Duende przychodzi nocą

17 05 2011

Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłam! Ale tak właśnie było. Obudziłam się, spojrzałam w okno i westchnęłam: Cudownie! Na widok ZACHMURZONEGO SZAREGO nieba!!! Jestem absolutnie uzależniona od słonecznej pięknej pogody. Jako rasowa meteopatka potrzebuję większej, niż przeciętny człowiek, dawki witaminy D. Uwielbiam ciepło, bieganie na bosaka, jasne niebo i słoneczne dni. Ale nie tutaj. I nie teraz. Temperatura nie spada nawet w nocy. Upał jest tak czy owak, ale bezsłoneczny upał zdecydowanie wygrywa z tym piekłem jakie urządza słońce w zenicie. Może nawet przyjdzie burza, małe tornado i przez chwilę będzie można pożyć?
Niestety. Wypogadza się dwie godziny później. Rzęzimy więc tu wszyscy do społu.
Tyle o pogodzie.

Od niedawna mieszkam u siebie w Marchewkowym Domu. (Miał być pomalowany w soczystym, żywym, kolonialnym kolorze pomarańczy, ale wyszła… jakaś taka przywiędła marchewka).
Kupiłam piękną starą szafę i powiesiłam czerwoną makatkę z Boliwii. Można powiedzieć, że się urządziłam.

Nie przewidziałam jednego. Że razem ze mną zamieszka duch.

Duchy są dość popularne na wybrzeżu karaibskim, co i rusz ktoś wpada na jakiegoś.
Ostatnio dusza pokutująca nie dała spać uczestnikom szkolenia na temat pierwszej pomocy w Mamey (wioska w Sierra Nevada).

– Spaliśmy w hamakach. Jakoś nie mogłem zasnąć, więc słyszałem bardzo wyraźnie: coś zawyło w środku nocy nieludzkim głosem. – opowiada Ender.
– Wilk może?
– W wiosce? Wykluczone.
– No to małpa? – wiem jakie dźwięki może wydać przerażona albo rozochocona małpa. Kiedyś o mało nie zeszłam na zawał jak u Garifuna w Gwatemali jedna taka zakrzyknęła coś na parapecie. Jak to się mówi: oblał mnie lodowaty pot…  Więc może jednak zła małpa.
– Słuchaj. Wiem jak krzyczy małpa. Wychowałem się w selvie. To NIE BYŁA małpa.
– W sobotę to było? Daj spokój, pijak jakiś zawył, bo mu się browar skończył.
-… psy zaczęły szczekać. Ujadać. Potem wyły do księżyca i biegały za własnymi ogonami, jak szalone.
Wiesz o tym, że psy pierwsze wyczuwają duchy?
– Taaa. Słyszałam. I widziałam na horrorze „13. piętro”.
– W górach mieszka wiele duchów. Czarownice. La Llorona. Duende. Pata Sola.
– ???
– Czarownice zawsze przylatują w nocy i robią dużo hałasu. Czasem są nieszkodliwe tylko złośliwe, nie dają spać. Ale głównie rzucają uroki, potrafią też zabić. Najgorszy jest Duende. To duch, który wygląda jak małe dziecko. Z tym, że potrafi wyssać z ciebie cała siłę. Po tym jak cię dopadnie jesteś chudy i chory. Uprawia też seks z kobietami.
– Dziecko?!
– Duch. Tylko postać taką przybiera. Dla zmyłki.
– A, czyli troche taki polski Dusiołek? A ta Pata Sola to co? Jedna łapa? Zwierzyna jakaś?
– To kobieta chuda i ponad trzymetrowa. Ma tylko pół ciała. Zostawia ślady jednej wielkiej stopy. Robi kilkumetrowe kroki.
– Mhm.. taaa.
– Sam widziałem ślady na drodze do Ciudad Perdida!
No to fajnie, że przynajmniej Jedna Łapa robi wycieczki do miejsc sakralnych. La Llorone znam. Zaliczyłam nawt spotkanie z nią.
– A mój duch? Ten domowy? – pytam.
– Nie wiem. Ty wiesz.
Nie jest zły. zawsze kiedy wychodzę spod prysznica i myślę żeby nie paradować na golasa przy otwartym oknie… słyszę trzask zamykanych okiennic.
Kiedy wróciłam z Polski, nie mogłam znaleźć smyczy Szakiry. Tina, która sprzątała dom, wypatroszyła moją walizkę żeby zrobić pranie i gdzieś „dobrze” schowała smycz. No cóż, póki się nie znajdzie, kupie nową. – pomyślałam przed snem.
Rano wstałam i pierwsze co ujrzałam to… smycz, a jakże. Leżała na samym środku całkiem pustej sypialni. (mam dwa pokoje, w jednym trzymam graty, w drugim mam tylko łóżko. W tym pokoju nie było zbyt wielu rzeczy a od wczoraj nie miałam ŻADNYCH gości, którzy by mogli smycz podrzucić. Nikt też nie ma kluczy.

Leżała na samym środku. Nie mogłabym jej przeoczyć. POJAWIŁA SIE W NOCY.

Zatem – duch, jak nic. Ale wygląda na to, że całkiem życzliwy. Popertraktuję z nim zatem na temat kilku innych bardziej kluczowych kwestii. Duchy przecież bywają całkiem fajne!

Reklamy




Cynamonowy sposób na demona

6 04 2011

W życiu interesują mnie przede wszystkim seks, dobra kuchnia i taka sama literatura.
A potem to już długo, długo nic.
Uważam, że to wspaniała recepta na życie.
Siedzieć pod palmą, czytać sobie na przykład Iksa, Ygreka albo Zeta, następnie – w obowiązkowo zmienionym stroju – na przykład seksownie przylegającej do ciała białej sukience podkreślającej apetyczny czekoladowy kolor skóry spożyć stek z zielonym pieprzem i kaparami, popić to dobrze schłodzonym winem białym, kątem oka dostrzec słońce kiczowato zachodzące tuż za palmami, koniecznie pochylonymi pod kątem 45 stopni do ziemi, a potem zapaść się w mocnych opalonych rzecz jasna i muskularnych ramionach, a następnie oddać spontanicznym i radosnym figlom miglom. Dalej to już cenzura wycięła.
Tak. To mi się podoba.
Tylko że kurza twarz… jakoś życie mi nie serwuje ani steków, ani zachwycających sprawnością swego pióra Iksów ni Igreków, o radosnych figlach miglach to już w ogóle nie wspominam!
Palmy mam tylko. Są pochylone. Stopień pochylenia sprawdzę, czy odpowiada wymaganemu, ale jak znam to podłe życie-pewnie będą lekkie odchylenia od normy.
A poza tym dziś wreszcie się przeprowadziłam do Marchewkowego Domu. Na dwa dni przed wylotem. (do Bulandy, jakby kto pytał).
Nie było łatwo. Marchewkowy Dom był remontowany, potem lata świetlne dorabiano klucze, następnie pan z kluczami tajemniczo zaginął, potem ja poszłam na wycieczkę w góry a na koniec.
Na koniec to Ender mówi mi:
– Chyba nie chcesz mieszkać w domu nie wyczyszczonym.
– Wyczyszczony jest. Wymyli.
– Nie. Tylko posprzątali.
– No. Właśnie. To co? Możesz mi pomóc z tą walizką?
– Nie. Kup najpierw cynamon i goździki. Zagotuj wielki garnek wody i wrzuć je na wrzątek. A potem wyczyść tym mieszkanie.
– EEEEEE???
– Wyczyścisz złą energię poprzedniego właściciela. A przy okazji pozbędziesz się demonów.
I nie czekając na nic, poszedł, kupił potrzebne ingrediencje i zagotował. Co było potem, nie wiem. Ender wyczyścił moje mieszkanie z demonów.
Pierwsza noc za mną. Nic nie stukało okiennicą ani wiatr w kominie nie hulał.
Shakira za to spać nie dała. Czochrała się jak szalona, bo na wycieczce z Czwórką Super Fajnych Polaków (TAK! TAK! Wreszcie przybyli Ci fajni!)! nabawiła się pchełek.
A wracając do wywaru. Zamierzam kontrolnie wziąć próbną kąpiel. Jeśli ten zestaw tak wspaniale działa na zła energię to ja po ostatnich przejściach- POPROSZĘ.





Efekt skorpiona

19 10 2010

Kiedy po raz pierwszy w grudniu ubiegłego roku przyjechałam w Sierra Nevada de Santa Marta, umierałam ze strachu.Po pierwsze jako dziecko miasta boję się ciemności. Takiej zwykłej- nie bardzo, ale ta tutaj zdawała się gęsta, smolista, złowroga. Pokutująca nad strumieniami La LLorona, Kuku, którym straszy się dzieci, diabły i czarownice rzucające garnkami, świat baśni, legend, strasznych historii, demonów, niezbadanych szelestów i przeraźliwych dźwięków – to wszystko wyłazi z głowy nocą. Ale tak naprawdę bałam się tygrysów, pum, węży koralowych po ugryzieniu których śmierć następuje w ciągu 24 godzin, skorpionów, tarantul, wielkich parzących gąsienic, ropuch strzykających jadem, mam wyliczać dalej?

Pierwszej nocy w drodze do ciudad perdida nie zmrużyłam oka. Jakiś nierozważny turysta zostawił plastikową torebkę pełną niedojedzonych ciasteczek, w których rozsmakowało się – z odgłosów wnosząc – naprawdę duże zwierzę.
Ogólnie było mi nieswojo w tym dusznym gęstym lesie, przez który wiedzie tylko jedna wąska dróżka.

Teraz… teraz straciłam czujność. Jestem jak kameleon (który nota bene wczoraj w kuchni łypał na mnie okiem zmieniając błyskawicznie kolor z szarego na zielony). Z żaby, którą po ciemku wzięłam do ręki zamiast papieru toaletowego w ciemnym wychodku- tylko się uśmiałam. Dochodzę do wniosku, że potrafię szybko dostosować się do panujących warunków jakie by one nie były. I to jest niestety błąd.
Wczoraj przy sprzątaniu kuchni, przekomarzając się z Nastolatką, złapałam za szmatę leżącą na stole. „Rzuć to!!!” – wrzasnęła Cledys. Rzuciłam. Myśląc, że robale szmatę oblazły. Jak duch, w kuchni pojawił się Rycerz na Białym Koniu. A ściślej mówiąc upaprany niebosko błotem Ender z maczetą. Złapał szmatę. „Z drugiej strony” – powiedziała Cledys i wtedy zobaczyłam go. Naprawdę dużego skorpiona.

Do tej pory miałam przyjemność zaznajomić się z dwoma. Jeden w Gwatemali urządził sobie mieszkanie w moim plecaku. Drugi, ratując się od Śmierci Przez Rozdeptanie wpuścił jad w bosą stopę pewnego Ahmeda na Saharze. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam że jad skorpiona jest naprawdę bolesny. Ahmed najpierw  krzyczał, potem się wił, a na koniec zaczął płakać. Lekarz przyjechał po godzinie, w ciągu której koledzy Ahmeda traktowali stopę Ahmeda na różne sposoby- począwszy od puszczenia na nią strumienia zimnego (koi ból) gazu, po dłubanie w niej nożem. Najniebezpieczniejsze nie są wcale duże skorpiony. Z opisów sądząc, małe czarne stworzenie wielkości połowy kciuka czyli skorpion gwatemalski mógł pozbawić mnie życia. Ten tutaj, wielkości dłoni, spowodować mógł u mnie co najwyżej w najgorszym razie kilkudniowy paraliż.

Nie wiem tylko, czy nie nazbyt pochopnie Ender ciachnął go maczetą na pół, a dla pewności potem zwłoki podeptał. Wszak Słońce wchodzi właśnie w znak Skorpiona. W mój znak. I Endera też. Optymistycznie zakładam, że był to zatem nasz Skorpion Ofiarny i że – jak każde totemiczne zwierzę – będzie po śmierci chronić nas od złych przygód. Tak na wszelki wypadek publicznie niniejszym składam hołd poległemu w kuchni pajęczakowi.

– Mówiłem ci, żebyś, jak bierzesz coś do ręki, najpierw patrzyła CO bierzesz.
Acha, no może mówił. Ale człowiek traci czujność. Ale teraz znów ją zyskał. Kiedy Szakira buszowała w pobliskich krzakach przechodząca z praniem Laydys rzuciła niedbale: Lepiej ją zawołaj, widziałam tam niedawno gniazdo węży.
Dziś psy pobiegły za chłopakami na plantację kawy. Mam nadzieję , że nie zechcą urządzić polowania na węże.
A pająki? Nigdy ich nie zabijam, bo ponoć pająki przynoszą szczęście, ale czy aby w dżungli na pewno też? Czy aby nie ma tu takich, co to mogą przynieść Szczęście… eeee… Wieczne?

W każdym razie tak czy owak jestem zdania, że skorpiony do spółki z wężami i tarantulami i tak są o niebo lepsze niż karaluchy giganty i na pewno z ich powodu nie wyniosę się spod adresu Sierra Nevada, 3 godziny pod górę, za szkoła wiejską w lewo, kamiennym tunelem w dół, a potem jarem ostro pod górę otra vez. Czerwona ziemia. Duży mangowiec na lewo. Łagodne zielone zbocze po prawej. Z dala widoczne drzewka pomarańczy i coś jakby malwy pnące się po płocie. Dym z polowej kuchni. Szczekanie Szakiry i Capo.

Tak, to już tu.





Rozmawiamy znowu (tym razem o duchu)

9 02 2010

Wieczór. Siedzimy u mnie w domu i przeglądamy foty. Zamykam komputer. Po kilkunastu minutach ten wydaje znajome pilulilulilu i włącza się z powrotem. A po chwili sam znowu wyłącza.

  • Rany! Sam tak robi?
  • Nie. To Duch – mówię.
  • Przestań tak mówić. Boję się duchów.
  • No coś Ty. Przecież wyłączył. Bo wie, że jak się rozładuje bateria to potem mam problem. Więc to dobry duch.
  • Nie. Duchy są okropne. – wywala język i przewraca białkami.
  • Co ty mówisz! Duchy są super. Masa ich tu lata. Pamiętasz? Trzy razy znaleźliśmy u mnie w domu zabite karaluchy. To ten duch je zamordowal, bo wie, że się boję.
  • Nie mów tak!
  • Widziałeś karaluchy? Zabite. Ja ich nie zabiłam. Ty też nie. Duch. Jak nic.

    Zatyka uszy rękami. Przewraca białkami.

  • Nieprawda. Duchy tak nie wyglądają. Naoglądałeś się Thrillera Maicheala Jacksona.

    Wstaje i żegna się:

  • Albo ja, albo duch.

Opowiadam mu o znajomej, która urodziła dziecko i jest szczęśliwa, ale tata dziecka mało bywa w domu, a w nocy śpi na osobnym łóżku.

-Jest głupi.

-Nie, dlaczego? Musi się wyspać, a dzieci w nocy płaczą.

-Europejskie przesądy. W Europie robicie z igły widły. Płaczą bo czegoś chcą. Dajesz im to i przestają. Proste.

-Co ty mówisz? To totalna zmiana w życiu. Ludzie różnie to przechodzą… zwłaszcza faceci, jak dzieciak jest malutki i sra i ryczy non stop… Niektórzy tego nie wytzymują.

-Ale wy jesteście w tej Europie dziwni. Ja mam jedno dziecko i chcę mieć jeszcze siedmioro. Tak jak mój ojciec. W Kolumbii ojcowie kochają swoje dzieci. Dzieci są piękne.

Ender chce przyjechać do Polski. Opowiadam, że latem jest gorąco, a zimą za to zimno.

-Zimą jest zimno… a co to jest zimno? Jak zimno? Jak w górach? Jak w Ciudad Perdida? – dopytuje.

-Nieeee… dużo bardziej.

-Jak w Bogocie?

-Nieeee. Bardziej.

-Można umrzeć z tego zimna, prawda? Macie na to jakieś lekarstwo? Powinniście coś wymysleć na to zimno. Zimno jest straszne!

Oglądamy Małysza.

-Nie rozumiem tego sportu. Skaczą na takich tyczkach przywiązanych do nóg. To przyjemne jest, jak myślisz?





Narkotyki, Niemyte Dusze, Duchy, Indianie i Cała Reszta

22 12 2009

W nocy przed wyruszeniem do dżungli obudził mnie płacz. Tuż pod moim oknem łkała kobieta. Mis Hijos, mis hijos! – zawodziła głośno. Moje dzieci! Andres! – krzyczała tuż nad moja głową. Okna na Karaibach nie mają szyb, a łóżko stało tuż prz oknie. Nie wiedziałam, co zrobić. Ubrać się, wyjść z pokoju, pocieszyć ją. Ale jak? Może jest po prostu pijana? Albo szalona. Leżałam nieruchomo, a zawodzenie nie ustawało. I nagle olśniło mnie. To nie kobieta żadna. Ani alkoholiczka, ani szalona. Toż to La Llorona! Przestałam oddychać. Spojrzałam na zegarek. Była 4.45. Do świtu pozostało niewiele czasu… Nadal jednak panował mrok, a kobieta płakała coraz głośniej. Po pół godzinie usłyszałam pierwsze ptaki, a La llorona umilkła. Zasnąć jednak już nie mogłam. Bałam się

[więcej o La lloronie: http://www.kolumbijsko.com/kolumbia/legendy/llorona_p_aczka__2.html ]

Tego samego dnia, złachana jak Burek, po całodziennym trekingu w parnej, gorącej i błotnistej selvie, siedziałam przy świeczce w górach i opowiadałam o Lloronie kolumbijskiemu przyjacielowi, Enderowi.

-Rzeczywiście ludzie tutaj wierzą, że ona istnieje? – Ender popatrzył na mnie bezrozumnie.

-Ona naprawdę istnieje. Można tu czasem usłyszeć jak płacze. Najczęściej przy strumieniach…

-Ale dlaczego płacze?

-Nie wiadomo. To duch pokutujący. Zabiła swoje dzieci.

-Może więc potrzebuje pomocy?

-Ale jak jej pomóc? Tylko ją słychać, znika zanim zdążysz podejść i zobaczyć.

-Może trzeba się pomodlić za nią.

-Może, ale trochę strach…

-A może to woda szumi?

-Woda szumi. A nie płacze. Zresztą sama mówisz, że ją słyszałaś.

No tak, racja… Całkiem wyraźnie.

-Poza tym nie tylko Llorona się tu pojawia. W górach jest dużo duchów. Czasem dotykają człowieka.

To jakaś przenośnia, czy nie zrozumiałam…

-Jak to DOTYKAJĄ?

-Łapią za rękę.

-O matko. A tygrysy? Słyszałam, że tutejsi wieśniacy też się ich boją. Nie powiesz mi chyba, że to prawda.

-Prawda. Porywają dzieci, krowy. Dawniej, teraz już nie. I trochę wyżej w górach, nie tu. Jest dużo zwierząt, nie muszą polować na ludzi. Nie bój się. To się zdarza bardzo rzadko…

Tygrysy, duchy i hamak rozwieszony pod gołym niebem…

Ender zdmuchnął świeczkę. Skończył się dzień.

Ciudad Perdida – kolebka Indian Tayrona.

Idziemy przez trzy dni. W górach ramię w ramię z góralami żyją Indianie Koguis. Poznałam lepiej jednego z nich – Indianina Serce (tak naprawdę nazywał się jakoś tak… Serso. Ale ja mówiłam do niego per Serce i też działało) .

To grupa Indian, którzy do dziś kultywują stare tradycje. Niewiele już one mają wspólnego z dawnymi wierzeniami cywilizacji Tayrona, która żyła tu przed wiekami. Jednak tylko oni ( i rodzina Indian Aruukoos żyjąca też w Sierra Nevada) nie zasymilowali się z Colombianos.

Pozostali, np. Kuonkuamos i Wuiguus przyjmują styl życia colombianos. Chodzą w adidasach, ścinają włosy, emigrują do miast. U Koguis to nie do pomyślenia.

Mężczyźni nigdy nie obcinają włosów, a kobietom nie wolno nosić butów, żeby ich przyszłe, nienarodzone jeszcze dzieci mogły zawsze czerpać energię od Pachamamy, Matki Ziemi. Wyznają kult Słońca, wierzą, że słońce poślubiło kiedyś Żabę, dlatego jest to dla nich najświętsze zwierzę. Mieszkają w górach, podobnie jak wieśniacy żyją z uprawy owoców, kawy i kakao, wynajmu mułów i… turystów robiących sobie zdjęcia z nimi jak z misiami niegdyś w Tatrach. Tylko Indianom, ze względu na tradycję, wolno uprawiać kokę. Używają jej m.in. do Poporo.

Poporo to paszport w dojrzałość. Kiedy chłopiec kończy 18 lat, po raz pierwszy sięga po Poporo. To biały proszek powstały ze zmiażdżonych muszli małży (wapń) i utartych na miazgę liści koki. Ta mieszanka sprawia, że Indianin może wędrować cały dzień, nie czuć głodu, a czuć za to napływ sił niemal nadprzyrodzonych. W chwilach krytycznych (dwie godziny non stop po śliskich kamieniach pod stromą górę) namawiałam Endera, żeby mi zorganizował trochę Poporo, ale Ender odradził. On kiedyś spróbował. Wyżarło mu usta, język. Po pewnym czasie człowiek się ponoć przyzwyczaja. Ale ja nie mam aż tyle czasu… Żaden Indianin nie zostawia w domu Poporo (proszek nosi się w wydrążonej tykwie na patyku). Jest jak dowód osobisty.

Dopiero kiedy młody chłopiec przejdzie poporowy test, może się ożenić. Inna sprawa, że musi zrobić to szybko. Wszyscy chłopcy w wieku 18 lat maja obowiązek ożenić się z dziewczyną ze swojego klanu. Młode żony mają 15-16 lat. Małżonkę Indianin wybiera sobie sam, ale jak mu się nie spieszy, sprawę załatwiają rodzice.Tylko Wódz może baraszkować z więcej niż jedną żonką. Reszta musi się zadowolić monogamiczna nudą. W czasie świąt Indianie zbierają się w specjalnych wioskach, mężczyźni, głównie starszyzna, bawi się i spożywa napoje wyskokowe a także tańczy z duchami w Casa Amarilla – Żółtym Domu.

Nie mają tam wstępu ani dzieci ani kobiety. One bawią się w swoich miejscówkach, gdzie dla odmiany panom wstęp wzbroniony. Wszyscy bez wyjątku noszą białe ubrania. Biel to dla Koguis symbol czystości. Nie zakłóca komunikacji z duchami. A z tymi Indianie pozostaje w stałym kontakcie. I absolutnie nie boja się, że któryś z umarlaków może złapać za rękę albo za nogę. Swoich zmarłych, żeby byli jak najbliżej zakopują tuz za progiem, obok domu.

Tyle dowiedziałam się w czasie wędrówki z Sercem przez las. Na święta znowu jadę w góry do rodzinnego domu Endera.

Kumpli w białych wdziankach ma tam on bez liku… więc to pewnie nie koniec opowieści. Zwłaszcza, że mamy udać się do szamana (tego od wykręconej ręki!), żeby dowiedzieć się, co mnie czeka. Jak znam życie to szaman przekupiony przez Endera powie mi, że mam zostać w Kolumbii para siempre.

No ale, nie uprzedzajmy faktów… Może powie jednak coś innego?

Miało być Feliz Navidad w Bogocie, ale wywiało stamtąd wszystkich znajomych. Zaczęły się letnie wakacje i Kolumbijczycy się rozjechali. Święta więc spędzę z Rodziną Endera. W Santa Marta jak każe tradycja wigilijna wylega się na plażę, by przy umajonych bombkami i świecidełkami palmach i rozświetlonych bałwanach i mikołajach tańczyć do rana rumbę na plaży. No i gdzie i komu ja mam niby zaśpiewać, że Bóg się rodzi, moc truchleje…?

Tuż po wigilii ruszamy z Enderem do domu rodziców w góry Sierra Nevada. To tam całe życie ojciec Endera kolaborował z Autodefensą i uprawiał kokę na sprzedaż kartelom. Teraz, odkąd wtrąciły się w kolumbijską politykę Stany Zjednoczone, Uribe stanowczo zakazał uprawy koki i co więcej; mas o menos zakaz egzekwuje. Gdy zapytałam, czy nie bali się państwa i policji, gdy kolaborowali, Ender tylko wzrusza ramionami. „Państwo nigdy nie było groźne, co nam m ogli zrobić?”. Dopiero w 2001 roku, gdy tuż pod domem Endera (1500 m.n.p.m.) zaczęła się strzelanina, zrobiło się gorąco. Rosnące jak grzyby po deszczu kolejne grupy paramilitares zaczęły walczyć o wpływy. Ginęli ludzie. „Siedziałem na drzewie i patrzyłem jak 200, 300 nowych przedziera się przez góry. Straszny widok”.Skąd wiedział, że to byli nowi? „Bo naszych znałem, to byli nasi amigos. Grzeczni. Czasem tylko gwałcili indiańskie kobiety, ale to wyjątki. Nigdy za to nie kradli. Zawsze płacili za jajka, pomoc, muły…”. Skąd mieli kasę? „No przecież kupowali od nas kokę… Mieli z niej dużo pieniedzy. A i my też”.

Kiedy przyszli nowi, rozpoczęła się regularna wojna. „Byli wkurzeni, strzelali do ludzi”. Dlaczego? „Nie wiem. Chyba to lubili…”. Wkroczyło wojsko. Rodzina Pineda Gutierezz z dnia na dzień musiała opuścić dom, uciekli w okolice Parque Tayrona. „Zabraliśmy tylko trochę ubrań, muły, najpotrzebniejsze rzeczy”. Przez miesiąc żyli na ulicy. Ender miał wtedy 15 lat. „Nie chcę o tym pamiętać. To był straszny czas” – mówi. Kiedy wrócili, dom był splądrowany, pola spalone, zwierzęta skradzione. Wszystko musieli zaczynać od nowa.

Teraz nie ma już paramilitares w Sierra Nevada. Kontrolę nad terytorium sprawuje wojsko. Znudzeni żołnierze podrywają turystki i robią sobie z nimi zdjęcia telefonami komórkowymi. Mają 17-18 lat.

Gdzie są paramilitares? Przenieśli się w okolice Antiochii i Leticii. Ale teraz wieśniacy nie mają tak, jak kiedyś. Grup jest dużo, coraz więcej, podobnie jak karteli. Nie ma już Escobara, jednego El Padrino. „Wieśniacy posądzani są przez jednych, ze kolaborują z innymi, że sprzedają kokę nie tym, co trzeba… Wszystko się skomplikowało”. Ender uważa, że z koką jest problem. „ W moim kraju już dzieci siedmioletnie wciągają kokainę. Wszystko zaczyna się w szkole, gdzie przychodzą handlarze. Ale co zrobić? Póki ludzie będą dobrze płacić, wieśniacy będą sprzedawać.”. Jest popyt, jest podaż.

Ender ma 24 lata. Nie uprawia koki, prowadzi w góry wycieczki. Kilka dni temu dostał jednak propozycje lepiej płatnej pracy. W ochronie kartelu. Nie przyjął jej. „Nie chcę reszty życia spędzić w więzieniu ani znaleźć się na cmentarzu. – zapewnia mnie.

Kiedyś jednak spotka dziewczynę, której będzie chciał zaimponować, zarobić dużo kasy i wtedy… Czy jest silny, czy będzie umiał żyć skromnie, podczas gdy tu pieniądze (co z tego, że brudne, pieniądze to pieniądze!) leżą na ulicy? Albo rosną na polu? Grunt tylko to wiedzieć z kim pić Aguardiente!

Wigilia więc pewnie wypadnie w chacie w Sierra Nevada. Z Gutierrezami. Tylko jaką ja im potrawę wigilijna mam tu niby przygotować bez kapusty, śledzia, maku i buraków??? Ma ktoś jakiś światły pomysł? Makowiec odpada, może analogicznie do ciasta z zakazanym u nas makiem da się tu upiec ciasto z koką?