Cwał zyciowy – etap drugi

26 11 2015

Etap drugi, bo był juz jeden na tym blogu, a teraz jest kolejny. Jakieś płyty tektoniczne sie poruszyły pod wodą i czuję, że idzie tsunami. Jeszcze go nie widzę, dopiero przeczuwam, czuję, że ziemia drży. Dla znudzonych Czytelników blogowych oznacza to jedno – znowu wyjadę, znowu na dłużej niż tydzień, znowu mi się chce. Bo jak przyjechałam do Polski to przez cały czas zadawałam sobie pytanie: po co, po diabła? No i jest diabeł, znalazła się odpowiedź na pytanie: po co, a jak zwykle gdy już wiadomo, po co się przyjechało, to… trzeba wyjechać. :-)

Moja podróż wgłąb ziemi na powierzchnie i spotkanie ze sobą i depresją zostawi ślad, jak każda długa droga, jak każde zmęczenie. Więcej zmarszczek, więcej blizn. Takie będe teraz nosiła oblicze jak Indiana Jones albo Krokodyl Dundee. No i trudno.

Oprócz wielu rzeczy o sobie i ludziach, dowiedziałam się też tego, że wolę znowu poczuć wiatr, spać pod namiotem, zaszyć w haszczach, szuwarach albo na innej wydmie Erg Chebbi i cieszyć wolnością, niż wozić torebkę od Prady na konferencje do restauracji Magdy Gessler ani w ogóle nigdzie, do żadnej Magdy. Co mi po Pradzie w dżungli? Wolę solidny plecak. Zresztą nie mam żadnej Prady, ani jednej. Kupie plecak i po Nowym Roku wyjadę. Tak przynajmniej myślę teraz.

Nie doszłam tak do końca sama do tego. Pokazał mi ktoś, jak wyciągać rękę po to, czego się pragnie. Choćby mówili ci, że jesteś szaleńcem albo nie masz pokory, że to bez sensu i że się nie uda. Teraz chcę, żeby nauczył tego mnie. Idę do szkoły. Po kolejne lekcje. I do diabła, cieszę sie z tego jak wariatka.

A zaraz potem – no jak to co? Wyjadę.

 

 

Reklamy




Z cyklu „Rozmawiamy” Teraz w Warszawie

25 11 2015

1.Noc. Głucha. Ale spać nie mogę, wiec chcę powiedzieć coś mądrego i jeszcze, żeby było romantycznie. No, nie dam rady chyba, nie dziś, sorry. Lecę banałem. Szepczę więc (teatralnym szeptem):  Gdzie ty byłeś, jak cię nie było?

On przez sen: W szkole.

2. Pracujemy na kompach, on na swoim, ja na swoim, nagle pyta: A czy ty jesteś podłączona do prądu?

Ba. co za pytanie.

3. A gdybym była jakimś zwierzęciem…?

Przez sen  (w sensie: daj mi spokój) Chrapliwie: byłabyś małpą.

 

 





O tym, jak otworzyły mi się dłonie

10 10 2015

Mój przygoda była krótka i może niewarta odnotowania na opuszczonym blogu, gdyby nie fakt, że chciałabym o niej pamiętać. Zastanawiam się też przy okazji rzeczonej przygody, czy nie zmienić tytułu bloga z Wyjechałam na ODJECHAŁAM.

63310024a

Od kilku miesięcy znów jestem w podróży. Pierwszy raz jednak podróżuję nie od horyzontu do horyzontu, a z… głębi do wierzchu. Jak Frodo prawie. Idę, żeby walczyć ze złem.  Od kilku miesięcy toczę zaciekły bój z choroba, która zaatakowała ze zdwojoną mocą po tym, jak wróciłam do Polski. Z depresją.  Jestem jak Zły Porucznik, imam się różnych sposobów, nie zawsze dobrych i słusznych, by pozbyć się tego gówna, które opanowuje życie i sprawia, że nie jesteś w stanie podnieść się z łóżka. Ja – opornie, z bólem, lękiem –ale zazwyczaj jestem, lecz czy to powód do dumy?  Rozmawiałam z kimś niedawno o depresji – powiedział mi ten ktoś: nie jest z tobą tak, źle, widziałem ludzi, którzy w ogóle nie wstają.

A ja przecież wyraźnie czuję jak każda bawełniana nitka prześcieradła, w którym leżę splata się z moimi włosami, jak każda komórka staje się kleistą masą i z mocą kleju kropelka przykleja mnie do materaca. Nie ruszę się, mowy nie ma. Nie wiem, dlaczego udaje mi się zazwyczaj wstać z łóżka. Może to dzięki psu, który trąca mnie nosem, jak już robi po nogach i klocka niemalże sadzi w przedpokoju. Jeśli uda się wstać – to kolejne kroki są już łatwiejsze. Ale wcale niełatwe. Wszystko zajmuje mi wiele czasu. Dbanie o siebie to jakiś abstrakt.  Podobnie jak wszystkie mechanizmy życia… taka jest ta dziwka – odbiera wszystko i wszystkich. Komu by się chciało spędzać czas z kimś smutnym, to nie te czasy.

Choroba wylęga się długo – rodzi się jak robaki w serze – z niczego. Zdawałoby się – niczego. Brak poczucia bezpieczeństwa, miłości, zakorzenienia, stabilności, odwagi, poczucia własnej wartości… Różne mogą być te braki. Mogą też atakować jednocześnie. Ale brak to nie nic. Choroba bierze się zawsze z czegoś. Potem dołączają braki już konkretne – brakuje substancji chemicznych w mózgu. Możesz powtarzać sobie tysiąc razy – wstań i idź (bo wiesz, że musisz), ale nie wstaniesz i nie pójdziesz. Taka jest ta dziwka. Niezła sucz. Czasem tylko usprawiedliwiona genami. (Niczego, co pisze o depresji proszę nie traktować jako kompendium wiedzy na jej temat, piszę tylko o sobie, nie jestem lekarzem).

Niepowodzenia i frustracje przeżywa każdy, każdy miał doła. Tylko osoba z depresją inaczej na niego reaguje. Zresztą w ogóle nie musi przeżywać niczego złego, może zwyczajnie depresję mieć i z nią żyć. Ale tu właśnie zaczynają się schody. Bo poziom niezrozumienia osoby chorej na depresje przez innych jest niewyobrażalny. Ludzie dzielą się na trzy grupy.

  1. Pitbulle, wojownicy, silne kobiety i mężczyźni, którzy mówią ci: „Weź się w garść, nie maż się. Przyj do przodu, kup trampki i leć na tę łąkę na której wieczna wiosna. Weź się do pracy, przekop ogródek, do roboty pani Iwonkapibara!. Jesteś silna”. WTF? Poziom zrozumienia choroby – zerowy. Możecie mówić, co chcecie, ale niech to dotrze do Was: gdyby osoba chora na depresja mogła się wziąć w garść, to by się wzięła. Bo o niczym innym nie marzy. To nie jest rozmamłanie jakiejś nastolatki, co to ją puścił kantem ukochany (choć akurat mnie puścił, więc pasuje). I co ryczy i przeżywa, a za kilka dni otrząśnie się jak pies, kupi te Conversy i pójdzie na jogging albo na zumbę do fitnesclubu. (Swoją drogą – w ramach krucjaty przeciw depresji – zapisałam się na zumbę. Na efekty jednak specjalne nie liczę). Pitbulle nie odpuszczają. Chcą pomóc. I często pomagają. Ale jeśli jeszcze raz od kogokolwiek usłyszę: weź się w garść – zacznę kąsać.
  2. Osoby po prostu życzliwe. Pytają cię: „Jak się masz? Jak się czujesz albo: Dziś taka ładna pogoda, może masz lepszy humor?”. Co mam im odpowiedzieć? Pogoda ładna, słonecznie, plus siedem, piękna złota jesień. A u mnie bez zmian. Ten typ to ludzie, którzy chcą dobrze, ale po dwóch, trzech telefonach zaczynają być zmęczeni twoja chorobą i znikają na wiele tygodni, kończąc: – na pewno wkrótce dojdziesz do siebie. Cieszy mnie ich optymizm. Chodź niekoniecznie podzielam go.
  3. Zwyczajni zapominalscy. Ot, po prostu osoby, które niejako zapominają, że jesteś ostatnio dziwna, inna, wyglądasz gorzej niż kiedyś. Ignorują to. A może naprawdę zapominają. Lub nie wiedzą. Ja na przykład smutna bywam okresowo i głównie jak nikt nie widzi. Tak poza tym to hop siup i tralalala. Zapominalscy wyciągają cię na obiad w ich ogrodzie. Ignorują poszarzałe oblicze, opowiadają kawały, zapraszają do kina, wyciągają do miasta na pizze. A jeśli odwołujesz spotkanie – nie obrażają się. Następnego dnia robią wszystko od nowa. Zwyczajnie – są. Wpadają z szarlotką, udając że nie widzą bałaganu, zagadują, dzwonia bez  powodu i opowiadają, rozpuszczając na chwilę tym samym magmę, jaką masz w głowie.

Na jakikolwiek sposób by się moi znajomi o mnie nie martwili – jestem im za to wdzięczna. Łatwo po prostu pomylić fakt, że ktoś jest na życiowym zakręcie lub przytrafiła mu się katastrofa, z chorobą mózgu.

Otoczona ludźmi walczę więc jednak samotnie z czymś, czego nie znam ani nie rozumiem. Najgorszy jest lęk. Lęk przed telefonem, który dzwoni, koniecznością rozmawiania z ludźmi, wykonywania czynności.  Jedyne miejsce, w którym czujesz się… nie… nie tyle bezpiecznie, co możliwie znośnie jest Twoje łóżko – głowa nakryta poduszką i powtarzanie sobie: nie myśl, nie myśl! Stukanie do drzwi, nagły dźwięk telefonu powoduje palpitacje serca. Nie odbiorę. Nie otworzę. No nie.

Syndrom stresu bojowego. Ustawiania się frontalnie, byciem w ciągłej gotowości. Szalenie wyczerpujący stan.

Są na to proszki. Których nie biorę, bo przecież jestem silna J i dam radę sama. Chemiczna iwonkapibara to już byłoby przegięcie. Dziś jednak w nocy 1 taki proszek wzięłam. I tu WRESZCIE zaczyna się zapowiadana przygoda. Od dwóch dni w moim domu włączyli centralne, nijak nie pojmuje ustrojstwa, niby pokrętło jakieś ma, ale żeby działało to już nie. Może to element dekoracyjny?  No więc mam saunę, spać nie mogę. Na dodatek infekcja dopadła, telepie mnie i tak już drugą dobę się męczę. Noce bezsenne sam na sam Seniorą Depresją i kiedy Pani Ka dopada i jeszcze na full rozbuchanymi grzejnikami – to za dużo nawet dla takiej fajterki jak ja. Leżę więc, rzucam się jak zbój Madej się rzucał na madejowym łożu (a może on się nie rzucał, kto wie?), aż tu nagle, między jedną a drugą przewrotką wpada mi do głowy myśl: Skutki uboczne leku na lęk! Ha. Żądam skutków ubocznych teraz, zaraz, już. Lek połknęłam niczym indor i czekam. Gapię się w sufit i czekam. Skutki nijak nie nadciągają. A bardzo bym chciała, gdyż takim oto bowiem ubocznym skutkiem leku na lęk miała być senność! I co? Nic. Nic i nic. Od tego czekania pewnie bym zasnęła wreszcie, aż tu nagle… Z całej siły, nieoczekiwanie.. BUCH! wyprostowały mi się dłonie. Bez udziału woli. JA ICH NIE WYPROSTOWAŁAM. Na pewno. Patrzyłam na nie, jak leżą i SĄ wyprostowane, a nie zaciśnięte w pięści.

Po latach życia z nerwicą moje ciało zaciska się coraz bardziej, napręża. Śpię z dłońmi zaciśniętymi w pięści niczym jakiś popieprzony nocny bokser i żadne próby (nawet na siłę! Byli tacy co próbowali) nie przynosiły efektu. Podejrzewam, że zaciskam w pięści również stopy, głowę no i na koniec – mózg.

Tymczasem teraz – nagle, jak na komendę otworzyły się. SAME! No nie, nie same – lek na lęk działa na układ nerwowy i to on mi je otworzył. Zdziwiona patrzyłam na coś, co się stało z moim ciałem, a czego autorem wcale nie byłam. Puściło napięcie, ale jak. Jakby ktoś gumką od majtek strzelił. Jakby mi ktoś na odlew dał.

I zrozumiałam, że może być inaczej niż jest i było.





Dzień doskonały

27 07 2013

Słońce zagląda przez dziurę w dachu. Mieszkam na strychu. Są tu dziury w dachy, prawie jak w Casablance, tyle, że te tutejsze dziury mają szybki i nazywają się lufcikami czy jakoś tak podobnie.  A więc zagląda słońce i liże i omiata i plama na łóżku się robi coraz bardziej żółta, pomarańczowa i ciepła.

– Ale ciepło… – mruczę przez sen.

-Ty nie wiesz, co to jest ciepło – mruczy Katalończyk.

Pierwszy niby taki dzień odkąd pojawiłam się na polskiej ziemi. Chyba ciepły jak się wydaje, choć te chmurki jak poduszki powietrzne pęcznieją nad głową, słońca nie widać, końca nie widać. To akurat dobrze. Bardzo trudno pójść tra la la la hop do przodu, ale wszak to właśnie robię. Idę. A więc – wstajemy. Późno już, ale wczorajsze party w cafe kulturalna (no bo jakaż inna być mogła ;-) ) nas dzisiaj wcisnęło w poduszki i tak trudno się z nich wygrzebać.

A jednak robimy to. Pytanie – zjeść knedle ze śliwkami podarowane przez tatę czy raczej po prostu capucchino? O! Borówki ze śmietaną też będą doskonałe! A knedle będą na deser. Teraz rytuał. Internet, pisanie, myślenie. Czas mija. Jednak jest gorąco.

A więc – prysznic. Jakieś zadania na dziś? Ach tak, miałam pójść do banku spłacić trochę długów, odebrać okulary (boję się , bo optyk powiedział, że mogę się zataczać i może być dziwnie, no cóż. Dziwnie będzie nie pierwszy raz). Ale to sobota. Banki nieczynne.  Optyk może być.

Marynuję tuńczyka. Oklepuję go, pieszczę, nacieram. Z porzeczkami. Czerwonymi. Na konferencji Vichy mi pokazali jak robić, pyszny jest tuńczyk z czerwonymi porzeczkami., miodem i sosem sojowym.

Czas mija. Na wieczór plan – ognisko nad rzeką. Kiełbaska? – pyta Katalończyk i oczy się mu błyszczą. Tak. Kiełbaska, ale też ziemniaki w popiele, a dla wegetarian cukinia albo inne papryki i jabłka. Ludzie, których znałam. Koleżanka z liceum, kolega poznany w Kolumbii, znajomi sprzed lat. Przez chwilę wejdę w świat plotek, opowieści, żartów, rozmów o wszystkim i o niczym. Wino pite z gwinta, Wisła, może porzucamy freesbee? Ktoś jest w ciąży, ktoś się rozstał, ktoś znalazł nową pracę, poza tym – nic się nie zmienia.

Opowiem jak jest na Karaibach, ile kosztuje działka koki i że lecę za kilka dni do Barcelony budować świat z Kimś od nowa. Poplotkujemy, poopowiadamy i pośmiejemy się. Mało? Ale ważne przecież.

Przyjdę do domu (nie mojego), zamknę oczy. Pod powieki wkradnie się obraz świata nie stąd. Świata, który już na mnie czeka, wypiera ten świat stąd, sprawia, że wszystko widzę przez mgłę.  Już gotuje mi niespodzianki. Jak one mogą istnieć obok siebie? Te światy. Przecież… To niemożliwe? Wtedy otoczą mnie ramiona, okryją jak płaszcz. I pewnie zasnę uspokojona, zapominając o tym, czego się boję.

Tak. To będzie perfect day.





Jeden cyc pod głowę a drugim się przykryć! – o tym co muszę, a czego nie

18 09 2011

– Ale z ciebie kaaaaawał baby – rzucił od niechcenia Pan Tajemniczy, lustrując mnie przed wyjściem na ostatniego Almodovara (tego o skórze). No i przestało być miło. Co jest do cholery? Przecież przytyłam TYLKO 5 kilo w dwa i pół miesiąca! ;-) Przy górach paszy jaką spożywałam (niech żyją węglowodany, niech żyją pierogi ruskie i kilogramy pszennych bułeczek z serem pleśniowym albo kiełbasą!) to jakby nic.

A podobno kochanego ciała nigdy dosyć! Okazuje się, że dosyć, a poza tym akurat humoru nie miałam i nie doceniłam lekkości żarciku. Uf, co za tekst – jeszcze posapuję i puszczam dym nosem i siarką strzelam spod racicy!

Przecie sam mi padalac jeden bezy pod nos podtykał, makowczyki znosił i inne wypasy popełniał, świadom chyba CO CZYNI???

Dobra, zgoda, 60 kilo w porywach z małym haczykiem to nie jest moja ulubiona liczba jeśli chodzi o licznik wagi, ale też nie zamierzam przetrasformować się w zakompleksioną Bridgett Jones! Niedoczekanie! 60 kilo to, rzec można taka … eee… kobieca pełnia? Obłe przytulisko. Miękki spokój i sybaryckie szczęście!

Niejaki Henio co to miał kiedyś dwa razy od siebie większą Maję powiadał mi: Ja to lubię zakopać się na jej brzuchu – jeden cyc pod głowę, drugim się przykryć i jest OK. Czytam czasem na forach: Rany, pomóżcie MUSZĘ schudnąć 3 kilo, z 51 przytyłam do 54 kilogramów! No, aleś się kobito zapasła!- chciałoby się powiedzieć.

Lata świetlne temu, gdy przędłam w pisemku dla młodych panien, pisałam tekst o anorektyczkach. Dziewczyny ważyły się tylko rano, po wykonaniu kilkuset brzuszków i przed myciem zębów, bo odrobina pasty niewypłukana mogła sprawić, że laska stanie się o.. gram cięższa!

Moja krucjata antyodchudzeniowa trwa, czasem tylko mam wrażenie, że nikt mnie nie rozumie, może jeno Piotr Bikont co brzuszysko pasie nad podziw dorodne (a nikt Mu tego wypomniec nie śmie!). Ja swoje paść niestety już kończę – w Kolumbii klimat i kuchnia (masa warzyw, owoców, ryb i tony mariscos, za to brak dobrego chleba, kiełbasy, drogie sery itd) sprawiają, ze kilogramy lecą na łeb na szyję (zapraszam do siebie na wczasy… regenerująco-odchudzające!).

A tak – mam i takie w pakiecie Jungle Tour. Wiem, niby niekonsekwentną z deczka jestem – ale co tam. Są tacy co lubią być na diecie, a kolumbijska z tymi ich ananasami i papajami jest doprawdy baaardzo przyjemna. Będą lekcje salsy, boski Banderas jako instruktor fitness, joga o poranku na plaży, masaże ujędrniające, kokosowe mikstury na ciało, trekkingi, wypacanie na parkiecie siódmych potów i… panie i panowie do Polski wrócą jak nowi. Niebawem (prawda Adminie???) zawiśnie zakładka ze wszystkimi opcjami jakie wypluwa coraz szybciej z siebie Jungle Tour. Strona w budowie. Się robi.

Ja tymczasem kończę moje przydługie wakacje. Znowu całkiem niechcący wylądowałam nad Jeziorem Bodeńskim, tym razem zrobiliśmy z Rzeźnikiem wycieczkę do Tyrolu, który rozwalił mnie na łopatki. Do tej pory leżę i kwiczę – jakież tam cudne landsztafciki mają ci Austriacy! Pojechaliśmy pod Insbruck, do Muzeum Svarowskiego, które szczerze wszystkim polecam. Proszę sobie tylko nie wyobrażać, że tam się li i jedynie biżutów naoglądacie! Sale jak ze snu urajanego na maksa Witkacego albo innego Coctou po haszyszu CO NAJMNIEJ. Teatry mechaniczne i kryształowe lustra, kryształowy las, kryształowe puzzle Posejdona, kryształowa choinka Alexandra McQueena i księżyc ze słońcem na łyżwach. Kryształowych rzecz jasna. A na koniec gigantyczny pasaż z biżuterią do koloru do wyboru! Bez kasy jechać do Galerii Svarowskiego to pomyłka. Na szczęście mój zaprzyjaźniony Rzeźnik stanął na wysokości zadania i biało seledynowe kryształki połyskują na palcu dłoni, którą klepię dla Was ten wpis.

No a jeśli już mam głos, to powiem, że zaszczyt mnie kopnął bo miłe mi całkiem miasto Gdańsk zaprosiło mnie na Forum Blogerów. Nazywa się toto Blog Forum Gdańsk 2011 i odbędzie się w połowie października. Ale co z tego, kiedy w połowie października to ja będę wyprowadzać mojego psa z psychozy w jaką popadł bez pani i spacerów nad morze, będę szaleć w Casa Blance z kolektywem artystycznym La Redada i szykować moje objazdówki dla Odważnych Turystów co to wybrali usługi Biura Jungle Tour!!! ;-) Ale nawet gdybym była w tym czasie w kraju – nie pojechałabym chyba. Forum zorganizowano – jak pisze Miła Pani w zaproszeniu – aby dać szansę poznania w realu innych blogerów.

Ale po co? Przecież blog żyje tylko w sieci. Nie mam najmniejszej potrzeby poznawania innych blogerów. Czemu by to niby miało służyć? – nie bardzo wiem.

Tak czy owak – nie jadę.

A kolektyw La Redada (Połów, Zarzucenie Sieci) można sobie tutaj http://www.facebook.com/laredada?ref=ts obejrzeć. To grupa szalonych artystów tworzących na bogotańskiej Candelarii coś a la warszawski CDQ albo raczej Chłodną 25. Ludzie kreatywni, młodzi, z pomysłami, w przeważającej części ekolodzy, alterglobaliści, politycznie zaangażowani. Muzyka, warsztaty, sztuki plastyczne, wystawy fotografii, darmowe pokazy filmowe. Kiedy usłyszeli o szalonej Polce, która ma zamiar puszczać Flipa i Flapa na Karaibach – napisali do mnie. Spotkamy się już (w Bogocie) za tydzień a potem… otwieramy w Casablance karaibską filie La Redady ;-))))!!! Na otwarcie zaproszony został zespół muzyczny z Argentyny. Zaczynamy festiwalem cumbii i umajeniem mojego patia w ramach projektu ZBUNTOWANE OGRODY (http://www.wix.com/casaentrecomillas/jardinesinsurgentes#!project-01), który dzięki recyklingowi i twórczemu zagospodarowaniu wnętrz zamkniętych i otwartych zmienia wizję i podejście do miejskiej przestrzeni. Naprawdę fajna sprawa! Oczywiście zapraszam do współpracy!

Nie wiem jeszcze jak ja to ogarnę, ale jak na razie mój prywatny Festiwal Skrzyżowania Kultur rozwija się w tempie stałym przyspieszonym. Jungle Tour już odpaliło silniki, Casablancę otwieramy 1 października, mała restauracyjka z menu del dia – innym każdego dnia – zaraz potem otwiera podwoje. La Redada rusza pełną parą.

A przecież jeszcze jakieś artykuły, jakieś dwie umowy na książkę cieplutkie leżą odłogiem na pulpicie, no i najwazniejszy, największy bombowy projekt, o którym – coby nie zapeszyć – na razię nie powiem nic… a  przecież jeszcze JESZCZE MUSZĘ SCHUDNĄĆ TE 5 KILO!  Ale jak widzę, ile mnie pracy czeka to myślę, że z tym akurat nie będzie najmniejszego problemu.

PS. Wylatuję w sobotę, więc jeśli ktoś coś…jakieś sprawy na cito… no to migiem!

PS. A Panów napominam i upraszam: Nigdy przenigdy, żeby nie wiem co, i nieważne czy do byłej czy obecnej narzeczonej nie mówcie tak: Ale z ciebie kawał baby! ;-) Jeśli już to: Ależ z Ciebie kawał babeczki. SŁODKIEJ!!!





Miewam nieczyste intencje, łamię własne zasady, jestem niekonsekwentny, drażliwy i nieznośny

31 08 2011

Dziekuję Wam Kochani za wszystkie Bolki i Lolki które nadchodzą do mnie  po ostatnim wpisie! ;-)))))))

Bywa że nie jestem szczery
Czasem zwyczajnie kłamię
Jestem próżny pazerny
Dbam tylko o swoje cztery litery
Bywam małostkowy
Cyniczny i bezduszny
Osądzam bez litości
Bez serca i miłości

Chciałbym być zawsze niewinny i prawdziwy
Chciałbym być zawsze pełen wiary i nadziei
Tak jak Bolek i Lolek
Tytus Romek i Atomek
Dzieci z Bullerbyn
Tomek na tropach Yeti
Tak jak król Maciuś pierwszy
Asterix i Obelix
Jak załoga G
McGywer i Pipi

Miewam nieczyste intencje
Łamię własne zasady
Jestem niekonsekwentny
Drażliwy i nieznośny
Nie potrafię słuchać
A sam bez przerwy gadam
Jak bym isniał tylko ja
A światem rządził szatan

Chciałbym być zawsze niewinny i prawdziwy
Chciałbym być zawsze pełen wiary i nadziei
Tak jak Bolek i Lolek
Tytus Romek i Atomek
Dzieci z Bullerbyn
Tomek na tropach yeti
Tak jak król Maciuś pierwszy
Asterix i Obelix
Jak załoga G
McGywer i Pipi

Ten jest szczególnie na czasie. Bolek i Lolek na Karaibach! ;-)





Jak żyć bez Bolka i Lolka?

29 08 2011

Ile razy rozmawiałam z ludźmi, którzy zdecydowali sie na emigrację do dziwnych krajów – a konkretnie do któregokolwiek kraju Ameryki Południowej wcześnie czy później słyszalam: „No cóż, będziesz musiała nieraz zrobić dobrą minę do złej gry”. Od nas oczekuje się (tzn. lokalsi oczekują), że jako gringo zawsze bedziemy mieć kasę i jest nam łatwo (w domyśle: a im nie). A ci co zostali po drugiej stronie oceanu oczekują, że zawsze będzie biła od nas energia jak od upalonego koką marynarza albo od karaibskiej tancerki cumbii. A jak nie bije, to znaczy się – coś nie halo.

No zesz wy pokręcone ludzie: A wy tak naprawdę każdego dnia klepiecie się z uciechy po kolanach, praca rozbawia Was aż do bólu rozciągniętych w gigaśmiechu szczęk, kanar w tramwaju rozśmiesza do łez, a w ogóle każdy dzień w Polsce do dla Was po prostu przyjemna wycieczka do Cyrku Julinek albo podglądanie przezabawnych misiów w ZOO? Dla mnie nie. A przynajmniej NIE ZAWSZE!!!

I to szczere wyznanie budzi dziki lęk wielu osób: jak to? Siedzi panna na Karaibach i śmie narzekać? Za chwilę usłyszę: a widzisz, a nie mówilam? To juz ty lepiej wracaj, itd.

No ale czy doprawdy tak trudno pojąć, że czym innym jest mniej lub bardziej luzacka, dłuższa czy krótsza podróż, a czym innym próba wejscia w lokalną społeczność, przeniknięcia mentalności a następnie wybór: godzę się na to, czy nie? Potrafię zaakceptować Innego i fakt że NAPRAWDĘ MOCNO JEST INNY!!!!, czy nie? O ile powinien to na użytek badań terenowych umieć każdy antropolog czy etnograf albo podróżujący w poszukiwaniu natchnienia zbieracz wrażeń jakim jest, dajmy na to, pisarz czy malarz, to ja – ja – Iwonkapibara mam do k..wy nędzy z tym spory kłopot!

Co nie oznacza wcale, że nie chcę wrócić do Kolumbii i walczyć dalej. My, emigranci, tracimy coś cennego – nie mówię tu o moich stratach – pozbawiam się na własne życzenie czereśni, babeczek śmietankowych, ciemnego chleba i chleba w ogóle, ogórkowej, pór roku, kwitnących wiosną kwiatów i śniegu. Ale to małe miki. Będę sobie chciała konwalie powąchać to przylecę, śnieg w AmPD też się znajdzie bez problemu. Natomiast poczucia bezpieczeństwa jakie daje wspólny – jednak tak, jednak wspólny kod kulturowy… tego sobie w Kolumbii w żaden sposób nie wywalczę.

Kiedyś Admin tego bloga pojechał na studia do USA. Wrócił bodajże po dwóch latach. Na własne życzenie. Powiedział mi: Z nikim tam się nie byłem w stanie dogadać. Nie znali Bolka i Lolka ani Czterech Pancernych… Teraz go dopiero do końca zrozumiałam. Jest mi szalenie obce polskie piekiełko z żałosną polityką i nawiedzonymi krzyżowcami. Architektura w Warszawie to jakiś kosmiczny żart. Polska to zadupie gdzie psy tyłkami szczekają, prowincja Europy, nie mam co do tego wątpliwości. Ale przecież żyjemy w globalnej wiosce – latamy sobie po świecie, kontaktujemy z nim codziennie w sieci, itd wiec takie jakieś Misie Uszatki czy inne Bolki i Lolki zupełnie nie powinny mieć znaczenia. I może nie miałyby aż takiego, gdybym zamieszkała we Francji albo w Hiszpanii.

Ale tak się składa, że mieszkam w Kolumbii, na dodatek na prowincji, na dodatek na wybrzeżu, na dodatek na karaibskim (wpływy afrykańskie) i rozmiary nieporozumień są nieco większe niż te bolkowololkowe. Szok kulturowy następuje stopniowo. Narasta jak grzybnia. Zbiera się, zbiera, czasem ulewa a potem… zaczynamy od nowa. Bo przecież nie jest tylko tak, że my – emigranci nie dostajemy nic w zamian. Ktoś wyjechał bo dostał świetną pracę, innego trzyma big love i nic go nie rusza, jeszcze inny ktoś spełnił swoje marzenie i zamieszkał tam, gdzie zawsze chciał. A ja? Ja dostałam też dużo. Wiec nie narzekam, tylko pytam Was – czytających mnie emigrantów: Jak sobie z tym wszystkim radzicie?