Jutro będzie futro czyli jak walczę z MANIANĄ

29 03 2012

No dobrze, już dobrze, dobrze, przecież piszę! A że rzadziej nieco? To co, miałam tu Szanownych Państwa stekiem bluzgów zalewać? Ja rozumiem poszanowanie dla obcej kultury, tolerancyjna jestem bardziej niż Stanisław Sojka i ogólnie przyswajam takie fakty, że jak się wylądowalo 11 000 km od kraju to za cholerę nie bedzie tak jak w kraju, mowy nie ma. Ale że będzie aż NIE TAK jak w kraju to sobie wyobrazić nie mogłam, ano nie. Ale już mogę. Na własnej skórze testuję, jak bardzo może być… inaczej. Boszszszszsz!!!!

Przez minione dwa miesiące bawił u mnie Sen ior Tato (vel Capitano), jak lubiła o Nim mówić hispanojęzyczna ekipa Casablanki. Tata wykazuje poważne tendencje do organizowania, zarządzania i planowania i tu się facet złapał w pułapkę. Tata zapomniał nieco, że nie wylądował w zorganizowanym do bólu Zurichu, ani innym zadbanym Wiedniu, gdzie ludzie na schodach ruchomych ZAWSZE ustawiają się po prawej stronie, a zegarki ani się nie spóźniają ani się nie spieszą, otóż Tata wylądował w Cartagenie de los Indios a potem lądem przybył do portu zwanego Santa Marta nad którą unosi się wielka straszna i zębata MANIANA!!!!!!

Maniana jest z nami cały czas, nie opuszcza nas ani na moment, dusi, przyciska mnaianowym kolanem i poprawia jak Chuc Norris. Nokautuje nas z półobrotu, ćwierćobrotu i w ogóle nawet bez obrotu!!!!

Nie, nie opiszę w tym miejscu wszystkich manian na jakie narazilismy się, chcąc odrobinę doprowadzić Casablancę do ładu, ale może streszczę to krótkim Taty komentarzem: Boże, czego się nie dotkną, to wszystko spieprzą!!!

To może dla przykładu historia o kapliczce (wcale nie najbardziej hardcorowa, ot taka tam całkiem przeciętna sobie przygoda jakie przytrafiają się mi każdego karaibskiego dnia).

Otóż otrzymałam w prezencie od Taty piękną figurkę świętej Marty nomen omen patronki restauratorów i hotelarzy między innymi. Tata zarządził przy tym, że trzeba by kobitę gdzieś ustawić stosownie  do jej świętobliwej pozycji, toteż uzyskawszy już kruche porozumienia czy będzie sobie Marta wisiała na drzewie (nie) czy na jednej ze ścian patio (tam własnie będzie), ochoczo i radośnie pomaszerowaliśmy do stolarza. Stolarz mieszka za rogiem i znany juz mi był z nieco przydługiego wytwarzania dwóch prostych ławek do restauracji w Miramarze oraz z maślanych oczek, w których z latwością dostrzec można denka od butelek po rumie… toteż nieśmiało zoponowałam, że może innego stolarza by tak przyskrzynić, a z tym ślamazarą się nie zadawać.  Uległam jednak argumentom, że teraz naprawdę zadanie ma łatwe, gdzie będziemy łazić po mieście jak on za tym rogiem, no w sumie… dużo do roboty mu nie damy. Domek zbudować mały, ot, coś jak budka dla ptaka, tyle że dużego ptaka, a tak w ogóle nie dla ptaka tylko dla świętej. To miał być zwykły domek – kilka desek i juz, potem pomalować i finito. Pan przyjrzał sie nam kaprawymi oczkami i wypalił, że zajmie mu to… pięć dni!!!

Człowieku, będziesz dopiero sadził to drzewo z którego nam kapliczkę wystrugasz? Dobra nie ma co się podniecać, bo ciśnienie i tak skacze, ma być na wtorek, tak? – Na wtorek ale wieczorem – zastrzegł rezolutnie, pewnie przewidując porannego kaca. No dobra, niech ci będziu leniu kolumbijski, ale na wtorek ma być i basta. Na wszelki wypadek powiedziałam że kapliczka leci z Tatą do Polski więc poślizgu być nie może i że jak nie będzie na wtorek to uduszę. Nie no… na wtorek to będzie, pani szanowna. Na pewno i już.

No i we wtorek dzwonię i pytam, o której mogę odebrać. A pan na to, że już todo bien, ale musi pomalować, no i niech sobie przez noc wyschnie. Czyli rano W ŚRODĘ mam się zjawić. Ufff, ok, dobrze, dobrze, przecież to bylo do przewidzenia, wszak  jedna noc mnie nie zbawi, (choć teoretycznie i podług klamstwa mego, w środę to kapliczka miala już lecieć niby do Polski).

Dobra nasza. Mamy środę. Dzwonięokoło południa do dziada-niedojdy i pytam czy wyschła już. I co słyszę? Że NIE wyschła. Bo NIE pomalował. Bo farby zabrakło. On teraz nie może, musi pójść coś, gdzieś kupić, więc maniana … przerwal mu mój ogłuszający ryk. ŻADNE MANIANA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! @$%&^**)()*^$%#$@#@@#$%^&*(*~~~~~~~~~~~~~~~~~~!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

MA BYĆ DZIŚ!!!!!!!!!!!!!!!!  DZIŚ! W MORDE ŁAJZO DZIIIIIIIŚŚŚŚŚŚŚŚŚŚŚŚ!

No to stanęło na tym, że dobra, dziś, ale wieczorem. I tak koło 17 siedzę sobie nad talerzem zupy z pływającą kością i nagle… coś mnie tknęło. Jakaś jasność spłynęła do mojej skołatanej ślicznej główki. Rzuciłam zupę precz i oznajmiłam towarzystwu hehe ze złym i złośliwym uśmieszkiem, że ja teraz wezmę pieska i pójdę na spacerek, a przy okazji tak hehe na momencik, ot jakby przypadkiem zajrzę do stolarza i obejrzę to cudo, które juz pewnie dosycha. Hehe.

Jak rzekłam, tak uczyniłam. Teraz będzie najlepsze, proszę odłożyć popcorn i kanapki i czytać z uwagą!!!

Wchodzę. Ciemna izba, walają się jakieś dechy, dwóch nieco wczorajszych starych Kolumbasów buja się leniwie a jakże w fotelu i ogląda Manueli los utracony sezon 22 odcinek 790, a jak tak ich zachodzę z boczku i grzecznie mówię, że tak sobie chciałam popatrzeć na tę moją kapliczkę, bo ona już pewnie może nawet wyschła, to bym ją zabrała, a jak nie to za godzinkę przyjdę, no ale taka ciekawa jestem jak wyszła, to gdzie ona jest, bo coś na wierzchu jej nie widzę. (hehe). Jeden dziad wstał i uciekł (ten większy), a mniejszy schował się za wielką szafę. I mówi: Eeeee… nie, nie. Jeszcze nie wyschła. Później pani przyjdzie a może… maniana?

Maniana powiadasz robaczku? Dupa nie maniana!!!! Pokazuj kapliczkę albo giń!

-No kiedy nie ma. Jeszcze nie ma. – zapiszczał zza szafy.

-No ale CHYBA COŚ JEST?

-No kiedy… nie ma.

-Jak nie ma? Tydzień prawie czekam, przecież miała być na przedwczoraj, a ty jej łachu jeden, zlamasie, kutafonie latynoski psie łajzo pijusie glupi drwalu NAWET NIE ZACZĄŁES DZIERGAĆ?!!!!

-Yyyyyy… maniana. Na 100 procent na maniana.

No i tak…. Dojechała wreszcie po licznych interwencjach Endera, moich, Dilsy oraz groźbie, że kapliczki nie chcę, ale za to zabieram sobie szafę a w ogóle to jutro przyślę księdza, żeby wiedział jak jego parafianie traktują świętą, gorzej od wróbla czy innej papugi, nawet jej budki nie są w stanie sklecić z pięciu desek. No i chyba na koniec ta groźba, że ksiądz sam zawita w progi pijanego stolarza zadziałała.

Kapliczka wisi (krzywo oczywiście, bo jak można było ją w Kolumbii zawiesić prosto?), natomiast szafa, której nie wyniosłam w ramach zadośćuczynienia od leniwego kłamczuszka, a którą zakupiłam w NIBY NORMALNYM SKLEPIE, jedzie do dziś. Od 8 dni. Po trzech przyjechała wprawdzie, ale czarna a miała być de color caramelo. Nie chcę czarnej. Proszę zamienić. Tak, tak, maniana. Brakuje tylko… trzeba pomalować, jedna część… coś tam coś tam…

I tak bawimy się w Manianę, można też grę tą nazwać Człowieku Nie Irytuj Się. Jest dużo bardziej emocjonująca od Chińczyka, powiadam Wam.

Reklamy




Cwał życiowy

19 10 2011

Ludzie na filmach płaczą w różnych momentach i przy rozmaitych okazjach. Ja na przykład ZAWSZE ale to ZAWSZE płaczę, gdy pędzą konie. Nieważne czy to western, czy film kostiumowy z romansem w tle czy jakaś tam wojenna historia – konie pędzą – ja ryczę. Jak pędzą w zwolnionym tempie – to wręcz zanoszę się od płaczu.

No i teraz mi tu te konie pędzą, gnają, galopują, a mi płakać się chce. Ze szczęścia oczywiście! Moje prywatne konie mechaniczne, mój motorek – przyspieszył. Cwał. Życiowy. Na wszystkich planach zrobiło się gęsto, ruch jak w tokijskim metrze w godzinach szczytu albo w transmillenio w Bogocie.

Jungle Tour ruszyło (pozostając w końskiej stylistyce) z kopyta. Trzy duuuuże wycieczki na raz, biegamy, rezerwujemy, płacimy, organizujemy. Skutki rozmaite, ale kręci się – bez dwóch zdań. Po drodze jakieś fiesty… ostatnia to Dia de la Rasa- czyli Dzień Rasy. A ściślej mówiąc rasowej tolerancji, jakby nie było, tu w Kolumbii to powód do wypicia beczki aguardiente i przetańczenia nocy na rynku. Co też z Johnem (nowa dramatis persone) zrobiliśmy w miasteczku oddalonym o 20 km od pięknej kolonialnej Villa de Leiva. Były sztuczne ognie, panowie w kapeluszach z akordeonem na scenie, pijani w sztok Kolumbijczycy i noc pełna tańca, radości, rozmów po świt. Kolumbijska rodzina przyjaciół Johna złożona z wujów, ciotek, rodziców, kuzynów okazała się nader przyjacielska, kuzyn zaprosił mnie na Dominikanę, matka orzekła, że nigdy nie widziała ojos tan bonitos (tak pięknych oczu… No ba!), wujowie obtańcowali, John kupił mi truskawki w czekoladzie. Czyż życie nie jest piękne????!!!!

Moje dziecko, Atena, która wyszła z mojej osobistej głowy ;-) – Jungle Tour rozwija się. Są nowe pomysły, nowi ludzie, którzy chcą współpracować, nowe kierunki…  Wyspy San Bernardes, cooperacion z gringo z USA, z austriackim profesorem Chrisem… ale jak to ogarnąć dwoma rękami i jednym przeciążonym i rozgrzanym (od słońca) mózgiem? Pomagają John i Gina moje dobre duchy z Bogoty. Gina – Amiga poznana w Santa Marta – Bogotanka, kobieta młoda i wyjątkowa, biegnąca z wilkami – poświęcę jej osobny wpis bo warta jest tego! I jej starszy brat – plaster miodu! Człowiek o wielkim rozmachu życiowym, pokaleczonym sercu i poczuciu humoru, które kocham. John potrafi rozpędzić smutki, przegonić burze i zabić smoki. Robi to mimochodem. Ender, który zawsze jest, kiedy trzeba. Jest nas czworo,  czyli mało, wciąż za mało, ale udaje się na razie. Ender umie wejść na dach i załatać dziurę, John jest moim mózgiem i ramieniem, Gina potrafi wszystko i zna wszystkich.

No i ja. Wiadomo ;-)

Trwa walka o wizę przy współudziale mojego Szanownego Wydawcy Wydawnictwa Czarno na Białym i Centrum Kulturalnego La Redada – mam nadzieję, że bój zakończy się szczęśliwie- tylko kiedy? Nie wiadomo…

W Casa Blance spokój.  Szakira zaprzyjaźniła się z odziedziczonym wraz z domem rocznym kocurem Lince’em. Szakira śpi po mojej lewicy, zazdrosny Lince (od razu jakoś mnie pokochał. No co jest do diabła z tymi kotami?!) po prawicy. Do kompletu mamy gołębia – roboczo nazwaliśmy go Stefan. Gołąb spadł z drzewa jako małolat. Połamał się i teraz się zrasta. Uwielbia towarzystwo Lince’a i Szakiry… czasem we trójkę kokietują się nawzajem. No i czyż nie tak miał wyglądać raj?

Casa Blance do raju jednak daleko. Trwa apokaliptyczna pora deszczowa. W Santa Marta woda wdziera się drzwiami, walczymy z dachem, piorun spalił sieć. Internet umarł.

Śpię po kilka godzin dziennie, deszcz walący w dach budzi mnie w nocy, o świcie w Bogocie wrzeszczy papuga za oknem. Chodzę nieprzytomna. Dwa dni temu jechałam z Johnem samochodem do Villa de Leiva – wybrać hotele dla moich turystów i obejrzeć miasto. Była słoneczna pogoda, ciepłe (ale nie gorące) powietrze biło po twarzy. Za oknem krowy, owce, zielone pagórki. Prawie jak na Śląsku! Zamknęłam oczy i niechcący wyrwało mi się: No i czyż życie nie jest piękne?

Jest. – przytaknął John.

I tyle na dziś.