Przygoda z potrzebami

23 10 2009

Byłam dziś u Janka. Janek jest stara wyga fotograficzna, miał mi – laikowi pokazać gdzie wcisnąć, a gdzie przycisnąć i skrócony kurs zrobić jak i co i po co, no wiecie, z tym aparatem. I nawet zaczęliśmy sobie już na ten temat miło i mas o menos fachowo gawędzić, aż tu córka Janka – siedmioletnia Kalinka nagle oznajmiła mi z lekką pretensją, ciągnąc mnie znacząco za rękaw, że nie zaznajomiłam się z jej potrzebami.

No to niedopuszczalne, człowiek może wyjeżdżać na koniec świata, ale kiedy małe dziecko potrzebuje komuś dużemu opowiedzieć o swoich potrzebach – to nie ma przebacz.

– Jasne, opowiedz mi o swoich potrzebach- rzuciłam, patrząc spod oka na kalinkowego Tatusia…

Na stół wjechało pudełko. Pudło raczej. Kalinka zaczęła wyjmować z niego bardzo dużo bardzo małych zwierzątek z bardzo dużymi głowami i jeszcze większymi ślepiami. To jest Czesia, a tu Niusia, to ich brat- Edek. To Snike, a to Lola.

Zakumałam. To taka zabawa!  – Kalinko, a więc nie z TWOIMI potrzebami, tylko z ICH potrzebami mam się zaznajomić? – zapytałam jeszcze niepewnie? Skucha.

– Masz się zaznajomić z MOIMI potrzebami – wycedziła Kalinka zadziwiona durnowatością pytania.

No to pokornie słuchałam. Chiki, Miki i Friki, kotek Leila, a reszty… zapomniałam.

– A Ty nie masz żadnych Pet Shopów? – zdziwiona zapytała na koniec.
Snajk
Pet shopów?! – szybko sie zresetowałam, przebudziłam, zrobiłam przegląd ewentualnych rzeczonych… No nie mam raczej. Ale zaznajomiłam się z jakąś setką u Janka. Z pet shopami, powtórzę fonetycznie: petszopami!!!!

Konkluzja? Warto zaznajamiać się z potrzebami innych ludzi. Można odkryć światy nieodkryte! Np. taki świat wielkogłowych petszopów;-)

A teraz może ktoś wreszcie zechce zaznajomić się z MOIMI????????

Jak każdy mam potrzeby podstawowe, fizjologiczne oraz wyższego rzędu.

Aktualnie wyższy rząd został zredukowany do zera, fizjologia, jeśli np. wliczyć w nią sen i inne cielesne uciechy też kuleje i plasuje się w okolicach żenującego minimum, ale za to podstawowe potrzeby wciąż JEDNAK MAM! A na ich czele nieustannie znajduje sie co? Hotel w Caracas! W Caracas bowiem – jak pisze do mnie Pan T. jak  -wiadomo Znawca Am.Pd. – przypadkowe mózgi rozpryskują się na koszulach przypadkowych pasażerów metra  …

Cytuje maila z CCS:

„Z noclegiem w Caracas jest generalnie zle. Bardzo zle. Podstawowy problem to marna infrastruktura. Hoteli jest malo, a te ktore sa, sa najczesciej zniszczone, zapuszczone, zarobaczone.Ale i tak pelne. Bo jest ich malo. Albo wynajmuja pokoje na godziny. Bo to sie bardziej oplaca. O miejsce noclegowe w wenezuelskiej stolicy trudno, zwlaszcza w ciagu tygodnia i w niewakacyjnym okresie. Wynika to w duzej mierze z tego, ze jednym efektow kolektywizacji, nacjonalizacji i innych socjalistycznych reform jest totalny upadek rolnictwa i przemyslu na prowincji. Wenezuelczycy emigruja wiec za chlebem do stolicy. Bo tu latwiej o prace, fuche, cokolwiek. Wiekszosci przyjezdnych nie stac jednak na wynajecie lokum (bo kryzys mieszkaniowy jest wiekszy niz jakikolwiek inny w tym kraju). Wiec do wyboru maja albo wlasnie hotele i hoteliki, albo rozrastajace sie z kazdym dniem slumsy.Wielu pracuje od poniedzialku do piatku, a na weekend wraca do rodziny. Dlatego najtrudniej jest wlasnie w srodku tygodnia. (…)”

Itd, itp.

Zaczęłam ostatnie odliczanie, potrzeb mam coraz mniej. Pet shopa-ani jednego. I wciąż nie wiem gdzie zatrzymam się w CCS. Ale co tam. Jeszcze tak nie było, żeby JAKOŚ NIE BYŁO! ;-))))))

Reklamy




Przyjaciół poznaje się…

21 10 2009

… w różnych okolicznościach natury. Wcale nie tylko w biedzie, ale na przykład gdy się kupiło nowy aparat (Canon 50D) i i nic się z niego nie kuma, bo się do tej pory korzystalo z wysłużonego kliszaka….

Było prosto: Załaduj, wyceluj, strzel. A teraz jakiś język nie wiem jaki: DPI, JPG, RAV, TIF, PICASSA, inne takie…

Przemek się załamał jak zobaczył, że NIC kompletnie nie czaję.

No ale ja mówiłam przecież, że taka bardziej dziewiętnastowieczna jestem. Lubię jak się mówi do mnie zdaniami wielokrotnie złożonymi, a tu? Jakies br-y, html-e, nawiasy kwadratowe i inne takie.  Hm. Próbowałam pogadać z tym programem, ale nie idzie.

Odpadłam, gdy powiedział do mnie wprost: IMPONUJ.

Jak mam zaimponować programowi? Wzięłam się ładnie umalowałam, założyłam wyjściowe wdzianko i powiedziałam, że znam na pamięć siedem wierszy Norwida, a jak się postaram to całą Wielką Improwizację z Dziadów też mogę recytować. Nic  z tego. Cisza. Olał mnie.

IMPONUJ dalej świeciło i kłuło w oczy.

To wyciągnęłam wszystkie gazety i teksty i zdjęcia (tak, tak, te z kliszaka robione) opublikowane, usiadłam z nimi przed palmem i co widzę?

IMPONUJ. Czyli wysoko, kuźwa, poprzeczkę zawiesił.

Już chciałam postawić na kompie garnek z naprawdę zajebistym i pysznym barszczem czerwonym (takie małe przekupstwo) kiedy nagle …

Jakaś zmiana. Już nie IMPONUJ mi mówi kolo nagle, ino:  IMPORTUJ.

Hm. Ze wstydem niejakim zimportowałam, a barszcz wrócił do lodówki.

Ale zje się, bez obaw.

No takie moje małe tam przygody…

A do wątku wracając… gdy jest się początkującym blogerem i też – nic się nie kuma – i wtedy przyjaciele piszą… Że fajnie. Że czytają. Że trzymają kciuki. Albo gdy deklarują, że przyjadą tam do mnie. Albo w ogóle GDY KTOŚ DO MNIE PISZE! ;-) Nawet nieznajomi. O, jak miło!

Tylko poczekajcie jeszcze momencik, teraz to ja mam rollercoaster i badam wytrwale, ile litrów się mieści w 75 litrowym plecaku. Wychodzi, że ze sto, no ale ja tego nie udźwignę, no pasaran! Wiec wyjmuje, badam znowu, a plecak trzeszczy i mówi mi: NIE! No ludzie!

Czy ktoś zna jakiś praktyczny i szybki sposób pakowania się na pół roku? Ja poproszę!

Książek naliczyłam: 12. Wążą. Plus słownik. Gruby słownik. A Przemek mówi mi zafrasowany: To ciuchów nie bierz. Ha! Ja chyba nie mam duszy travelersa, ja przepraszam, ale JEDNĄ sukienkę to ja wziąć muszę! Jedną albo i dwie. A najlepiej trzy. Mówiłam już że taka bardziej dziewiętnastowieczna jestem? A widzieliście panienki z przełomu wieku… w bojówkach?

I tak jestem dzielna, bo już od wczoraj hasają we mnie bakterie żółtej febry, duru brzusznego, tężca, błonicy i jeszcze parę innych. I choć serce mi pękało (jaka to kasa jest!!!!) to ubezpieczyłam się. Tydzień przynajmniej w jakimś Cuzco czy innej Tabadindze do tyłu.

Płakałam i płaciłam.

Ale na pocieszenie… mam gwarancje, żę zwłoki dotrasportowane zostaną w razie czego do Warszawy- free. Więc może jednak warto?