Nic, ktore zmienia wszystko

5 10 2014

Im bardziej pragne cos napisac, tym bardziej nie potrafie. Im bardziej Puchatek zagladal do sloika, tym bardziej miodu w nim nie bylo…

Otoz chcialam ( a chyba nie potrafie) napisac o tym, ze pojechalam do Palomino. Plaza nad wburzonym morzem i rzeka, ktora do niego wpada, a raczej leniwie wlewa sie… kajmany, mrowkojady i mnostwo wodnego ptactwa wzielo w posiadanie gore rzeki. Wioska zas to gringolandia, ale mila. Cos jak Niebianska Plaza, ale jeszcze nie tak strasznie w niej, jeszcze Wladca Much sie nie obudzil, a i autochtoni nie agresywni – wyznaja zasade: make love, not war i produkuja dziesiatki dzieciakow, a potem (zmeczeni ich produkowaniem i upalem) zwisaja w zastyglych pozach ze swoich hamakow.

Wiekszosc wioski jednak to najezdzcy – hipisi, freaki, niebieskie ptaki… jaraja gandzie, gapia sie w morze i maja wywalone na kosmos. Kupuja ziemie, gotuja sobie vega zarcie, cos buduja z patykow, zamki na piasku tez postawia, jest cool ogolnie. Czyli zdecydowanie nie moj klimat. Ja nie jestem cool, a z zamkow to mam jedynie kilka blyskawicznych – w sukienkach. I tylko tyle. Nie lubie sie bratac, jarac, integrowac, plesc godzinami o niczym. Jestem pewnie w ich mniemaniu beznadziejna (tak sie troche czulam). Niestety klimat mam taki, ze sie wole wodki z marynarzami w porcie napic, albo prosecco  w Meli na Chmielnej…  kwestia wieku moze. Albo gustu.

No, ale mimo wsystko wyladowalam na dzialce sprytnego  Australijczyka, ktory frikow za friko zagonil do roboty. Oni mu buduja dom, za to moga w nedznych warunkach mieszkac na kupie i miec staly dostep do ogniska, morza i ziola. Czapki z glow, mily Australijczyku! I nie, nie bylo NIEMILO, mimo ze komary zarly jak zarlacze, ze a prysznic robil kubek z woda i ogolnie ropierdolnik mega… Niemilo nie bylo wcale. Ale tylko dlatego, ze dostalam do dyspozycji prawie 30-letniego campera, gdzie zamelinowalysmy sie z Szakira – ona u progu cieczki, ja u progu jakiegos wariactwa zupelnego. Bo to byl moj drugi tydzien w Kolumbii. I nie wiadomo juz ktory tydzien, kiedy zastanawiam sie CO DALEJ i panie premierze, jak zyc?

Tak camper, jak i jego wlasciciel okazali sie zbawieniem.

Poszlismy nad rzeke – ja, wlasciciel campera – Argentynczyk z Buenos Aires, mniejsza o personalia, i pies. Zabladzilismy. Przelazlam przez plot, zapytac miejscowych, dokad prowadzi mala gorska drozka. Trafilam na pole Indian. Szedl do mnie jeden… nie wiem dlaczego (wstyd mi) pomyslalam o plantacjach bawelny nad Missisipi i ze zaraz mnie zastrzeli. Nie zrobil tego jak widac, za to wskazal droge. Poszlismy lanami kukrydzy przed siebie.

Rzeka. Leniwy nurt. Plywajacy szczesliwy pies. Chwila zawahania, czy ciepnac precz stanik, ale w imie szacunku dla kultury Braci Wiekszych (jak lubia o sobie mawiac Koguis) pozostalam przyodziana w pelne bikini. Przeszlismy w brod na drugi brzeg.

A wiec rzeka… taki spokoj – za nami las i malpy pokrzykujace w koronach drzew. Kolibrow  stada dzikie, upal… Argentino czytajacy ksiazke, ja w lopianach spiaca, pies jak zwykle moczyl sie. Przyszli Indianie, rozebrali sie i wskoczyli do wody. Na golasa! Potem poszli sie kochac w szuwarach. (slyszelismy ich). Milosc moga uprawiac tylko na ziemi, by czerpac energie od Pachamamy. Zastosowali sie najwyrazniej do wymogow kulturowych.

Mielismy tylko butelke wody, dwie empanady z warzywami, no i nas.

To byl najpiekniejszy piknik z mozliwych.

Uroslo cos we mnie bardzo szybko, jak grzyb. Wsystkie skladowe – RUCH – spokojnego ale nieublaganego nurtu rzeki, ruch podrozujacego od dwoch lat Argentino i swiadomosc, ze udalo nam sie wyrwac jeden dzien zyciu i ze mozemy opowiedziec sobie TYLE, a potem nigdy juz sie nie spotkac, ruch nadpobudliwej suki w rui chlodzacej psie zmysly w zimnej wodzie, nasze ksiazki i ta cisza przerywana pluskiem wyskakujacych czasem na powierzchnie ryb i posapywaniem Indian w szuwarach. Oraz zupelnie niemozliwy do opisania gwar papug przelatujacych nisko nad nami.

Czyli krotko mowiac: NIC. Nic, ktore zmienia wszystko.

Reklamy




Przekład

24 03 2011

„Język głuchoniemych nie ma konotacji graficznej i tworzony jest w przestrzeni”, a jednocześnie istnieje techniczny język niektórych chińskich kaligrafów, któremu nie odpowiada żadna forma ustna. Istnieją plemiona, które twierdzą, że należy milczeć, bo słowa zużywają świat. Ludzki słuch nie znosi ciszy, więc jeśli nie wyłapuje niczego, sam generuje szum”.

Od czasu pewnych dramatycznych zdarzeń w moim życiu, zaczęłam przywiązywać wielką wagę do milczenia. I do oszczędnej ekspresji. Najchętniej, gdybym mogła, porozumiewałabym się matematycznymi wzorami lub językiem Wittgenstaina. Niestety nie potrafię.
Bywa to moje odkryte niedawno zamiłowanie męczące dla restauracyjnych gości, bo wylewna nadmiernie nie jestem. Nieprzysiadalna raczej bywam. Choć nie zawsze. To zależy wszak, kto przysiąść się chce.

Ostatnio opowiadałam o najbliższych mi tu ludziach. Takich, z którymi nawiązałam prawdziwy kontakt.
Wymieniłam trzy. Tinę, Klausa i Endera.
To z nimi „najlepiej mi się gada”.

Z tym, że Tina jest głuchoniema, Klaus mówił tylko po niemiecku, w którym to ja języku znam kilka słów rodem z filmów o drugiej wojnie światowej, a Ender wychował się wśród Indian Koguis i tak jak oni ekspresję ma w zaniku.
Tak więc nie o słowa tu idzie.

Kilka skreślonych gestów w powietrzu i razem z Tiną pękamy ze śmiechu. Obgadujemy przestrzennie hotelowych gości. Wymachujemy nasze frustracje i żale. Płaczemy sobie w mankiety- po cichutku.
Potem – milczenie pełne treści Klausa. Jakaś historia bolesna w tle. Czy to ważne co się stało? Nie. Teraz i tutaj milczymy sobie pogodnie u mnie w restauracji, słowa nie potrzebne. Milczeliśmy przez miesiąc. Klaus przychodził do kuchni, pomagał mi robić sałatki, coś tam czasem sobie rękami, kulawym Klausa hiszpańskim i moim angielskim jednak opowiadaliśmy. Dużo śmiechu było. Na koniec Klaus wytatuował sobie smoka na ramieniu i pojechał.

Został Ender.

A., siedząc u mnie w restauracji z poderwanym na dyskotece instruktorem tańca, zapytała: – Dlaczego Ender się nie przysiądzie do nas? Czytałam tyle na twoim blogu o nim, CHCĘ go poznać.
Posłusznie przekazałam życzenie A. Enderowi, który uprzednio powitawszy Polki skinieniem głowy, teraz oglądał jakiś tenisowy turniej.
Posłusznie podszedł do stolika i… usiadł obok, przy drugim. Uśmiechnął się i…zaczął milczeć.
Co miał powiedzieć A.? Zwyczajowo zapytać jak Jej się podoba Santa Marta? Albo, jakie ma plany na następny dzień? Czy może wyznać, że dawno nie widział tak ślicznej blondynki? Wszak patentów na zagajenie miłej, niezobowiązującej rozmowy jet milion.
Najmniej popularnym jest MILCZENIE.
Poczułam się zobowiązana wytłumaczyć go jakoś: Że wychowany wśród Indian, zdystansowany dlatego, że… Głupio zabrzmiało. I niepotrzebnie.
Jaki on słodki – skwitowała rzecz A. i zajęła się instruktorem, który nie miał najmniejszych problemów z nawiązywaniem kontaktów.
Ender więc spokojnie już wrócił do tenisowych zmagań.

Potem zapytałam go, dla porządku, dlaczego się jednak nie przysiadł.
– Nie było miejsca. – odparł.
i zabrzmiało to bardzo prawdziwie, choć przecież na ławce obok A. i instruktora, zmieściłby się bez trudu.
Ale widać uznał, że miejsca tam dla niego nie ma.

Tak jak Indianie. Od kilku treków, odkąd śpimy w domu Koguis, niektórzy z rodziny podchodzą do nas, naszych turystów. Nawiązują kontakt, ucza swojego języka, częstują rumem lub cukierkami. ALE NIGDY SIĘ DO NAS NIE PRZYSIADAJĄ.
Na to przyjdzie czas. Jeśli przyjdzie.

„Prawdziwym problemem dla tłumacza (…) jest nie odległość miedzy językami albo światami, nie żargony, nie identyfikacja, nie muzyka; prawdziwym problemem jest milczenie w danym języku – wszystko bowiem inne można przetłumaczyć, prócz sposobu, w jaki dane dzieło milczy; tego-przetłumaczyć się nie da”.

[cytaty pochodzą z książki argentyńskiego pisarza, Pabla de Santis pt. „Przekład”.]





Nos Eskimosa i co z niego wyniknie

29 01 2011

Zapomniałam już jak miło być kobietą w Kolumbii. Nie mówię o żarze powitania, ani o rzucaniu się w ramiona, okrzykach z drugiego końca ulicy i siarczystych całusach od śmieciarzy, sprzedawców piwa na plaży, dostawców ryb i coca-coli, hotelarzy, zaprzyjaźnionych z Szakirą murzynków ani nawet od Mauricia, Josego, Endera, Marrona czy innych jakby nie bylo znajomych panów.
Po prostu w Kolumbii miło być.
Być kobietą-szczególnie.

Idzie sobie taka ja – nie to żeby jakaś zaraz odsztafirowana, ot, normalnie, trochę może przykrótka kiecka, gumowy klapek japonek na nodze majta, żaden tam, panie Louboutin czy inny Jimmy Choo, no może jedynie nowy nabytek-zawadiacko zsunięte sombrero (prezent od Endera) szyku zadaje, a poza tym – normalna Iwonkapibara z siatami wraca z Exito. A panowie miło wołają: Buenas tardes, Linda. Como estas Hermosa. Hola Preciosa. Que tal, Corazon? Hello Princessa.
Nic to wspólnego nie ma z typowym włoskim mlaskaniem, cmokaniem i innymi obleśnymi fiufianiami na panienkę.
Ot, panowie, uroczo pozdrawiają na ulicy w celach – no, pozdrowieniowych głównie, jak sądzę. Bo i panowie w wieku różnym – od chłopaczków lat 13, po panów w tzw. kwiecie wieku – no dajmy na to – pod siedemdziesiątkę. Kapeluszy uchylają, uśmiechy ślą zębne lub i też bezzębne, a ja sobie idę, pogwizduję siatą macham radośnie i uśmiecham się do nich choć nie wiem, czy widzą, bo sombrero wielkie i nos mi spod niego tylko wystaje. No normalnie tutaj to ja jestem istna Malena ;-)

Mamy z Shakirą taką naszą ulubioną zatoczkę w porcie gdzie biegamy za badylami i nurzamy się w topieli, spokojne miejsce tuż przed plażą upodobał sobie też od dawna siwiutki jak gołąbek sprzedawca piwa i coca – coli (z przenośnej styropianowej lodówki), o uśmiechu Piotra Skrzyneckiego. Wczoraj o mało się nie spłakał chłopina z radości, jak nas z Szakirą zobaczył po miesiącu. „No gdzieś ty się podziewała?’ – skarcił mnie jak Mama, gdy wracałam spóźniona na obiad z trzepaka.
No tak, miesiąc w Polsce, a wydaje mi się jakbym stąd się nie ruszała. Choć…

Zamieszali tu beze mnie na maksa, ale buda stoi jak stała i trzeba to ogarnąć. Dziś zakupiłam langustynki. Takie co to jeszcze ruszają wąsami. Wielkie gady, te, to znaczy… pancerniaki, czy jak im tam, skorupiaki. Stargowałam z 17 na 14 tysięcy peso u pana rybaka, co wział i mi je przytargał na plecach sam do kuchni. Dobry deal. Tylko trzeba by je jakoś zgładzić chyba. No nic, to męska sprawa. Ender nadciągnie niebawem, niech sobie pożyją w zlewie jeszcze. Z panem rybakiem na langusty umówiłam się na jeden nocno-poranny rejs. Porobimy foty i pokaże mi jak złowić langustę, tak na wszelki wypadek lepiej wiedzieć, co nie?
A będąc sędziwą opowiem wnukom jak to dzielna babcia polowała za młodu (no co!trochę podkręcę rzeczywistość) z dzidą na wielkie langusty na otwartych wodach karaibskich mórz… Ech.

Poza tym szukam pracownika, i nie idzie to dobrze. Znaleźć takiego co nie okradnie, co chce pracować i jeszcze wie gdzie wsypać parmezan, jak odróżnić oregano od bazyli, a jak przyrządzić beszamel, prosto nie jest. To chyba oczywiste.
Pracujemy więc we dwójkę, bo Nastolatka nam wymówiła. Znudziło jej się po miesiącu. Robimy kolejne podejście a ja wypatruję kolumbijskiej Gesslerowej czy innej tam Nigeli, bo skupiam się już… na kolejnym – jak to się ładnie nazywa – projekcie.

JUNGLE TOUR. Czyli tropienie jaguarów, łapanie małpy za ogon i przekrzykiwanie papug w dżungli. Jak,gdzie , dlaczego, czy na pewno? O tym już niebawem.
Pojutrze  nadciąga Mister M., który flirtował ze Scarlett Johanson (serio!!!), a ze mną raczył dolecieć do Puerto NAVAL, CZY TEŻ RACZEJ NAWAL, z nami leciały bawarskie złe azafaty, głodziły nas niczym Fidel ludzi na Kubie, postanowiliśmy więc ukarać je srodze i wypić im całe wino. Było – ogólnie rzecz biorąc – zabawnie, a podróż w wytrawnym towrzystwie MM minęła jak z bicza trzasnął. Z Misterem M pomykamy już we wtorek w moje ulubione Sierra Nevada i dlatego cieszę się i macham już ogonem na samą myśl. Szakira też macha, bo jasna sprawa- stara wyga idzie z nami.

Tym razem zadanie mamy ciężkie. Przekonać Mamo, żeby dał pozwolenie na otwarcie naszego biura. Mamo to u Indian najwyższa władza. Prezydent. Gubernator. No po prostu Wódz. Mamy działać na jego ziemi. A on nie bardzo lubi jak mu się obcy kręcą po selvie. Działają już 4 agencje podróży. On uważa, że starczy. Idziemy więc „po zgodę”. Jak jej nię będzie – to dupa blada z JUNGLE TOUR.
Można będzie wtedy chyba tylko powiedzieć: „Ależ Wodzu! Co Wódz?”.
:-)
Tylko czy on czytał „Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa”? Ha.
Takie oto mam pytanie na dziś.





Tajemnicze zniknięcie Iwonki Pibary – odcinek pilotowy

30 09 2010

Znikam niebawem.

A konkretnie-w poniedziałek. Postanowiłam nie uciekać się do półśrodków tylko konkretnie zaszyć się w selvie. Na miesiąc. Jakiś chico, który pracuje na fince w górach w poniedziałek rano zejdzie do osady z dwoma mułami, na jednym pojadę ja z Szakirą na kolanach, na drugim – prowiant i mój plecak.
Agroturystyczna opcja „all inclusiv” przewiduje zamieszkanie w chacie bez prądu, lodówki, telewizora i internetu (no to już jest hardcore! Bez netu??? Auuuu!), zwiedzanie plantacji kawy, wbicie się na kwadrat do szamana (no co? Zapraszał przecież! Zawiozę mu cukierki!), granie w karty z campesinos, czytanie książek w hamaku, pisanie różnych rzeczy, opędzanie się od komarów i nawet nie chcę myśleć czego jeszcze, uczenie Szakiry, że węże to nie jest dobre towarzystwo do zabawy, dojenie (tak, tak – DOJENIE krowy Luny lub wymiennie- krowy Mariposy – o ile przezwyciężę swój lęk przed krowami, ale w końcu kiedyś muszę, kto wie gdzie i kiedy jaka umiejętność może się przydać?), naukę podstaw zielarstwa indiańskiego, czyli magia blanca, wieczorne opowieści przy świecach, szukanie skarbu, odwiedziny u nauczyciela, co tam jeszcze? Na pewno coś jeszcze wymyślę.
Mam śmiały plan, żeby raz w tygodniu zjeżdżać na mule (4 godziny) do najbliższej wioski, w której jest jeden dwudziestoletni komputer z teoretycznym połączeniem internetowym. Tak więc optymistycznie zakładam, że raz w tygodniu – jeśli ktoś będzie miał życzenie – może spróbować znaleźć się ze mną en contacto.

Do poniedziałku jestem jeszcze nad morzem. Więc na maile czekam raczej TERAZ.

W listopadzie wracam do Santa Marta. W listopadzie wszak kończy się zima ;-)





I ja tam byłam, rum i wino piłam

18 09 2010

Nocą przyszła Burza. Taka straszna, z wielkimi piorunami, od których robi się jasno jak w dzień, i z grzmotami długimi, toczącymi się gdzieś po ziemi. Ostatni raz taką burzę przeżyłam w górach w Grecji. Wtedy bałam się naprawdę, słuchając jak grzmoty biegną po szczytach. Nieprzerwanie. Teraz bałam się tak raczej bezinteresownie. Pies spał, w nosie ma zjawiska przyrodnicze, sam wszak do nich należy.
Przyszedł czas na rachunek sumienia. Osiem miesięcy w Ameryce Południowej, dwa – wakacyjne – w Polsce i końcówka roku  w Kolumbii otra vez.
Nie znalazłam czasu na zrobienie mapki, nie znalazłam na opisy takie bardziej szczegółowe co gdzie i jak, jeśli ktoś się wybiera, ma życzenie się dowiedzieć, proszę się zaanonsować w komentarzu, na pewno odpiszę. A tymczasem SUBIEKTYWNY RANKING IWONKIPIBARY;-)

NIEUSTAJĄCO PIERWSZE DWA MIEJSCA ZAJMUJĄ W NIM
1. WENEZUELA I KOLUMBIA
Wcale nie dlatego, że to był mój pierwszy raz – chociaż nie wykluczam, że „najpiękniejszy pierwszy dzień, potem wszystko idzie w cień”. Ale chyba nie o to chodzi tym razem. Wypadkowa nienachalnej (czytaj nie na sprzedaż) egzotyki, totalna, bujna i OGROMNA przyroda, która szczelinami wciska się do domów (pisałam już że tym razem w domu nie mam karaluchów? ZA TO STADAMI PO ŚCIANACH BIEGAJĄ ZIELONE MAŁE JASZCZURKI Z KOMICZNYMI RYJKAMI. ZDECYDOWANIE JESTEM za!).
Góry, doliny, morza, rafy, gęsta dżungla, papugi i jaguary, jak się ktoś uprze to i Indian golutkicyh jak ich sam Pan Bóg stworzył znajdzie i takich (lepiej ich nie szukać) co plują do nieznajomych całkiem niefajnymi strzałkami, od których się możesz przenieść do Krainy Wiecznych Łowów. Mity i bajki żyją tu na równi z serialami. Z tym, że w seriale jednak wierzy się mniej.

Jest bałagan. Jest – co tu dużo gadać- pierdolnik. (wenezuelski inny niż kolumbijski, ale to jednak w obu przypadkach jest właśnie TO!).

Są miejsca, w których można zginąć w ciszy. Najpiękniejsze moje momenty?
Stalowe delfiny pluskające się obok mnie w Orinoko i Orinoko sama. Rzeka tajemnic. Tysiące papug na jednym drzewie i ich wieczorna odprawa- wrzask nie do opisania.

W Kolumbii? Rozgardiasz i ludzie. Niesubordynowani, bez żadnych zasad, ale przyjaźni, uśmiechnięci, zawsze pomocni i weseli.
I selva też. Poznana, oswojona. jej mała część- już moja, na mule mogę jechać z zamkniętymi oczami! Nic więc dziwnego-że kochana.

Ekwadoru nie znam. Przejechałam gon ekspresowo – w tydzień. Miłe miejsce, takie pograniczne. Już więcej Indian na ulicach, już inaczej ( W Kolumbii i Wenezueli Indianie tworzą swoje enklawy w Sierra Nevada de Santa Marta w San Agustin itd – na ulicach ich nie ma, a jeśli są to wtopieni, nie tacy barwni jak potem. Ekwador to przedsionek POMIESZANIA.
Dobre ceny, raczej podłe żarcie, żadnych złych przygód. Ale wielkiej chęci, żeby akurat tam wrócić- brak. Może kiedyś…

Peru- perła w koronie. Turystycznej. Oprócz zagubionych w dżungli miejsc gdzie nie docierają turyści ( i ja też nie dotarłam) absolutnie wymuskany (jak na Am Pd rzecz jasna ) turystyczny kołchoz. No, animatorów jak w Tunezji się dzięki Bogu jeszcze Państwo nie dorobili, ale śmiało do Peru (na szlak Gringo) można jechać z angielskim i rozmówkami hiszpańskimi. Jak ktoś chce zboczyć ze szlaku, niech zapomni o inglisz.
Peru jest – jak na Am Pd znowu zaznaczę- całkiem cywilizowane. Można tu latać na lotniach, uprawiać kitesurfing, zjeżdżać na deskach z wydm, nurkować, wspinać się- wszystko mas o menos dobrze zorganizowane. To taki kraj na wakacje dla tych co się boją na naprawdę dziko pojechać, ale troszku tak by chcieli… Choć wiem, że są miejsca w Peru gdzie… Olaboga!!! Ja jednak (jako że nie byłam sama a z Panem który lubi, żeby było raczej czysto) do nich nie dotarlam.
Ceny w Peru są dobre. Za 2000 zl, żywiąc się w restauranach tanich i sklepach można na dużym luzie przeżyć miesiąc (nie wliczam wycieczek oczywiście).

Boliwia – o matko bosko! Tanio jak barszcz, naturaleza- OBŁĘDNA! A jednak nie. Ja miałam doświadczenia złe. Ludzie warczą, kradną, popychają się na ulicach, brud straszliwy, taki NADRZĘDNY, pachnący zgnilizną i spalinami, wysokości (ponad 5 tysięcy momentami, a 4,500 to norma) zabijają. Żarcie potwornie podłe. Ale znam takich (na przykład Suchego) którzy mi mówią: W miastach nie bywaliśmy, wspinaczka super, ogólnie fantastico. Ja w Boliwii byłąm bardzo chora więc może spróbuję przewartościować poglądy. Kiedyś. Szymonie, wierzę, że pomożesz!!! :-)
Ale przyznaję: dla takich widoków jak Salar de Ujuni i pewnie dla tych sześciotysięczników-warto znieść wiele. Mi zabrakło zdrowia i siły, a z nimi odwagi.
Argentyna- Raj. Szwajcaria Am Pd. Drogo. Super fajne buty. Kuchnia… booooooooska! Wodospady też. Polecam, można z małymi dziećmi. Zaplecze turystyczne dobre. Da się żyć w warunkach europejskich, a jak komuś trzeba wielorybów albo konnych przejażdżek i innych gauchos- też się znajdą.

Urugwaj- nie wiem. Znam Colonię- takie urugwajskie Toledo. Piękne, ciche. Ogólnie podobnie chyba jak w Argentynie. Czysto miło.

Reasumując – komu trzeba, żeby było jak w domu- niech jedzie na południe- ponoć Chile też jest drogie, turystyczne i wymuskane, komu trzeba adrenaliny albo takiej NATURALEZY bez banerów, to polecam północ AM PD.Oczywiście w każdym kraju (zarówno w Peru jak w Chile) teoretycznie są wycieczki a to „do dżungli” a to gdzieś tam- na ranczo konna wycieczka z obiadem”. Ale proszę w to nie wierzyć. Dżungla to są żarty. Jakieś domki drewniane i parę papug na drzewie.Jak na działce pod Warszawą.  A ranczo – też nic wielkiego. żeby pojechać dalej i głębiej trzeba zapłacić więcej, albo… omijać agencje podróży. Albo znać dobry adres. Ale kiedy się jest turystą, co przyjechał na trzy tygodnie to ciężko jest-wiem. I dlatego właśnie polecam Wenezuelę i Kolumbię. Bo tam – nie ma przebacz.
Wszystko jest takie jakie jest.
Nikt nie ściemnia.

Ja tylko żałuję że nie dotarlam do Brazylii. Ale przecież:
JESZCZE W ZIELONE GRAMY, JESZCZE NIE UMIERAMY…

;-)
A teraz tu, tak mi się marzy skok do Panamy. Ale z kasą krucho. Sponsorze!!!! Odezwij się! 





Piraci z Karaibów

11 09 2010

Dawno nie było mnie w Kolumbii. Całe 5 miesięcy. Zaszły zmiany. A ściślej mówiąc Dilsa zaszła, Cledis ma nowego chłopaka, który posiada tatuaż i farbowaną blond grzywkę, nazywa się Oscar i już zdążył mnie odwiedzić, a Ender dostał dotacje z banku i został plantatorem kawy. Jak tylko Shakira zapomni o rybim truchle i tym, co z niego wynikło – jadę zwiedzać plantację.  Mariana czyli moja ulubiona kurew bardzo ucieszyła się na mój widok i tylko zdziwiła się nieco: O, masz pieska? Słodziutki! Trzylatka mnie pamięta a na  widok lali ze Smyka zapiała z radości. Louis pracuje już w innym hotelu, Jose nic a nic się nie zmienił, a Julio został kucharzem. Nuda, panie, nuda. Turystów coś mało. Zima, jakby nie było.

Wieczorami chodzę na plażę wybiegać Szakirę, ona biega (z różnym jak wiadomo skutkiem) a my ROZMAWIAMY.

– Teraz to musisz szczególnie uważać na Indian – mówi mi Ender.

-???

– Ze względu na psa. Oni lubią rzucać uroki na psy. Prawie każdy Koguis zna się na brujerii.

– Ale co? Tak bezinteresownie krzywdzą te pieski?

– Nie, ale czasem psy są agresywne i oni wtedy wkurzeni rzucają czary. Taki pies marnieje a potem zdycha.

– Skąd wiadomo, że to czary, a nie jakaś psia choroba?

– O rany, Iwonka, jaki z ciebie niedowiarek. Tak po prostu jest.

-Ale skąd to wiesz?

-Tysiąc razy widziałem u nas, w górach.  My też mieliśmy psa i jeden Kogui rzucił na niego urok. Pies zdechł.

– A byliście z nim u weterynarza?

-Nie. Po co? Na magię żaden lekarz nie pomoże.

– Ale może to była jakaś choroba, wystarczył jeden zastrzyk i by pies przeżył.

-Nie przeżyłby. Zęby mu wypadły. To znaczy, że silne czary. Tylko ten sam człowiek co zauroczył, może potem odczynić.  Był taki jeden facet w Mamey (osada w Sierra Nevada, skąd wyrusza się do Ciudad Perdida), zobaczył, że mu pies marnieje i wiedzial który Kogui rzucił klątwę. Jak go spotkał, to od razu wyciągnął pistolet i mówi: Tu natychmiast wylecz mi psa. Bo cie zastrzelę, ty, hijo de puta! Tamten się przeraził i od razu odczynił. I pies wyzdrowiał. Więc sama widzisz.

Więc sama widzę… W Polsce czytałam taką książkę „Szlakiem gringo” . Było w niej sporo o Santa Marta i o Parque Tayrona. Opowiadam o tym, co przeczytałam.

– Facet podróżował z laską i przyjacielem. Głównie w celach narkotycznych. Kokaina, ayahuasca, san pedro… wylądowali na Arrecife, to ta plaża gdzie są wiry i prądy, co nie? No i amigo tego pisarza opił się tym zielskiem san pedro, rozumiesz i miał tripa, że go morze woła. No wołało i zawołało. Nie wypłynął. Ciała nie mogli znaleźć przez tydzień, jeździli na policję do Santa Marta, wreszcie jakieś chyba ogłoszenie dali, że jak ktoś znajdzie zwłoki na plaży to żeby dawać znać, bo szukają utopionego gringo. I jeszcze tego samego dnia się zwłoki znalazły.

-Kiedy to było?

– 10 lat temu. Albo 12. Nie więcej. Słuchaj dalej. Ani ojciec, który przyleciał ze Stanów na wieść o tym że syn denat zaginął, ani kupel, nikt nie mógł gościa rozpoznać. Ciało było totalnie obżarte przez rekiny i inne ryby. Został kadłubek. Najpierw chcieli uznać, że to on, ale potem przyszło im do głowy, że mafia podrzuciła jakiegoś swojego trupa. Ze niby to ten gringo – i w ten sposób się pozbędą ciała. Czaisz?

-Bzdura.

– Dlaczego?

-Mafia tak nie zabija.

– A skąd wiesz jak zabija?

– Kroją ludzi w plasterki i zakopują na bardzo małej przestrzeni. Poza tym 10 lat temu te tereny były totalnie kontrolowane przez mafię i paramilitares, więc nikt nie musiał odstawiać takich teatrów. Ten pisarz ma bujną wyobraźnię.

Ups. No tak. Krojenia w plasterki by nie wymyślił.

– A ty dobrze znasz ludzi z mafii?

-A czemu pytasz?

-A … tak sobie.

– Iwonka, mieszkasz gdzie mieszkasz. Wiadomo… Owszem, miałem propozycję pracy w kontrabandzie.

– Że co proszę?

– No, na statkach przewożących kokainę. Jako ochrona.

– Przed policją?

– Przed piratami.

– To tu są jeszcze piraci?! (Jakoś sobie nie wyobrażam, że zza palmy pod którą siedzimy wyskoczy zaraz  Johnny Deep z opaską na oczach).

-Ivon, por favor! No błagam cię!

-Głupio pytam, tak?

-Głupio. Jasne, że są. Wiesz ile wart jest taki ładunek? Smaczny kąsek dla niejednego. Więc mafia potrzebuje swojego wojska do walki z piratami. Płacą 3 tysiące dolarów za kurs i samolot z powrotem do santa marta. Tyle, że zdarzało się, że nie płacili ani grosza.

-???

– No na koniec udanej akcji, meldują szefowi, że wszystko zgodnie z planem wykonane, a potem strzelają w głowę ochroniarzom i wrzucają ich do wody. A forsę dzielą między siebie.

– Skąd ty to wszystko wiesz?

– Takie rzeczy się wie.

Tak. Jasne. Takie rzeczy się wie.





Na straganie w dzień targowy

22 04 2010

W oczekiwaniu na kolejny odcinek Peru-Story, Colombia Pictures prezentuje:
Otavalo. Targ w Ekwadorze… Czy muszę dodawać, że kasa mi się kończy???


……………

…………….

……….

…………

…………