śmiały plan, żeby raz w tygodniu zjeżdżać na mule (4 godziny) do najbliższej wioski, w której jest jeden dwudziestoletni komputer z teoretycznym połączeniem internetowym. Tak więc optymistycznie zakładam, że raz w tygodniu – jeśli ktoś będzie miał życzenie – może spróbować znaleźć się ze mną en contacto.

Do poniedziałku jestem jeszcze nad morzem. Więc na maile czekam raczej TERAZ.

W listopadzie wracam do Santa Marta. W listopadzie wszak kończy się zima ;-)





Pies emeryt i co nie co o kolumbijskim wywiadzie

26 09 2010

Wszyscy gadają o Mono Jojoy, Obama dziękuje Santosowi, ogólnie- euforia. 40 specjalistów bada zawartość FARCowych komputerów.
Dziwi mnie, że dumny rząd z taką swobodą opowiada wszem i wobec o swoich sztuczkach. Jak PODANO W WIADOMOSCIACH Mono Jojoy zamówił sobie buty. Wygodne. Zamówił PRZEZ TELEFON. Który rzecz jasna był na podsłuchu.Buty dostał. Super wygodne i z super GPS’em p czy czyms w podobie, który pikał i mówił tym, którzy byli ciekawi: Halo!!! Tu jestem! To ja, zły człowiek!

No a potem już poszło łatwo.
James Bond nigdy nie opowiada jak wykańcza przeciwnika. Tylko z filmów o nim możemy się tego dowiedzieć.

Wszyscy gadają też o Sashy. To jedyna strata jaka poniósł rząd. Pięcioletnia czarna (nomen omen) labradorka straciła w Sodomie życie. Za trzy miesiące miała przejść na emeryturę, ale zginęła w boju. Jak twierdzi Ender psy zarabiają miesięcznie w wojsku tyle samo co żołnierze. (około 400 dolarów). Mają godziwe emerytury, a kasa jest tylko dla nich. Na jedzenie, lekarza itp. Włąściciel nie może zabierać swojemu psu emerytury ani pensji.
Sasha nie doczekała. Przed śmiercią, zanim trafiła na bombę, wykonała ostatni skok na spadochronie.

Ender patrzy na Szakirę i mówi: Jak nie będziesz już miała pieniędzy, to wiesz…

Jak na razie Szakira nauczyła się siadać. Super. Teraz jak chce cokolwiek-najpierw siada.
Pracujemy aktualnie nad łapą. Skoki na spadochronie – w późniejszym terminie.





Sodoma w ogniu

23 09 2010

Siedzimy wszyscy od rana przed telewizorem. Nowy prezydent się wykazał, są dobre wieści. Tu w Santa Marta się cieszą, ale wiele rodzin dziś w Kolumbii płacze. Co się stało?
O północy na południu Kolumbii (okolice Mety, o ile się nie mylę, w Macarenie) przeprowadzono akcję o kryptonimie Sodoma. Trwała dwie noce. Jedną poświęcono na wybadanie terenu, druga- to już była zaskoczka.Dwadzieścia samolotów pod osłoną nocy zbombardowało obóz guerilli. Od dawna poszukiwany
Victor Julio Suarez, alias Mono Jojoy (Jasna Gąsienica), jeden z okrutniejszych przywódców Farc-u stracił życie. Od dawna on i jego ludzie ukrywali się w bunkrach w gęstej selvie, tym razem zostali namierzeni. Deszcz bomb spadł w nocy z nieba, chwilę później na teren obozu wkroczyło wojsko. Dziś w TV przerwano wszystkie programy, mówi się o tym, że to milowy krok w historii kolumbijskiej walki z terrorem guerilli. Ale wiele osób od dziś nie będzie mogło spać spokojnie.  Przetrzymywanym przez Farc ludziom grozi śmierć. Czy Farc zaleje wściekłość i  weźmie na nich odwet. Rodziny porwanych boją się. Rząd mówi o kolejnych akcjach, a ludzie na ulicy o tym, że nie ma czym się martwić, bo Farc z każdym dniem traci siły.

Poza tym mamy tu pomarańczowy alert. Znaczy się idzie do nas cyklon.Ponoć, jak mówią miejscowi, przejmować się nie ma czym, bo cyklon to tylko taki mały huragan. Nic wielkiego stać się nie może. Ale i tak szczęśliwie w porze nadejścia cyklonu będę sobie radośnie doiła krowę Lunę w Sierra Nevada. Nie lubię krów, ale jednawolę je od cyklonu.

W interiorze za to też mają alert i w też w tym samym kolorze. Wulkan się czai i pluje iskierkami. Może zionąć jako wawelski smok solidnie ogniem.

Nikt jednak nie wpada w panikę. Nie takie rzeczy się brało na klatę!