Rozmawiamy

14 12 2009

Rozmowa pierwsza:

Idziemy przez tropikalny las.

-O, małpa.

-No. Chcesz?

-Co mam chcieć?

-Małpę.

-Ale po co?

-Nooo… zjeść.

-Nie! Małp się nie je!

-Je się.

-Nie. Je to się może kurczaki.

-Nie, to zupełnie inny smak. Musisz spróbować.

-OK. Ale wiesz co? Nie dzisiaj. Nie tę małpę. Jakąś inną dobrze?

-No jak chcesz…

Po chwili.

-A żółwia byś nie zjadła? Zrobię zupę…

-Są tu? W lesie?

-Są. Wielkie. Ale niewiele zostało, bo dużo ludzi robi z nich zupę.

-A umiesz zrobić zupę z kurczaka?

-Tak. I z papugi. Ale nie jest zbyt smaczna.

Na obiad zjedlismy zupę. Nie była z papugi, bo pływała w niej wielka kość. Coś jakby… udowa. Nie pytałam, z czego jest zupa, bo była smaczna i pikantna,. Tak jak lubię.

Rozmowa druga

-Ci indiańscy szamani to są nieźli hochtaplerzy. Czasami gadają bez sensu.

-No co ty?! Mieszkasz tutaj i nie wierzysz indiańskim szamanom?

-No wiesz… wierzę w 20%. Oni są dobrymi astronomami, lekarzami, psychologami, wiedzą dużo ale nie wszystko.

(Jestem zdziwiona. Myślę podobnie jak on. Jak się jeden z drugim taki szaman nastuka aguardiente, wszama koki, i doprawi jadem jakiejś trującej ropuchy, to nie dziwne że potem ma takie wizje że hej!).

-Czyli jesteś niedowiarkiem.

-No wiesz, nie można wierzyć we wszystko. Ale lepiej się do tego nie przyznawać, bo jak się wkurzą, to mogą na ciebie sprowadzić chorobę.

-No coś ty, mówiłeś, że im nie wierzysz.

-No wiesz… lepiej być ostrożnym. Taki szaman może i gada za dużo, ale potrafi wyleczyć i przepowiedzieć przyszłość. A jak mojemu ojcu w nocy ukradli banany z pola to szaman zrobił dochodzenie. Jeden taki z miasta się przyznał. Ale dopiero wtedy jak mu szaman wykręcił rękę.

-Jak to wykręcił?

-No pogięło go. Paraliż. Dopiero wtedy przyszedł, przeprosił ładnie i szaman mu rękę wyprostował.

-O rany! Niebezpieczny ten szaman.

-No raczej. Ale tak czy owak za dużo gada.

Rozmowa trzecia

-Wiesz co mnie wkurza? Że Kolumbia ma taką złą reputację na świecie. Wszędzie się kojarzy tylko z narkotykami, kartelami, zabójcami i paramilitares. – mówi Ender Nel Pineda Gutierrez, którego cała rodzina przez trzydzieści lat utrzymywała się z uprawy i sprzedaży koki kartelom narkotykowym i/czyli paramilitares.

– Odkąd przestaliśmy kolaborować, ciężko być Colombiano. – dodaje.

Reklamy