I ja tam byłam, rum i wino piłam

18 09 2010

Nocą przyszła Burza. Taka straszna, z wielkimi piorunami, od których robi się jasno jak w dzień, i z grzmotami długimi, toczącymi się gdzieś po ziemi. Ostatni raz taką burzę przeżyłam w górach w Grecji. Wtedy bałam się naprawdę, słuchając jak grzmoty biegną po szczytach. Nieprzerwanie. Teraz bałam się tak raczej bezinteresownie. Pies spał, w nosie ma zjawiska przyrodnicze, sam wszak do nich należy.
Przyszedł czas na rachunek sumienia. Osiem miesięcy w Ameryce Południowej, dwa – wakacyjne – w Polsce i końcówka roku  w Kolumbii otra vez.
Nie znalazłam czasu na zrobienie mapki, nie znalazłam na opisy takie bardziej szczegółowe co gdzie i jak, jeśli ktoś się wybiera, ma życzenie się dowiedzieć, proszę się zaanonsować w komentarzu, na pewno odpiszę. A tymczasem SUBIEKTYWNY RANKING IWONKIPIBARY;-)

NIEUSTAJĄCO PIERWSZE DWA MIEJSCA ZAJMUJĄ W NIM
1. WENEZUELA I KOLUMBIA
Wcale nie dlatego, że to był mój pierwszy raz – chociaż nie wykluczam, że „najpiękniejszy pierwszy dzień, potem wszystko idzie w cień”. Ale chyba nie o to chodzi tym razem. Wypadkowa nienachalnej (czytaj nie na sprzedaż) egzotyki, totalna, bujna i OGROMNA przyroda, która szczelinami wciska się do domów (pisałam już że tym razem w domu nie mam karaluchów? ZA TO STADAMI PO ŚCIANACH BIEGAJĄ ZIELONE MAŁE JASZCZURKI Z KOMICZNYMI RYJKAMI. ZDECYDOWANIE JESTEM za!).
Góry, doliny, morza, rafy, gęsta dżungla, papugi i jaguary, jak się ktoś uprze to i Indian golutkicyh jak ich sam Pan Bóg stworzył znajdzie i takich (lepiej ich nie szukać) co plują do nieznajomych całkiem niefajnymi strzałkami, od których się możesz przenieść do Krainy Wiecznych Łowów. Mity i bajki żyją tu na równi z serialami. Z tym, że w seriale jednak wierzy się mniej.

Jest bałagan. Jest – co tu dużo gadać- pierdolnik. (wenezuelski inny niż kolumbijski, ale to jednak w obu przypadkach jest właśnie TO!).

Są miejsca, w których można zginąć w ciszy. Najpiękniejsze moje momenty?
Stalowe delfiny pluskające się obok mnie w Orinoko i Orinoko sama. Rzeka tajemnic. Tysiące papug na jednym drzewie i ich wieczorna odprawa- wrzask nie do opisania.

W Kolumbii? Rozgardiasz i ludzie. Niesubordynowani, bez żadnych zasad, ale przyjaźni, uśmiechnięci, zawsze pomocni i weseli.
I selva też. Poznana, oswojona. jej mała część- już moja, na mule mogę jechać z zamkniętymi oczami! Nic więc dziwnego-że kochana.

Ekwadoru nie znam. Przejechałam gon ekspresowo – w tydzień. Miłe miejsce, takie pograniczne. Już więcej Indian na ulicach, już inaczej ( W Kolumbii i Wenezueli Indianie tworzą swoje enklawy w Sierra Nevada de Santa Marta w San Agustin itd – na ulicach ich nie ma, a jeśli są to wtopieni, nie tacy barwni jak potem. Ekwador to przedsionek POMIESZANIA.
Dobre ceny, raczej podłe żarcie, żadnych złych przygód. Ale wielkiej chęci, żeby akurat tam wrócić- brak. Może kiedyś…

Peru- perła w koronie. Turystycznej. Oprócz zagubionych w dżungli miejsc gdzie nie docierają turyści ( i ja też nie dotarłam) absolutnie wymuskany (jak na Am Pd rzecz jasna ) turystyczny kołchoz. No, animatorów jak w Tunezji się dzięki Bogu jeszcze Państwo nie dorobili, ale śmiało do Peru (na szlak Gringo) można jechać z angielskim i rozmówkami hiszpańskimi. Jak ktoś chce zboczyć ze szlaku, niech zapomni o inglisz.
Peru jest – jak na Am Pd znowu zaznaczę- całkiem cywilizowane. Można tu latać na lotniach, uprawiać kitesurfing, zjeżdżać na deskach z wydm, nurkować, wspinać się- wszystko mas o menos dobrze zorganizowane. To taki kraj na wakacje dla tych co się boją na naprawdę dziko pojechać, ale troszku tak by chcieli… Choć wiem, że są miejsca w Peru gdzie… Olaboga!!! Ja jednak (jako że nie byłam sama a z Panem który lubi, żeby było raczej czysto) do nich nie dotarlam.
Ceny w Peru są dobre. Za 2000 zl, żywiąc się w restauranach tanich i sklepach można na dużym luzie przeżyć miesiąc (nie wliczam wycieczek oczywiście).

Boliwia – o matko bosko! Tanio jak barszcz, naturaleza- OBŁĘDNA! A jednak nie. Ja miałam doświadczenia złe. Ludzie warczą, kradną, popychają się na ulicach, brud straszliwy, taki NADRZĘDNY, pachnący zgnilizną i spalinami, wysokości (ponad 5 tysięcy momentami, a 4,500 to norma) zabijają. Żarcie potwornie podłe. Ale znam takich (na przykład Suchego) którzy mi mówią: W miastach nie bywaliśmy, wspinaczka super, ogólnie fantastico. Ja w Boliwii byłąm bardzo chora więc może spróbuję przewartościować poglądy. Kiedyś. Szymonie, wierzę, że pomożesz!!! :-)
Ale przyznaję: dla takich widoków jak Salar de Ujuni i pewnie dla tych sześciotysięczników-warto znieść wiele. Mi zabrakło zdrowia i siły, a z nimi odwagi.
Argentyna- Raj. Szwajcaria Am Pd. Drogo. Super fajne buty. Kuchnia… booooooooska! Wodospady też. Polecam, można z małymi dziećmi. Zaplecze turystyczne dobre. Da się żyć w warunkach europejskich, a jak komuś trzeba wielorybów albo konnych przejażdżek i innych gauchos- też się znajdą.

Urugwaj- nie wiem. Znam Colonię- takie urugwajskie Toledo. Piękne, ciche. Ogólnie podobnie chyba jak w Argentynie. Czysto miło.

Reasumując – komu trzeba, żeby było jak w domu- niech jedzie na południe- ponoć Chile też jest drogie, turystyczne i wymuskane, komu trzeba adrenaliny albo takiej NATURALEZY bez banerów, to polecam północ AM PD.Oczywiście w każdym kraju (zarówno w Peru jak w Chile) teoretycznie są wycieczki a to „do dżungli” a to gdzieś tam- na ranczo konna wycieczka z obiadem”. Ale proszę w to nie wierzyć. Dżungla to są żarty. Jakieś domki drewniane i parę papug na drzewie.Jak na działce pod Warszawą.  A ranczo – też nic wielkiego. żeby pojechać dalej i głębiej trzeba zapłacić więcej, albo… omijać agencje podróży. Albo znać dobry adres. Ale kiedy się jest turystą, co przyjechał na trzy tygodnie to ciężko jest-wiem. I dlatego właśnie polecam Wenezuelę i Kolumbię. Bo tam – nie ma przebacz.
Wszystko jest takie jakie jest.
Nikt nie ściemnia.

Ja tylko żałuję że nie dotarlam do Brazylii. Ale przecież:
JESZCZE W ZIELONE GRAMY, JESZCZE NIE UMIERAMY…

;-)
A teraz tu, tak mi się marzy skok do Panamy. Ale z kasą krucho. Sponsorze!!!! Odezwij się! 

Reklamy




Imagine there’s no countries…

2 12 2009

Wspomnienia Meridy…





La Soledad

1 12 2009

Po upojnym wieczorze spędzonym w towarzystwie tureckiego studenta sztuk pięknych oraz malarza z Kanady i nawiedzionego fizyka z Argentyny doszłam do ostatecznego wniosku ze wolę prostych kowbojów z los llanos. No bo jak taki chłopak zaprasza cię na tańce a potem nawija tylko i wyłącznie o pierzastych wężach z Meksyku, które są przeniesieniem smoka z Chin, a w ogóle to Majowie pierwsi znali zero, więc przyjście ponowne boga na ziemię jest tylko kwestią czasu i dlatego cząstki elementarne bo, albowiem, i ponieważ… Wszystko to prawda co brodaty młody Turek prawił, tylko że ja to wszystko wiem, a do baru z salsą idę, żeby potańczyć, to chyba jasna sprawa! Malarz z Kanady nie mówił nic tylko wpatrywał się w wenezuelskie laleczki (pewnie szukał modelki), zaś argentyński fizyk niestety znalazł wspólny temat z Turkiem, kiedy zeszło na gwiezdne konstelacje. W końcu powiedziałam BASTA i dorwałam Wodza (tak, tak, tego z Lotu nad Kukułczym Gniazdem). Jeśli nie był to wódz to był to jego sobowtór. Nie wiem wprawdzie dlaczego się maskował i udawał że jest indiańskim trenerem triatlonu, ale co tam. Był 8 razy większy ode mnie i bosko tańczył salsę i rumbę.

A normalnie to się tu słucha przeważnie regetonu i takich, o:

Ostatecznie zaś przyjęłam strategie tej podróży: jeśli chłopaki, to tylko proste jak konstrukcja cepa. Żadnych rozmamłanych artystów ani intelektualistów!. W naiwności swojej sądziłam, że niejaki Tony M. do takich właśnie kowbojów z reklamy papierosów Malboro się zalicza, ale przekonałam się ostatecznie, ze kumplowanie się, przyjaźnienie i wszystko inne co można robić z macho… po prostu mnie przerasta.

Experienzia muy interesante, ale jakby tak zliczyć nieporozumienia, niedogadania, wkurwy pospolite i awantury jakie zaliczyliśmy przez 14 dni, to by tym można obdzielić ze trzy małżeństwa na rok co najmniej. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że dopiero po tygodniu doszłam do wniosku, że fakt iż facet który ma naprawdę ładny muskuł, nie pomaga mi nieść plecaka nie świadczy o nim źle. No bo PRZECIEŻ MOGŁAM POPROSIĆ. Fakt, że facet nie odzywa si,e do mnie przez cały dzień, a na koniec dnia klepie z jawną sympatią po szynkach jak swoją kobyłkę nie świadczy przecież o niczym. To dopiero jest wyraz szacunku i międzyludzkiego porozumienia!

No trochę mnie przygięło.

NO WIĘC PONIEWAŻ TRUDNO MI DOGODZIĆ POSTANOWIŁAM JUŻ NIE ZAPRZYJAŹNIAĆ SIĘ Z NIKIM TYLKO POGRĄŻYĆ W MEDYTACJI I KONTEMPLACJI KRAJOBRAZU. JAK NA ZŁOŚĆ AKURAT WTEDY ZAPROPONOWAŁ MI WYPAD NA WYCIECZKĘ W GÓRY PEWIEN NIEBIESKOOKI WŁOCH MIRKO.

Mirko ma 35 lat i od dwóch lat krąży pomiędzy Wenezuelą i Kolumbią kombinując z wizami. Zakochany w Kolumbijce siedzi w Ameryce i tęskni za mamą. Jak to Włoch… Przegadaliśmy cały dzień snując się po górach. Zeszło na różnice kulturowe, ja mu płakałam w rękaw, że dobija mnie machizmo, on narzekał na muniekas (laleczki) wenezuelskie, że straszne z nich materialistki. Mirko z rozbrajającą szczerością wyznał mi, że był trzy razy zakochany po uszy, ale nigdy, ale to nigdy nie był wierny. No bo jak się okazja trafia, szkoda nie skorzystać. Jesteśmy zwierzętami- stwierdziłam i poszliśmy jeść truskawki z bitą śmietaną. Po powrocie do domu (oboje wynajmowaliśmy pokoje u młodej Indianki Joany) Włoch oddał się ulubionemu zajęciu- mianowicie przyrządził mi i Joanie spaghetti. Po czym oddalił się i więcej się nie widzieliśmy, bo wczesnym rankiem kolejnego dnia pojechałam na sawannę.

Tymczasem Tony oświadczył mi po moim powrocie, że… zbije Włocha. Już nie miałam sił wnikać za co, ponoć się Włoch źle o tonim wyraził czy coś w podobie….

„Dobrze, dobrze, zbij sobie tego Italiano” uspokajającym tonem przywróciłam Toniemu pogodę ducha.

W międzyczasie przyplątał się jeszcze pewien Słowak, kumpel Antosia, który uczy się od miesiąca hiszpańskiego w Meridzie. Jedyna singielka – płeć żeńska – Niemka Isabell wyjechała do domu. Reszta plącze się po Meridzie, krzyżuje języki, wymienia poglądy oraz płyny ustrojowe, nocą miasto tętni życiem, bary, koncerty rockowe (nieszczęśliwie Tony się wczoraj pomylił i ja i Słowak musieliśmy zaliczyć koncert metalowy). Wszechobecne dyskusje o polityce, lewacy opozycja, intelektualiści, salsa, cuba libre, drążące ciała i roztańczone ciała. W dzień zaś ostre słońce, plecaki, Andy, wycieczki, pamiątki, gringolandia.

Byłam gdzieś obok, bo pod czułą opieką Toniego. Tony zaś ma kłopoty. Byłam jedną nogą w świecie gringo, drugą w świecie Toniego, splatało to się nierozerwalnie bo Toni pracuje z turystami, więc zna wszystkich. Wszyscy znają też jego. Wysłuchałam tysiąc plotek, przyjrzałam się koneksjom i zależnościom. Facet, który połowę życia spędza w takim miejscu jak Los Llanos mówi: Estoy astresado. Jestem zestresowany.

Pracują po 12 godzin. On, Marco, Joel, Benjamin… Zaczynają o 8 kończą koło 20. Jedzą byle co, z ulicy. Kiedy pytam 28-letniego kierowcę Benjamina, czy to zdrowo żyć tylko pracą, mówi: Nie wiem. Ale chcę żyć jak król.

Tony na to samo pytanie odpowiada: Nie mam wyboru.

Po zamknięciu biura idzie do baru, w którym spędza dwie lub trzy godziny. Potem zapada w twardy sen po to, żeby obudzić się o 7 i biec do biura… Tylko jeden dzień, piątek jest wyjątkowy. Przyjeżdżają do niego córki spod Meridy, Tony spędza z nimi wieczór. Nie w barze. A przynajmniej nie w tym co zwykle.

Na Los Llanos zmienia się w kowboja.

Żyje tak z dwoma twarzami i zapasowym hollywoodzkim uśmiechem dla turystów. Lubi ryzyko. Gdyby żył w Warszawie, soboty spędzałby na Służewcu a niedziele w kasynie. A tak… pozostaje mu adrenalina, którą dostarczają kajmany i węże. On je kocha. A turyści kochają Toniego, bo dostarcza im emocji.

Mi dostarczył całkiem nieoczekiwanie… OTÓŻ-GALOPOWAŁAM.

Nie dlatego, że chciałam. Jakby nie było, trzeci raz w życiu siedziałam na koniu. Na znajomym koniu czyli na Świeżym Owsie. I to on miał życzenie pogalopować sobie. Niestety nie przewidziałam tej opcji, nie wiedziałam też gdzie jest joystick czy inny guzik który by powstrzymał operację: galop. Zwyczajowe szarpanie za uzdę nie pomagało. Z Toniego taki instruktor jazdy konnej jak z koziej dupy trąba. Widząc, że Fresca Avena zaczęła fikać, Tony co zrobił? A jakże, też ruszył w galop. I tak obok mnie pędził na rączym rumaku i wrzeszczał jak opętany, chyba było to: Andale! Corto! Izquierda!

Jak się później okazało zbyt luźno trzymałam wodze… Hm. No dobra. Potem już galopowałam na znakomitym luzie i odkryłam, że jest to uczucie absolutnie doskonałe!

Podobnie jak gapienie się na rozgwieżdżone niebo, na wielkie nic jakie otacza zewsząd, na wielką zieloność. Cisza i bezruch są jednak tylko pozorne. Mieszkają tu pasterze czyli kowboje, którzy zaopatrują całą Wenezuelę w mleko, wołowinę, skóry. Krowy wyceniane są w zależności od przeznaczenia. Krowa dojna jest najdroższa, zaraz po niej – rozpłodowa, najtańsze są te na mięso. Hodują konie do pracy i sportowe. Na Los Llanos żyją głównie zwolennicy Chaveza. Populistyczne hasła prezydenta i samochody pełne ryżu i mleka w proszku jakie dostarcza Chavez przekonują niektórych. Jednak nawet oni, llaneros miewają wątpliwości… gdzie się podziały pieniądze? Dlaczego mamy przydziały na benzynę? Dlaczego jesteśmy biedni?

Tony na Llanos zmienia skórę. Wśród wieśniaków czuje się jak ryba w wodzie, stres jaki towarzyszy mu w Meridzie, nieco opada. Ale zaraz pojawia się coś innego. Jakaś psia czujność, wyostrzony zmysł, będzie polowanie!!! Tony nie waha się nigdy. Sześć razy skacze z łodzi do wody po żółwia-giganta. Nie udaje się… szybki jest , skurczybyk, śmieje się Tony. Nic na siłę. W Meridzie ten medio-llaneros jest popularny. Nosi obcisłe sweterki i dopasowane dżinsy lub luźne lniane białe spodnie. Modne kluby, ładne dziewczyny, żyj szybko, kochaj mocno i umieraj młodo. Na llanos Tony zajmuje się końmi, ustawia z chłopami klatki dla bydła, poluje na anakondy i kajmany. Wie o nich dużo. Anakonda tylko na początku boi się go. Potem całują się po pyskach a anakonda czule obejmuje go w pasie. Widać wie, że Tony zaraz ją puści. Gdy pełznie w stronę szosy, Tony łapie ja za ogon i mówi jej: nie, nie, nie idź tam. Przejedzie cię. I rzuca ją do lasu. Jestem pewna, że ta anakonda opowie innym o tym jak potraktował ją Jose Antonio Martin Barruetas.

Będąc drugi raz na los Llanoss nie spałam w domku turystów, tylko w hamakowni Toniego i Benjamina. Wieczorem, już po zgaszeniu ognia padali jak muchy w swoje hamaki.

Wcześniej przez dwie godziny Tony próbował wielkim drągiem wybadać dno rzeki w poszukiwaniu żółwia, potem kilka razy skakał za nim do wody.

-Nie mogę ruszyć ręką. Boli mnie bark. Chyba zwichnąłem- mówi zasypiając. I nie czekając na mój bandaż, natychmiast zasypia.

Wychodzę przed domek. Potykam się o ropuchę, ta patrzy z wyrzutem… Przecież jest noc. To JEJ czas, nie mój.

Kilometry płaskiej pustki. Obok w domku śpią robotnicy, jutro będą ustawiać nowe klatki do transportu bydła. Rży koń. Pohukuje puszczyk. Tony i Benjamin oddychają ciężko. Nie ma w życiu mężczyzn-llaneros kobiet ani dzieci.

Jeśli są, to gdzieś daleko, dawno, i nie naprawdę…

Gdybym miała namalować Soledad, namalowałabym Los Llanos.





Tony to ma ciężką pracę…

30 11 2009





Żuraw i czapla

21 11 2009

Wszystko było już przygotowane. Plecak stał spakowany, wiedziałam, że jeśli następnego dnia nie ruszę się z Meridy to już się nigdy z niej ruszę. Podróż wymaga szybkich i konkretnych decyzji, a z tymi zawsze mam kłopoty. Był plan, że zrobię w Meridzie tygodniowy intensywny kurs hiszpańskiego. Tony zaprosił mnie na ten czas do siebie do domu, okazało się jednak, że dom stoi w górach, pod Meridą. Dość skomplikowane byłyby codzienne dojazdy. Postanowiłam ruszyć dalej. Wieczorem w barze dudniącym od muzyki Doorsów powiedziałam mu, że wyjeżdżam następnego dnia do Maracaibo, w stronę granicy kolumbijskiej. OK – odparł. Okazało się szczęśliwie, że następnego dnia jego przyjaciel-muzyk jedzie grać koncert w Maracaibo. Zabieram się z nimi i na dodatek zaliczę koncert regaee. Toni tez chce jechać. Łamie się. Ma robotę, ale… nigdy w życiu nie był na żadnym koncercie. Grupa ponoć tu bardzo popularna, no cóż, Toni ma się zastanowić. Ja jadę. Z Maracaibo to już rzut beretem do Kolumbii. Z tym jakże wysmakowanym planem położyłam się spać. Rano telefon. Nie ma miejsca w samochodzie, ale możemy razem z Tonim pojechać autobusem na noc. OK. Nie widzę przeszkód. Wpadam do biura.

I słyszę: Słuchaj, muszę cię o coś zapytać. Nie chciałabyś wrócić na Los llanos?

..

.

A co z planem?

!!!!!!!

Si. – Jakoś tak bezmyślnie się mi wyrwało.

No to załatwione.

Żadna Kolumbia na razie, ani koncert regaee. Znowu cisza, Świeży Owies czyli Fresca Avena i kilometry pustki!!!

Jak dobrze! Bardzo chciałam wrócić na Los llanos, ale nie da się samemu tak po prostu. A w każdym razie to jest trudne.

Później Tony mówi mi: Od początku chciałem ci to zaproponować, tylko nie wiedziałem jak. A ja od początku chciałam go o to zapytać, tylko nie wiedziałam jak.

Jesteśmy jak żuraw i czapla.

Ruszamy w poniedziałek. Z nami silna, sześcioosobowa grupa turystów.

Wszystko jakby prostsze się tu staje. A gdy mówię Toniemu, że to poco loco (trochę szalone) bo miałam PLAN… Tony mówi:

Zrobisz jak zechcesz. Możesz jechać dalej, ale pamiętaj, że zawsze coś zostawiasz za sobą. Możesz zostać i żyć.

Czy nie o to właśnie chodziło w tej podróży?

Myślę o moich znajomych którzy w niespełna cztery tygodnie „ZROBILI” Argentynę, Chile, Boliwię, Urugwaj i Paragwaj. Szybcy kurna byli. W każdym kraju po kilka dni…

Za chwilę minie miesiąc, a ja wciąż w Wenezueli. Kumpel Toniego zaprosił mnie jutro do swojego dziadka na działkę w góry. Są tam nieopodal Gorące Źródła, pojedziemy do nich konno. Wieczorem dziadek przyrządzi jakąś rybkę. Niedziela na wsi? Leniwa? Niespieszna?

Na to się zanosi.

A kiedy ruszę dalej? Czy w ogóle dojadę kiedykolwiek do Buenos Aires? Dowiemy się w kolejnych odcinkach… ;-)

PS. Szakira została nad Orinoko. Byłam gotowa na czipy w uchu, na tatuaże na psiej piersi, klatki, kwarantanne, szczepienia, niewygody i koszty. Wszystko rozstrzygnął Chavez, który wydał odgórne zarządzenie, że NIE WOLNO TRZYMAĆ PSÓW W HOTELACH. I nie wolno. Howgh. Szakira została nad Orinoko z Jose. Kiedyś ich odwiedzę…

PS.2 Dziennik zamówił megawypaśny reportaż. Tylko KIEDY, no KIEDY ja mam Proszę Państwa się tym niby zająć? ;-)

 





Sen o sawannie

21 11 2009

Tylko nikt nie może się dowiedzieć, że to zrobiliśmy – powiedział Toni po wszystkim.

Choć w zasadzie jeszcze tego nie zrobiliśmy. Ale zrobimy. W poniedziałek.

Wrócimy na Los Llanos.

Kilometry zielonej pustki. Noce tak zapchane po brzegi dźwiękami, że miejsca nie starcza na sen.

Pluski, szelesty, nawoływanie. Krzyki. Ptaki nocą krzyczą, śmieją się, jedna wielka ptasia fiesta. Pierwszej nocy w hamaku nie zmrużyłam oka. Zwłaszcza że całą tę kakofonię dźwięków wspomagał swoim chrapaniem Phil Collins. A tak. Tym razem w podróży na sawannę towarzyszyli mi Phil Collins i Meryl Streep. Oboje z Poznania. Co za urocze spotkanie! Szczęśliwie Polacy okazali się wspaniałymi i ciekawymi towarzyszami, tęsknię bardzo za rozbrajającym i urzekającym poczuciem humoru Phila :-)

Los Llanos… w dzień… cisza w której się można utopić. Kajmany jak kłody drzewa z otwartymi paszczami. Małe płochliwe żółwie na gałęziach, tysiące ptaków. Co krok czaple białe i szare, orły na wyciągnięcie ręki, dwumetrowe nutrie, endemiczne lemurowate śpiące na gałęziach drzew i On. Oso de hormingueo. Pan Długonosy.

Mrówkojad.

To dzięki mrówkojadowi zobaczyłam do czego zdolny jest Toni. Zapędził biedaka prosto na ścieżkę tuż przed naszym dżipem. Jakie dziwne nieziemskie zwierzę. Mrówkojad jest niebezpieczny, ma wielkie pazury, w jednej chwili odwrócił się i próbował zaatakować Toniego. Szybko zrezygnował.

Kilka dni później w Meridzie Toni powiedział mi, że zawsze gdy chwyta jakieś zwierzę, zagląda mu w oczy. Ryzykuje życie. Anakonda i kajman są najbardziej niebezpieczne . Same raczej nie zaatakują człowieka, ale w samoobronie potrafią zabić. – Kiedy trzymam zwierzę za kark, zawsze patrzę mu prosto w oczy. Czuję wtedy coś w rodzaju orgazmu. – mówi mi Tony. To adrenalina. Ale i coś więcej. Zwierzęta tak jak ludzie są filtrami, przez które sączy się Bóg. Dlatego się nie boję. Czuję respekt ale nigdy, przenigdy nie czuję strachu.

To dlatego, że Toni sam jest niebezpiecznym zwierzęciem. Kiedy poluje napina mięśnie karku, mruży oczy, zmieniają mu się ruchy… płynne ciche gesty… Jest piękny jak polujący tygrys. Nie przypadkiem wytatuował go sobie na prawym ramieniu. Samotnik, który potrafi być niebezpieczny… Chwilę potem Toni zmienia się. W obozowisku zmajstrował specjalną deseczkę na której codziennie rano sypie ryż. Przylatują maleńkie ptaszki we wszystkich kolorach tęczy, a Toni godzinami potrafi je obserwować. Jest biologiem studiował ornitologię. Wieczorem siadamy przy ogniu (płonie co noc, odstrasza węże) i gapimy się w gwiazdy. Widać tu Krzyż Południa. Nocą wypuszczamy się na spacer. Opuszczamy obozowiska i giniemy w absolutnej ciemności. Boję się węży i kajmanów. Sprawdzam, czy przy boku Toniego wisi maczeta. Jest. Tu nikt się bez nich nigdzie nie rusza. Nawet kilkuletnie dzieci maja swoje małe maczetki….

Ciemność. Dokoła ciągną się kilometry pustki zamieszkałe tylko przez zwierzęta. Oddycham coraz głębiej. Z każdym dniem boję się mniej. Jeździmy konno, kłusuję lekko na koniu o dziwacznym imieniu Fresca Avena (Świeży owies). Kiedy wchodzimy do rzeki Toni mówi: Puść luźno wodze. Fresca Avena płynie. Jak dobrze! Jestem cała mokra, w tym upale to fantastyczny pomysł, popływać na koniu. Inaczej się nie da. Kajmany i piranie mogłyby zakończyć taką kąpiel w dość nieprzyjemny sposób…

Kiedy łowimy piranie mówię: To trudne. Widzę, że nie spodobało się mu to. Zaciska szczęki i odpowiada: Nie ma w moim słowniku takich słów: trudne niemożliwe…

Kiedy to naprawdę trudne. Łowimy z wysokiego mostu, na żyłkę. I na wołowinę. Piranie połykają mięsko błyskawicznie, zanim zdążę poderwać je do lotu. Nawet kiedy się to udaje, uciekają mi rybki w drodze na most. Toni i 17 letni Rafael nie maja z tym żadnego problemu… Piranie zjadamy na kolację. Llaneros (czyli wenezuelscu gauchos) śmieją się, że to wspaniały afrodyzjak. Być może, ale dzień wypełnione po brzegi kończę we własnym hamaku. Nagle zjawia się Toni i wciska mi do ręki coś małego, bardzo ostrego. „Na szczęście” – mówi. Otwieram dłoń. Leży na niej szczęka pirani…





Ostatni dzień z Guajiro

16 11 2009

Pożegnanie było trudne. Ostatniej nocy przed moim nieuchronnym wyjazdem siedzieliśmy w szóstkę na pomoście…
Ja, Jose, siostra Josego, jego szwagier i ich syn. No i Shakira.

Właśnie skończył się mecz baseballa Valencia-Caracas. Wszyscy mieli jeszcze na sobie koszulki Las Leiones de Caracas.
Bracia Josego wywiesili kartkę nad telewizorem Caracas Campion! Ja przewrotnie wydarłam kartkę z papieru i napisałam: Valencia Campion! (wygrały jednak lwy z Caracas)…

To niezapomniany widok… Ciemna izba rozświetlona tylko niebieską łuną z telewizora, mama Josego żująca Mentosy przywiezione przeze mnie z Warszawy, rozemocjonowani bracia i siostry zagrzewający do boju, baniak rumu dla chętnych i herbata zrobiona przeze mnie – jako alternatywa… Rum w tej rodzinie pije się często, ale w małych ilościach. Jest towarem deficytowym, poza tym jego wielkim wielbicielem jest Antonio – jeden z braci Josego.

Tego wieczoru pokazał na co go stać.
Kiedy tak siedzieliśmy już po meczu na pomoście gapiąc się w gwiazdy, nagle pojawił się on – Antonio.
W dłoni dzierżył nic innego tylko giwerę (pamiętającą chyba jeszcze czasy Bolivara)… Oczywiście wycelowałam w Antonia aparatem, ale Jose zrobił się poważny… Antonio był pijany a giwera… nie. Na szczęście nie była naładowana. Jose odebrał bratu strzelbę i wyjaśnił mi, że wprawdzie trzeba mieć pozwolenie na broń, ale jego rodzina go nie ma… Natomiast broń w domu być musi. Po co? Na dzikie zwierzęta i złych ludzi. – raczył mnie oświecić Józek.

Dzikie zwierzęta? – tak się jakby nieco baczniej rozejrzałam po gęstej ciemności. Wyjaśnię, że spałam wprawdzie z psem, ale pies miał tylko miesiąc. Spałam natomiast w altanie. Do której mogło bez przeszkód dostać się absolutnie każde dzikie zwierzę.
No więc, hm… jakie dzikie zwierzęta? – wypaliłam.

-Pumy na przykład. -Słucham???? Nie, no robicie sobie jaja chłopaki. Chłopaki opowiedziały, że nie dalej jak miesiąc temu
za domem znaleźli rozszarpaną dziką świnię. Poszli z ojcem na polowanie. Zabili dużego kota. Bardzo dużego kota z wielkimi zębami. No to nockę mam z głowy, pomyślałam.

– A na tym drzewie znaleźliśmy 8 metrową anakondę. A mnie tu użarła pirania – pokazuje ślad szwagier Josego.
Zaraz. Chwila! Piranii miało nie być. Pytałam o to, jak wchodziłam do rzeki. Kąpaliśmy się z godzinę w niej! Powiedziano mi wtedy że piranii NIE MA! To jak: użarła?

Ano tak, że w ogóle piranie są, tylko teraz nie ma. Orinoko to dwupasmówka, jeden nurt to woda słodka, drugi – słona. Delfiny żyjące w Orinoko nigdy nie mylą swoich pasów. (Są tu delfiny słodkowodne i żyjące w wodzie słonej.) W czasie pory deszczowej nurty zmieniają się i piranie odpływają. Tyle wyjaśnił mi Jose. Zadziwiająco kojąco działa taki zchiliautowany Indianin w niespokojnej selvie! Dobra, jakby co, to będzie w pobliżu.- pomyślałam. I ta jego strzelba też.

Jose już raz uratował mnie przed sapo.

Na sapo natknęłam się w kuchni. Była wielkości mojej głowy, ale co tam. Tak czy owak lubię żabki. – O, jaka śliczna, zawołałam i już chciałam ją wziąć na ręce i przytulić do piersi, kiedy Jose stanął mi na drodze.

-Uważaj. Jest bardzo niebezpieczna.
-Żabka?

-Ropucha. Która pluje toksycznym jadem. Drobne zwierzęta zabija nim, a potem je połyka, większe (w tym człowieka) może unieruchomić, znaczy się sparaliżować. A jak na przykład plunie ci centralnie w oko… Ufff. Opuściłam kuchnię szybkim krokiem. Żadnych więcej żabek! Myszki, które na ogół też lubię, tym razem jakoś również odpuściłam. Hałas jaki robiły w spiżarni – (położyłam się tam w hamaku, bo moją altankę okupowali przyjezdni) świadczył o tym, że były to nader dorodne sztuki… wielkości pudla na przykład. W mojej altance mieszkały ze mną tylko jaszczurki, ćmy i karaluchy giganty-wielkości mojej dłoni. Jako że miałam moskitierę i Shakirę w łóżku – niestraszne mi one były.

Poza tym wiedziałam, że Jose ma na mnie oko. Gdy tylko na przykład oddalałam się od domu po zapadnięciu zmroku (na przykład za potrzebą) pojawiał się jak duch i mówił mi: nie idź za daleko. Wracając do latających, truchtających i pełzających towarzyszy to wniosek jak na razie mam taki, banalny: Hamaki sprawdzają się dużo lepiej niż łóżka. I to nieprawda, że są niewygodne. Ja przespałam już w nich trzy noce i spałam wyśmienicie!

Ostatnia noc na szczęście była krótka. Jose obudził mnie kubkiem czarnej kawy o 5 i powiedział, że popłyniemy tramwajem wodnym. Jeden z robotników o 6 rano zabrał nas na środek rzeki, gdzie mieliśmy czekać na transport. Był wschód słońca.

I wtedy podpłynął do nas przyjaciel Józka.

-Płyniecie do Tucupity?
⁃    No.
⁃    To się ładujcie!
I tak zabraliśmy się na stopa…

Do Tucupity dopłynęliśmy o 10, a jako że byliśmy na czczo, poszliśmy na kurczaka. (Guajiro jedzą dwa razy dziennie sute posiłki – jeden rano, drugi wieczorem). Potem od razu do domu siostry Josego, by tam czekać spokojnie na mój autobus. Siostra zakochana po uszy w Enrique Igesiasie włączyła nam jego koncert na DVD Jedliśmy, graliśmy w karty, snuliśmy plany wspólnych Wielkich Dokonań, oglądaliśmy moje zdjęcia w aparacie… siostrzenice Józka rysowały coś.

Wtedy Jose wpadł na pomysł. Jest jedna rzecz, którą chciałbym ci podarować. – powiedział. Wziął kredki, linijkę i zaczął z zapałem kreślić coś w bloku rysunkowym małej Eleny.

Po 20 minutach skończył. Oto co dostałam:

Silnik Yamahy, jeden z lepszych. No cóż, wzruszyłam się do łez.
A potem już trzeba było brać ostatni prysznic przed podróżą, wyściskać wszystkich, zjeść ostatni posiłek razem z Guajiro i…

…pożegnać się na zawsze? Wciąż nie potrafię zrozumieć tych słów;
Na zawsze. Odległości, granice, przeszkody.
Kolejny, nie wiem który to już, brat Josego załadował nas do samochodu i pojechaliśmy na dworzec…

Swoją drogą pisać takie rzeczy na szybie autobusu to niezłe poczucie humoru…

Dla nie władających espaniol, tłumaczę:
TYLKO BÓG JEST WIECZNY

Jose z moim plecakiem znikający w luku bagażowym, ostatnie uściski.
Nigdy cię nie zapomnimy, nigdy was nie zapomnę, będziemy w kontakcie, niech cię Bóg prowadzi, szczęśliwej drogi, żegnajcie, nie nie mów tak, powiedz: CIAO.
WIĘC CIAO! Łezka zaplątana… I… pojechałam.
Jak się później okazało nie sama. Dwa dorodne karaluchy urządziły sobie domek w mojej kosmetyczce…