Po co mi ten blog

16 10 2009

Nigdy tak do końca nie odczuwałam potrzeby posiadania bloga. W ogóle mało jestem nowoczesna, dobra, powiem wprost: technicznym to ja jestem imbecylem, i gdyby nie Przemek to by bloga nie bylo! Szalenie i wcale nieprogramowo nienowoczesna jestem. Pani w banku zapytała mnie niedawno, dlaczego nie mam żadnego kredytu, nigdy nie miałam karty kredytowej, nigdy nie zaciągnęłam pożyczki, nawet żyrantem niczyim nie byłam. Przetarła oczy. A gdy doszło do pytania o konto w necie i też musiałam ją rozczarować, nagle zatrzepotała rzęsami, jakby ją olśniło. Spojrzała na mnie podejrzliwie i wypaliła: Pani jest dziwna. Ale sprawdzimy to.

No niestety, musiała się biedaczka rozczarować. – Ale dlaczego- pytała mnie później, patrząc mi w oczy i próbując ZROZUMIEĆ. – Bo lubię kontakt z żywym człowiekiem – uśmiechnęłam się do niej. Aż się wtedy sama sobą wzruszyłam. Gdyby nie to biurko oddzielające mnie od niej, chyba bym złapała ją za rękę i przycisnęła do serca w prostym, a rzadkim odruchu sympatii do człowieka.

A wracając do bloga. Ciężko mi odkrywać przed obcymi ludźmi swoje karty. Mistyfikować, grać, udawać. No ale tym razem zmieniłam zdanie. Powody są dwa i oba banalne. W Ameryce Południowej słońce zachodzi wcześnie, a ja nie zamierzam się plątać po zmierzchu sama po nieznanej okolicy. (Aż taka to ja odważna nie jestem). Książek do czytania mogę wziąć tyle, ile udźwignę, a pech chce, że czytam szybko, ekspresowo wręcz. To co robić wieczorami w obcych hotelowych pokojach oświetlonych jedną żarówką? Pisać bloga oczywiście! Poza tym moi Rodzice rwą włosy z głowy, że jadę sama. (Tak jakby obecność kogokolwiek z Polski coś mogła zmienić, gdybym zachorowała na malarię, napadli by nas terrucos albo źli ludzie, lub ukąsiłby mnie jadowity wąż). No ale obiecałam, że będę się odzywać. Na blogu właśnie.
Czytam takie netowe pamiętniki na stronach podróżniczych i już wiem – nie ucieknę od banału. Te same schematy, zdjęcia robione dokładnie z tych samych miejsc, inne tylko aparaty, inne pory roku, inne kolory. Reszta powtarzalna do bólu. I co z tego? Chcemy dzielić się swoimi odkryciami, choćby były nieświeże i zleżałe jak wjuny na ciemnym strychu białoruskiej chałupy na Polesiu. (Wjuny przyniesiono jako zakąskę do samogonu, był to miejscowy przysmak i rzekomo były to suszone rybki z pobliskich bagien. To NIE BYŁY rybki. Z bagien – może tak, ale na pewno NIE SUSZONE!

Kiedy babuszka zeszła ze strychu dzierżąc dumnie pakunek ze starej gazety już poczułam (dosłownie, bo nosem), że nie będzie dobrze. Było gorzej. Zaśmierdłe glistki cuchnęły odrażająco. W chałupie wybudowanej na „bołotach” wilgoć trzymała na maksa. Ciemny strych też raczej nie sprzyjał suszeniu. Wjuny śmierdziały jak 150.
Musiałam zjeść jedną. Popitka? Kubek samogonu albo mleko prosto od krowy. Można się domyśleć jaki był finał… ). A wracając do wspomnień z podróży… co z tego, że wcześniej czy później „lądujemy” w tych samych turystycznych mekkach i medynach? To nasze prywatne odkrycia, nasze mniej lub bardziej udane zdjęcia i nasz ekshibicjonizm, nasza duma. Po to chyba pisze się blogi z podróży. No i banalnie, jak już wspomniałam – żeby rodzina wiedziała „co słychać”.

Ja to miejsce w cyberprzestrzeni traktować będę jak notatnik, brudnopis. Zapis zdarzeń, marzeń i wrażeń. A tych, którzy ich ciekawi – zapraszam.

Reklamy