Pitu przychodzi nocą…

18 10 2013

Twarde lądowanie – to mało powiedziane. W samolocie wytelepało mnie jak nigdy dotąd. Trzęsło, podskakiwało, spadało i wzosiło się, a ja spocona jak mysz coraz bardziej stawałam się mokrą plamą wnikającą w fotel. A potem było już tylko gorzej. To znaczy nie. Gorzej nie było. Było jak zwykle, tyle, że ja o tym jak tu jest ZWYKLE – już zapomniałam.

Bogota, parno, ale nie leje póki co. Jakoś wrzuciliśmy na luz z Katalończykiem (z którym szczęśliwie udało nam się spotkać we Frankfuncie po wariackim poszukiwaniu mojej walizki, która miała lecieć do Bogoty, ale przyleciała do Frankfurtu i nikt jej tam nie odebrał – no bo żesz sądziłam, że ona już sobie leci do Bogoty!! Wrrr!) i luzacko podeszliśmy do rezerwowania hotelu. Zapominając jednak, że przylatujemy dość późno, że mamy 7 sztuk bagażu wcale nie podręcznego (np. jedno gigantyczne pudło z lalką/bobasem, które nie mieściło się do żadnego plecaka) i że lądowanie na 2 800 m.n.p.m. po dwóch nieprzespanych nocach raczej nie zaowocuje radosnym hopsa hopsa i turlaniem wesołym naszych walizek po stromych ulicach Bogoty. Byliśmy flaki. Hotel, w którym się ostatnio melinowaliśmy, na Candelarii- zajęty. Inny hotel tuż obok – też. I kolejny również. Ale jak to? Ano takto, że akurat trafiliśmy na jakieś niewiadomojakie sympozjum, zlot młodzieży wszechoamerykańskiej albo inną ichniejszą oazę czy co tam. Dość powiedzieć – dupa czarna i kosmata. Tak to jest jak się myśli, że już się rozumy pozjadało wszystkie, i że globtroterując po świecie nie warto rezerwować hoteli. Może i nie, ale z nas takie globtrotery tym razem były jak ze słoików warszawiaki (no bo te walizy), a poza tym kto przewidzi sympozjum w Bogocie? Wywlekliśmy się z kolejnego już zawalonego młodzieżą hotelu i w dyrdy po brukowanych uliczkach Candelarii na górę z tymi w sumie 70 kilogramami. Pchając, taszcząc i pojękując (ja już się żegnam ze światem i ledwie na oczy widzę ze zmęczenia) szukamy hostalu, który niby nam wydzwonił miły pan w recepcji hotelu Oasis czy jak mu tam. No ale nie ma bata – nie dowleczemy się tak. Pora gwizdnąć na taksi. Ale ze zdobyciem taksówki w Bogocie jest tak jak ze zdobyciem 1 000 000 euro. Jakoś się nie zdarza. Zwłaszcza wtedy kiedy najbardziej potrzeba  ( w przeciwieństwie do taksówki mi milion euro potrzebny jest zawsze!). Wreszcie ja zostaję z tobołami, a Katalończyk biegnie zorganizować pojazd. Przybywają wreszcie. I co? Ano pan nie wie gdzie jest hotel. My wiemy, więc grzecznie pokazujemy mapę. Ale… pan nie ma okularów i nie widzi. Że nie widzi nie tylko mapy ale niczego, orientujemy się pół minuty później, kiedy wjeżdża na rowerzystę. Rowerzysta przeżył, więc dalej jeździmy po uliczkach Candelarii w poszukiwaniu jednego pokoju dla Polki i Katalończyka. Jest na pewno, gdzieś tu za rogiem, jaka ta Candaleria zawiła w realu jednak, na mapie wydaje się wszystko proste jak precel. A może w takim razie nie ten hotel tylko jaki bądź. Dziś padnę tak jak stoję byle gdzie, byleby dach był. A rano i tak robimy wymarsz wszak. Hotele? A kto by tam znał hotele. Ostatnią osobą, która zna jakis tani hotel jest przecież pan taksówkarz z Candelarii. No w końcu jakimś cudem znajdujemy adres hotelu udajemy się tam, a tam …. nie ma hotelu. Ha. Ale i tak dzwonimy. I co? A. Jest hotel, tylko szyldu nie ma, tabliczki nie ma, adresu tez nie ma (tak na wyczucie zgadliśmy, że to musi być tu, Katalończyk policzył domy i wypadło, że to gdzieś w pobliżu). No mega interes kolumbijski, doprawdy. Dla wtajemniczonych, hehe. Padliśmy i już nie wstaliśmy. Nawet włosy łonowe gęsto wyściełające toaletę nie odwiodły nas od myśli coby… zmienić lokum? Poszukać innego hotelu? A w dupie! Spać! Zimno było diabelnie jak to w Bogocie ( w ogóle nie rozumiem, jak można mieszkać w tym mieście dobrowolnie, a nie za karę). Chciałam nadać przed snem jeszcze wiadomość na fb, że żyjemy, ale pani nie umiała włączyć kompa ani podać hasła do wifi. I git. Nie to nie. Daliśmy nura pod nie pierwszej świerzości prześcieradło i więcej grzechów nie pamiętam. Za to rano! Rano wywlec się na zimnicę nie szło, wizja lepkiej łazienki nie zachęcała do prysznica, temperatura w pokoju także nie. No ale przecież czeka na nas śniadanko. Hm… gorszą kawę piłam tylko raz w Łebie w styczniu w barze Pod Morskim Pijanym Wilkiem gdzie dostałam przeterminowany napój w kolorze rzadkiej kupy albo czegoś w podobie. Ta tutaj smakowała podobnie. Jaka szkoda, że w kraju kawy nie potrafią zaparzyć kawy. Potem pani pracująca niby w recepcji w hotelu nie umiała wezwać taksówki, wreszcie wyszłam na ulicę i zapytałam przechodnia o numer. Wróciłam, wręczam pani z prośbą, aby tam zadzwoniła i wezwała jakieś coś co nas dowiezie na dworzec. A pani na to… – A może pan by zadzwonił ( patrząc na Katalończyka) bo ja się wstydzę.

No czego chcieć? Taksówkarza, który potrafi podrzucić cię w najbardziej turystycznej dzielnicy pod dowolny hostal? Hostalu, który ma nazwę i adres na zewnątrz a nie wewnątrz? I żeby pani pracująca w nim umiała włączyć kompa? I wezwać taksę? Nie. To za dużo. Dotarło do mnie wreszcie – znowu jestem w Kolumbii.

Podróż do Santa Marta autobusem z Bogoty odbywać miałam nie pierwszy raz. Wiadomo, że jedzie się… ha! Bagatela! Jakieś, marnie licząc 18 godzin (optymistyczne założenie). No ale może się coś zmieniło, puścili autopistę przez Andy albo co? Pytam pana kierowcę (pytam o godzinie 20, tuż przed odpaleniem silnika – A o której będziemy na miejscu? Pan się jakoś zafrasował i rzecze patrząc w ciemne niebo – o 11. – Naprawdę?! – szczerze się ucieszyłam. Ale zaraz. Jak nic, wypada że 15 godzin będziemy mknąć niczym jakieś nader hoże i żwawe Pendolino. – Tak, o 11 – pan się bije w pierś. A mi coś nie gra. I pytam pana – A ile się jedzie do Santa Marta? – No jakieś będzie 19 godzin jak gdzieś nie utkniemy – pan nie dał się zbić z tropu. Od 20 do 11 rano wyszło panu 19 godzin. A mi nie. I rację miałam (mimo względności rzeczy wszelakiej) jednak ja, bo jechaliśmy… 28 godzin. Wywrócił się tir na trasie i zbierali tira godzinami całymi. No i jak tu ufać Kolumbasom?

A potem zostałam motylem. Bo jak dotarliśmy do Casablanki to pewne drobiazgi najwidoczniej umknęły mojej uwadze. Szakira chuda jak patyk, Casablanca brudna i ciemna, manko zrobione że hej. Czego się mogłam spodziewać? Cóż, trzeba zakasać rękawy, wypucować kąty, pożegnać panią Dilsę na wieki wieków amen, podtuczyć Szakirę… I jakoś w ferworze tych zadań moja przemiana w motyla (czy też w przysłowiową motylą nogę) umknęła jakoś. Zlekceważona została dyletancko. No bo ostatecznie jakiś niemrawy pryszcz na palcu lewej stopy to znowu żadne halo. Do czasu kiedy nie zaczął boleć. Ten niby-pryszcz. Zresztą pryszcze na placach u stóp to już jakaś perwersja by była chyba, co nie? Boli jak diabli no i puchnie w oczach. Sinieje. Puchnie jeszcze bardziej, pryszcz robi się wielki i czarny. Babki lancetowatej ani na lekarstwo, antybiotyków nie chcę, nie lubię! No ale ta noga to już… jakby jej nie było. Chodzić nie mogę, rozglądam się za laską. I wtedy z pomocą nadciąga mój amigo capesino Carlos z gór. Najpierw smaruje mnie taką maścią jaką smaruje swoje krowy (bez komentarza. I nie ma się z czego śmiać złośliwy Katalończyku!), potem na targu kupuje mi wiecheć ziół, którymi mnie okadza i nuża mi kończynę w roztworze z zieleniny. Ale na nic to. Katalończyk leci do farmacji po jakieś specjały – jemu się ubzdurało, że mnie pająk ukąsił, ale prognozy Carlosa są zgoła inne.

– Nie chcę cię straszyć, ale jeśli jest to PITU, a wygląda mi na PITU, to nie będzie łatwo. Noga wygląda jakbym wróciła z wojny secesyjnej i nie napotkała na niej sanitariuszki Scarlett O’Hara (przypomina coś między stopą dotkniętą ostatnim stadium gangreny, balonem, który zaraz odleci i czerwoną dziecięcą piłką, a boli jak kurwa mać).

Carlos powiada – No cóż, nie chcę cię martwić ale to chyba PITU. A to bardzo niebezpieczne.

Czym, do jasnej cholery jest rzeczony przerażający PITU? Bo zdaje się, że to jednak on jest sprawcą moich bolączek. Gdzie nie pójdę (nie doszuram raczej) wszyscy rzucają się na mnie i krzyczą – masz PITU, masz PITU! Gdyby nie fakt, że nie czas na PITY mogłabym uznać , że każą mi wypełniać formularze, ale oni jednym głosem wołają – O , PITU, jakie PITU! I skąd tu PITU? Tracę cierpliwość. Nie wiem skąd i mam w nosie. Słyszę, że czeka mnie seria 15 zastrzyków, ale medycyna nie zna się na leczeniu z PITU więc nieśmiała sugestia jest taka, że MOŻE BY TAK WEZWAĆ EL PROFESOR-a?

El Profesor to Indianin Guajira mieszkający za rogiem, klasyczny curandero, wiedźmin, leczący słowem , a więc szeptun, znachor, szaman no i lekarz ciała i duszy. Ma całą masę ptaszków w klatkach i nie wiem, czy to nie z nich wytwarza swoje tajemnicze maści na wszystko. El Profesor przybywa zaopatrzony w słoiczki a w nich… Na boga żywego, nie wiem na pewno! Ale zgaduję, że załadował do nich mikstury z kupy nietoperza, śliny tarantuli i spermy aligotara – co najmniej! Codziennie po zmroku odbywamy sesję nad moją biedną nogą. Profesor się śmieje, że mam szczęście że mi spuchła jeno stopa aż po kostkę, po mogłam cała być obła aż po kolano albo i pachwinę ha! Szczęściara ze mnie, nie ma co! A ten PITU to kawał skurwysyna. Jak się okazało to taki niby motylek, niby komarek, jakieś latające gówno. Które wsysa się w ciebie jak śpisz i ładuje ci potomstwo w stopę. Bez twojej wiedzy, przyzwolenia, zaproszenia, po cichaczu i chyłkiem załatwia swoje ciemne sprawki ten obły stworzeń nieboski. No i tak mi się dostał kawior od PITU w stopie. Robal rzekomo z kawioru się nie wylęgł, bo zaczął by mnie zżerać i już by nie było dośmiechu, bo wtedy dochodzi gorączka zawroty głowy i ogólnie toksyczny gadzień jest. I wszyscy zdziwieni – PITU? Tutaj? Ale jak to?

Juz chciałam im wyłożyć, że przywiozłam sobie maskotkę z Czerniakowa, ale jednak nie. PITU mieszka w dżungli i widać z wiatrem i porą deszczową jakoś się mu tu przyfrunęło dziwnie, a przystanek zarządził w mojej stopie. Ale już został wyeksmitowany. Wahałam się czy zaufać Profesorowi, no bo jednak jakoś miałam wizję, że antybiotyk i zastrzyk się należą mi jak psu buda. Ale nie. Czary mary, smaru/smaru, pitu/pitu i robal zmarł, niech mu ziemia lekką nie będzie! Tym samym moja możliwa przemiana w motyla nie nastąpiła. W sumie chyba to i lepiej.

No i teraz wreszcie mogę napisać Państwu, że żyję, mam sie dobrze (wcześniej się nie miałam), szok kulturowy nie puszcza, woda leje się na łeb, szukam bezskutecznie pani do sprzątania i rozważam możliwe scenariusze na nadchodzący rok. Tymczasem przyjechali Argentinos ze szczeniakiem i Szakira urządza dzikie gonitwy po kuchni. Oddalam się ratować butelki z octem balsamicznym. To jedyny powiew Europy, o której jakoś się tu szybko zapomina. Ciekawe dlaczego… ?

Reklamy




O dyskretnym uroku kiszonek oraz o tym czego nie ma, a co jest

24 09 2013

Wyszłam na spacer a tu… ojoj, zaczęło wizgać złem! Czas się zbierać, smarować miotłę, Jago. Żegnam się zapamiętale, bo dotarło do mnie, że: komu w drogę, temu wrotki. I ten fin de semana już spędzę po drugiej stronie wielkiej wody. Noc upłynęła mi na żegnaniu się z Adminem u Admina, a że nie lubię pożegnań, toć rano wypiwszy kubas kawy zarządziłam wymarsz i poszłam sobie, ot jakby nigdy nic, udając że nie żegnamy się na rok albo i dłużej. A biały szalik został zawieszony na lampie. No cóż, niechaj służy i robi za nierażącooczny abażur. Z buta dzielnie ruszyłam do paszportowni, żeby odebrać czerwony kajecik. Niemiły pan coś fuczał markotnie, ale i tak mimo że pewnie wcale mu to nie było w głowie, to udało mu się mnie rozśmieszyć. Otóż popatrzył na mnie, na zdjęcie, znowu na mnie, a potem zapytał: -Na tym zdjęciu to pani?

Hm… Tja, ciekawe po co robić zdjęcia paszportowe, jeśli nijak nie można poznać, kto na nich jest. Z drugiej strony zdjęcia do dokumentów mają to do siebie, że wygląda się na nich jak legiapan z Legionowa albo pani której mąż odgryzł głowę i ma zamiast niej klamkę do zakrystii. Zabrałam paszport i wyszłam w środek jesieni. Na Kruczej jest dużo drzew i ładnie pachnie. A naprzeciwko paszportowni otworzono knajpę. Nazywa się jak? Ano Colombia! Zignowowałam tą złośliwą koincydencję i weszłam (też złośliwie) do baru Colorado. Bar mleczny – standard – 80% studentów, 19% emerytów i jeden procent mnie. Poleciałam po całości: szpinak, buraczki i kluski śląskie z sosem grzybowym. Uuuuuu! 10 zeta, normalnie jeszcze by starczyło na Czarną Perłę Remy Martin i cygaro Cohiba! Pan przede mną wziął grochówkę i ozorek. Coś tam zaczęliśmy sobie bajdurzyć w kolejce do okienka: Wydawanie potraw. Zdecydowaliśmy spożyć posiłek na jednym ceratowym obrusie, gawędząc.

-Wyrzucili mnie ze szpitala, bo już mi nie przysługuje. Przyszła do mnie moja pani doktor mnie powiadomić, a ja jej mówię: – A skąd ja mam mieć pewność pani Renatko, że mi pani dobrze gałkę wsadziła (operacja oczu była wcześniej)…  Pani wyjęłaś, ale czy dobrą oddałaś? Oto jest moje pytanie. A w ogóle to pani przyszła sama czy z koleżanką, bo widzę Was dwie takie same. – Oj, panie Jasiu – bo ona mnie Jasio nazywała, lekarka ta – ależ z pana żartowniś. – chichocze pan Jasio. A zupy nie je. – Panie Jasiu, pan zupę je, póki ciepła – mówię mu, jak w Dniu Świra. – A zjem, zjem, pośpiechu nie ma… No to sobie niespiesznie pogawędziliśmy o Warszawie z lat 30 i o tym, że pan Jasio był znanym sportowcem, takim co się ściga na motocyklach. – Ja już mam 86 lat i się zbierać będę niebawem już, tak więc uprzedzam, że jakbym tam w tej egzotyce paninej się pojawił to nie bać się mi, straszyć nie będę. Pani tylko powie jeszcze raz… jak się ta miejscowość nazywa? Święta Marta, a ładnie, to ja ze świętą Martą przylecę do tej Ameryki Środkowej, ale nie samolotem wcale chi chi, już się nawet tam widzę, w samym środku, chi chi…  – i chichocze pan Jasio, a oczy ma przezroczyste, jasne jak woda. Przyszedł czas się pożegnać, więc życzyliśmy sobie dużo dobrego no i nie zostaliśmy przyjaciółmi na fejsbuku, ani trochę, ot, poszłam sobie, a pan Jasio, znany rajdowiec motocyklowy zabrał się za ozorek.

Ja zaś pokrzepiona szpinakiem i dobrym humorem pana Jasia udałam się na szoping. Niestety smutno skonstatowałam, że JESTEM JEDNAK uzależniona. Fakt, że weszłam gdy ujrzałam, że jest na wystawie i MUSIAŁAM ją kupić… to jedno. Ale że musiałam kupić inne dwie? O książkach mówię. Jeśli wychodzi nowy Myśliwski to nie ma bata – biorę w ciemno. Ale „Zjadanie zwierząt” i Jaruzelską mogłam zostawić w księgarni. Ale nie zostawiłam. Bo „Zjadanie zwierząt” J.S Foera jakoś koreluje akurat z moimi przełomami dietetycznymi, a Jaruzelska… ładnie się ubiera i ładnie pisze. No i mam „Towarzyszkę panienkę” i będę nią sobie umilać podróż w zamorskie kraje. Idąc z Centralnego do Złotych Tarasów niestety przechodzi się obok Kuchni Świata. Mogłam nie wchodzić? Mogłam. Wyszłam obładowana jak wielbłąd – wielkie pudło Pasty Tom Ka do zupy dyniowej i wszystkich innych tajskopodobnych dyrdymałów, Tandoori Masala, czerwona pasta curry i Marinade for Indian Tandoori Tikka, pokrójcie mnie na plasterki, pojęcia nie wiem co za wynalazek! (ale się dowiem). Jeszcze jakieś Nasi Goreng Mix y Bami Goreng Mix (jak się zorientowałam do ryżu i kluchów przyprawy są to, pachną bezbłędnie i mają w ludzkim języku opis wykonania egzotycznego dania, więc to mamy z główki). Na koniec dorzuciłam  Fuszer Paprika Orlenemy CSIPOS Csemege i wcale nie za swojsko brzmiące csipos ją załadowałam, tylko miała takie bajeczne kolorowe opakowanie, że brawa wielkie dla designerów co się trudzili nad obrendowaniem marki. Brawa dla nich i siedem zł mniej u mnie w portmonetce. Udało się wyjść z kuchni świata i co widzę? Żywność ekologiczna jawi się mym (zmęczonym tymi kolorami etykietkowymi) oczom. Tu byłam dzielna (no, prawie). Nie rozglądając się na boki ruszyłam do półki z chlebem i nie wiem jak zatem (bo przecież nie rozglądałam się na boki CELOWO!) wpadł w moje ręce a zaraz potem do koszyka pasztet meksykański z fasoli. Nie miał wcale przecież ładnej etykietki. Uciekłam z Żywności ekologicznej w popłochu. Nic to jednak nie dało bo pędząc tak o mało nie wyrżnęłam czołem w szybę sklepu Kakadu. No a tam zaszalałam już nie na swój temat przynajmniej, więc trochę się czuję rozgrzeszona.  Szakira otrzyma: obrożę przeciw pchłom i innej żywiźnie żywiącej się psem, zabawkę do międlenia Play Time For You jak również ulubione wędzone kurze łapki i świńskie uszy ( z psa wegetarianina robiła nie będę, no już bez przesady). Obładowana niczym te wszystkie Mirandy i inne Samanty z „Seksu w wielkim mieście” pognałam na sam szczyt Złotych żeby wbić się w fotel w Multikinie. Wprawdzie najpierw wysypały się świńskie uszy i musiałam je zbierać czołgając się pod fotelami, a potem odpakowałam pasztet i wyżerałam go paluchem (no co, prawie jak pop corn, tylko zdrowiej!) a zapach fasoli unosił się w klimatyzowanym pomieszczeniu, ale nikomu to nie przeszkadzało. Byłam w kinie sama. W sumie nic dziwnego, bo film marny, powierzchowny i nudny. O „Dianie” mowa. Naomi Watss, którą lubię mało przekonująca w roli, scenariusz płytki i sztampowy. Ale tak dawno nie byłam w kinie, że co tam. Za ciosem kupiłam kolejny bilet i poszłam na „W imię” Szumowskiej. No cóż, ta pani zna akurat swój fach, lecz po „33 scenach z życia” spodziewałam się większych emocji i w ogóle. Ale żenady nie ma. W drodze do domu kupiłam wielki karton soku pomidorowego bo łoję go teraz non stop na przemian z tonikiem. (na moim kolumbijskim zadupiu nie ma ani jednego ani drugiego). Jestem więc zapotasowana (sok) i zachniniowana (tonik).

W ten oto sposób mili Państwo, żegnam się ze starą dobrą Europą. Zauważyłam że mało co w niej już jest. Nie ma nie tylko mojego optyka i Silver Screenu, baru Barraboo (gdzie mieli najlepszą pizzę peperroni i tiramisiu – mniam!). Nie ma także Empiku na Nowym Świecie, zamknęli Traffic, może jakiś zakaz kupowania książek został wydany w Górnej Centrali tylko my jeszcze o tym nie wiemy, a oni już tak? Różnych rzeczy nie ma albo jest ich coraz mniej… Liści na przykład jest mniej. Ale grzybów – więcej. Żal mi opuszczać Polskę teraz w tym czasie klęski urodzaju, kiedy ziemia daje plony i można zbierać maślaki i jeść śliwki i gruszki i je marynować sobie radośnie albo zjadać jak leci. Ja sobie będę kisić mango i lulo co najwyżej, ech. Ale jak się nie ma co się lubi, to się kisi co się ma. Udanych kiszonek życzę!

 





Ostrożnie! Uprawiam prywatę!

3 09 2013

Mam hałdy cieciorki. Zwariowany Katalończyk na wieść o tym, że przestałam jeść mięso przytargał z supermercado kilogramy strączkowych. Soczewicę i fasolę jak zutylizować na sryliard sposobów – wiem. Ale ciecierzycę? No… zeszła jedna sałatka (tu jest przepis Oli jakby kogoś korciło, ja dodałam więcej awokado, bo lubię http://arsenicmakeup.blogspot.com.es/2013/04/arsenic-w-kuchni-zielona-i-lekka-saatka.html) ale stan posiadania cieciorki nie uległ wyraźnej zmianie – nadal kilo z hakiem zalega kuchenne półki. Humusu nie zrobię bo nie mam tu blendera. No to co? Głowię się nad tym od wczoraj i przeszukuję strony wegetariańskie. Ale powiem tak – słabe są. Albo wydumane na maksa i egzotyczne aż do bólu zębów, albo tofu i spaghetti z cukinią w koło Macieju. W Katalonii wtranżalać non stop selera naciowego nie muszę – mają tu wszak jarską klęskę urodzaju: masa warzyw, pyszne sery, różne flany, katalońskie kremy, gazpacho, sporo dań z fasoli i jej podobnych, wpływ imigrantów też robi swoje – można dostać pyszne produkty rodem z Meksyku, guacamole i alioli jako sosy do czegobądź załatwiają sprawę kolacji. A jeśli mamy do czynienia z semiwegetarianinem czyli takim trochę oszukańcem jak ja, co wciąga na potęgę ryby i inne morskie potwory – no to tylko żyć nie umierać!

Ad hoc – cieciorka czeka na pomysł – (może ktoś pomoże?), a Iwonkapibara przechodzi mentalne metamorfozy. Przestała jeść mięso i zaczęła poważnie zastanawiać się nad tym jak dieta wpływa na poziom zdrowia… psychicznego. Na razie jest w trakcie badań terenowych, ale na pewno niebawem podzieli się wynikami. Póki co w głowie ma jeden wielki rollercoaster. Nie chcemy tu zapeszać ani chwalić słońca przed zachodem, ale mamy podejrzenie, że rok mimo pechowej trzynastki przynosi (jak dotąd) Iwoncepibarze dużo zmian na lepsze. Jedna łysa brodata zmiana domaga się dalszych zmian i popycha Iwonkę do… zmiany miejsca zamieszkania. Między innymi. Niemałej zmiany. Ruchów rygorystycznych i ZNOWU??? (eee) odważnych posunięć. Uffff. Dymi pod czaszką. Czy ja kiedyś pokocham „naszą małą stabilizację” i przestanę się miotać po świecie? Pytanie retoryczne, rzecz jasna.

No ale miało być o prywacie. Po pierwsze – co mam zrobić z tą cieciorką? Po drugie: od 1 października moje warszawskie mieszkanie będzie do wynajęcia (można się wprowadzać już 28 września). Dwa pokoje (36 metrów) z widną kuchnią plus balkon. Całkowicie umeblowane i po remoncie. Ładne i ciche na ul. Lazurowej. Jeśli ktoś ma życzenie obejrzeć, to po 19 września zapraszam – info i kontakt na priva.

Czekam. Cieciorka również.





Udomowiona

16 08 2013

IMG_4361[1]W Katalonii książe przybywa na błękitnym rumaku. U nas – zwyczajnie – na białym koniu. I na tym w zasadzie różnice między Polską a Katalonią się dla mnie kończą. Jasne – ośmiornice i langusty na obiad, chleb z wtartym weń pomidorem (fuj!) na kolacje i aioli (zamiast chrzanu) do kotletów jagnięcych (zamiast do schabowego). Cava zamiast kawy, choć tej ostatniej również nie brakuje. Wyższe pensje, ładniejsze domy, cieplejsze morze. Ale to przecież tylko rekwizyty. Wymienne dekoracje. Tu, jak u impresjonistów – życie zaklęte jest w świetle, w błękicie, w kropelkach nadmorskiej bryzy, niczym mocno rozrzedzone sfumato, unoszącej się nad Barcelonetą. Pachnie mariscos i churros, drzewkami pinii… zapachy są tu słodkie i nieoczywiste. Kiedy ostatni raz tu byłam? Chyba jeszcze w ubiegłym stuleciu. Sylwester w Barcelonie 1998/99… epoka dinozaurów.

Teraz jednak oglądam Katalonię inaczej. Od środka i przez pryzmat PRZYSZŁOŚCI. Teoria jest taka, że teraz (może nawet przez kilka następnych sezonów tej latynoskiej telenoweli) i tu będzie mój kolejny dom (ile już ich mam i mieć jeszcze będę?). Jak każda teoria – nie musi wcale znaleźć zastosowania w praktyce, zdziwiłabym się wręcz gdyby wreszcie znalazła). O teorii domu piękny esej napisał niejaki Baudrillard – tłumaczyłam nim sobie niegdyś moją cygańskość, pociąg do włóczęgi, spania pod gołym niebem, portowych spelun i łotrzykowskich znajomości. Gdybym była Leonardo diCaprio pewnie też wsiadłabym na Titanica (więc w sumie dobrze że nim nie jestem). Dom oznacza udomowienie, ono zaś generuje bezruch, stagnację, regres. Podróż –wręcz przeciwnie – oznacza drogę, podążanie, cel, poszukiwanie, rozwój. Przygodę? Odkąd styl koczowniczy zamieniliśmy na osiadły, odkąd założyliśmy miasta i rozkokosiliśmy się w naszych mieszczańskich wygodnych przytuliskach, odkąd to rozpoczął się czas postępu (tfu!) i budowania tzw. (szumnie zwanej) Cywilizacji – jak dla mnie i wielu badaczy historii ludzkości – zaczął powoli ginąć świat. Jest taki moment w organizmie kiedy komórki zaczynają się starzeć, wolne rodniki atakują z całą mocą i proces, nieodwracalny proces… Bach! Rozpoczyna się. Powolne umieranie. Tak właśnie stało się, kiedy przestaliśmy wędrować i walczyć o przetrwanie, zasiedzieliśmy się w naszych miastach, kapciach, zapomnieliśmy o Ruchu. A on wszak jest najważniejszy w przyrodzie.

(A ja… „ja muszę być w ruchu, słyszeć wiatru świst w uchu”).

Tylko teraz ten kataloński dom…tak nagle się pojawił ten – można by rzec – karkołomny Projekt… przecież  nie mój, narzucony mi przez księcia, który wydarł mnie ze szpon kolumbijskiego smoka i – wprawdzie nie na błękitnym rumaku o magicznym imieniu Atraxax tylko w stalowej, przykurzonej nieco francuskiej maszynie o popularnym imieniu Renoult wziął i przywiózł mnie do swojego królestwa.

Czy można pokochać jakiś kraj na siłę? Tylko dlatego, że Los czy nie wiem co tam rzuciło mnie akurat w tę, a nie inną szerokość geograficzną? Jeśli tym krajem jest Katalonia, a miastem Barcelona, to nie mam z tym problemu NAJMNIEJSZEGO.  Łagodny klimat, kuchnia pełna krewetek i innych morskich potworów, ciepłe morze i Pireneje. Ja nie mam więcej potrzeb, naprawdę nie. Ale wcale nie to jest najważniejsze. Najważniejsi zawsze są Ludzie.

Jestem w Pirenejach. Dekoracje? Wielki kamienny dom wynajęty przez bandę Katalończyków i ich dzieci. Kilka rozwojowych rodzin z całkiem sporym narybkiem. 8 dorosłych, dzieciaków jakieś dwa albo i trzy razy tyle (wnosząc po zamęcie jaki czynią). Ogromna jadalnia z kominkiem i  gigantycznym stołem zdolnym pomieścić całe to towarzystwo, pokoje na piętrze – bielone ściany, drewaniany sufit i okna przez które widać szczyty gór. Zasięgu brak. Nikt się nie dodzwoni. Ciszy też brak. Stado małolatów w wieku 3-10 lat robi za tło wokalne nieomal 24 godziny na dobę. Rozglądam się za czystą szklanką –  zanim zdążę pomyśleć już stoi przede mną. Obserwują mnie, zgadują moje ruchy, dokładają na talerze, nawet próbują po polsku powiedzieć „osioł”. Osioł to symbol Katalonii. Duży, wyrośnięty ponad miarę. Ryk osła i zapach krowich placków budzi mnie każdego ranka. Katalonia przywitała mnie serdecznie. I –wbrew temu, co mówią o zimnym tegorocznym lecie – ciepło. Dziś pierwszy burzowy dzień.  Leniwy nieco. Zapomniałam po co tu przyjechałam. Zgodnie ze znajomymi Katalończykami doszliśmy do wniosku, że misja moja jest oczywista. Mam poprowadzić lud na barykady. Tzn wzniecić powstanie ( a może wzbudzić a nie wzniecić?). Na razie, słuchając o wolnej Katalonii, o niewoli i hiszpańskiej okupacji, … słuchając tego wszystkiego – nie mogę się powstrzymać od polskiego prostackiego – choć wyrażonego amerykańskim sloganem : Just do it! Mam dość ciągłego narzekania na niewolę, utyskiwania na los. Chcecie być wolni? No to do roboty! Pacyfiści się znaleźli. Opowiadam o powstańczych tradycjach, a Carlas, który nadspodziewanie dobrze zna historię Polski dodaje, że zawsze byliśmy jak mrówka porywająca się na mamuta. Z zaskakującymi świat efektami. Tak nas widzą. I może dlatego Katalończycy nazywani są: polacos? Misję w każdym razie mi już przydzielono.

Zaczynam od jutra. Bo dziś leniwy dzień w domu. W domu – powiedziałam? Najwyraźniej proces rozpoczął się na dobre. Gnuśnieję, zadomawiam się. Zatrzymuję. Na pewno to coś oznacza, na szczęście nie wiem jeszcze – co.





Dzień doskonały

27 07 2013

Słońce zagląda przez dziurę w dachu. Mieszkam na strychu. Są tu dziury w dachy, prawie jak w Casablance, tyle, że te tutejsze dziury mają szybki i nazywają się lufcikami czy jakoś tak podobnie.  A więc zagląda słońce i liże i omiata i plama na łóżku się robi coraz bardziej żółta, pomarańczowa i ciepła.

– Ale ciepło… – mruczę przez sen.

-Ty nie wiesz, co to jest ciepło – mruczy Katalończyk.

Pierwszy niby taki dzień odkąd pojawiłam się na polskiej ziemi. Chyba ciepły jak się wydaje, choć te chmurki jak poduszki powietrzne pęcznieją nad głową, słońca nie widać, końca nie widać. To akurat dobrze. Bardzo trudno pójść tra la la la hop do przodu, ale wszak to właśnie robię. Idę. A więc – wstajemy. Późno już, ale wczorajsze party w cafe kulturalna (no bo jakaż inna być mogła ;-) ) nas dzisiaj wcisnęło w poduszki i tak trudno się z nich wygrzebać.

A jednak robimy to. Pytanie – zjeść knedle ze śliwkami podarowane przez tatę czy raczej po prostu capucchino? O! Borówki ze śmietaną też będą doskonałe! A knedle będą na deser. Teraz rytuał. Internet, pisanie, myślenie. Czas mija. Jednak jest gorąco.

A więc – prysznic. Jakieś zadania na dziś? Ach tak, miałam pójść do banku spłacić trochę długów, odebrać okulary (boję się , bo optyk powiedział, że mogę się zataczać i może być dziwnie, no cóż. Dziwnie będzie nie pierwszy raz). Ale to sobota. Banki nieczynne.  Optyk może być.

Marynuję tuńczyka. Oklepuję go, pieszczę, nacieram. Z porzeczkami. Czerwonymi. Na konferencji Vichy mi pokazali jak robić, pyszny jest tuńczyk z czerwonymi porzeczkami., miodem i sosem sojowym.

Czas mija. Na wieczór plan – ognisko nad rzeką. Kiełbaska? – pyta Katalończyk i oczy się mu błyszczą. Tak. Kiełbaska, ale też ziemniaki w popiele, a dla wegetarian cukinia albo inne papryki i jabłka. Ludzie, których znałam. Koleżanka z liceum, kolega poznany w Kolumbii, znajomi sprzed lat. Przez chwilę wejdę w świat plotek, opowieści, żartów, rozmów o wszystkim i o niczym. Wino pite z gwinta, Wisła, może porzucamy freesbee? Ktoś jest w ciąży, ktoś się rozstał, ktoś znalazł nową pracę, poza tym – nic się nie zmienia.

Opowiem jak jest na Karaibach, ile kosztuje działka koki i że lecę za kilka dni do Barcelony budować świat z Kimś od nowa. Poplotkujemy, poopowiadamy i pośmiejemy się. Mało? Ale ważne przecież.

Przyjdę do domu (nie mojego), zamknę oczy. Pod powieki wkradnie się obraz świata nie stąd. Świata, który już na mnie czeka, wypiera ten świat stąd, sprawia, że wszystko widzę przez mgłę.  Już gotuje mi niespodzianki. Jak one mogą istnieć obok siebie? Te światy. Przecież… To niemożliwe? Wtedy otoczą mnie ramiona, okryją jak płaszcz. I pewnie zasnę uspokojona, zapominając o tym, czego się boję.

Tak. To będzie perfect day.





Początek podróży

24 07 2013

Ile razy można uczyć się na błędach? Czy wróżki naprawdą widzą przyszłość? A czarownice? A demoniczni szamani z głębokiego lasu? Bo jeden taki zasuszony czarownik drugiego marca w sercu selvy powiedział mi po ceremonii : teraz już wszystko będzie dobrze. Następnego dnia próg Casablanki przekroczył pewien Katalończyk. Zwariowany Katalończyk, może nie tak jak Zwariowany Kapelusznik, ale równie loco. Zwariowanego Katalończyka (w skrócie Zetka) poznałam nad rzeką. Miał spojrzenie spaniela, wielkie zęby i czapkę Lenina (no, może nie Lenina, ale podobną w fasonie).  Kolejnego dnia, wracając od szamana, spotkałam go znowu. Tym razem na wiszącym moście, prawie takim, na jakim Indiana Jones stoczył finałowy bój z krwiożerczymi siepaczami czy innymi złymi ludźmi. Ja z labradorką na smyczy, on (tzn.Z.K, a nie Indiana Jones) w grupie, z wycieczką. Po drugiej stronie mostu czekał na mnie mój muł i gęsty las. Na Zwariowanego Katalończyka po drugiej stronie czekała drogę pod górę w upale (nietrudno się zorientować, że byliśmy po przeciwnych stronach mostu). Na pocieszenie dałam mu wizytówkę i powiedziałam, że jak wróci do Santa Marta to niech wpada na kawę albo na browar. Wpadł. I już nie wypadł. (Postronny Obserwator i uczestnik owych zdarzeń, niejaki Kris mawia: „Wpadł na piwo i wpadł jak śliwka w kompot”).

Z.K. niczym Obi Wan Kenobi albo inny Jedi okazał się wojownikiem Jasnej Strony Mocy. Przegonił smoki, wypędził orków, napluł prosto w samo Oko Saurona. Ugasił ogień pożogi, wypompował wodę z powodzi, uspokoił tornada i burze. Mimochodem i przy okazji uznał, że taka sympatyczna Iwonkapibara jak ja, ;-) to interes życia i jak złapał, to już nie puścił. Do Polski przyleciał trzy miesiące temu, trzy tygodnie po naszym spotkaniu na wiszącym moście.

Wiatry wciąż wieją nad naszymi głowami. Przetaczają się grzmoty i błyskaja pioruny. Zło nie śpi i czai się pod mokrym, omszałym głazem, pod łóżkiem, w wykrotach i jarach. Jak dotąd Świetlisty Miecz się nie stępił. Jak dotąd ZK nadal marznie i dygocze w północno wschodnim kraju gdzie lato tego roku nie zajrzało. Pocieszam go pierogami z jagodami i pierniczkami. Ale słońca nijak nie zastąpią.

Czy roztrzepana, acz niebywale rozgarnięta (!) Słowianka z zimnego kraju o temperamencie Iwonkipibary , charakterze Zbója Madeja, łatwości wywoływania awantur arabskich, niezrównoważona emocjonalnie – czytaj: typ depresyjno – maniakalny, który raz rzuca kotem o ścianę, a innym razem swe gołębie serce kroi na plasterki ostrym nożem z Ikei i podaje w porcelanowej miseczce… oraz Katalończyk o uporze osła ze Shreka i anarchistycznych zapędach do wzbudzania powstań, słabości do płatków na mleku, surowej ryby i jamon serrano oraz skłonności do stawiania na jedną kartą i nienawiści do temperatury niższej niż 25 stopni Celsjusza – czy oni mają szansę? Czy w ferworze zdarzeń zapomnieli, jak łatwo o pomyłkę, upadek, zwątpienie, pożegnanie, błąd? – ktoś mógłby zapytać przezornie.

Nie zapomnieli. Ja nie zapomniałam. Boję się tej podróży, bardziej niż tamtej, w którą wyruszałam trzy lata temu. Jest podobnie. Ląd nieznany, przyszłość niewiadoma. Zmieniło się tylko jedno. Czuję, że nie jestem już sama…





Nowy sezon Iwonkipibary! Odcinek pilotowy

11 07 2013
Rok milczenia. Więc chyba nie ma co liczyć na to, że ktoś jeszcze o mnie pamięta? A tu zachciało się remanentu, przyszła ochota powietrzyć stare kąty, które zarosły kurzem i pajęczyną. Rok był ciężki i Casablanca (tak dla zmyłki nazywa się mój hostal, który prowadzę w Kolumbii) jak okręt szła na dno ruchem jednostajnie przyspieszonym, nieodwałalnie i żałosnie. Prysnęło wiele marzeń a złudzenia poszły się… przejść za róg  (aby zrobić to samo co robią stojące tam panie). Z pomocą dzielnych gierojów – kumpla-reżysera, operatora i fotografa – Krisa, muzy tegoż – tancerki Mari, oraz pewnego Katalończyka, który pojawił się jak królik z kapelusza i wcale już nie jak królik – wziął i został, a także z wydajną choć okupioną sporymi nerwami pomocą mojego niezmordowanego Pana Ojca – jakoś nie osunęłam się w nicość. A wręcz przeciwnie. Przyleciałam ja sobie do Polski, wypasłam się ponad przewidzianą normę, najadłam malin, truskawek i jagód, przewartościowałam nadwątlone wartości, nabrałam (jasnej strony?) mocy i co? Na początek, jako ten rehabilitant – a więc nieśmiało i powoli – wracam do bloga. Kolumbia mnie zawiodła jak niewierny kochanek i o tym na pewno niebawem szerzej na blogu napiszę. Lecz to co najważniejsze: nie straciłam sił, żeby dalej pchać ten wózek. We wrześniu już dziś szumnie zapowiadam Wielki Powrót na Karaiby. Ten rok będzie ostatnim na wybrzeżu. Co dalej? Skąd będzie nadawać niebawem (bo wszak ponad pół roku to zaledwie NIEBAWEM!) Iwonkapibara? Na pewno nie z Polski i nie ze Starego Świata. Raczej będzie to nad morzem i raczej będzie tam ciepło (choć będą wiały spore wiatry). Chyba będą tam mówili po hiszpańsku i na 100% ma tam być rewelacyjna kuchnia! Czy Iwonkapibara będzie tam po pachy szczęśliwa, po uszy zakochana i po kokardy same opływać będzie w dobra wszelakie? Czy straci te kilogramy, które za  sprawą klusek śląskich, pierogów z jagodami i polskiego boczku przyrosły nadspodziewanie szybko? Czy na dźwięk vallenato przestanie reagować rzucaniem ciężkimi przedmiotami w źródło dźwięku? Czy wybaczy tym, którzy ją okradli i oszukali? (a poszli precz won swołocz jedna, nigdy w życiu i wara od gara!). Czy wyciągnie stosowne nauki ze swoich nader trudnych lekcyj i przestanie bujać w obłokach i hamakach? Tego się nie dowiemy dziś. Przed nami dalsza część telenoweli od września w sceneriach tropikalnych, a wcześniej? Będzie trochę chłodzenia stóp w zimnym jak lodowiec Bałtyku, sopockie molo, mecz Barcy (ciekawe dlaczego akurat Barcy i dlaczego akurat mecz!;-) w Gdańsku, pizza w Warszawie, a potem… chwilowy ale zdaje się, że nieunikniony odlot do kraju na północy, gdzie katedry buduje się setki lat, nosi śmieszne czapki i pija carajillo. Przed nami nowy (lepszy?) sezon. Iwonkapibara i Colombia Producion zapraszają :-)!