Nic, ktore zmienia wszystko

5 10 2014

Im bardziej pragne cos napisac, tym bardziej nie potrafie. Im bardziej Puchatek zagladal do sloika, tym bardziej miodu w nim nie bylo…

Otoz chcialam ( a chyba nie potrafie) napisac o tym, ze pojechalam do Palomino. Plaza nad wburzonym morzem i rzeka, ktora do niego wpada, a raczej leniwie wlewa sie… kajmany, mrowkojady i mnostwo wodnego ptactwa wzielo w posiadanie gore rzeki. Wioska zas to gringolandia, ale mila. Cos jak Niebianska Plaza, ale jeszcze nie tak strasznie w niej, jeszcze Wladca Much sie nie obudzil, a i autochtoni nie agresywni – wyznaja zasade: make love, not war i produkuja dziesiatki dzieciakow, a potem (zmeczeni ich produkowaniem i upalem) zwisaja w zastyglych pozach ze swoich hamakow.

Wiekszosc wioski jednak to najezdzcy – hipisi, freaki, niebieskie ptaki… jaraja gandzie, gapia sie w morze i maja wywalone na kosmos. Kupuja ziemie, gotuja sobie vega zarcie, cos buduja z patykow, zamki na piasku tez postawia, jest cool ogolnie. Czyli zdecydowanie nie moj klimat. Ja nie jestem cool, a z zamkow to mam jedynie kilka blyskawicznych – w sukienkach. I tylko tyle. Nie lubie sie bratac, jarac, integrowac, plesc godzinami o niczym. Jestem pewnie w ich mniemaniu beznadziejna (tak sie troche czulam). Niestety klimat mam taki, ze sie wole wodki z marynarzami w porcie napic, albo prosecco  w Meli na Chmielnej…  kwestia wieku moze. Albo gustu.

No, ale mimo wsystko wyladowalam na dzialce sprytnego  Australijczyka, ktory frikow za friko zagonil do roboty. Oni mu buduja dom, za to moga w nedznych warunkach mieszkac na kupie i miec staly dostep do ogniska, morza i ziola. Czapki z glow, mily Australijczyku! I nie, nie bylo NIEMILO, mimo ze komary zarly jak zarlacze, ze a prysznic robil kubek z woda i ogolnie ropierdolnik mega… Niemilo nie bylo wcale. Ale tylko dlatego, ze dostalam do dyspozycji prawie 30-letniego campera, gdzie zamelinowalysmy sie z Szakira – ona u progu cieczki, ja u progu jakiegos wariactwa zupelnego. Bo to byl moj drugi tydzien w Kolumbii. I nie wiadomo juz ktory tydzien, kiedy zastanawiam sie CO DALEJ i panie premierze, jak zyc?

Tak camper, jak i jego wlasciciel okazali sie zbawieniem.

Poszlismy nad rzeke – ja, wlasciciel campera – Argentynczyk z Buenos Aires, mniejsza o personalia, i pies. Zabladzilismy. Przelazlam przez plot, zapytac miejscowych, dokad prowadzi mala gorska drozka. Trafilam na pole Indian. Szedl do mnie jeden… nie wiem dlaczego (wstyd mi) pomyslalam o plantacjach bawelny nad Missisipi i ze zaraz mnie zastrzeli. Nie zrobil tego jak widac, za to wskazal droge. Poszlismy lanami kukrydzy przed siebie.

Rzeka. Leniwy nurt. Plywajacy szczesliwy pies. Chwila zawahania, czy ciepnac precz stanik, ale w imie szacunku dla kultury Braci Wiekszych (jak lubia o sobie mawiac Koguis) pozostalam przyodziana w pelne bikini. Przeszlismy w brod na drugi brzeg.

A wiec rzeka… taki spokoj – za nami las i malpy pokrzykujace w koronach drzew. Kolibrow  stada dzikie, upal… Argentino czytajacy ksiazke, ja w lopianach spiaca, pies jak zwykle moczyl sie. Przyszli Indianie, rozebrali sie i wskoczyli do wody. Na golasa! Potem poszli sie kochac w szuwarach. (slyszelismy ich). Milosc moga uprawiac tylko na ziemi, by czerpac energie od Pachamamy. Zastosowali sie najwyrazniej do wymogow kulturowych.

Mielismy tylko butelke wody, dwie empanady z warzywami, no i nas.

To byl najpiekniejszy piknik z mozliwych.

Uroslo cos we mnie bardzo szybko, jak grzyb. Wsystkie skladowe – RUCH – spokojnego ale nieublaganego nurtu rzeki, ruch podrozujacego od dwoch lat Argentino i swiadomosc, ze udalo nam sie wyrwac jeden dzien zyciu i ze mozemy opowiedziec sobie TYLE, a potem nigdy juz sie nie spotkac, ruch nadpobudliwej suki w rui chlodzacej psie zmysly w zimnej wodzie, nasze ksiazki i ta cisza przerywana pluskiem wyskakujacych czasem na powierzchnie ryb i posapywaniem Indian w szuwarach. Oraz zupelnie niemozliwy do opisania gwar papug przelatujacych nisko nad nami.

Czyli krotko mowiac: NIC. Nic, ktore zmienia wszystko.

Reklamy




Cynamonowy sposób na demona

6 04 2011

W życiu interesują mnie przede wszystkim seks, dobra kuchnia i taka sama literatura.
A potem to już długo, długo nic.
Uważam, że to wspaniała recepta na życie.
Siedzieć pod palmą, czytać sobie na przykład Iksa, Ygreka albo Zeta, następnie – w obowiązkowo zmienionym stroju – na przykład seksownie przylegającej do ciała białej sukience podkreślającej apetyczny czekoladowy kolor skóry spożyć stek z zielonym pieprzem i kaparami, popić to dobrze schłodzonym winem białym, kątem oka dostrzec słońce kiczowato zachodzące tuż za palmami, koniecznie pochylonymi pod kątem 45 stopni do ziemi, a potem zapaść się w mocnych opalonych rzecz jasna i muskularnych ramionach, a następnie oddać spontanicznym i radosnym figlom miglom. Dalej to już cenzura wycięła.
Tak. To mi się podoba.
Tylko że kurza twarz… jakoś życie mi nie serwuje ani steków, ani zachwycających sprawnością swego pióra Iksów ni Igreków, o radosnych figlach miglach to już w ogóle nie wspominam!
Palmy mam tylko. Są pochylone. Stopień pochylenia sprawdzę, czy odpowiada wymaganemu, ale jak znam to podłe życie-pewnie będą lekkie odchylenia od normy.
A poza tym dziś wreszcie się przeprowadziłam do Marchewkowego Domu. Na dwa dni przed wylotem. (do Bulandy, jakby kto pytał).
Nie było łatwo. Marchewkowy Dom był remontowany, potem lata świetlne dorabiano klucze, następnie pan z kluczami tajemniczo zaginął, potem ja poszłam na wycieczkę w góry a na koniec.
Na koniec to Ender mówi mi:
– Chyba nie chcesz mieszkać w domu nie wyczyszczonym.
– Wyczyszczony jest. Wymyli.
– Nie. Tylko posprzątali.
– No. Właśnie. To co? Możesz mi pomóc z tą walizką?
– Nie. Kup najpierw cynamon i goździki. Zagotuj wielki garnek wody i wrzuć je na wrzątek. A potem wyczyść tym mieszkanie.
– EEEEEE???
– Wyczyścisz złą energię poprzedniego właściciela. A przy okazji pozbędziesz się demonów.
I nie czekając na nic, poszedł, kupił potrzebne ingrediencje i zagotował. Co było potem, nie wiem. Ender wyczyścił moje mieszkanie z demonów.
Pierwsza noc za mną. Nic nie stukało okiennicą ani wiatr w kominie nie hulał.
Shakira za to spać nie dała. Czochrała się jak szalona, bo na wycieczce z Czwórką Super Fajnych Polaków (TAK! TAK! Wreszcie przybyli Ci fajni!)! nabawiła się pchełek.
A wracając do wywaru. Zamierzam kontrolnie wziąć próbną kąpiel. Jeśli ten zestaw tak wspaniale działa na zła energię to ja po ostatnich przejściach- POPROSZĘ.





Przekład

24 03 2011

„Język głuchoniemych nie ma konotacji graficznej i tworzony jest w przestrzeni”, a jednocześnie istnieje techniczny język niektórych chińskich kaligrafów, któremu nie odpowiada żadna forma ustna. Istnieją plemiona, które twierdzą, że należy milczeć, bo słowa zużywają świat. Ludzki słuch nie znosi ciszy, więc jeśli nie wyłapuje niczego, sam generuje szum”.

Od czasu pewnych dramatycznych zdarzeń w moim życiu, zaczęłam przywiązywać wielką wagę do milczenia. I do oszczędnej ekspresji. Najchętniej, gdybym mogła, porozumiewałabym się matematycznymi wzorami lub językiem Wittgenstaina. Niestety nie potrafię.
Bywa to moje odkryte niedawno zamiłowanie męczące dla restauracyjnych gości, bo wylewna nadmiernie nie jestem. Nieprzysiadalna raczej bywam. Choć nie zawsze. To zależy wszak, kto przysiąść się chce.

Ostatnio opowiadałam o najbliższych mi tu ludziach. Takich, z którymi nawiązałam prawdziwy kontakt.
Wymieniłam trzy. Tinę, Klausa i Endera.
To z nimi „najlepiej mi się gada”.

Z tym, że Tina jest głuchoniema, Klaus mówił tylko po niemiecku, w którym to ja języku znam kilka słów rodem z filmów o drugiej wojnie światowej, a Ender wychował się wśród Indian Koguis i tak jak oni ekspresję ma w zaniku.
Tak więc nie o słowa tu idzie.

Kilka skreślonych gestów w powietrzu i razem z Tiną pękamy ze śmiechu. Obgadujemy przestrzennie hotelowych gości. Wymachujemy nasze frustracje i żale. Płaczemy sobie w mankiety- po cichutku.
Potem – milczenie pełne treści Klausa. Jakaś historia bolesna w tle. Czy to ważne co się stało? Nie. Teraz i tutaj milczymy sobie pogodnie u mnie w restauracji, słowa nie potrzebne. Milczeliśmy przez miesiąc. Klaus przychodził do kuchni, pomagał mi robić sałatki, coś tam czasem sobie rękami, kulawym Klausa hiszpańskim i moim angielskim jednak opowiadaliśmy. Dużo śmiechu było. Na koniec Klaus wytatuował sobie smoka na ramieniu i pojechał.

Został Ender.

A., siedząc u mnie w restauracji z poderwanym na dyskotece instruktorem tańca, zapytała: – Dlaczego Ender się nie przysiądzie do nas? Czytałam tyle na twoim blogu o nim, CHCĘ go poznać.
Posłusznie przekazałam życzenie A. Enderowi, który uprzednio powitawszy Polki skinieniem głowy, teraz oglądał jakiś tenisowy turniej.
Posłusznie podszedł do stolika i… usiadł obok, przy drugim. Uśmiechnął się i…zaczął milczeć.
Co miał powiedzieć A.? Zwyczajowo zapytać jak Jej się podoba Santa Marta? Albo, jakie ma plany na następny dzień? Czy może wyznać, że dawno nie widział tak ślicznej blondynki? Wszak patentów na zagajenie miłej, niezobowiązującej rozmowy jet milion.
Najmniej popularnym jest MILCZENIE.
Poczułam się zobowiązana wytłumaczyć go jakoś: Że wychowany wśród Indian, zdystansowany dlatego, że… Głupio zabrzmiało. I niepotrzebnie.
Jaki on słodki – skwitowała rzecz A. i zajęła się instruktorem, który nie miał najmniejszych problemów z nawiązywaniem kontaktów.
Ender więc spokojnie już wrócił do tenisowych zmagań.

Potem zapytałam go, dla porządku, dlaczego się jednak nie przysiadł.
– Nie było miejsca. – odparł.
i zabrzmiało to bardzo prawdziwie, choć przecież na ławce obok A. i instruktora, zmieściłby się bez trudu.
Ale widać uznał, że miejsca tam dla niego nie ma.

Tak jak Indianie. Od kilku treków, odkąd śpimy w domu Koguis, niektórzy z rodziny podchodzą do nas, naszych turystów. Nawiązują kontakt, ucza swojego języka, częstują rumem lub cukierkami. ALE NIGDY SIĘ DO NAS NIE PRZYSIADAJĄ.
Na to przyjdzie czas. Jeśli przyjdzie.

„Prawdziwym problemem dla tłumacza (…) jest nie odległość miedzy językami albo światami, nie żargony, nie identyfikacja, nie muzyka; prawdziwym problemem jest milczenie w danym języku – wszystko bowiem inne można przetłumaczyć, prócz sposobu, w jaki dane dzieło milczy; tego-przetłumaczyć się nie da”.

[cytaty pochodzą z książki argentyńskiego pisarza, Pabla de Santis pt. „Przekład”.]





O tym co można znaleźć na 15 stronie Cosmogirl

18 03 2011

Wciąż tu jestem, jakby ktoś pytał.

Zaliczam życiowy roller coaster emigrantki. Z tym, że nie lubię do dołu. Miałam już z w życiu kilka gwałtownych i mocnych upadków, przy czym szczytowań kilka – godnych zapamiętania- też zaliczyłam. A teraz bym chciała po constansie jechać. Ale dziwka ENTROPIA dopada wszystko, co się rusza (choćby i pełzało).Czy to, co się NIE RUSZA, też dopada? Może się ruszać zatem przestanę, hę?.
Pewnie to moja wina, bo podobno mam podły charakter, jak wynika z horoskopu i z tego, że mój Admin przestał się do mnie odzywać. A czy tych, co nie mają podłego charakteru ENTROPIA nie dopada? Czytałam, że krew papieża zakitrana w jakiejś fiolce w szpitalu nie krzepnie. Wnioski?

Mówiąc krótko: zaliczam doła.
Dół jest długoterminowy, nasila się i rozwija się (tempo stałe, przyspieszone).
Autorami doła są (w kolejności przypadkowej, niealfabatycznej):
1. Obleśny Jarek (imię litościwie zmieniłam, ale nie bardzo), który uparcie okupował hotel, zajmował pokój, który mógł wynająć jakiś bogaty Niemiec lub Kanadyjczyk, który pożerałby u mnie tony camaronów i innego robactwa morskiego, płacąc za to sowicie  i przykładając rękę, a raczej portfel do mojego prywatnego PBK. Obleśny Jarek (pojawił się już na łamach bloga kilka postów niżej) nie dość, że ostentacyjnie nic nie jadł ani nie pił – to non stop „pożyczał” widelce, sól, mikser, gotował jaja na twardo i ogólnie z racji swojej polskośći w mojej mini restauracji czuł się jak u siebie w domu. Kompletnie nie robiło na nim wrażenia prasłowiańskie powiedzenie: Jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie. Odkąd w dość prostacki i niecenzuralny sposób wyraziłam zdanie na temat jego grubych i owłosionych żartów, Obleśny Jarek krążył jak krążownik i łypał na mnie z ukosa. Był omnipotentny, wszechwładny i wszystkowiedzący. Zawsze chciał dobrze w imię zasady, że dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło. Obleśny Jarek. Był straszny. Kilka razy zmusił mnie do niemiłej, expresis verbis wyrażonej, asertywności (nie tylko w jego ulubionym pornograficznym temacie), co sprawiło, że poczułam się jak kutwa i nieużytek. Nareszcie sobie pojechał. A ja zastanawiam się czy mam podły charakter.

2.Dziewczęta z Polski. Dorodne, wesołe jak szpaki i bardzo pewne siebie. Jedna z nich upuściła wypasiony aparat fotograficzny na ziemię. Ktoś krzyknął: „Ojej!”. A laska LITERALNIE wzrusza ramionami, usta wydyma i rzecze: Phi, nic to, kupię sobie następny. EMPATIA w tym wypadku nie dopadła. Ani mnie (nie rozumiem takiej ostentacji) ani jej (nie rozumie tutejszej biedy). I tyle na ten temat. Inna, typ mocno imprezowo-taneczny, radosny i ogólnie turystycznie zrelaksowany (tu empatia moja działa jak należy), rzuciła dnia pewnego: „Bo ja jestem, wiecie, bardzo emocjonalna. I wszystko silnie przeżywam”. –  poparła tezę doprawdy uroczym i perlistym śmiechem.
I tu znowu mi psycha siadła. I nie wstała. Jak ja bym chciała tak umieć dzielić się swymi, jak by nie było atutami. A ja – choć przecież emocjonalna nie mniej – się tylko stroszę i dziczeję, burmuszę i nadymam. Ponuro wpatruję się w ekran monitora, chlipię nad skrojoną świeżo cebulą, egotycznie siekam szczypior albo milcząc uparcie, obijam kości na grzbiecie kobyły w Sierra Nevada. Egoistka. A emocje gdzie? Zostały w jednym z numerów Cosmopolitan na stronie 15 w dziale „Cosmo, Ratuj!”. Nie uratowało. Jak widać. Mój problem. Nie stać mnie na tak niefrasobliwe tracenie aparatów ani nawet na perliste iskrzące emocje. Ech.

3.Ender. Jego zdolności do nieoczekiwanych, acz nagłych zaniknięć przekraczają zdolności samego Harrego Pottera i innych Davidów Copperfieldów. Znika celowo, przypadkiem, chyłkiem i całkiem otwarcie. Coraz częściej. Taka moda na macho. Jeszcze chwila, a zacznie nosić sombrero! Wąsy już zapuścił, co też małą kroplą napełnia kielich goryczy. Gorycz kielich napełnia, zwłaszcza kiedy Ender (z zalążkiem meksykańskiego wąsa) znika w godzinach pracy i zostawia mnie z całym bajzlem na głowie. Reszta mnie nie obchodzi, ale lubię wiedzieć gdzie jak i po co. A tu się okazuje-to niepotrzebne przyzwyczajenie. Ordung taki mieć w głowie. Sama się sobą zażenowałam w tej chwili, tj. pisząc te słowa. Poprawka zatem:
Tak więc to nie Ender jest współautorem doła, a wrednie brzmiący i nieużyteczny w życiu a już całkowicie zbędny w głowie mister ORDUNG. Miejsce urodzenia: Europa, znaki szczególne: lubi pieprzyć ludziom życie.

4.Ignacy Karpowicz. Napisał książkę, dostał Paszport Polityki i piszą, że Ignacy „zaprasza do intelektualnej zabawy – dyskursu o współczesnośći. A dla mnie to intelektualny, efektowny – nie powiem, ale jednak tylko new agowy bełkot. Zgłupiałam ja czy recenzenci Polityki? O taka, dajmy na to Anna Karenina albo Pani Bovary – to były powieści!

5.Szakira. Suka, nie piosenkarka. Puściła sie i teraz znowu bulę na tabletki antykoncepcyjne, a kasy nie mam.

6.Kasa. Której nie mam. A jak mam, to ona przejawia te same tendencje, co mój współrestaurator. Do znikania.

7.Entropia. Bo jest.

8.Admin. Bo zarazem jest, a go nie ma.

9. Liga Mistrzów. Wciąż jest (w telewizorze. Na żywo albo na powtórkach). A „Czarnego łabędzia” Aranofskiego jakoś – nie ma.

9. Niebieska a raczej turkusowa farba (do pomalowania okiennic). Której nie ma. Nigdzie. Tylko na zdjęciach okiennic z Grecji- jest. Co wkurza tym bardziej. Bo NIE JESTEM w Grecji.

10. Tsunami. Które było i podobno jeszcze będzie (tam i siam, nie wiemy gdzie, oczywiście).

11. Rekiny. Które są i które warunkują moje rozdarcie (psychiczne, nie fizyczne. O czym za chwilę).

12. I fakt, że gdy dziś krzyknęłam wkurzona jak 150: DUPA! Dupa no! – nikt nie zareagował. Bo co to niby po kolumbijsku znaczy taka dupa?  Nic. Zupełnie nic.

I jeszcze to i owo, ale litościwie przemilczę całą resztę współautorów DOŁA, który wszak narasta. Dodam tylko że dla odreagowania zakupiłam super kieckę, od której całe budowy w Santa Marta stają i nie tylko one. I nagle okazuje się, że mega ze mnie lachon bo z klapek japonek wskoczyłam w 12 centymetrową szpilę i wbiłam się w biały bandaż. I nagle okazuje się, że parece fenomenal i w ogóle wzbudzam aplauz.
Co tylko spotęgowało doła, bo okazało się, że mój FENOMENALNY intelekt, liczne talenty i dobry, zahartowany charakter nijak się mają do faktu że niezła ze mnie foczka. I po co mi były te studia i wszystkie wymęczone, acz przeczytane numery „Literatury na świecie”?
Trzeba było zostać przy „Cosmogirl” i tipsach z kryształkami Swarowskiego!
Chyba zaczynam bredzić.

To jeszcze wrócę na fali poematu dygresyjnego do rekinów. Same w sobie nie wzbudzają we mnie żadnych emocji a już zwłaszcza negatywnych, ale fakt, że mam szansę wybrać się na polowanie na rekiny już mnie oszołamia. Bo po pierwsze i tak miałam się wybrać na łowy (z tym, że to miały być langusty albo jakieś inne robale morskie ewentualnie rybki tradycyjne), a tu nagle wyskoczyły te rekiny.
I co? Zgładzić rekina? To wszak taka większa ryba. Że niby krowę jem, a rekina to już nie? Że niby krowy sama nie gładzę? No a powinnam wszak, żeby było sprawiedliwie. I ostatnie pytanie: a co jeśli rekin zechce zgładzić mnie?
Operator Jaś (nie jest współautorem doła, wręcz przeciwnie) zaprasza na łowy. Z zaprzyjaźnionym rybakiem. A potem wszyscy zrobimy zupę rybną. Z rekina.
Ja się waham.
Dół trzyma.
Upał też.
I to by było na tyle.





Wydzieranka

9 11 2010

Całą noc lało jak z cebra. Chata nie ma prawdziwego dachu, pokryta jest po prostu blachą, toteż deszczowy łomot brzmi ogłuszająco. Szakira się przyzwyczaiła i nie trzęsie się już jak osika. Ja wciąż nie mogę.

Patrzę na tych młodych ludzi, z których najstarsza jest Laydys (lat 25) potem Ender (24), Misael (22) i Cledis (17). Wszyscy oni, na pytanie, czy wolą siedzieć w tej głuszy bez prądu, telewizji, internetu, bilarda, piwa, telefonów, muzyki i znajomych, czy w Santa Marta gdzie wszystko to (i dużo więcej) mają pod nosem, odpowiadają zgodnie: Wolimy tutaj.

Enderowi, znając jego nieograniczone możliwości wgapiania się w programy sportowe nie do końca wierzę. A reszta? Mieszkanie na fince oznacza dla mężczyzn ciężką pracę. I marne z niej pieniądze (koszt skupu kawy to 2, 20 dolara za pół kilo). W listopadzie będą siać fasole. Przez dwa dni maczetami wycinali zielsko którym zarosły pastwiska. Misael i Ender wychodzili o 7 wracali o 16 z poranionymi rękami, następnego dnia pękały też im pęcherze na dłoniach. Kobiety mają lepiej, nie pracują w polu, to tutaj nie przyjęte. Ale oprać w zimnej wodzie 10 osób i ugotować im 3 gorące posiłki (a panowie po pracy jedzą niemało), to też robota nie dla wypielęgnowanych miękkich białych rączek. (To znaczy teraz już – tak. Bo ani białe, ani wypielęgnowane!).

A jednak oni wracają. Są ludźmi lasu, tu dopiero zrzucają swoje maski, które każe im nakładać życie w mieście. (Cledis lat 17, w santa Marta nie wyjdzie bez pełnego makijażu i codziennie innej wymyślnej fryzury, kolor paznokci zmienia co 3 dni). Tu… biega  (tak jak i ja) w bawełnianych gaciach i pochlapanych rosołem podkoszulkach, pogwizduje zamiatając podwórko i jest szczęśliwa, gdy przy świeczce tuli się do Oscara.

Ender zwisa z hamaka, a Szakira liże go po dłoniach. Misael – najweselszy z towarzystwa, a zarazem najbardziej skory do roboty po pracy przymierza się do budowy pokoju dla siebie i Laydys. Ender obiecał, że zrobi mi stół.
Raz na kilka dni podłaczamy generator prądu i przez 2-3 godziny ten leśny zakątek wypełnia rzewna muzyka lub przeciwnie – energetyczna cumbia.

Zastanawiam się, czy mogłabym tak przeżyć całe życie.

No nie.

Gdy pracowałam w niemieckim koncernie, codziennie zamknięta w tych samych 4 ścianach i patrząca przez okna dzień w dzień na ten sam betonowy parking pracowniczy, zadawałam sobie jedno pytanie: czy mam tak przeżyć całe życie? Czy ograniczyć świat do jednej znanej na wskroś trasy tramwajowej, znienawidzonego dźwięku budzika i dwóch tygodni pośpiesznego urlopu każdego roku? Czy ja tak chcę żyć?
Nie miałam najmniejszych problemów z odpowiedzią.

Teraz mam. Bo szukałam na pewno tego, co tu znajduję bez trudu. Spokoju, ciszy, przestrzeni.
Przestrzeni-przede wszystkim jej. Zamknięta w dzieciństwie na jakichś mini metrażach, w blokowiskach, na działkach pracowniczych w najlepszym razie, które przecież też wiele mają z blokowisk, marzyłam o kanadyjskiej tundrze. (potem stwierdziłam, że jest tam jednak za zimno, ale … nie obiecuję, że się tam kiedyś nie wybiorę!). Budzika tu nie używam. Budzą mnie ptaki i psy. Tramwaj? A co to takiego?

Ale jednak nie. Nie potrafiłabym chyba tak na zawsze zapomnieć o zdobyczach cywilizacji. Uzależniona od netu, (choć na facebooku zalogowałam się z konieczności kilka miesięcy temu, i nadal nie rozumiem, co ludzie w nim widzą), od dobrego kina (w kinie a nie w TV) od dobrej kuchni, od wygód typu pralka, lodówka, odkurzacz…
Od książek, spotkań z przyjaciółmi, wieczorów przy sziszy i winie, od herbaty w filiżankach a nie musztardówkach.

Ktoś mógłby rzec: Wiec sama nie wiesz czego chcesz?
Wiem.

I budzi się we mnie, każdego dnia coraz większa pewność, że po kawałeczku, malutkim wprawdzie, prawie niewidocznym, ale jednak wyczuwalnym, po centymetrach – wydzieram sobie właśnie to, czego chcę najbardziej.





Jak słowo daję!

2 08 2010

No właśnie. Jak słowo daję, ludzie co się tu z Wami dzieje?

Ja rozumiem, że burze, a potem upały… wahania ciśnienia, ogólnie klimat kiepski.

Najpierw usłyszałam od dobrej, jak by się zdawało, koleżanki, że ona woli od moich zwierzeń rozmowy z innymi swoimi koleżankami, bo to są normalne matki i żony, które żyją po bożemu. A ja nie. Ze mną trudno o wspólne tematy. I, że to ja mam problem, bo nie buduję swojego życia na racjonalnych zasadach. (Cokolwiek to nie znaczy). Szczęśliwie później umówiłam się z inną koleżanką, która stwierdziła, że pomysł mam fajny i że gdyby tylko miała tyle odwagi… Ale nie ma, choć chcialaby, bo: „ogólnie to w tym kraju  nie da się żyć”. Kolega póki co, nie miał czasu, bo pracuje. Inny miał czas, ale mało, zostaje prezesem, a to zobowiązuje. Przypadkiem spotkałam za to innego znajomego, sławnego muzyka, powiedział mi: Umieram. Mam guza na mózgu. Więc zaprosiłam go do siebie, tam, na Karaiby.  Nie da rady dolecieć, guz mu może walnąć w samolocie. Pojedziemy więc na dwa dni do Kazimierza. Admin na nic nie ma czasu, robi pieniądze. Inny kolega co miał zrobić nie pieniądze, a imprezę, właśnie stracił pracę i ma doła. I nic nie robi.  Koleżanka kolejna tez ma doła, no niby wszystko u niej OK, i nawet rozpoczął się już proces adopcyjny, ale pies jej nagle zaczął gryźć i musi z nim udać się do psiego psychiatry.  I to ją rozwala.

Ciuchcia wciąż nie wróciła z Meksyku.

Kot się zestarzał i z trudem wskakuje na szafę.

Siostra zmienia swoje życie, tata się o mnie martwi, mama stawia płotek na działce, Pan Tajemniczy jest tajemniczy.

Bób się skończył. I czereśnie. Za chwilę skończy się lato.

Czas mija.

Chyba już najwyższa pora wracać do Kolumbii?

Kupiłam bilet.

Lecę 29 sierpnia.

Znowu WYJEŻDŻAM

I- dobrze mi z tym! :-))))))))





Wyzwanie

26 07 2010

Pisać nie pisać

Blog zaniedbany, no ale czemuż się dziwić. Nosi tytuł Wyjechałam, a ja tymczasem… przyjechałam. I od razu wpadłam do życiowirówki. Szczepienia, badania, urzędy… a potem błogie lenistwo ze starszą siostrą w górach świętokrzyskich, nieoczekiwane porwanie na kilka dni nad morze (Pan Tajemniczy załadował mnie do samochodu i wywiózł do Sopotu), borówki na działce u Mamy… i oto wreszcie jestem. Ale nie na długo. Czekam teraz na bardzo strategiczny przelew, coby sobie z fasonem zakupić bilet. A dokąd? A do Santa Marta, rzecz jasna. Ruszam pod koniec sierpnia tym razem plan obejmuje: zamieszkanie u szamana Romuala w wiosce Indian Koguis, przejażdżkę na mule pięć dni w twardym siodle – aż do stóp Ciudad Perdida, siedzenie na tarasie i słuchanie szumu morza karaibskiego (szumi w sumie podobnie jak Bałtyk, dochodzi jedynie miły szeleścik palmowych liści), spożycie ceviche w ilości hurtowej, odwiedzenie Parque Tayrona, może jakiś mały skok na południe Kolumbii (San Agustin). No i powtórkę z rozrywki: wkurzanie się na zaprzyjaźnione dzieci biegające po moim domu, tłuczące szklanki i próbujące wypaść z balkonu, zjeść mój paszport albo połknąć klucze. Ćwiczenie z cierpliwości i asertywności. Testowanie granic tolerancji wobec innej kultury. Badanie cen cegieł, instalacji wodno-kanalizacyjnych, dachówek, cementu, itd. Umów cywilno prawnych i prawno-prawnych. Banie się, czy aby Chaveza machanie szabelką, nie przerodzi się w jakieś takie bardziej konkretne i zamaszyste ruchy. (że niby wojna ma być… eee).

No i pisanie.

Tym razem nie tylko bloga. Także notatek.

Niechętnie i z wieloma wątpliwościami, ale jednak. Jedno spotkanie zmieniło moją optykę. I sprawiło, że pomyślałam, że chyba warto.

Spotkanie odbyło się w Gdańsku poprzedzone zostało kilkoma mailami a zakończone szaleństwem do 3 nad ranem na parkiecie jednego z gdańskich klubów. Szalałam z dwoma panami. Moim wydafffcami – in spe.

Chyba po raz pierwszy w życiu spotkałam ludzi, którzy na hasło: Fadimann, nie pytają czy to jakiś model samochodu. To mi wystarczy, by przez chwilę poczuć, że moje zagrzebywanie się w książkach ma sens.

O reportażach z Kolumbii rozmawialiśmy sobie lekko i przyjemnie, „Ale pamiętajcie, że nie jestem drugim Kapuścińskim”- zastrzegłam i usłyszałam:

„Skąd wiesz? Kapuściński do 40-stki nie wiedział, że jest TYM Kapuścińskim. Jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz.”.

Kilka osób namawiało mnie na wydanie książki z bloga. Podrasować, dosztukować, dopisać. Dodać zdjęcia i będzie cacy. Lekko, miło i przyjemnie.

Otóż nie. Nie myślę w taki sposób. Do niczego jest mi to niepotrzebne. Nie mam parcia na szkło, ani na (tfu!) kolorówki. Kolejny kalejdoskop pobieżnych podsumowań, opisy zauroczeń, efektowne barwne pocztówki z dżungli? A po co?

A kogo interesuje Ameryka Południowa? Tę garstkę naprawdę zainteresowanych zaspokaja Artur Domosławski, jeden z wybitniejszych specjalistów, któremu mogę buty czyścić. A gdyby chcieć napisać inaczej niż on, tak bardziej „dla ludzi” lecz jednocześnie nie tworzyć takich fikcji jak Pawlikowska czy Cejrowski ( pani Beaty nie cenię choć pióro u niej lekkie i przyjemne, Cejrowski pisze OK, ale głównie o sobie)? U nas Ameryka nie chodzi – usłyszałam w jednym piśmie kobiecym, Nasze czytelniczki tam nie jeżdżą, powiedziano mi w tygodniku. Inni się nie odezwali. Za to materiał zamówił…Przekrój. Ale też nie tyle o Ameryce, ile o właścicielu Stadionu Dziesięciolecia – Polaku, mieszkającym w Argentynie, moim gospodarzu w Buenos Aires.

Więc po co i dla kogo taka książka?

A jednak chłopaki z wydawnictwa Area mówią: pisz. Admin mówi mi: pisz. Ktoś jeszcze też tak powiedział. Bo co my tu wiemy o Kolumbii, o prezydencie Santosie i dlaczego stracił sporo głosów (bo zapowiedział, że nie będzie tolerował Chaveza i nie boi się wojny), co my wiemy o bananowej republice, o przemocy (lub jej braku), o ludziach takich jak my, ich przeszłości, historii, powiązaniach z kartelami lub partyzantami (lub jednymi i drugimi). Pragnieniach, marzeniach, ograniczeniach…. O kulturze: piosenkach i współczesnej kolumbijskiej literaturze. O rzeczywistości Macondo 2010? Wiemy o tym, śmiem twierdzić, niewiele. Europocentryzm ma się dobrze. Otwarcie na Innego – jakoś u nas szwankuje.

(u mnie też. Nie mam na przykład pojęcia co dzieje się na Trynidadzie i Tobago ani w Surinamie. A przecież na pewno dzieje się wiele).

Nie wierzę w ideę globalizacji, nie ufam jej. Dalej będę tropić różnice. Choć od podobieństw uciec się już nie da.

Kończę czytać książkę o Kapuście Domosławskiego. I znajduję tam cenną dla siebie wskazówkę:

„Niewątpliwie ten pana przyjaciel, mówi Millani, umie słuchać, świetnie chwyta atmosferę miejsca i chwili. Nie ma niestety więcej energii, żeby poczytać, poszukać, posprawdzać. Czytając tę książkę po raz drugi, byłem zdumiony, jak wielu błędów mógł uniknąć, gdyby tylko poczytał trochę więcej”.

Myślę, że to bardzo ważna książka – nie tylko o Kapuścińskim. Także o gatunkach zmąconych (clifford geertz).

Reportaż to gatunek bliski etnologowi czy też atropologowi kultury (którym jestem). A jednak i na katedrach toczą się dysputy i zadaje się pytania o „przezroczystość” (czy też raczej jej brak) Badacza. Opowieść antropologiczna? Jest taka furtka.

Opowieść reportera? Jak najbardziej tak- myślę sobie, ale za chwilę budzą się wątpliwości. Na litość boską – jakie znaczenie dla wyjaśnienia złożonej sytuacji ma fakt czy strzelali na 11 czy na 13 ulicy? Nie ma. Ale już czy wpakowali w pana 2 czy 20 kul – zmienia kontekst. Dwie – bo się bronili, bo strzelali na oślep, bo chcieli zabić. 20- bo byli bestiami, bo zalewała ich nienawiść, bo to nie byli ludzie, tylko potwory.

Drobiazgi. Masa szczególików, supełków, plątanina wielka. Wyzwanie.

Jeszcze miesiąc w Warszawie, trochę jeszcze zjem chleba prawdziwego, trochę pojeżdżę na rowerze, pójdę do kina, napiszę to i owo. A potem pozwolą Państwo-że się oddalę.