Sposób na blondynkę

3 06 2010

Jak zdobyć serce Słowianki? Z natury zimnokrwistej, znad morza północnego, która większą część roku biega w golfach, szalikach i grubych kufajkach a na powitanie podaje rękę, zamiast cmokać mokrego ślimaczka? Jak zanęcić dziewczynę z dalekiej Polski, która zamiast świecić gołymi udami, zawija się w jakieś różowe szmaty do samej ziemi? Jak przekonać ją, żeby zawołała; O mój wymarzony, o mój wytęskniony! Jak by tu ją miał podejść niedoświadczony młody góral? Myśl chłopaku, myśl!

Pod każdą szerokością geograficzną Sposób jest zawsze ten sam. Każdy głupi go zna.

Trzeba zabić smoka.

To proste. Jeden dorodny, zły smok powinien załatwić sprawę. Niepotrzebne ozdobniki, jakieś pomniejsze zwierzyny… Nie ma co tracić czasu na miazmaty, panowie. Trzeba wziąć i szybko i konkretnie zabić smoka.

I przyznaję, łatwe to nie jest, smoki masowo nie występują, choć sądzę, że w ciudad perdida łatwiej o nie niż na krakowskim rynku… Ogólnie jednak o smoka, przyznam- trudno. No a jak już się go znajdzie i rozpozna, trzeba dobyć miecza i… ciach! Poważnie, kawał roboty!

Może więc istnieją jakieś niewiasty, które zadowalają się substytutami – te serca łabędzie i paszczęki lwie, ale ja nie. Ja poleciałam po konkrecie i zażyczyłam sobie smoka. Sztuk jeden. I ponoć- będę go miała. Plus bonusy.

  • Obiecuję ci, że zabiję smoka. I wszystkich tych, którzy staną ci na drodze. I wszystkich tych, przez których kiedykolwiek płakałaś.

Piękna figura stylistyczna, chciałoby się powiedzieć… Romantyczna.

Z jedną poprawką. W Kolumbii każdy ma broń, a ludzie na ulicach giną codziennie z różnych powodów. Często personalnych.

Hm, kuszące. I smok, i te bonusy… No to ja pomyślę.

Reklamy




I twoją matkę też!

24 04 2010

Wcześniej czy później musi skończyć się przynudzanie o zabytkach, kokainie, lamach, kwiatkach, ptaszkach i innych podróżniczych pierdołach. Czytelnik przecież (jak mi powtarzano w każdej gazecie, w jakiej pracowałam) potrzebuje Potu, Krwi i Łez – ale to po drugie. A po pierwsze? SEKSU!

Ciśnienie krwi skoczyło? To zaczynamy. Zaczniemy od… miłości.

Nie ma co ukrywać dłużej że latynosi mają krew gorącą i wrzącą, a mit latinolovera tak sam z siebie to się nie wziął. Ale nie w tym rzecz. Oni (jak już kiedyś pisałam) umierają z miłości. Między innymi do mnie oczywiście ;-)

To już wiemy. Nie wiemy jednego: dlaczego trup męski na mój widok się ściele tak MŁODY?

Że 13 lat młodszy ode mnie Colombiano stracony jest dla świata, wkuwa polskie słówka i poluje w tropikach na puchową kurtkę, którą ma zamiar zabrać do Polski w sierpniu zamiast romansować ze swoimi Manuelami i Consuelami to jasne, przyjęte do wiadomości. No trudno, tak wyszło, pogodziłam się z tym uznając za wypadek przy pracy.

Ale wczoraj udałam się na tańce z Javierem młodszym ode mnie o lat… 15!

Javier to uroczy młody człowiek, posiadacz pięciu koni, w tychże zakochany, spokojny, w świecie nieco bywały (w Chile był i w Boliwii), uprzejmy, dobrze wychowany (no płakać mi się chce ze wzruszenia jak mi tak drzwi od taksówki otwiera, pyta czy nie zmarzłam, czy mi się podoba muzyka i czy aby dymu za dużo nie ma…). Javi pracuje z końmi, uczy jazdy konnej i jeździ z turystami na wycieczki w siodle. Jak pomykalismy na konikach, zaczął delikatnie:

  • Czy mój kolor włosów jest naturalny? (nie)
  • Czy kręcą mi się same z siebie czy ze szczotki (z siebie)
  • Czy mam męża (nie)
  • Jak to możliwe?! (możliwe)
  • Ile mam lat (…) (dla bardzo dociekliwych czytelników: Nie dwadzieścia niestety. 30 też już nie;-(. Ale JESZCZE nie 40, hopsa, hopsa!

Że co??????? Tu się Javier nogą przeżegnał, ale zaraz wypalił : nie wyglądasz na swój wiek. I w ogóle wiesz, taka jesteś ogromnie sympatyczna. (no jestem, fakt ;-)

Niegroźnie zabrzmiało, więc na kolejne pytanie quizowe, czy lubię tańczyć, odparłam zgodnie z prawdą, że szalenie.

No i wylądowalismy wczoraj w klubie Zoom. Kocham Amerykę Pd, za to m.in.że tu na tańce przychodzi się ŻEBY NAPRAWDĘ TAŃCZYĆ! Nikt nie kisi ogóra przy stoliku, stoliki puste z pełnymi drinkami (kto by tam miał czas je pić!), a wszyscy wylewają siódme poty na parkiecie. Merengue, salsa, najpopularniejsza tu cumbia, bambucos, reggeton i… uwaga! Ani grama vallneato!!! Hurra! A najlepszy z najlepszych jest tradycyjny taniec boliwijski. Który tańczy się też w Puno i w Cuzco oraz jak się okazuje… na imprezach. (zapomniałalm jak się ten taniec nazywa! Może Ruda wie?)

To tak jakby ktoś w polskim klubie zapodał swojską poleczkę albo oberka. Ach jakie to było piękne. Panowie skaczą naokoło pań jak koguty, czy bociany raczej, podskakując na jednej nodze a panie, hulaj dusza, coś tam nóżkami wydziwiają, ja też wydziwiałam, tak jak umiałam.Javier ujęty pod boki, czasem zamaszyste ruchy ręką nad głową wykonywał jakby machał do kogoś – no ubaw po same pachy!

Jak przeszło do salsy, było jeszcze fajniej, żadne tu Tańce z gwiadami i jazdy figurowe miejsca nie mają, ja jedyna na szpilkach – się wygłupiłam, a reszta po prostu przychodzi i biodrem kręci, ale jak kręci!!! Tu akurat trafiła kosa na kamień, bo kręcić w stylu dowolnym to ja potrafię też, HA! (a podobno na koniu mam „dobry dosiad”, proszę sobie te dwa fakty samemu złożyć do kupy). Javier dzielnie dotrzymywał mi towarzystwa i chyba przynosiło mu to wiele radości. Mi zresztą też. (Co nie jest bez znaczenia, młodzieniec JEST ODE MNIE WYŻSZY!!! A to tu niebywałe przy moim 1,62 i jeszcze na szpilce!).

A potem puścili Abbe i wtedy to już naprawdę zostałam Królową Nocy.

Kolejka się do mnie ustawiła panów, ale ja miałam całkiem poważną wymówkę: „Przepraszam ale jestem z mężczyzną”.

Haha. Z pacholęciem raczej. Ale myślę tak sobie, że znam kilku polskich panów, co by się od peruwiańskich pacholąt uczyć mogli kindersztuby. Aż zal ściska że nie dysponuję nastoletnią córka zaraz bym ją Javierowi wystawiła.

Reasumujac, Javier zerka i spogląda, czasem wzdycha i już się na dziś znowu zapowiedział (jutro na szczęście uciekam wreszcie do Kanionu Colca).

Tymczasem… z Rubenem była całkiem inna historia. Opowiadam:

Ruben na Kozetce (rzecz dzieje się kilka miesięcy temu, w Wenezueli w okolicy delty Orinoko)

Ciudad Boliwar. Zapyziałe nic. Uliczki przecinające się pod kątem prostym tworzą siatkę labiryntu. Jedyny punkt orientacyjny to rzeka. Mętna, szarobura, szeroka i leniwie przepływająca przez miasto. A raczej obok niego. Paseo del Orinoko, arkady i podcienie pamiętające czasy Bolivara… nic tu poza tym nie ma, no nic. Przepraszam, jest Uniwersytet, na którym studiuje Ruben.

Ruben ma 23 lata i uczy się „na geologa”. Pracuje w hostale, gdzie się zatrzymałam. Przysiada się do mnie popołudniową parną porą, kiedy próbuje znaleźć w przewodniku jak dojechać stąd do Valencii i wypala z grubej rury:

-Sądzisz, że jestem brzydki?

Skądże. Wenezuelska średnia krajowa. Żadne panie cuda na kiju, ale Quasimodo to on też nie jest.

-Dziewczynom się nie podobam- wyjaśnia Ruben i wzdycha ciężko. – Mówią, że jestem brzydki. One wszystkie tylko lecą na kasę. – rozkręca się chłopak. – A ja nie patrzę na ich piersi, an i na ich usta, ani na ich urodę. Potrzebuję zrozumienia…

No ładnie. Ruben lat 23 potrzebuje zrozumienia, a ja ledwo rozumiem jego wenezuelski sepleniący espaniol!

I niby co? Rubenowi najwyraźniej to nie przeszkadza. Dopytuje się czy dziewczyny w Polsce są też takie „interesowne”.

Niektóre… Opowiadam mu o filmie Galerianki. Temat Rubena wciąga coraz bardziej. Zaczynamy wspinać się na tematy nieco bardziej,… semantyczne.

  • A jak się nazywa amigo, z którym się uprawia seks?
  • Novio (narzeczony) – mówię.
  • Ale nie – drąży Ruben. – Taki amigo, z którym tylko seks uprawiasz.
  • Hm… Chyba… amigo. Ale… właściwie.. to czy ja wiem, czy w Polsce się uprawia seks z przyjaciółmi? No jeśli tak, to chyba sporadycznie. – Boyfriend.- decyduję.- Mi chico. Mój chłopak.Ruben chce wiedzieć jak najwięcej o życiu seksualnym dzikich (Polaków).
  • Taki no wiesz – na jedną noc.- uzupełnia pytanie.

A taki to Para Una Noche. (Chyba?)… Uff, jakoś się udało wybrnąć z opresji. Ale Ruben zaraz zaczyna od nowa:

-A jak kończą ze sobą, to co wtedy mówią?

-A to zależy… Staram się przypomnieć sobie, co mówiłam moim byłym jak kończyliśmy ze sobą… Mówi się: Adios- nie mam siły już na te gadki.

Ruben macha ręką: – Nie, nie, chodzi mi o to ze jak chica krzyczy A! A! A! JAK KOŃCZY! … to jak to się mówi w Polsce?

No dopiero wtedy zastrzygłam uszami i dotarło do mnie o co młody pyta.

– Jak kończy w Polsce dziewczyna, to wiesz co krzyczy? – Ruben aż się podniósł z krzesła… -Siiii…???

– Nie wiesz Ruben, no pomyśl…

Nie wiedział.

– Krzyczy: A! A! A!

Rozczarowało go to chyba.

Zabrałam swoje grabki i skierowałam do pokoju.

– Jakbyś chciała to moglibyśmy spędzić razem jedną noc- wypala na koniec Ruben, lat 23.

………………………

No i na koniec ja mam pytanie o co chodzi z tymi młodzieńcami na tym kontynencie? Czy oni by nie mogli działać w swoim targecie? Czy może ja już wyglądam na zdesperowaną starą raszple z tych co to około 60-tego roku życia, znudzone wyjeżdżają na seks-wakacje do Gambii, by pod palmą słuchać czułych słówek młodych Murzynków o hebanowych ciałach, podczas gdy ich równie znudzeni mężowie zabawiają się z jinteras na Kubie lub z małoletnimi dziewczynkami w Tajlandii a w wolnych chwilach czytają Huellebecka? Patrzę w lustro. Nie. Na taką raszplę nie wyglądam.

To może przeciwnie: wzbudzam uczucia opiekuńcze, jak dziewczynka z jedną podkolanówką opuszczoną do kostki i wielkimi kokardami. Taka mala, taka sama…. Nie. To też nie to. No way.

Hm… Mam pewne podejrzenie. Wszyscy oni są po prostu fanami kultowego filmu „I twoją matkę też”!!! I wcielaja w życie podobne scenariusze.

A tak całkiem na marginesie: makijaż naprawdę postarza. Ja paraduję od pół roku nieomal całkiem saute i proszę jakie mam efekty!:-))))))





Bim salabim

23 02 2010

Jednak pójdę do szamana. A nawet do dwóch. Znany indiański Uzdrowiciel Duszy zawita na początku marca do Santa Marta. To chyba taki tutejszy Kaszpirowski, muy famoso. To raz. A dwa to szaman z Sierra Nevada znany nielicznym, ale skuteczny ponoć.

Żyje sobie w górach i szamani. Do szamanów mam stosunek sceptyczny, to znaczy sądzę, że są Szamani i szamani – tumani, których wizje rodza się z nadmiaru procentów i jadu ropuchy we krwi. Ale to nic. Ponieważ są tuż obok, szkoda by było nie zweryfikować poglądów. Do szamana więc udam się niebawem, choć pytań o dalsze moje losy nie przewiduje. Rozpoczęłam też skrupulatne poszukiwania prawdziwej czarownicy. No bo jeśli wszyscy santamartczycy jak jeden mąż zgodnie twierdzą, że one tu są i to w dużej masie, to ja bardzo poproszę choć jedną malutką. Nie chodzi o to, że mam zaległe niezałatwione do końca sprawy z przeszłości. Kusiło już mnie raz, gdy babaloo na Kubie zadał mi pytanie, czy ma komuś w moim imieniu zrobić krzywdę. Wtedy naprawdę kusiło spróbować, ale ostatecznie powiedziałam: nie. Teraz też nie chodzi o wbijanie szpileczek. Przyszłości znać nie chce. Co to za przyjemność grać w filmie, którego zakończenie jest wiadome? Ani mi w głowie też miłosne czary-mary. Nie cierpię na deficyt miłości, wręcz przeciwnie;-) (choć zapobiegliwa Mama do paczki, która przyszła do mnie z Warszawy do Kolumbii wsadziła co? A jakże! Lubczyk. Bo to nigdy nic nie wiadomo co i kiedy się trafi… ;-) Lubczyku nie zażywam ani, póki co, nikogo nim nie częstuje. Miłość na Karaibach to poważna sprawa i nie można igrać z ogniem. Tu z miłości ludzie robią różne rzeczy. Czasem głupie. Na przykład zabijają się nawzajem. Albo wstępują do paramilitares. Albo kochają się do upadłego bez najmniejszej świadomości istnienia antykoncepcji.

Siedzę na tarasie z Dilsą (Ender poszedł w góry i rolę mojego bodyguarda przejęła jego siostra).

Jak się okazuje, ojciec Dilsy dawno temu został zabity na ulicy w Santa Marta.

  • Był za to odpowiedzialny narzeczony Gledys – mówi cicho Dilsa. (Gledys to najmłodsza 16-letnia siostra Endera i Dilsy)
  • Ten, którego poznałam?
  • Nie, inny. Którego miała 4 lata temu.
  • !!!! narzeczony… hm… dwunastolatki?!
  • Tak. Z tym, że on miał 54 lata.
  • Przecież na to jest paragraf!
  • Ja byłam przeciwna. Matka bardzo płakała, bo dochodziło wspomnienie o śmierci mojego ojca. W dodatku Gledys 3 razy zaszła w ciążę. I trzy razy usunęła.
  • ….!!!!!!!
  • Naprawdę nic nie mogliśmy zrobić. Gledys była z nim z własnej woli. A on miał powiązania… Był niebezpieczny. Nic nie mogliśmy zrobić.

Tak więc z ta miłością na wybrzeżu uważać trzeba. Połowa piosenek opowiada o „celos” – zazdrości…Nie, tu to nie jest zwykła zazdrość, tutejsza zaprawiona jest furią, chęcią mordu błyskawicami w oczach. Wyobraźnię swoją droga w Macondo oni mają wielką.

Gledys nocuje ze mną od wczoraj. Rano budzi mnie jej płacz.

-Co się stało?

-Rigoberto dzwonił do mnie w nocy. Jego przyjaciel zadzwonił do niego i mu powiedział, że jestem z innym chłopakiem.

-O której dzwonił?

-O drugiej.

-Pewnie ten amigo od siedmiu boleści cię widział jak wchodzisz do mnie i pomyślał, że może idziesz do chico. Zadzwoń do tego swojego Rigoberto ja mu powiem co i jak.

-Ale on nie chce gadać. Wyłączył telefon. No i Gledys ma dzień z głowy. Ryczy w pokoju a zazdrosny Rigoberto produkuje w swojej szalonej głowie obrazy, od których skręca go z zazdrości.

No ludzie! A ja nie mam lepiej.

Kto się jeszcze nie domyślił, że dwukrotnie (jak na razie) z zimną polską krwią odrzuciłam awanse (czytaj; regularne OŚWIADCZYNY) Endera, ten chyba mało domyślny jest. Tak czy owak w SM mam swój cień.

Z tym, że ten cień mój czasem obraża się okropnie. Na przykład jak tańczę z Julio. Julio tańczy bosko salsę a Ender jest z tych, co zanim ruszy na parkiet to dużo wody musi w Wiśle, tfu! Amazonce upłynąć. Więc tańczę z Julio. Ender zwija się wtedy w kolczasty kłębek i nie odzywa do mnie przez kolejne 24 godziny. Kiedy spotkałam Polaka Johna-Janusza i umówiłam się z nim popołudniu, Ender wytrzeszczył oczy a potem spokojnie powiedział: „Nigdzie sama nie pójdziesz. Nie wiadomo kto to”. Zanim wyjechał w góry, poszedł do swojej siostry i wystosował polecenie: Pilnuj jej. Itd. Bywa to, przyznaję męczące, ale… ale tak tu po prostu jest.

Chicos są celoso i chicas tambien. Przecież powietrze gęste jest od feronomów, wszyscy paradują półnago, większość tutejszych tańców to coś w rodzaju imitacji kopulacji, dziewczyny aż ociekają seksapilem, poprawione biusty trzepoczą im na wietrze, chłopaki mają spojrzenia wygłodnianych psów. Zdrada w tych warunkach to bułka z masłem.

Narzeczona Endera, matka jego córki, odeszła do innego. Wcześniej, jeszcze kiedy była z Enderem prowadzała się z innym gościem.

Kiedy pytam Dilsę, czy oni by nie mogli wrócić do siebie, Dilsa mówi:

-Nie. To dawno skończona historia. Zresztą wiesz, nawet jakby chcieli, to Ender nie może z nią być. Straciłby twarz, nie byłby mężczyzną. Nie. To niemożliwe. Nie w Kolumbii.

Miłość na wybrzeżu to ciężki kawałek chleba. Zakochują się na zabój.

A że mają tendencje do dramatycznych zachowań, do teatralnych gestów, słyszałam już np. wypowiadane grobowym głosem: „Chcę umrzeć. Rzucę się z 6.piętra” (mieszkam aktualnie na 6.piętrze). Szantaż emocjonalny na wieść o tym, że wyjeżdżam niebawem. Albo: On umrze z tęsknoty jak wyjedziesz. – od Dilsy.

Umierają z miłości, z tęsknoty i ze smutku wszyscy w piosenkach i telenowelach (teraz leci Gabriela).

Ender i jego przyjaciel Willi twierdzą, że dla nich liczy się tylko Prawdziwa Miłość Totalna. Że na ulicy jest wiele kobiet, bardzo pięknych kobiet, ale to chwilowa przyjemność. A potem, po zdradzie nic nie zostaje. Bo Twoja mujer odchodzi od ciebie.

Kiedy opowiadam im o tradycji pierścionka zaręczynowego, dziwią się. To taki symbol, tak jak obrączka ślubna, że jesteś związany z kimś. Komunikat dla świata.- mówię.

-Nie potrzebujemy tego. – twierdzi Willie. -Kiedy jakaś kobieta mnie podrywa mówię jej że jest bardzo ładna, ale mam narzeczoną. To się nazywa respecto. Szacunek.

-Wiesz, kiedy masz romans, krótką przygodę, to łatwo jest zapomnieć. Możesz mieć kolejną kobietę, no problemo. Ale kiedy spotykasz tę jedną i wiesz, że to ona, po prostu nie da się zapomnieć. – dodaje Ender – kolumbijski Werter. – Od razu wiesz, że to jest twoja żona i matka twoich dzieci i że chcesz mieć z nią rodzinę i być z nią para siempre.

Wow, ciężki kaliber! Za ciężki jak dla mnie.

-Ale ciężko znaleźć taką kobietę. – wzdycha Willie. – Kolumbijki są bardzo interesowne. Nigdy nie wiesz, czy są z tobą dla ciebie, czy dla twoich pieniędzy. (nie, żeby Willie znowu miał ich tak dużo).

  • A dla Europejek jesteśmy gorsi. Colombiano, latynosi… no i za biedni – dodaje Ender.

Oj, trzeba uciekać! Zbaczamy w tematu.

  • Tak, w Europie rzeczywiście pieniądz rządzi. Kasa, misiu, kasa! Ale swoją droga, bez pieniędzy żyć się nie da.
  • No nie…- smutno wszyscy kiwamy głowami. Zapada milczenie.
  • Tylko wiesz co? – pyta Ender.
  • Co?
  • No se puede vivir sin amar.

Wróciło to zdanie jak bumerang. 10 lat temu przeczytałam je u Lowre’go w „Pod wulkanem”. I zmieniło moje życie na kolejnych lat 8. Było jak zaklęcie. Bim salabim. I teraz znowu słyszę:

No se puede vivir sin amar. Nie da się żyć bez miłości. W Kolumbi na pewno nie.





Rozmawiamy 2

31 01 2010

Na ulicy usłyszałam język polski! Spotkaliśmy Polaków z Kanady. Dwie sympatyczne parki. Mieliśmy tylko kurtuazyjnie wejść na pół godziny do kawiarni, żeby pogawędzić, a zabawiliśmy… 5 godzin. Następnego dnia rozmawiamy o kanadyjskich rodakach.

-To były pary? – pyta zdumiony Ender.

– No tak, mówiłam ci.

– Ej, chyba ich źle zrozumiałaś.

– Jak źle? Przecież po polsku mówili!

– Nie wierzę, że to były pary

– A dlaczego niby nie?

– Jak można siedzieć kolo narzeczonej 5 godzin i ani razu nawet jej nie pocałować? Przecież oni się nawet nie dotykali!

Hm… ci południowcy!

Próbuję tańczyć salsę. Ciągle jednak zamiatam nogami nie tak jak trzeba.

– Może byś mi pokazał kroki, to będzie łatwiej?

Pokazuje tak szybko że nic nie chwytam… i mówi:

-No tak musisz szybko tupać, jakbyś chciała rozdeptać bardzo szybkiego karalucha.

Piszę maila do Taty. Ender zagląda mi przez ramię.

-O. Piszesz do taty?

-Mhm

-A Twój tata mnie kocha?

-Że co proszę? – chyba nie zrozumiałam tym razem w espaniol.

-Czy twój tata mnie kocha?

– Eeeee, no wiesz … eee, nie zna cię.

– To napisz że ja go kocham. Ciebie kocha cala moja rodzina. Wiesz, to jest bardzo ważne, żeby ludzie się kochali.

No taaak…