Nos Eskimosa i co z niego wyniknie

29 01 2011

Zapomniałam już jak miło być kobietą w Kolumbii. Nie mówię o żarze powitania, ani o rzucaniu się w ramiona, okrzykach z drugiego końca ulicy i siarczystych całusach od śmieciarzy, sprzedawców piwa na plaży, dostawców ryb i coca-coli, hotelarzy, zaprzyjaźnionych z Szakirą murzynków ani nawet od Mauricia, Josego, Endera, Marrona czy innych jakby nie bylo znajomych panów.
Po prostu w Kolumbii miło być.
Być kobietą-szczególnie.

Idzie sobie taka ja – nie to żeby jakaś zaraz odsztafirowana, ot, normalnie, trochę może przykrótka kiecka, gumowy klapek japonek na nodze majta, żaden tam, panie Louboutin czy inny Jimmy Choo, no może jedynie nowy nabytek-zawadiacko zsunięte sombrero (prezent od Endera) szyku zadaje, a poza tym – normalna Iwonkapibara z siatami wraca z Exito. A panowie miło wołają: Buenas tardes, Linda. Como estas Hermosa. Hola Preciosa. Que tal, Corazon? Hello Princessa.
Nic to wspólnego nie ma z typowym włoskim mlaskaniem, cmokaniem i innymi obleśnymi fiufianiami na panienkę.
Ot, panowie, uroczo pozdrawiają na ulicy w celach – no, pozdrowieniowych głównie, jak sądzę. Bo i panowie w wieku różnym – od chłopaczków lat 13, po panów w tzw. kwiecie wieku – no dajmy na to – pod siedemdziesiątkę. Kapeluszy uchylają, uśmiechy ślą zębne lub i też bezzębne, a ja sobie idę, pogwizduję siatą macham radośnie i uśmiecham się do nich choć nie wiem, czy widzą, bo sombrero wielkie i nos mi spod niego tylko wystaje. No normalnie tutaj to ja jestem istna Malena ;-)

Mamy z Shakirą taką naszą ulubioną zatoczkę w porcie gdzie biegamy za badylami i nurzamy się w topieli, spokojne miejsce tuż przed plażą upodobał sobie też od dawna siwiutki jak gołąbek sprzedawca piwa i coca – coli (z przenośnej styropianowej lodówki), o uśmiechu Piotra Skrzyneckiego. Wczoraj o mało się nie spłakał chłopina z radości, jak nas z Szakirą zobaczył po miesiącu. „No gdzieś ty się podziewała?’ – skarcił mnie jak Mama, gdy wracałam spóźniona na obiad z trzepaka.
No tak, miesiąc w Polsce, a wydaje mi się jakbym stąd się nie ruszała. Choć…

Zamieszali tu beze mnie na maksa, ale buda stoi jak stała i trzeba to ogarnąć. Dziś zakupiłam langustynki. Takie co to jeszcze ruszają wąsami. Wielkie gady, te, to znaczy… pancerniaki, czy jak im tam, skorupiaki. Stargowałam z 17 na 14 tysięcy peso u pana rybaka, co wział i mi je przytargał na plecach sam do kuchni. Dobry deal. Tylko trzeba by je jakoś zgładzić chyba. No nic, to męska sprawa. Ender nadciągnie niebawem, niech sobie pożyją w zlewie jeszcze. Z panem rybakiem na langusty umówiłam się na jeden nocno-poranny rejs. Porobimy foty i pokaże mi jak złowić langustę, tak na wszelki wypadek lepiej wiedzieć, co nie?
A będąc sędziwą opowiem wnukom jak to dzielna babcia polowała za młodu (no co!trochę podkręcę rzeczywistość) z dzidą na wielkie langusty na otwartych wodach karaibskich mórz… Ech.

Poza tym szukam pracownika, i nie idzie to dobrze. Znaleźć takiego co nie okradnie, co chce pracować i jeszcze wie gdzie wsypać parmezan, jak odróżnić oregano od bazyli, a jak przyrządzić beszamel, prosto nie jest. To chyba oczywiste.
Pracujemy więc we dwójkę, bo Nastolatka nam wymówiła. Znudziło jej się po miesiącu. Robimy kolejne podejście a ja wypatruję kolumbijskiej Gesslerowej czy innej tam Nigeli, bo skupiam się już… na kolejnym – jak to się ładnie nazywa – projekcie.

JUNGLE TOUR. Czyli tropienie jaguarów, łapanie małpy za ogon i przekrzykiwanie papug w dżungli. Jak,gdzie , dlaczego, czy na pewno? O tym już niebawem.
Pojutrze  nadciąga Mister M., który flirtował ze Scarlett Johanson (serio!!!), a ze mną raczył dolecieć do Puerto NAVAL, CZY TEŻ RACZEJ NAWAL, z nami leciały bawarskie złe azafaty, głodziły nas niczym Fidel ludzi na Kubie, postanowiliśmy więc ukarać je srodze i wypić im całe wino. Było – ogólnie rzecz biorąc – zabawnie, a podróż w wytrawnym towrzystwie MM minęła jak z bicza trzasnął. Z Misterem M pomykamy już we wtorek w moje ulubione Sierra Nevada i dlatego cieszę się i macham już ogonem na samą myśl. Szakira też macha, bo jasna sprawa- stara wyga idzie z nami.

Tym razem zadanie mamy ciężkie. Przekonać Mamo, żeby dał pozwolenie na otwarcie naszego biura. Mamo to u Indian najwyższa władza. Prezydent. Gubernator. No po prostu Wódz. Mamy działać na jego ziemi. A on nie bardzo lubi jak mu się obcy kręcą po selvie. Działają już 4 agencje podróży. On uważa, że starczy. Idziemy więc „po zgodę”. Jak jej nię będzie – to dupa blada z JUNGLE TOUR.
Można będzie wtedy chyba tylko powiedzieć: „Ależ Wodzu! Co Wódz?”.
:-)
Tylko czy on czytał „Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa”? Ha.
Takie oto mam pytanie na dziś.

Reklamy




Jak NIE POSZŁAM do szamana

7 01 2010

Na jednej z plaż Parque Tayrona, w Arreciffes rocznie ginie 200 osób, które lekceważą ostrzeżenie o silnych wirach i prądach morskich. Wirów wokół Santa Marta jest więcej… Jeden z nich wciągnął mnie i przytrzymał na miejscu przez miesiąc. Wykonywałam jakieś ruchy pozorne, a to do Cartageny, a to do górskiej chaty wgłłąb Sierra Nevada, a to na dzikie plaże, które tu są (bez mew wprawdzie za to z pelikanami). Wydawało mi się, że te ruchy są znaczne, gwałtowne i bardzo konkretne, ale przecież – nie ma się co oszukiwać – to były tylko pozory. Święta Marta złapała mnie i trzymała w swoich objęciach bardzo mocno… Zwłaszcza, że przeznaczenie zapukało do moich drzwi, zapukało? Co ja piszę! Waliło, łomotało, dopraszało się i krzyczało: No przecież chciałaś. Tego właśnie chciałaś!!! A teraz niby co?

Nie wdając się w szczegóły – tradycyjnie już dla mojej powolnej włóczęgi pojawiła się sposobność, a wraz z nią potrzeba, żeby zostać na dłużej w Kolumbii.

Nie wiedziałam, co robić. Wszystko we mnie krzyczało: Tak, chcę, tak!

Ale za mało siły, żeby wiedzieć na pewno, że tu i teraz to jest właśnie ta słuszna decyzja. Że te syreny co wabią cudnym głosem, nie dadzą mi potem w kość.

Siedzimy na łące. Ender gapi się, jak to ma w zwyczaju w niebo i pogryza trawkę (bez uśmieszków mi tu proszę, taką zwykłą, łodygę jakąś znaczy się). Ja się też nauczyłam tu gapić, jak już wspominałam całkiem sprawnie się zagapiam i przynosi mi to dużo radości.

Nagle z zagapienia wyrywa mnie rzucone w przestrzeń przez Endera:

  • Nie pójdziemy do szamana.
  • Dlaczego nie?
  • Po co? Nie potrzebujesz.
  • Jak to nie? Muszę się go zapytać co z mną będzie.
  • A co ma być?
  • No co z moja przyszłością… i w ogóle.
  • Dobrze wiesz, co z twoją przyszłością. Nie musisz pytać innych, co masz robić.
  • Nawet szamana?!
  • Nawet szamana. Szaman jest dobry dla słabych ludzi. Mówi im jak mają żyć i co mają robić. A ty przecież dobrze wiesz.

I tu się Ender podniósł i poszedł siodłać muła Culacho. A ja zostałam ze świadomością, ze żaden szaman mi nie pomoże. Że decyzja, która kiełkuje, musi mieć czas żeby urosnąć we mnie…

Kiedy ruszyliśmy w dalszą drogę, coś zabłyszczało w trawie na łące. Podkowa.

Ender łypnął okiem. – No widzisz, co ja ci będę powtarzał, jak cała Kolumbia daje ci jasne znaki – westchnął. Podkowę zabrałam ze sobą.. Plecak jest coraz cięższy..

Ale nie tylko od podkowy i innych amuletów. Prezenty od Mikołaja też ważą. Różowa piżamka w kwiatki, biała indiańska lniana koszula, tomik wierszy, czarna koszulka, taka randkowa bardziej, no i buty do tańca. Wiem, wiem… za dużo. Ale jak ja mam niby tańczyć salsę w sandałach ecco? Albo w trekkingowych goreteksach? No jak? Wiem – Pawlikowska by potrafiła, ale ja nie umiem.

A propos prezentów… zagadka: który z elementów na poniższym obrazku to mój gwiazdkowy podarunek?

Bingo. Ten właśnie.

No bo jak mam mieszkanie, to dlaczego nie miałabym mieć psa? – pomyśleli życzliwi przyjaciele. Nauczona doświadczeniem z Szakirą, przekazałam szczeniaka w lepsze od moich ręce.

A jak świąteczne nastroje? Ja tak tylko, dla przypomnienia.

A tak w ogóle to piszę z Bogoty. Przyjechałam przedłużyć wizę. I zaraz wracam na moje Karaiby. Tu zimno nie do wytrzymania, z 7 stopni, jak nie mniej. Mieszkam w Candelarii na szczycie Bogoty, w pięknej dzielnicy kolorowych domków, które przypominają mi trochę krakowski Kazimierz. Ale już nie mogę doczekać się, kiedy będę spała we WŁASNYM Łóżku. Własnym KARAIBSKIM łóżku rzecz jasna!!!

PS. Kochani, dochodzą mnie słuchy, że co niektórzy się burzą, że sobie Iwonkipibary nie mogą obejrzeć pod palmą na blogu. No takie jest założenie, że swoich wdzięków promować na blogu nie będę. Ale jeśli ktoś jest NAPRAWDĘ spragniony (oprócz tych, którym już swoje sexy fotki – w błocie, na drzewie, podrapana, pogryziona, złachana, itd. – wysłałam) oglądania mnie w warunkach ekstremalnych i nie tylko to proszę o zapisy, znaczy się proszę pisać, ja zaraz wyślę.





Ceviche Forever!

2 12 2009

Podobno miało na dobre zacząć się w Peru, ale dla mnie zaczęło się już teraz. Przygoda z ceviche. To które codziennie pożeram na plaży w Rododero obok Santa Marta pewnie mocno odbiega od oryginału i rzetelny kucharz ceviche-rysta by się na nogą przeżegnał na widok plastikowych kubeczków i ich zawartości, no ale jak dla mnie-bomba. Świeże krewetki z lodówki zalewa się taką naprędce wykombinowaną marynatą. Drobno pokrojona cebulka, sos czosnkowy, sok z limonki, trochę pikantnej papryki… Oni tu mieszają toto z ketchupem i majonezem! Ja zawsze proszę sin mayonesa, i moja pasza jest po prostu PYCHA!

Do tego 3 kruche słone krakersy. 7 zeta. I na dodatek miły pan w fartuchu przyrządza ci to na twoim własnym ręczniku (pomyka taki z lodóweczką po plaży). Po wyjściu z wody krewetkowy lunch smakuje wybornie!

Na śniadanko kopa świeżych owoców. Znanych i nieznanych. Trwa sezon na mango.

I jeszcze coś. Dawno temu, po powrocie z Meksyku zakochałam się w guacamole (pasta z awokado z dodatkiem cebulki i papryczki, ew odrobiny majonezu) i w ogóle w awokado. Co za niespodzianka! Tu awokado mają wielkość melonów! Dziś właśnie planuję przyrządzić sobie na kolację gigantyczną miskę guacamole!

Upał taki, że jeść się nie chce, napoje chłodzące wszelkiej maści przyjmuję za to w dużej ilości.

W zasadzie po odkryciu ceviche, reszta kuchni kolumbijskiej już mogłaby dla mnie nie istnieć. Choć czeka mnie jeszcze spotkanie z Banderą Paisą, kolumbijską wersją Pabellona, czyli mieszanką firmową: ryż, czarna fasola, smażone banany, kaszanka, steki lub kiełbaski, frytki, sałata… Tu wszyscy pożerają to na obiad, jak dla mnie trochę nazbyt gigantyczne porcje… Zadowalam się grillowaną kukurydzą, szaszłykiem z budy albo zupą rybną, którą podają z całą rybą w środku w misce, w której można by wykapać niemowlaka.

Ach, i podobno tylko w prowincji Santander można skosztować lokalnego przysmaku mrówki wielkodupczastej Huormiga Culona

Postaram się na nią zapolować..

Tymczasem na bulwarach pachnie limonką. Słodko – kwaśnie, ale inaczej niż kurczakiem od chińczyka… Świeżo. Fresco. Czasem przejedzie wózek z rozkrojonymi mandarynkami, soki świeżo wyciskane na każdym rogu, owocowy raj. Węże i Drzewo Wiadomości miałam w Wenezueli, tu nawet jabłek zrywać nie muszę, podają mi je na tacy… Kolumbijski Raj. Karaiby. Można stracić czujność. Gdy pytam mojego przewodnika z którym pójdę na tydzień do dżungli, co mam zabrać ze sobą w góry… mówi: nie bierz paszportu i pieniędzy. Zostaw tutaj, w sejfie, wiesz, te lasy, pełne są… Zostaw wszystko, co możesz.

Tak też zrobię… Noga wciąż niewykurowana, mam nadzieję, że podoła trudom 3,500 m,n.p.m…. Chciałabym już ruszyć dalej, bo czuję, że to tylko pauza, czas na zmianę płyty. Za chwilę znowu zagra muzyka! Zaraz po powrocie z dżungli wybieram się do małej rybackiej wioski Tagangi odwiedzić znajomych Grzesia… Potem Cartagena i być może kąpiel w błotnym wulkanie. Bogota na święta. A potem do Leticii do naprawdę gęstego lasu do dxungli na granicy brazylijsko-kolumbijsko-peruwiańskiej…

Karaibskie plaże dają odpocząć, ale życie jest gdzie indziej.





Byłam Małą Syrenką?

1 11 2009

Prawdopodobnie w poprzednim wcieleniu wcale nie byłam aztecką ani inkaską księżniczką (co tłumaczyłby moją ogromną miłość do tierra latina), tylko wieśniaczką, żyjącą w jakiejś portowej spelunie. Albo jakimś delfinem Umem czy Małą Syrenką (o ile syrenki żywią się małżami…). Skąd o tym wiem? Bo gdy widzę owoce morza, budzi się we mnie zwierzę. Tak. Wszelkie morskie małe potworki wywołują we mnie ekstatyczne wręcz przeżycia. Odkąd jestem w Wenezueli, tylko raz zdradziłam mariscos dla pabellona. Na razie więc Wenezuela jawi mi się jako kulinarny raj…

Sopa de marisco (bulion z owoców morza), camarones al ajijo (krewetki w czosnku), wreszcie fosforera – najbardziej morska z możliwie morskich zup. Kiedy właścicielka zobaczyła, jak pochłaniam ją (w ekspresowym tempie, a był jej naprawdę gigantyczny kocioł) zaklaskała z radości. Bulion rybny z rozpadniętą na kawałeczki smakowitą świeżą rybą i warzywami umaja się wielką ilością kalmarów, przegrzebków, małży, kilku gatunków krewetek, małych ośmiornic, itd. Ale nie są to znane z Polski żenujące robaczki zwane krewetkami koktajlowymi. Tu krewetki mają wielkość kciuka, małże pływają w swoich dziesięciocentymetrowych muszlach, wszystko razem wygląda jak gulasz, pachnie obłędnie, a smakuje… No, dobra, przestaje się pastwić. Podano mi to w misce dla psa. Bernardyna co najmniej. Porcją najadłam się na cały dzień.

Kolejna radość? Limonki! Żadna tam pospolita cytryna, co to jest po prostu kwaśna. Limonka to wyższa szkoła jazdy… niby kwaskowa, ale też słodka, pełna niuansów, żadna oczywistość. W Polsce limonki kojarzą się głównie z drinkiem Cuba Libre, ale tu się je dodaje do wszystkiego. I bardzo dobrze, bo ja je uwielbiam. Poza wybrzeżem niestety cała Wenezuela żywi się ponoć kurczakami smażonymi, kurczakami pieczonymi, KFC-ami, hamburgerami, sandwichami z amerykańskich sieciówek itd.

Ja na razie – o ile nie spożywam morskich stworów, żywię się arepami i empanadami (na śniadanie głównie) Arepa to placek kukurydziany, ale nie przypomina on w żaden sposób meksykańskich tortilli. To raczej taki… trochę cieńszy racuch, tyle że na bazie mąki kukurydzianej. Można dwa racuchy przełożyć jajecznicą, roztopionym serem, szynką. Niezłe. Z tym, że ja akurat wcinam arepy wypchane…kalmarami. Empanada zaś to chrupiący… jak to powiedzieć… naleśnik? Nie, bo smaży się go w głębokim tłuszczu… To może bardziej coś jak mini pizza? Czy raczej… calzone? No takie coś co w środku ma farsz. Serowy, szpinakowy, szynkowy, na słodko… I jest wyśmienite na śniadanko. Mocna kawa sprzedawana jest z termosów z „ręki” na każdym rogu. Na plażę też taszczą wielkie termosy i… lodówki o gabarytach normalnych małych lodówek. Taszczy je zazwyczaj dwóch albo trzech facetów. te mniejsze może unieść para.
wenezuela-067

<img src="https://wyjechalam.files.wordpress.com/2009/11/wenezuela-067.jpg&quot; alt="wenezuela-067" title="wenezuela-067" width="510" height="340" class="alignleft size-full wp-image-183" /

Napoje chłodzące obłożone lodem, piwo polar z gołą babą na okładce, lody… Fin de semana w Choroni!
wenezuela-087
Dla mnie – koniec plażowania, jutro czeka mnie 24 godzinna wyprawa w strone selvy. Potem 5 dni na łodzi.
Czas pożegnać palmy na jakiś czas…
wenezuela-074B





Quo Vadis?

31 10 2009

Caracas opuściłam bez żalu. Nie polubiłam tego miasta. Powiadają, że jest jak narkotyk. Jest złe, bardzo złe, ale szybko uzależnia. Nie miałam się okazji o tym przekonać. 24 godziny, które w nim spędziłam minęły na odsypianiu, walczeniu z Jet Lagiem, asymilowaniu się z Farellem – uspokójcie się dziewczyny, On ma żonę, półkrwi Indiankę, ta Curuś to tylko przykrywka!- oraz wymienianiu pieniędzy i oglądaniu z miejscowymi baseballu – to takie to, co pałką machają, a potem biegają do bazy – tyle rozumiem.

Polscy i włoscy kibice mogliby się uczyć od wenezuelskich wariatów. W knajpie o wdzięcznej nazwie Naturista, dokąd zaprowadził mnie Farell tłumy w miarę rozwoju sytuacji i ilości spożytego rumu wrzeszczały tak, że trudno było usłyszeć własne myśli. Spożywałam więc kolację w rytmie gwizdów, okrzyków i oklasków. Zdarzyło mi się kilkakrotnie w życiu lądować podczas Mistrzostw Świata w Portugalii i Hiszpani, gdzie jak wiadomo kibice krzyczeć potrafią. Ale w porównaniu z dopingiem lokalnych wenezuelskich drużyn, to się może cała ekipa skandująca For-ca Bar-ca!!! pod stół schować. Jednak to wszystko nic. Przeciągłe wycie, dzikie gwizdy i prawdziwa kakafonia wrzasków wybuchła, gdy nagle w przerwie meczu pojawił się Ojciec Rewolucji. Po co? Dlaczego w trakcie meczu? Tego nie wie nikt. Wyjaśniono mi, że jak mu się zachce kupę, to musi o tym NATYCHMIAST narodowi opowiedzieć.

Przerażeni widmem linczu kelnerzy nerwowo przełączali wszystkie programy, ale bez skutku. Hugo był wszędzie. Wrzask się wzmagał, a ja udając, że nic się nie stało dojadałam swojego pierwszego pabellona. To taka … Bandera do zjedzenia. Pabellon jest w kilku kolorach, stąd skojarzenie z flagą. Biały ryż, czarna fasola, żółte smażone banany i czerwonawa siekana wołowina z pomidorami – to pabellon kreolski. Może być jeszcze marynarski, wtedy zamiast wołowiny mamy rybę.

Gdy Chavez zniknął, pogalopowaliśmy z Farellem do metra. O godzinie 22 cały ruch uliczny staje, zamyka się budki uliczne i knajpki, na „trzy cztery”zamiera życie… Boją się. To nie jest bezpieczne miasto. Na tyle niebezpieczne, że Farell nie pozwolił mi iść ze sobą „w pewne miejsce” bo jak to śpiewał Janerka: TA ZABAWA NIE JEST DLA DZIEWCZYNEK, IDŹ DO DOMU, BO TU MOGĄ BIĆ. IDŹ DO DOMU ZANIM ZACZNĄ STRZELAĆ….
„A poza tym oni tam widzów nie lubią”. Wziął moją kasę (nie mało) i… zniknął za zakrętem. I wtedy jakiś cichy głosik zakwilił gdzieś we mnie: A jak nie wróci? ….

Wrócił po pół godzinie. Kasa wymieniona była w pralni Pieniędzy rzecz jasna. Gdzie panowie paradują bez mundurów za to z giwerami u pasa. Czarny rynek cinkciarski, trzeba wiedzieć co i jak. Za to-najlepszy kurs w mieście. I proszę, mam:
gadające pancerniki
Caracas pożegnało mnie deszczem. Ponoć i tak wyjątkowo łagodna pora deszczowa w tym roku, znaczy się mało pada. A nawet jak pada, to przez godzinę, dwie, potem wygląda słońce zza chmur. No i upalnie, deszczowo, burzowo, wilgotno… decyzja podjęta. Jadę do Choroni, na wybrzeżu karaibskim. Wiocha mała, typowy kurorcik dla mieszkańców stolicy.
wenezuela-040
wenezuela-042
Przeprawić się jednak tam trzeba przez Parque de Henri Pitter. Brzmi niegroźnie, prawda? ALE TYLKO TAK BRZMI!

Już sam początek, czyli zakup biletów to lekki hardcorek. W ramach obietnic, że Caracas stanie się Ósmym Cudem Świata, pan Chavez postawił metalową ohydną budkę (nie mam fotek, bałam się wyjąć aparat). Dopóki szczurek obwąchiwał tylko mój plecak starałam się być Zen czy tam inna Kundalini. Ale jak postanowił urządzić sobie w nim domek, zaprotestowałam. Szczurek był nieduży, duży (delikatnie rzecz ujmując) był tłok.I syf. Kiedy wreszcie Colin Farell wyściskał mnie, zaopatrzył w napoje orzeźwiające i zapakował do wesołego autobusu, odetchnęłam z ulgą.
Bywała w świecie ;-) za absolutną normę uznałam 12-letniego chłopca, który zasnął na moim ramieniu a także fakt, że mój plecak (a mówili mi: Nie trać go z oczu!) wylądował na kolanach pięciu wąsatych macho groźnie błyskających białkami (a co, jak nie będą mi go chcieli oddać?!) jak również moich współtowarzyszy podróży popiskujących intensywnie. O tu są oni:
Pić im się chciało...

Wszystko to pestka. Reageeton puszczony na full. (Full latynoski, nie polski, to są naprawdę dwa różne fulle!). Ruszamy. Fajnie. Moszczę się wygodnie, ponoć droga malownicza i przez góry. Coś wąsko tylko tak jakby. A co te hamulce tak piszczą? No wóz młody nie jest – amerykański, z lat 60, hm… Coś szybko jedzie. Pędzi raczej. Z góry. I trąbi jaki szalony. Bo na drodze mieści się tylko jeden zasadniczo wóz, no jak się uprzeć to półtora! A on pędzi. Im wyżej jesteśmy tym ostrzej bierze zakręty. Ten reageton tak go nakręca, facet ma szaleństwo w oczach, mamusiu! Sporty ekstremalne, grube pieniądze wydawane na jakieś fiu bździu typu bandżi czy inne spadochrony! Co za snobizm. Bilet z Caracas do Choroni kosztuje 16 złotych. A adrenalinka skacze, oj skacze! Naprawdę się bałam. A potem lunął deszcz, zrobiło się ciemno, chłopiec się do mnie przytulił, kurczaki rozbiegły po autobusie, a na mnie spłynął błogi spokój. Jestem w Wenezueli. Co ma być to będzie.

I było. Zapoznani w autobusie studenci z Caracas, niejaki Carlos i Augosto zaprowadzili mnjie prosto pod mój hostal Coloniali. Po drodze minęliśmy budkę z dachem z palmowych liści rozświetloną pochodniami. O jak romantycznie-się zdziwiłam. Nie tyle romantycznie, jak się chwilę potem okazało, co… praktycznie. Zrzuciłam plecak i zmordowana upałem, drogą i reagetonem wskoczyłam pod prysznic. Namydliłam, co trzeba i… nie. Ja tego nie wymyślam. Przysięgam. Właśnie wtedy zgasło światło. WSZĘDZIE. Latarka jak przystało na wytrawnego globtrotera na samym dnie plecaka, zapalniczka się zawieruszyła… Ja naga – w pianie znaczy się, więc do recepcji też raczej nie wyskoczę… Pohasałam tak na oślep, wreszcie jakoś udało się opanować sytuację. Zblazowany recepcjonista na moją prośbę o świeczkę wybałuszył oczy. – W całym mieście zgasło? Spytałam. – Mhm.
Ok. Nie chce gadać, niech spada. Godzina młoda jednak, nie do spania. Wyjrzałam na ulicę. Z ciemności wynurzały się postacie i sunęły w ciszy… A dokąd? A do światła. Do pochodni. Ma facet łeb!-pomyślałam o właścicielu restorana i ruszyłam tamże.
Krewetki w sosie czosnkowym wyborne tam mają!
Właściciel wytłumaczył mi, że jest takie zarządzenie, że codziennie w całym państwie się wyłącza prąd na godzinę lub dwie z powodu problemów z energią. Co dziwi, bo dziś widziałam, że przez cały dzień świciły latarnie. Coś jakby… bałagan?

Kiedy wróciłam do hostalu ze szczerym zamiarem pisania bloga ;-))) odkryłam, że mam sąsiada, pewnego rozmownego inżyniera, który podobnie jak ja podróżuje samotnie. No to trzeba pogadać. Kiedy jednak okazało się, że inżyniero pochodzi z Meksyku, ja zaś w Meksyku spędziłam 3,5 miesiąca, pisząc pracę na studiach… rozmowa się nam przeciągnęła cokolwiek. Do dwóch godzin. Iżyniero okazał się mieć duszę romantyka, bo zamierzał wstać na wschód słońca, ale ja spasowałam.
Jet Lag mnie trzyma jeszcze kurczowo i od 3 do 6 nad ranem robię milion różnych rzeczy, tylko nie śpię.
Wymieniliśmy się mailami, zostałam zaproszona do Veracruz, a Oscar Antonio Garcia Morales do Warszawy no i tak nasze przecięte na chwilę drogi dalej pobiegły w przeciwnych kierunkach… Tego się trzeba nauczyć. Krótkich spotkań, szybkich pożegnań. I odpowiadać na pytania skąd jestem i dokąd jadę. Quo vadis? Niezmiennie do Buenos Aires… Ale najpierw w poniedziałek, w górę rzeki, do selvy, do indian..