Quo Vadis?

31 10 2009

Caracas opuściłam bez żalu. Nie polubiłam tego miasta. Powiadają, że jest jak narkotyk. Jest złe, bardzo złe, ale szybko uzależnia. Nie miałam się okazji o tym przekonać. 24 godziny, które w nim spędziłam minęły na odsypianiu, walczeniu z Jet Lagiem, asymilowaniu się z Farellem – uspokójcie się dziewczyny, On ma żonę, półkrwi Indiankę, ta Curuś to tylko przykrywka!- oraz wymienianiu pieniędzy i oglądaniu z miejscowymi baseballu – to takie to, co pałką machają, a potem biegają do bazy – tyle rozumiem.

Polscy i włoscy kibice mogliby się uczyć od wenezuelskich wariatów. W knajpie o wdzięcznej nazwie Naturista, dokąd zaprowadził mnie Farell tłumy w miarę rozwoju sytuacji i ilości spożytego rumu wrzeszczały tak, że trudno było usłyszeć własne myśli. Spożywałam więc kolację w rytmie gwizdów, okrzyków i oklasków. Zdarzyło mi się kilkakrotnie w życiu lądować podczas Mistrzostw Świata w Portugalii i Hiszpani, gdzie jak wiadomo kibice krzyczeć potrafią. Ale w porównaniu z dopingiem lokalnych wenezuelskich drużyn, to się może cała ekipa skandująca For-ca Bar-ca!!! pod stół schować. Jednak to wszystko nic. Przeciągłe wycie, dzikie gwizdy i prawdziwa kakafonia wrzasków wybuchła, gdy nagle w przerwie meczu pojawił się Ojciec Rewolucji. Po co? Dlaczego w trakcie meczu? Tego nie wie nikt. Wyjaśniono mi, że jak mu się zachce kupę, to musi o tym NATYCHMIAST narodowi opowiedzieć.

Przerażeni widmem linczu kelnerzy nerwowo przełączali wszystkie programy, ale bez skutku. Hugo był wszędzie. Wrzask się wzmagał, a ja udając, że nic się nie stało dojadałam swojego pierwszego pabellona. To taka … Bandera do zjedzenia. Pabellon jest w kilku kolorach, stąd skojarzenie z flagą. Biały ryż, czarna fasola, żółte smażone banany i czerwonawa siekana wołowina z pomidorami – to pabellon kreolski. Może być jeszcze marynarski, wtedy zamiast wołowiny mamy rybę.

Gdy Chavez zniknął, pogalopowaliśmy z Farellem do metra. O godzinie 22 cały ruch uliczny staje, zamyka się budki uliczne i knajpki, na „trzy cztery”zamiera życie… Boją się. To nie jest bezpieczne miasto. Na tyle niebezpieczne, że Farell nie pozwolił mi iść ze sobą „w pewne miejsce” bo jak to śpiewał Janerka: TA ZABAWA NIE JEST DLA DZIEWCZYNEK, IDŹ DO DOMU, BO TU MOGĄ BIĆ. IDŹ DO DOMU ZANIM ZACZNĄ STRZELAĆ….
„A poza tym oni tam widzów nie lubią”. Wziął moją kasę (nie mało) i… zniknął za zakrętem. I wtedy jakiś cichy głosik zakwilił gdzieś we mnie: A jak nie wróci? ….

Wrócił po pół godzinie. Kasa wymieniona była w pralni Pieniędzy rzecz jasna. Gdzie panowie paradują bez mundurów za to z giwerami u pasa. Czarny rynek cinkciarski, trzeba wiedzieć co i jak. Za to-najlepszy kurs w mieście. I proszę, mam:
gadające pancerniki
Caracas pożegnało mnie deszczem. Ponoć i tak wyjątkowo łagodna pora deszczowa w tym roku, znaczy się mało pada. A nawet jak pada, to przez godzinę, dwie, potem wygląda słońce zza chmur. No i upalnie, deszczowo, burzowo, wilgotno… decyzja podjęta. Jadę do Choroni, na wybrzeżu karaibskim. Wiocha mała, typowy kurorcik dla mieszkańców stolicy.
wenezuela-040
wenezuela-042
Przeprawić się jednak tam trzeba przez Parque de Henri Pitter. Brzmi niegroźnie, prawda? ALE TYLKO TAK BRZMI!

Już sam początek, czyli zakup biletów to lekki hardcorek. W ramach obietnic, że Caracas stanie się Ósmym Cudem Świata, pan Chavez postawił metalową ohydną budkę (nie mam fotek, bałam się wyjąć aparat). Dopóki szczurek obwąchiwał tylko mój plecak starałam się być Zen czy tam inna Kundalini. Ale jak postanowił urządzić sobie w nim domek, zaprotestowałam. Szczurek był nieduży, duży (delikatnie rzecz ujmując) był tłok.I syf. Kiedy wreszcie Colin Farell wyściskał mnie, zaopatrzył w napoje orzeźwiające i zapakował do wesołego autobusu, odetchnęłam z ulgą.
Bywała w świecie ;-) za absolutną normę uznałam 12-letniego chłopca, który zasnął na moim ramieniu a także fakt, że mój plecak (a mówili mi: Nie trać go z oczu!) wylądował na kolanach pięciu wąsatych macho groźnie błyskających białkami (a co, jak nie będą mi go chcieli oddać?!) jak również moich współtowarzyszy podróży popiskujących intensywnie. O tu są oni:
Pić im się chciało...

Wszystko to pestka. Reageeton puszczony na full. (Full latynoski, nie polski, to są naprawdę dwa różne fulle!). Ruszamy. Fajnie. Moszczę się wygodnie, ponoć droga malownicza i przez góry. Coś wąsko tylko tak jakby. A co te hamulce tak piszczą? No wóz młody nie jest – amerykański, z lat 60, hm… Coś szybko jedzie. Pędzi raczej. Z góry. I trąbi jaki szalony. Bo na drodze mieści się tylko jeden zasadniczo wóz, no jak się uprzeć to półtora! A on pędzi. Im wyżej jesteśmy tym ostrzej bierze zakręty. Ten reageton tak go nakręca, facet ma szaleństwo w oczach, mamusiu! Sporty ekstremalne, grube pieniądze wydawane na jakieś fiu bździu typu bandżi czy inne spadochrony! Co za snobizm. Bilet z Caracas do Choroni kosztuje 16 złotych. A adrenalinka skacze, oj skacze! Naprawdę się bałam. A potem lunął deszcz, zrobiło się ciemno, chłopiec się do mnie przytulił, kurczaki rozbiegły po autobusie, a na mnie spłynął błogi spokój. Jestem w Wenezueli. Co ma być to będzie.

I było. Zapoznani w autobusie studenci z Caracas, niejaki Carlos i Augosto zaprowadzili mnjie prosto pod mój hostal Coloniali. Po drodze minęliśmy budkę z dachem z palmowych liści rozświetloną pochodniami. O jak romantycznie-się zdziwiłam. Nie tyle romantycznie, jak się chwilę potem okazało, co… praktycznie. Zrzuciłam plecak i zmordowana upałem, drogą i reagetonem wskoczyłam pod prysznic. Namydliłam, co trzeba i… nie. Ja tego nie wymyślam. Przysięgam. Właśnie wtedy zgasło światło. WSZĘDZIE. Latarka jak przystało na wytrawnego globtrotera na samym dnie plecaka, zapalniczka się zawieruszyła… Ja naga – w pianie znaczy się, więc do recepcji też raczej nie wyskoczę… Pohasałam tak na oślep, wreszcie jakoś udało się opanować sytuację. Zblazowany recepcjonista na moją prośbę o świeczkę wybałuszył oczy. – W całym mieście zgasło? Spytałam. – Mhm.
Ok. Nie chce gadać, niech spada. Godzina młoda jednak, nie do spania. Wyjrzałam na ulicę. Z ciemności wynurzały się postacie i sunęły w ciszy… A dokąd? A do światła. Do pochodni. Ma facet łeb!-pomyślałam o właścicielu restorana i ruszyłam tamże.
Krewetki w sosie czosnkowym wyborne tam mają!
Właściciel wytłumaczył mi, że jest takie zarządzenie, że codziennie w całym państwie się wyłącza prąd na godzinę lub dwie z powodu problemów z energią. Co dziwi, bo dziś widziałam, że przez cały dzień świciły latarnie. Coś jakby… bałagan?

Kiedy wróciłam do hostalu ze szczerym zamiarem pisania bloga ;-))) odkryłam, że mam sąsiada, pewnego rozmownego inżyniera, który podobnie jak ja podróżuje samotnie. No to trzeba pogadać. Kiedy jednak okazało się, że inżyniero pochodzi z Meksyku, ja zaś w Meksyku spędziłam 3,5 miesiąca, pisząc pracę na studiach… rozmowa się nam przeciągnęła cokolwiek. Do dwóch godzin. Iżyniero okazał się mieć duszę romantyka, bo zamierzał wstać na wschód słońca, ale ja spasowałam.
Jet Lag mnie trzyma jeszcze kurczowo i od 3 do 6 nad ranem robię milion różnych rzeczy, tylko nie śpię.
Wymieniliśmy się mailami, zostałam zaproszona do Veracruz, a Oscar Antonio Garcia Morales do Warszawy no i tak nasze przecięte na chwilę drogi dalej pobiegły w przeciwnych kierunkach… Tego się trzeba nauczyć. Krótkich spotkań, szybkich pożegnań. I odpowiadać na pytania skąd jestem i dokąd jadę. Quo vadis? Niezmiennie do Buenos Aires… Ale najpierw w poniedziałek, w górę rzeki, do selvy, do indian..

Reklamy




Przygoda z potrzebami

23 10 2009

Byłam dziś u Janka. Janek jest stara wyga fotograficzna, miał mi – laikowi pokazać gdzie wcisnąć, a gdzie przycisnąć i skrócony kurs zrobić jak i co i po co, no wiecie, z tym aparatem. I nawet zaczęliśmy sobie już na ten temat miło i mas o menos fachowo gawędzić, aż tu córka Janka – siedmioletnia Kalinka nagle oznajmiła mi z lekką pretensją, ciągnąc mnie znacząco za rękaw, że nie zaznajomiłam się z jej potrzebami.

No to niedopuszczalne, człowiek może wyjeżdżać na koniec świata, ale kiedy małe dziecko potrzebuje komuś dużemu opowiedzieć o swoich potrzebach – to nie ma przebacz.

– Jasne, opowiedz mi o swoich potrzebach- rzuciłam, patrząc spod oka na kalinkowego Tatusia…

Na stół wjechało pudełko. Pudło raczej. Kalinka zaczęła wyjmować z niego bardzo dużo bardzo małych zwierzątek z bardzo dużymi głowami i jeszcze większymi ślepiami. To jest Czesia, a tu Niusia, to ich brat- Edek. To Snike, a to Lola.

Zakumałam. To taka zabawa!  – Kalinko, a więc nie z TWOIMI potrzebami, tylko z ICH potrzebami mam się zaznajomić? – zapytałam jeszcze niepewnie? Skucha.

– Masz się zaznajomić z MOIMI potrzebami – wycedziła Kalinka zadziwiona durnowatością pytania.

No to pokornie słuchałam. Chiki, Miki i Friki, kotek Leila, a reszty… zapomniałam.

– A Ty nie masz żadnych Pet Shopów? – zdziwiona zapytała na koniec.
Snajk
Pet shopów?! – szybko sie zresetowałam, przebudziłam, zrobiłam przegląd ewentualnych rzeczonych… No nie mam raczej. Ale zaznajomiłam się z jakąś setką u Janka. Z pet shopami, powtórzę fonetycznie: petszopami!!!!

Konkluzja? Warto zaznajamiać się z potrzebami innych ludzi. Można odkryć światy nieodkryte! Np. taki świat wielkogłowych petszopów;-)

A teraz może ktoś wreszcie zechce zaznajomić się z MOIMI????????

Jak każdy mam potrzeby podstawowe, fizjologiczne oraz wyższego rzędu.

Aktualnie wyższy rząd został zredukowany do zera, fizjologia, jeśli np. wliczyć w nią sen i inne cielesne uciechy też kuleje i plasuje się w okolicach żenującego minimum, ale za to podstawowe potrzeby wciąż JEDNAK MAM! A na ich czele nieustannie znajduje sie co? Hotel w Caracas! W Caracas bowiem – jak pisze do mnie Pan T. jak  -wiadomo Znawca Am.Pd. – przypadkowe mózgi rozpryskują się na koszulach przypadkowych pasażerów metra  …

Cytuje maila z CCS:

„Z noclegiem w Caracas jest generalnie zle. Bardzo zle. Podstawowy problem to marna infrastruktura. Hoteli jest malo, a te ktore sa, sa najczesciej zniszczone, zapuszczone, zarobaczone.Ale i tak pelne. Bo jest ich malo. Albo wynajmuja pokoje na godziny. Bo to sie bardziej oplaca. O miejsce noclegowe w wenezuelskiej stolicy trudno, zwlaszcza w ciagu tygodnia i w niewakacyjnym okresie. Wynika to w duzej mierze z tego, ze jednym efektow kolektywizacji, nacjonalizacji i innych socjalistycznych reform jest totalny upadek rolnictwa i przemyslu na prowincji. Wenezuelczycy emigruja wiec za chlebem do stolicy. Bo tu latwiej o prace, fuche, cokolwiek. Wiekszosci przyjezdnych nie stac jednak na wynajecie lokum (bo kryzys mieszkaniowy jest wiekszy niz jakikolwiek inny w tym kraju). Wiec do wyboru maja albo wlasnie hotele i hoteliki, albo rozrastajace sie z kazdym dniem slumsy.Wielu pracuje od poniedzialku do piatku, a na weekend wraca do rodziny. Dlatego najtrudniej jest wlasnie w srodku tygodnia. (…)”

Itd, itp.

Zaczęłam ostatnie odliczanie, potrzeb mam coraz mniej. Pet shopa-ani jednego. I wciąż nie wiem gdzie zatrzymam się w CCS. Ale co tam. Jeszcze tak nie było, żeby JAKOŚ NIE BYŁO! ;-))))))





Pętla czasu i Boskie Caracas

21 10 2009

Już dawno odkryłam, że czas przyspiesza i zwalnia. Nie, nie. Nie chodzi mi o żadną senną Czarodziejską Górę ani inne oniryczne sanatoria Schulza. Chodzi mi o to, że aktualnie to dni się mi rozpędziły jak bolid Kubicy (nie wiem w zasadzie czy ten Kubica to rzeczywiście taki szybki jest?). Zaczął się roller coaster – ostatnia prosta przed wyjazdem.

Nie, nie jest też tak, że mam nastrój nieprzysiadalny.

Mam nastrój przysiadalny ze wszechmiar, tylko czasu nie mam na nic!!!

I biję się w mą wątła pierś: nie spotkałam się z tyloma osobami, które tak bardzo chciałam zobaczyć przed wyjazdem! Goły, Ania D., Krzych, Iwonka K., Karabin, Dominika, Darek, Inni… znowu NIE ZNALAZŁAM czasu. Przepraszam wszystkich, to nie moja wina, to ten sukinsyn CZAS. Wziął i zginął. Ale oprócz kajania się na łamach, mam też dwie dobre wiadomości:

1. Tata wrócił z Moskwy. I przywiózł w gościńcu puszkę kawioru. Więc w poniedziałek na pożegnalne śniadanie z Panem X zaserwujemy sobie po słowiańsku: Sowietskoje Igrustnoje oraz bliny z kawiorem!

2. Drugi news jest jeszcze lepszy! Na moje ponure nastroje i złowieszcze wygrażanie wenezuelskim hotelom all inclusive zareagował niejaki Pan TierraLatina;-) http://tierralatina.blox.pl Na razie opcja jest taka, że T. zabukuje mi jakiś pension lub hotel muy simpatico w Caracas, a potem, potem to… POTEM PÓJDZIEMY W MIASTO ŚWIĘTOWAĆ MOJE URODZINY! No. No właśnie! To nie Buenos jest boskie. Boskie to jest Caracas!