Burza mózgu (jednego) czyli siódmy las czy przetarty szlak?

26 06 2010

Właściwie jest prawie tak, jakbym stąd nie wyjeżdżała. Ale „prawie” robi jak wiadomo różnicę.

Siedziałam we wrześniu, przed wyjazdem i gapiłam się za okno. Teraz siedzę w czerwcu, który wygląda jak wrzesień i też patrzę sobie. Nie to, żeby było specjalnie na co. Szara kamienica, ulica, latarnie i bura ścierka na niebie. Którą Pan Bóg wyżyma i wyżyma i końca temu wyżymaniu nie ma.

Tak naprawdę dopiero teraz wszystko się zaczyna. Kiedy 8 miesiący temu wyjeżdżałam z Polski, nie wiedziałam dokąd jadę, gdzie mnie zaniesie. Co się zdarzy i jaki będzie kolejny dzień. Za kilka tygodni wsiadam znowu do samolotu. Z konkretnym planem i różnymi założeniami. Zadaniami do wykonania. Nadziejami. Lękiem. A może po prostu jest jak w starej piosence (coś mnie ostatnio nachodzi na takie stare, sentymentalne piosenki, hm… Nostalgiczna sie zrobiłam! :-)

A mniegoni. W taki sobie dajmy na to siódmy las. Bo jak powiedział mi pewien młody człowiek spotkany w Kolumbii: Jak jest trudniej, to jest lepiej. Nie wiedziałaś o tym, Iwonka?

Siódmy las jest daleko. To ten las:

………..

…………………..

………….

….

……..

..

..

A czy to dobra droga? Czy na pewno moja? Pojęcia nie mam. Ale przypominam sobie, że

Reklamy




Bardzo długi weekend (w La Paz)

2 05 2010

Trawa po drugiej stronie rzeki jest zawsze bardziej zielona, a jezioro Titicaca po stronie Boliwii jest oczywiście bardziej błękitne. W każdym razie takie wydaje się w pełnym sloncu. Znowu jestem na tysiącach mnpm gdzie powietrze jest cudownie świeże i czyste a kolorki jak podrasowane w photoshopie.

Odpoczywam po arekipenskim szalenstwie i zarwanych nocach w klubie zoom.

Copacabana – małe, senne miasteczko z masą turystów (stąd wypływa się na święte wyspy: Słońca i Księżyca). Kilka uliczek obstawionych straganami i knajpkami, wszędzie reggae, masa frików, klimat podobny do tego z Tagangi. Albo z Krupówek, tylko w mini skali.

Przerzut przez granicę peruwiańsko-boliijską to jakieś żarty. Minuta dziesięć, do tego na wyposażeniu miły pan Kaowiec pomagający znaleźć policję migracyjną, polecający hotele, podający kursy wymiany walut, itd. A naczytałam się, że łapówki na każdym kroku, wyłudzanie, haracze, itp. Oprócz próby wyłudzenia 20 dolarów przy wyjeździe z Wenezueli (przekraczałam ją z Francuzem Jeremim i absolutnie odmówiliśmy uiszczania jakichkolwiek opłat, no chyba że kartą kredytową i koniecznie prosimy o kwit z nazwiskiem pana, który kasę pobiera:-)

I co? Okazało się, że już nie trzeba płacić…

Oprócz zdegenerowanej pod rządami Chaveza Wenezueli nigdzie indziej nie zdarzyło mi się, aby ktoś próbował wyiskać mnie z kasy na przejściu granicznym. Oczywiście nie wszystko stracone, dwie granice jeszcze przede mną.

Tymczasem z La Paz obieram kierunek na Rurrenbaque, w skrócie na Rurę. A stamtąd już jak by się to wyraził Joseph Conrad… w górę rzeki, do serca dżungli. Odrobine tylko niepokoi mnie fakt, że to rejony malaryczne, a brać teraz proszki to bezsens zupełny. Pomijam ich cenę, ale żeby lek zadziałał, trzeba zażywać chemię miesiąc bodajże przed planowaną wyprawą i dwa tygodnie po niej. A ja ją planuje za trzy dni. No nic, na wypadek choroby, mam jakieś killery od Wandy, z misji afrykańskiej, których ona używała w Zambii. Szkoda ze źli ludzie skradli hamak z moskitierą, teraz byłby jak znalazł.

…..

Tak sobie pisałam, mając nadzieje płonne, że internet w Boliwii to normalna sprawa i można bezkarnie wpisy wrzucać zgodnie z terminarzem i w ogóle na luzie. Ha. Otóż owszem, internet to nawet i jest. Tyle, że nie działa. Nie wiem czy to Pachamama zagniewana Konkurencją i uwagą gringos skierowną w zła stronę wysyła złe fluidy, czy co, grunt, że dorwać się do sieci graniczy z cudem. Bo fakt, że jesteśmy wysoko chyba nie ma znaczenia? 4 000 mnpm, czy tak już będzie do końca? Nie to, żebym nie lubiła być bliżej gwiazd, ale te temperatury! Zakupiłam rękawiczki (boskie, włochate, z alpaki) i czekam na słońce. Jestem w La Paz.

Dostać się tutaj nie było łatwo.

Jak każde dziecko wie i jak Pascal poucza: „W Boliwii silnie zakorzeniona jest tradycja protestów społecznych. W zasadzie co tydzień gdzieś ktoś przeciw czemuś protestuje.”.

Tak! Bingo! I to był właśnie TEN DZIEŃ!

Po sennej, słonecznej i ciepłej Copacabanie snułam się do drugiej po południu, kiedy to – jak wyliczyłam- przyszedł czas, żeby wsiąść do autobusu do La Paz i zjawić się w stolicy przed zmrokiem. Bojaźliwia nadmiernie nie jestem, ale La Paz to drugie pod względem niebezpieczeństwa miasto (po Caracas), poza tym to tu zamordowano kilku turystów i to tu szaleją taksówkarze-porywacze. Po zmroku tam się plątać nie zamierzam – rzekłam sobie i wsiadłam do autobusu.

I początkowo nawet wszystko szło zgodnie z planem. Jeśli pominąć fakt, że po pół godzinie autobus staje, wszyscy wysiadają, zaś autobus (z moim plecakiem w środku!) wtacza się na tratwę i odpływa w siną dal. A my nie. My biegniemy do przystani i ładujemy się na jakieś przedpotopowe łajby, które kiwają tak, że nagle przypominaja mi się wszystkie nowenny i akty strzeliste… a potem tak podróżni jak i autobus szczęśliwie odnajdują się nawzajem i podróż mija dalej bez zakłóceń.

Aż do chwili… gdy z drogi zjeżdżamy… nie, staczamy się raczej wprost na błotnistą pampę. I tak na przełaj po pampasach „pruje” nasz wóz podskakując, zakopując się w błocie, w całkowitej ciemności, gubiąc azymut i kręcąc w kółko… Rozpętuje się ulewa a ja powoli już zaczynam wypatrywać pum i ocelotów- jesteśmy w takiej głuszy.

Co się stało? Normalka. Droga zablokowana. Protestują przeciwko wysypisku smieci… Więc zamiast trzech godzin, wyjdzie sześć. Zmrok zapada sobie powoli i bez wniku, a ja nerwowo skręcam kulki z papieru toaletowego.

W La Paz? Po ciemku? I w dodatku wysadzi nas gdzieś… pod La Paz? Po ciemku? Nie! Zaszyję się po siedzeniem i przeczekam do jutra!

Wysadził w haszczach. Po ciemku. Zaszyć się nie dało. Taksówki ani widu ani słychu. A nawet jakby była, to by tylko zęby wyszczerzyła. Przecież Los Wiajeros właśnie tutaj zakończyli swoją podróż, po tym jak ich pseudotaksiarz wywiózł hen i ograbił. No i stoję, sierota i się trzęsę aż tu nagle… spada mi na ramię wielka i ciężka łapa. – Turista? – słyszę i mdleję… szczęśliwie w ramiona policjanta, który się ulitował nad tą kupą nieszczęścia jaką niewątpliwie wtedy byłam.

Ach, jak fajnie w tym La Paz, o proszę! Taksówka się znalazła i pan policjant spisał tablicę rejestracyjną, zrobił pamiątkowe zdjęcie taksiarzowi, no po prostu bezpiecznie jak w Zurychu!

Ale do Rurrenbaque nie pojadę. Coś omija mnie w tej podróży dżungla amazońska, czy raczej też ja ją wbrew sobie omijam… Tym razem naprawdę to nie moja wina.

Plantatorzy kawy domagają się 12 % dopłat z rządu zamiast mizernych 5. I od kilku tygodni blokują drogę (kawy na szczęście na nią nie wysypują). Silnie zakorzeniona tradycja protestów społecznych… O tak! Posiedzę w tym La Paz…





Jazda bez trzymanki czyli szukam Mana

29 03 2010

Gnaliśmy. Nie z prędkoscią światła wprawdzie, tylko ile fabryka dała. A dała – pod górę, po krętych drogach jakieś… no 30 może km na h. A ja na śmierć zapomniałam, że teraz to już cały czas będzie „po górach”. Pruliśmy tak (haha!) z Willi’em 32 godziny. Bez przerwy. Jedynym urozmaiceniem podróży były esemesy z Polski od PT oraz telefony z Santa Marta (co dwie godziny) sprawdzające czy żyję i czy Willie mnie nie ukatrupił. (Ender przeciwny był tej wyprawie. Przy okazji  wsypał się, gdy wściekły rzucił: Nie chcę, żebyś jechała z jakimś facetem. Mężczyni w tym kraju są chorzy na punkcie seksu!- Acha, – wykorzystałam sytuację. – Tylko ty nie?). Tak czy owak postawiłam na swoim, za to Ender, Dilsa i Cledis dzwonili z uporem. Co akurat było bardzo miłe.

No ale jednak te 32 godziny w zasadzie bez żadnych przerw… Dodam że szoferka jest mała i ciasna, a okno po mojej stronie było zepsute. Co w upale karaibskim nie robi różnicy, natomiast robi ją nocą w górach gdy lodowaty wicher urywa ci głowę. O świcie myślałam że zejdę. Ale szczęśliwie w tym momencie Willie zarządził postój i zakupił mi wielki kubeł gorącej czekolady. No i znalazły się siły, by dotrwać do końca podróży. Wprawdzie nie przewidziałam, że pod samą Bogotą utkniemy na 4 godziny bo najpierw trzeba cieżarówka zważyć, potem wyładować z niego pasze dla kurczaków a potem ponownie ciężarówka zważyć. Nie muszę chyba dodawać, że ferma kurza i waga ciężarówkowa znajdowały się o godzinę drogi od siebie. A wyładowywanie kukurydzy trwało … długo. Wreszcie dotarłam do Bogoty. Willie zamelinował mnie w hotelu dla TIR-owców, co było bez znaczenia bo po przekroczeniu progu pokoju padłam jak długa na łóżko i  zostałam w nim do rana.

Myślałam, że najgorsze za mną. Ale gdzie tam. Jakby ktoś nie wiedział (lub tak jak ja-nie pamiętał) to właśnie w Ampede zaczęła się Semana Santa, Wielkanoc znaczy się. I nie ma biletów. A na granicę z Ekwadorem to już szczególnie NIE. Fakt, że przede mną minimum 24 w porywach 36 godzin jazdy (znowu przez góry), a wiza mi się kończy za jakieś… hm? 30 godzin??? nie robił na panach kasjerach wrażenia. No i co. Z rozpaczy zadzwoniłam do Santa Marta żeby się wyżalić. I co słyszę?

-No widzisz! To wracaj. – znana mantra. Och, kuszące!!!!!!!!! Zwłaszcza ze w tej Bogocie jakoś tak zimno, ponuro, ludzie pędzą do swoich ważnych spraw, wiadomo-stolyca. I wtedy podchodzi do mnie chłopak (jakiś chłopak nie wiadomo skąd) i mówi: Możesz jechać do Cali i stamtąd łapać busa do Ipiales (granica). Tak też uczyniłam.

Mieliśmy do Cali dojechać koło 22 w co szczerze i naiwnie wierzyłam. 22 to taka możliwa jeszcze godzina, żeby złapać coś na noc, w najgorszym przypadku zapukać do hotelu. Ale DRUGA w nocy już taką godziną nie jest!!!!!! Dotarliśmy kwadrans po drugiej, kasy czynne od piątej i kolejka już się ustawiła naiwniaków co to wierzą, że SĄ BILETY DO IPIALES. Pan kasjer szepcze mi do uszka: e, to niepewne. Jedz do Pasto. Stamtąd to już na pewno coś będzie.

No jasne: NA PEWNO! Ale co robić, Pasto bliżej granicy, czekać do 6 nie wiadomo na co albo jechać. Jade! Od drugiej do czwartej przekoczowałam na kolumbijskim dworcu. Już widziałam oczami wyobraźni te hordy rzezimieszków, narkomanów i innych złoczyńców, dla których gringa do tego samotna i do tego w nocy na dworcu oznacza jedno-łatwy łup. Ale gdzie tam. Dworzec jasny, czysty, przyjemny, policji więcej niż pasażerów, zasiadłam zatem w czynnym i wesołym restauranie i spożyłam kurczaka. Ja to bym chciała, żeby tak było na naszym Zachodnim. Bo na zachodni po zmroku to ja się boję chodzić, a do tego jak tam śmierdzi! Tu za to luz blues! Ale  potem…

Jakiś taki mikruśny autobusik, nogi w węzeł zawiązane, brak klimatyzacji za to oczywiście znalazło się Rzygające Dziecko. Pod względem Rzygających Dzieci Ameryka w niczym nie ustępuje Afryce. Pierwszy raz zjawisko zaobserwowałąm w Maroku, jadąc w góry Atlas. Z tym że tam, to naprawdę występuje ono na dużą skalą. W momencie kiedy kierowca odpala silnik WSZYSCY (no nieomal wszyscy – bo ja nie) pasażerowie wyciągają swoje PRZEZROCZYSTE torebki i na trzy cztery wypełniają je treścią żołądka. Co bardziej perwersyjni zaopatrzeni są W JESZCZE BARDZIEJ PRZEZROCZYSTE słoiki. Dodać sobie proszę do tego wokalizy i smród niestrawionych resztek i.. zapraszamy w dziesięciogodzinną podróż! Ufffff! Tu na razie aż takiego hardcoru nie ma, ale te kręte drogi górskie nawet mnie łamią. Czuję się niewyraźnie. Wysokość też robi swoje. Młot pneumatyczny w głowie… Do Pasto zamiast po 8 dotarliśmy po 12 godzinach co już tym razem absolutnie nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia.

Bilety do Ipiales chyba są. Dwie godziny stania w kolejce i mam!!! Zdaje się, że mnie jednak nie deportują!

Nie deportowali. A obawy, że jak panowie Ekwadorczycy ujrzą 4 stemple z Policji Migracyjnej z Santa Marta-Królestwa Kokainy to już na pewno skrupulatnie przetrzepią wszystkie moje torby i plecaki, okazały się płonne. Stempelek, uśmiech, „WITAMY W EKWADORZE”.

No i znalazłam się w strefie meloników. I w strefie skarpetkowej przy okazji (mój podział stref klimatycznych obejmuje bowiem dwie: skarpetkową i bezskarpetkową – tą drugą wolę, chyba zrozumiałe). Tymczasem przygraniczny Tulcan na wysokości 3000 m.n.p.m. wita rześkim chłodkiem.

Cóż, tak już będzie do końca, niestety. To w końcu Andy.

Indianki pod kościołem sprzedają palmy – Niedziela Palmowa! Na procesję z osiołkiem się nie załapałam niestety.

Po nocy w Tulcan (zmarzłam na kość!) budzi mnie słońce i niebo niebieskie jak z reklamy nieba.

Jadę do Otavalo- małe indiańskie miasteczko z największym targiem w Ameryce Południowej!

W autobusie przysiada się do mnie Indianin. Nie pomyślałabym – ubrany po europejsku.

Rozmawiamy. O wielkich cywilizacjach- Majów, Azteków, Inków, o Wikingach i Celtach, o Egipcjanach. O kulcie słóńca. Indianin sporo wie. Mówi: Powinnaś znaleźć źródło. Ma wielką moc.

Jakie źródło?- się go pytam…

Indianin pracuje w Quito ale co kilka tygodni przyjeżdża do źródła. Bo źródło ma MANA-mówi.

A więc Mana istnieje? Nie jest wymysłem profesorów z katedry antropologii kultury? MANA… SIŁA KTÓRA DZIAŁA. Opisał ją dość szczegółowo Bronisław Malinowski. A potem tropem Mana zmierzali inni: Margaret Mead, Castaneda, itd. Moc. Lub po prostu COŚ CO SPRAWIA, ŻE RZECZY DZIEJĄ SIĘ. STAJĄ SIĘ. Nie wszystko ma mana, nie każdy ma mana. Ale niektórzy tak.

Źródło ma wielką siłę. – mówi Indianin. – Ale skąd ty to wiesz? – jak zwykle jestem czujna. – Skąd wiesz, że właśnie to źródło ją ma?

–                    Wiem od moich dziadków, a oni wiedzą od swoich. Dawniej nasi przodkowie żyli w harmonii z naturą. Kooperowali z nią. Ziemia ma swoje punkty energetyczne, tak jak człowiek. Wiesz jak działa akupunktura? Trzeba znaleźć odpowiedni punkt. Pachamama jest jak człowiek. Żyje. I ma punkty, w których ujawnia się MOC. To znaczy dawniej Indianie nie nazywali tego punktami energetycznymi, tylko wiedzieli, gdzie są, rozumiesz? – tłumaczy Indianin.

–                    Rozumiem. Nie ważne jak się nazywa. Ważne że DZIAŁA.

Indianin uśmiecha się. A potem rozmawiamy jeszcze o tradycji i o Halloween (oboje nie lubimy tego święta). Ja opowiadam o idiotycznym Dniu św. Walentego, nakręcającym tani i kiczowaty konsumpcjonizm i całkowicie oderwanym od polskiej tradycji. Potem rozmawiamy o 10 przykazaniach. Potem Indianin opowiada mi o Micie Kukurydzy. Potem o indiańskiej alcchemi… już mam go spytać jak mogę go znaleźć gdy tu wrócę i wtedy autobus zatrzymuje się. Otavalo!

Starczy czasu na uścisk dłoni i: Buen viaje. Y mucha suerte!

Jestem w Otavalo. Gdzieś obok mnie jest MANA.





Co dalej?

17 03 2010

Powoli specjalizuję się w zmianie planów… widać stuprocentowa ze mnie kobieta, a ta… wiadomo – zmienną jest. Dlatego jednak ostatecznie NIE POLECĘ do Peru. Policzyłam topniejące dinero i wyszło, że przeturlam się na czterech kółkach przez Kolumbię i Ekwador aż do Limy. Czasu za dużo to nie będę miała (10 dni), zwłaszcza , że rzutem na taśmę zdecydowałam się wyruszyć autostopem. Brakuje mi go- niegdyś przejechałam zawodowo tirami przez cała Europę… a teraz jakieś wypasy autobusowe! 23 marca zatem załaduję się na pakę znajomego Dilsy, który rusza z transportem do Bogoty. Tam czeka na mnie nocleg u bogotańskiej rodziny Pinedów, a następnego dnia… będę szukać kolejnego przerzutu. No taka odważna żeby wyjść na ulicę i łapać kolumbijskie wozy z wąsatymi macho za kierownicą to ja nie jestem, ale może znowu się jakiś znajomy znajomego trafi. Albo Michał, którego poznałam w Santa Marta – Polak, który kupił w Meksyku samochód i pruje nim na południe. Mamy plan, żeby przez moment popruć razem, może właśnie teraz? Tak czy owak, przez Kolumbie walę na oślep do granicy z Ekwadorem. Ekwador to też będzie szybka strzała. Targ nieprawdopodobnie kolorowych tkanin w Otavalo, Mitad del Mundo czyli środek świata i tyle. 2 kwietnia muszę najpóźniej dotrzeć do Limy., gdzie już czekać będzie na mnie… Wiadomo Kto. Pan Tajemniczy. W skrócie P.T. (nie mylić z E.T.).

A co z tym tutaj? Co z Moją Kolumbią. Moim Macondo? Obiecałam sobie (i nie tylko sobie), że tu wrócę. Ender nawet zadeklarował, że sprzeda krowę i wyśle mi pieniądze na bilet powrotny…

Powrotny… Jak to brzmi! Ale owszem, tak. Troche tak się czuję, jakbym jechała teraz do Polski na wakacje. Bo przecież… Moje Miejsce Jest Tu!

Ciężko będzie po 4 miesiącach opuścić Kolumbię, góry, muła Culacho, rozgardiasz, smętne vallneato, milion owoców, których nazw chyba nigdy nie spamiętam, błękitne morze a tuż nad nim zielone góry. Nie wiem jak to się stało, że zasiedziałam się tu aż tyle czasu!

PS. Dla spragnionych sensacji: kilka dni temu zeszliśmy z gór. W górach budowaliśmy szlak dla turystów to znaczy chłopcy budowali wzespół zespól z Indianami, a dziewczyny gotowały im zupę. Tak wyszło, że na koniec górskiej włóczegi.. trafiłam i ja do kuchni. Nie była to jednak klasyczna cocina (kuchnia)… W tej, do której zostałam doprowadzona przez wartkie strumienie i przełęcze smaży się kokainę. Dużo kokainy za duże pieniądze. Kuchnia przykryta jest palmowymi liśćmi, mały namiocik… nie do wypatrzenia przez samoloty… Freddy, właściciel, tajny przez poufny pokazał co i jak. Niebawem będzie można o tym poczytać w jednej z polskich gazet… a jak wyjadę z Kolumbii, także na blogu. ;-)





W drodze do Kolumbii

1 12 2009

Trafiłam na bardzo wesoły autobus… Aż się Francuz nieco zawiesił…