O dyskretnym uroku kiszonek oraz o tym czego nie ma, a co jest

24 09 2013

Wyszłam na spacer a tu… ojoj, zaczęło wizgać złem! Czas się zbierać, smarować miotłę, Jago. Żegnam się zapamiętale, bo dotarło do mnie, że: komu w drogę, temu wrotki. I ten fin de semana już spędzę po drugiej stronie wielkiej wody. Noc upłynęła mi na żegnaniu się z Adminem u Admina, a że nie lubię pożegnań, toć rano wypiwszy kubas kawy zarządziłam wymarsz i poszłam sobie, ot jakby nigdy nic, udając że nie żegnamy się na rok albo i dłużej. A biały szalik został zawieszony na lampie. No cóż, niechaj służy i robi za nierażącooczny abażur. Z buta dzielnie ruszyłam do paszportowni, żeby odebrać czerwony kajecik. Niemiły pan coś fuczał markotnie, ale i tak mimo że pewnie wcale mu to nie było w głowie, to udało mu się mnie rozśmieszyć. Otóż popatrzył na mnie, na zdjęcie, znowu na mnie, a potem zapytał: -Na tym zdjęciu to pani?

Hm… Tja, ciekawe po co robić zdjęcia paszportowe, jeśli nijak nie można poznać, kto na nich jest. Z drugiej strony zdjęcia do dokumentów mają to do siebie, że wygląda się na nich jak legiapan z Legionowa albo pani której mąż odgryzł głowę i ma zamiast niej klamkę do zakrystii. Zabrałam paszport i wyszłam w środek jesieni. Na Kruczej jest dużo drzew i ładnie pachnie. A naprzeciwko paszportowni otworzono knajpę. Nazywa się jak? Ano Colombia! Zignowowałam tą złośliwą koincydencję i weszłam (też złośliwie) do baru Colorado. Bar mleczny – standard – 80% studentów, 19% emerytów i jeden procent mnie. Poleciałam po całości: szpinak, buraczki i kluski śląskie z sosem grzybowym. Uuuuuu! 10 zeta, normalnie jeszcze by starczyło na Czarną Perłę Remy Martin i cygaro Cohiba! Pan przede mną wziął grochówkę i ozorek. Coś tam zaczęliśmy sobie bajdurzyć w kolejce do okienka: Wydawanie potraw. Zdecydowaliśmy spożyć posiłek na jednym ceratowym obrusie, gawędząc.

-Wyrzucili mnie ze szpitala, bo już mi nie przysługuje. Przyszła do mnie moja pani doktor mnie powiadomić, a ja jej mówię: – A skąd ja mam mieć pewność pani Renatko, że mi pani dobrze gałkę wsadziła (operacja oczu była wcześniej)…  Pani wyjęłaś, ale czy dobrą oddałaś? Oto jest moje pytanie. A w ogóle to pani przyszła sama czy z koleżanką, bo widzę Was dwie takie same. – Oj, panie Jasiu – bo ona mnie Jasio nazywała, lekarka ta – ależ z pana żartowniś. – chichocze pan Jasio. A zupy nie je. – Panie Jasiu, pan zupę je, póki ciepła – mówię mu, jak w Dniu Świra. – A zjem, zjem, pośpiechu nie ma… No to sobie niespiesznie pogawędziliśmy o Warszawie z lat 30 i o tym, że pan Jasio był znanym sportowcem, takim co się ściga na motocyklach. – Ja już mam 86 lat i się zbierać będę niebawem już, tak więc uprzedzam, że jakbym tam w tej egzotyce paninej się pojawił to nie bać się mi, straszyć nie będę. Pani tylko powie jeszcze raz… jak się ta miejscowość nazywa? Święta Marta, a ładnie, to ja ze świętą Martą przylecę do tej Ameryki Środkowej, ale nie samolotem wcale chi chi, już się nawet tam widzę, w samym środku, chi chi…  – i chichocze pan Jasio, a oczy ma przezroczyste, jasne jak woda. Przyszedł czas się pożegnać, więc życzyliśmy sobie dużo dobrego no i nie zostaliśmy przyjaciółmi na fejsbuku, ani trochę, ot, poszłam sobie, a pan Jasio, znany rajdowiec motocyklowy zabrał się za ozorek.

Ja zaś pokrzepiona szpinakiem i dobrym humorem pana Jasia udałam się na szoping. Niestety smutno skonstatowałam, że JESTEM JEDNAK uzależniona. Fakt, że weszłam gdy ujrzałam, że jest na wystawie i MUSIAŁAM ją kupić… to jedno. Ale że musiałam kupić inne dwie? O książkach mówię. Jeśli wychodzi nowy Myśliwski to nie ma bata – biorę w ciemno. Ale „Zjadanie zwierząt” i Jaruzelską mogłam zostawić w księgarni. Ale nie zostawiłam. Bo „Zjadanie zwierząt” J.S Foera jakoś koreluje akurat z moimi przełomami dietetycznymi, a Jaruzelska… ładnie się ubiera i ładnie pisze. No i mam „Towarzyszkę panienkę” i będę nią sobie umilać podróż w zamorskie kraje. Idąc z Centralnego do Złotych Tarasów niestety przechodzi się obok Kuchni Świata. Mogłam nie wchodzić? Mogłam. Wyszłam obładowana jak wielbłąd – wielkie pudło Pasty Tom Ka do zupy dyniowej i wszystkich innych tajskopodobnych dyrdymałów, Tandoori Masala, czerwona pasta curry i Marinade for Indian Tandoori Tikka, pokrójcie mnie na plasterki, pojęcia nie wiem co za wynalazek! (ale się dowiem). Jeszcze jakieś Nasi Goreng Mix y Bami Goreng Mix (jak się zorientowałam do ryżu i kluchów przyprawy są to, pachną bezbłędnie i mają w ludzkim języku opis wykonania egzotycznego dania, więc to mamy z główki). Na koniec dorzuciłam  Fuszer Paprika Orlenemy CSIPOS Csemege i wcale nie za swojsko brzmiące csipos ją załadowałam, tylko miała takie bajeczne kolorowe opakowanie, że brawa wielkie dla designerów co się trudzili nad obrendowaniem marki. Brawa dla nich i siedem zł mniej u mnie w portmonetce. Udało się wyjść z kuchni świata i co widzę? Żywność ekologiczna jawi się mym (zmęczonym tymi kolorami etykietkowymi) oczom. Tu byłam dzielna (no, prawie). Nie rozglądając się na boki ruszyłam do półki z chlebem i nie wiem jak zatem (bo przecież nie rozglądałam się na boki CELOWO!) wpadł w moje ręce a zaraz potem do koszyka pasztet meksykański z fasoli. Nie miał wcale przecież ładnej etykietki. Uciekłam z Żywności ekologicznej w popłochu. Nic to jednak nie dało bo pędząc tak o mało nie wyrżnęłam czołem w szybę sklepu Kakadu. No a tam zaszalałam już nie na swój temat przynajmniej, więc trochę się czuję rozgrzeszona.  Szakira otrzyma: obrożę przeciw pchłom i innej żywiźnie żywiącej się psem, zabawkę do międlenia Play Time For You jak również ulubione wędzone kurze łapki i świńskie uszy ( z psa wegetarianina robiła nie będę, no już bez przesady). Obładowana niczym te wszystkie Mirandy i inne Samanty z „Seksu w wielkim mieście” pognałam na sam szczyt Złotych żeby wbić się w fotel w Multikinie. Wprawdzie najpierw wysypały się świńskie uszy i musiałam je zbierać czołgając się pod fotelami, a potem odpakowałam pasztet i wyżerałam go paluchem (no co, prawie jak pop corn, tylko zdrowiej!) a zapach fasoli unosił się w klimatyzowanym pomieszczeniu, ale nikomu to nie przeszkadzało. Byłam w kinie sama. W sumie nic dziwnego, bo film marny, powierzchowny i nudny. O „Dianie” mowa. Naomi Watss, którą lubię mało przekonująca w roli, scenariusz płytki i sztampowy. Ale tak dawno nie byłam w kinie, że co tam. Za ciosem kupiłam kolejny bilet i poszłam na „W imię” Szumowskiej. No cóż, ta pani zna akurat swój fach, lecz po „33 scenach z życia” spodziewałam się większych emocji i w ogóle. Ale żenady nie ma. W drodze do domu kupiłam wielki karton soku pomidorowego bo łoję go teraz non stop na przemian z tonikiem. (na moim kolumbijskim zadupiu nie ma ani jednego ani drugiego). Jestem więc zapotasowana (sok) i zachniniowana (tonik).

W ten oto sposób mili Państwo, żegnam się ze starą dobrą Europą. Zauważyłam że mało co w niej już jest. Nie ma nie tylko mojego optyka i Silver Screenu, baru Barraboo (gdzie mieli najlepszą pizzę peperroni i tiramisiu – mniam!). Nie ma także Empiku na Nowym Świecie, zamknęli Traffic, może jakiś zakaz kupowania książek został wydany w Górnej Centrali tylko my jeszcze o tym nie wiemy, a oni już tak? Różnych rzeczy nie ma albo jest ich coraz mniej… Liści na przykład jest mniej. Ale grzybów – więcej. Żal mi opuszczać Polskę teraz w tym czasie klęski urodzaju, kiedy ziemia daje plony i można zbierać maślaki i jeść śliwki i gruszki i je marynować sobie radośnie albo zjadać jak leci. Ja sobie będę kisić mango i lulo co najwyżej, ech. Ale jak się nie ma co się lubi, to się kisi co się ma. Udanych kiszonek życzę!

 

Reklamy




Dom pełen wiatru

21 12 2011

No dobra, poddaję się. Nie będzie śledzi w tym roku. Szukałam tam, szukałam siam, targi obleciałam, nawet dziś specjalnie wybrałam się do Przybytku Konsumpcji i Dóbr Wszelakich czyli innymi słowy wszechobecnego na świecie francuskiego hipermarketu, którego nazwa zaczyna się na C. Ale i tam ich nie ma. Nie ma. Zero, Nul.  Nosz, w mordę jeża, nigdzie nie ma śledzi! Chyba pozostało mi śmignąć na rafę koralową, może się jakiś mały śledzik gdzieś zaszył? Karpia też jakoś moje bystre oko nie wypatrzyło. Może i lepiej bo nie mam wanny, co ja bym z takim karpiem poczęła?

Nie muszę chyba dodawać że poszukiwań kiszonej kapusty nie rozpoczęłam w ogóle. Co się będę pocić po próżnicy? Nie to nie, łaski bez. Ośmiornica zrobi za karpia, kalmary udawać będą śledzika, co do kapusty jeszcze nie mam pomysłu, pewnie zastąpi ją swojska jarzynowa sałatka, taka co to się ją serwuje u cioci na imieninach.

No i będzie barszcz bo buraki tu mamy i owszem, a i niedrogo stoją.

 

A przecież muszę zrobić miejsce na stole dla kilku potraw innych. Bo my tu w Casablance będziemy mieli bardzo kosmopolityczną Wigilię ponad podziałami. Dania narodowe (twardo zażądałam, że w sumie ma ich być dwanaście, ni mniej, ni więcej) serwować więc będzie Chilijka czyli Awatar, Argentyńczyk urodzony w Szwajcarii czyli Pirat z Karaibów, Francuz Javier, który mieszka z nami od półtora miesiąca i robi… rybki. Rybki Javier wytwarza ze słomek i sprzedaje je na ulicy, taką rybkę sobie można przyczepić fantazyjnie i zawadiacko do kluczy, czy gdzie tam kto potrzebuje…  my – jak nie trudno się domyślić mamy tu całe morze rybek, toniemy w rybkach… wszystko więc pozostaje w wigilijnym i jak najbardziej chrześcijańskim temacie. Dziś dobił do nas wąsaty Austriak i będzie miał za zadanie zrobić moją ulubioną kartoffelsalad, będzie też tłum Kolumbijczyków  więc na pewno spożyjemy pastel de Navidad czyli poczciwy tamales – masa z mąki kukurydzianej wymieszana  z groszkiem, marchewką, ziemniakami, kurczakiem, jajkiem, i czym tam chata bogata. Wszystko to ubija się w jedną paćkę i zawija w liście bananowca, zawiązuje i wrzuca do gara. Będzie też deser z mleka czyli natilla.

Opłatek od Rodziców już przyleciał z Polski, dziś zakupiłam świeczki, Mama w prezencie podesłała piękny obrus, sianka tylko nie mamy. Trzeba będzie mułom podebrać. Jest za to wór od Mikołaja polskich słodyczy. Trzy paczki z Polski hu ha! Niewyobrażalna ilość ptasiego mleczka, michałków, i mieszanki wedlowskiej jak również klasyczny torcik też od pana Wedla już stacjonują w lodówce. Leci jeszcze pośród książek konfitura od Mojej Szanownej Wydawcy. („Ta Wydawca” brzmi chyba lepiej niż „ta Wydawczyni”, co gender na to?).

No to się bezczelnie pochwaliłam prezentami.

Innych nie będzie, kasy nie ma.

Fenomeno de La Ninia, czyli mówiąc krótko: Bladź! Wieje, pada, podtapia, a nawet zatapia. Jak do tej pory w powodziach zginęło 120 osób. U mnie wieje tak, że niech się Boreasz, Eol, Akwilon i nasz swojski Halny razem z nimi – schowają. Drzewiec mruczy mi w nocy nad dachem mocniej niż kot nad uchem. A, to ja wyjaśnię… bo może nie wszyscy wiedzą jeszcze, że w domu oprócz psa, kota, ptaka i paru innych żywotnych mam też drzewo. Duże. Gigantyczne rzekłabym, orzechem zwane. Orzechów jeszcze na nim nie widziałam, ale mamy wszak zimę. Może dojrzeją. Drzewo nie jest w żadnym POBLIŻU domu, ani w ogrodzie ino w samym centrum wydarzeń, na patio, w środku domu. Tak więc Drzewiec szumi, bogowie wiatrów szaleją, a turyści przerażeni zostali w swoich Europach, Amerykach, Azjach.  Pojechali gdzie indziej, gdzie nie pada i nie wieje?

Turystyka w tym roku marnie przędzie.

 

Ale my się nie dajemy. Zaciskamy zęby, mruczymy kocie kołysanki, biegamy po plaży i uszy nam łopoczą na wietrze, pieczemy pyszną pizzę, słuchamy jak wiatr i morze szumi, czekamy…

 

Tymczasem mimochodem i chyłkiem wślizgnęły się nam Święta do kalendarza.

Smutno, że bez Rodziny i bez najbliższych, „ludzi gniazda wspólnego”. Mam jednak nadzieją, że są oni całkowicie przekonani, że pośród mojego wielowątkowego karaibskiego oszołomienia, w tym patchworku z kultur, języków, tradycji, zawsze najważniejsi są Oni.

Jest w moim kraju zwyczaj, że w dzień wigilijny
Przy wzejściu pierwszej gwiazdy
Wieczornej na Niebie
Ludzie gniazda wspólnego łamią
Chleb biblijny
Najtkliwsze przekazując uczucia w tym chlebie

C.K. Norwid





Na fali

8 08 2011

Wstyd i hańba! Tak zaniedbać blogowisko!

Sądziłam, że formuła się wyczerpala, ale nieoczekiwanie przez – ni mniej ni wiecej – a bloga właśnie – odnajdują mnie różni dziwni, często – fajni ludzie. Ostatnio Polka mieszkająca w Santa Marta, ale też Emilia z Wysp Zielonego Przylądka i nawet pewna pani z pewnej telewizji… też znalazła.

Więc może warto rzucić czasem blogowy ochłap? Na więcej – póki co mnie nie stać, proszę o cierpliwość, na pewno przyjdą lepsze czasy dla bloga.

 

W Polsce tradycyjnie pożeram ruskie pierogi, a nawet WRESZCIE!!! uczę się je wytwarzać i zastanawiam nad tym, czy ruchy, które wykonuję są przemyślane, rozsądne i słuszne.

Zamilkłam bowiem nie z czystej złośliwości, zgnuśnienia lub pospolitego lenistwa. Tu się dzieje! Huczy, buczy, powiewa, dymi i paruje. Pod czachą.

A wszystko to – bo Ciebie kocham… e.. nie to nie tak szło. A wszystko to – bo znalazlam wymarzony DOM.

Proszę trzymać kciuki, bo dopóki czarno na białym nie zobaczę kontraktu, to nie uwierzę że go wynajmę i że za tyle! Siedemnastowieczna kamienica. W centrum Santa Marta. PIęęęękna!!! Tuż obok Katedry. Nieopodal morza. Jakieś – lekko licząc – 500 metrów będzie hawiry, jak nic. Plus patio z pochylonym drzewem limonki w pakiecie. Więc wyjdzie najwyraźniej tak, że i mały hostal  i restaurana się spreparuje od ulicy no a przede wszystkim JUNGLE TOUR – agencja podróży, która nabiera rozpędu tu znajdzie swoją siedzibę.

Pierwsza polska grupa zorganizowana zbiera się już w biurze LOGOS TOUR. (Niebawem- o czym na pewno doniosę – pojawi sie strona JT.)

Dzieje się duzo więcej, ale to nie są blogowe historie. Zaliczam spotkania ze znajomymi, rauciki u panów ambasadorów Kolumbii i Ekwadoru ( bardzo przyjemne fiesty!!!!), pływam łódką po jeziorze, szykuję się na hardcorowy wypad na Krym – namioty, noclegi pod chmurką, jeepy i jakieś ponoć – jak zaklinają kierowcy – same haszcze, ostępy i inne oczeredy. No i, rzecz jasna Czufut Kale i Bakczysaraj.

„MIRZA: Tam nie patrz. Tam spadła źrenica o dno Al Kahiru

niczym grom uderza! I ręką tam nie wskazuj. Nie masz u rąk pierza!

PIELGRZYM: Mirzo, a ja spojrzałem. Przez świata szczeliny

Com zobaczył – opowiem po śmierci. Bo w żyjących języku nie ma na to głosu.”

Sonety Krymskie (ale cytowane z pamięci, więc mogło lecieć inaczej ;-) Kto napisał sonety to chyba tu na tym blogu tłumaczyć nie muszę? :-)

No i co? Lubię mojego bloga. Jest jaki jest, niedopieszczony i biedniutki, ale dziś pewien – nazwijmy go Anastazy – rzucił, ściskając mi dłoń na powitanie – Muszę wyznać, że wirtulanie – choć o tym nie wiesz- poznaliśmy się przez twojego kota… Anastazy czyta mojego bloga a dziś przypadkiem wpadliśmy na siebie w realu. Pierwszy wpis jaki zaliczył Anastazy był na temat tego, CZEGO NIE ROBI SIĘ KOTU :-)!!!

Jestem w Polsce i wiem na pewno, że to moje miejsce na ziemi. Żeby nie wiem co. Ale niekoniecznie miejsce, w którym muszę aktualnie przebywać ;-)! Dalej w rozkroku żyć się nie da, no way. Za miesiąc więc opuszczam ciepłe pielesze. A tymczasem…

Upajam się faktem, że nie muszę codziennie urzadzac polowania na kleszcze ani wytrzepywać stada czerwonych mrówek z poscieli. Upajam sie faktem, że ktoś mądry wymyślił marynowanie grzybów, wędzenie ryb, kiszenie ogórków itd. Upajam się ładem, spokojem, ciszą, zielenią, kwiatkami polnymi, zapachem chleba. Nie mam tego wszystkiego tam.

Pyta mnie coraz więcej Znajomych ( pomijam ulubione pytanie quizowe absolutnie numer 1: : Dlaczego nie jestem opalona) czy jestem pewna że Kolumbia to mój swiat. (Nie, nie jestem, wcale tak nie twierdze), gratulują mi odwagi „pójścia wlasną drogą”. (Nie mam odwagi, strasznie się boję!). Pytają, czy jestem pewna, że już nie zmienię zdania. Haha. (Jestem pewna że zmienię zdanie) czy mi tam dobrze (i tak, i nie), czy wiem na pewno ( a kto wie?) itd. No ludzie! Jest jak jest. A jak bedzie  – to się przecież zobaczy. ;-)

 

Po prostu Fala przyszła. I niesie.

 





O tym co można znaleźć na 15 stronie Cosmogirl

18 03 2011

Wciąż tu jestem, jakby ktoś pytał.

Zaliczam życiowy roller coaster emigrantki. Z tym, że nie lubię do dołu. Miałam już z w życiu kilka gwałtownych i mocnych upadków, przy czym szczytowań kilka – godnych zapamiętania- też zaliczyłam. A teraz bym chciała po constansie jechać. Ale dziwka ENTROPIA dopada wszystko, co się rusza (choćby i pełzało).Czy to, co się NIE RUSZA, też dopada? Może się ruszać zatem przestanę, hę?.
Pewnie to moja wina, bo podobno mam podły charakter, jak wynika z horoskopu i z tego, że mój Admin przestał się do mnie odzywać. A czy tych, co nie mają podłego charakteru ENTROPIA nie dopada? Czytałam, że krew papieża zakitrana w jakiejś fiolce w szpitalu nie krzepnie. Wnioski?

Mówiąc krótko: zaliczam doła.
Dół jest długoterminowy, nasila się i rozwija się (tempo stałe, przyspieszone).
Autorami doła są (w kolejności przypadkowej, niealfabatycznej):
1. Obleśny Jarek (imię litościwie zmieniłam, ale nie bardzo), który uparcie okupował hotel, zajmował pokój, który mógł wynająć jakiś bogaty Niemiec lub Kanadyjczyk, który pożerałby u mnie tony camaronów i innego robactwa morskiego, płacąc za to sowicie  i przykładając rękę, a raczej portfel do mojego prywatnego PBK. Obleśny Jarek (pojawił się już na łamach bloga kilka postów niżej) nie dość, że ostentacyjnie nic nie jadł ani nie pił – to non stop „pożyczał” widelce, sól, mikser, gotował jaja na twardo i ogólnie z racji swojej polskośći w mojej mini restauracji czuł się jak u siebie w domu. Kompletnie nie robiło na nim wrażenia prasłowiańskie powiedzenie: Jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie. Odkąd w dość prostacki i niecenzuralny sposób wyraziłam zdanie na temat jego grubych i owłosionych żartów, Obleśny Jarek krążył jak krążownik i łypał na mnie z ukosa. Był omnipotentny, wszechwładny i wszystkowiedzący. Zawsze chciał dobrze w imię zasady, że dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło. Obleśny Jarek. Był straszny. Kilka razy zmusił mnie do niemiłej, expresis verbis wyrażonej, asertywności (nie tylko w jego ulubionym pornograficznym temacie), co sprawiło, że poczułam się jak kutwa i nieużytek. Nareszcie sobie pojechał. A ja zastanawiam się czy mam podły charakter.

2.Dziewczęta z Polski. Dorodne, wesołe jak szpaki i bardzo pewne siebie. Jedna z nich upuściła wypasiony aparat fotograficzny na ziemię. Ktoś krzyknął: „Ojej!”. A laska LITERALNIE wzrusza ramionami, usta wydyma i rzecze: Phi, nic to, kupię sobie następny. EMPATIA w tym wypadku nie dopadła. Ani mnie (nie rozumiem takiej ostentacji) ani jej (nie rozumie tutejszej biedy). I tyle na ten temat. Inna, typ mocno imprezowo-taneczny, radosny i ogólnie turystycznie zrelaksowany (tu empatia moja działa jak należy), rzuciła dnia pewnego: „Bo ja jestem, wiecie, bardzo emocjonalna. I wszystko silnie przeżywam”. –  poparła tezę doprawdy uroczym i perlistym śmiechem.
I tu znowu mi psycha siadła. I nie wstała. Jak ja bym chciała tak umieć dzielić się swymi, jak by nie było atutami. A ja – choć przecież emocjonalna nie mniej – się tylko stroszę i dziczeję, burmuszę i nadymam. Ponuro wpatruję się w ekran monitora, chlipię nad skrojoną świeżo cebulą, egotycznie siekam szczypior albo milcząc uparcie, obijam kości na grzbiecie kobyły w Sierra Nevada. Egoistka. A emocje gdzie? Zostały w jednym z numerów Cosmopolitan na stronie 15 w dziale „Cosmo, Ratuj!”. Nie uratowało. Jak widać. Mój problem. Nie stać mnie na tak niefrasobliwe tracenie aparatów ani nawet na perliste iskrzące emocje. Ech.

3.Ender. Jego zdolności do nieoczekiwanych, acz nagłych zaniknięć przekraczają zdolności samego Harrego Pottera i innych Davidów Copperfieldów. Znika celowo, przypadkiem, chyłkiem i całkiem otwarcie. Coraz częściej. Taka moda na macho. Jeszcze chwila, a zacznie nosić sombrero! Wąsy już zapuścił, co też małą kroplą napełnia kielich goryczy. Gorycz kielich napełnia, zwłaszcza kiedy Ender (z zalążkiem meksykańskiego wąsa) znika w godzinach pracy i zostawia mnie z całym bajzlem na głowie. Reszta mnie nie obchodzi, ale lubię wiedzieć gdzie jak i po co. A tu się okazuje-to niepotrzebne przyzwyczajenie. Ordung taki mieć w głowie. Sama się sobą zażenowałam w tej chwili, tj. pisząc te słowa. Poprawka zatem:
Tak więc to nie Ender jest współautorem doła, a wrednie brzmiący i nieużyteczny w życiu a już całkowicie zbędny w głowie mister ORDUNG. Miejsce urodzenia: Europa, znaki szczególne: lubi pieprzyć ludziom życie.

4.Ignacy Karpowicz. Napisał książkę, dostał Paszport Polityki i piszą, że Ignacy „zaprasza do intelektualnej zabawy – dyskursu o współczesnośći. A dla mnie to intelektualny, efektowny – nie powiem, ale jednak tylko new agowy bełkot. Zgłupiałam ja czy recenzenci Polityki? O taka, dajmy na to Anna Karenina albo Pani Bovary – to były powieści!

5.Szakira. Suka, nie piosenkarka. Puściła sie i teraz znowu bulę na tabletki antykoncepcyjne, a kasy nie mam.

6.Kasa. Której nie mam. A jak mam, to ona przejawia te same tendencje, co mój współrestaurator. Do znikania.

7.Entropia. Bo jest.

8.Admin. Bo zarazem jest, a go nie ma.

9. Liga Mistrzów. Wciąż jest (w telewizorze. Na żywo albo na powtórkach). A „Czarnego łabędzia” Aranofskiego jakoś – nie ma.

9. Niebieska a raczej turkusowa farba (do pomalowania okiennic). Której nie ma. Nigdzie. Tylko na zdjęciach okiennic z Grecji- jest. Co wkurza tym bardziej. Bo NIE JESTEM w Grecji.

10. Tsunami. Które było i podobno jeszcze będzie (tam i siam, nie wiemy gdzie, oczywiście).

11. Rekiny. Które są i które warunkują moje rozdarcie (psychiczne, nie fizyczne. O czym za chwilę).

12. I fakt, że gdy dziś krzyknęłam wkurzona jak 150: DUPA! Dupa no! – nikt nie zareagował. Bo co to niby po kolumbijsku znaczy taka dupa?  Nic. Zupełnie nic.

I jeszcze to i owo, ale litościwie przemilczę całą resztę współautorów DOŁA, który wszak narasta. Dodam tylko że dla odreagowania zakupiłam super kieckę, od której całe budowy w Santa Marta stają i nie tylko one. I nagle okazuje się, że mega ze mnie lachon bo z klapek japonek wskoczyłam w 12 centymetrową szpilę i wbiłam się w biały bandaż. I nagle okazuje się, że parece fenomenal i w ogóle wzbudzam aplauz.
Co tylko spotęgowało doła, bo okazało się, że mój FENOMENALNY intelekt, liczne talenty i dobry, zahartowany charakter nijak się mają do faktu że niezła ze mnie foczka. I po co mi były te studia i wszystkie wymęczone, acz przeczytane numery „Literatury na świecie”?
Trzeba było zostać przy „Cosmogirl” i tipsach z kryształkami Swarowskiego!
Chyba zaczynam bredzić.

To jeszcze wrócę na fali poematu dygresyjnego do rekinów. Same w sobie nie wzbudzają we mnie żadnych emocji a już zwłaszcza negatywnych, ale fakt, że mam szansę wybrać się na polowanie na rekiny już mnie oszołamia. Bo po pierwsze i tak miałam się wybrać na łowy (z tym, że to miały być langusty albo jakieś inne robale morskie ewentualnie rybki tradycyjne), a tu nagle wyskoczyły te rekiny.
I co? Zgładzić rekina? To wszak taka większa ryba. Że niby krowę jem, a rekina to już nie? Że niby krowy sama nie gładzę? No a powinnam wszak, żeby było sprawiedliwie. I ostatnie pytanie: a co jeśli rekin zechce zgładzić mnie?
Operator Jaś (nie jest współautorem doła, wręcz przeciwnie) zaprasza na łowy. Z zaprzyjaźnionym rybakiem. A potem wszyscy zrobimy zupę rybną. Z rekina.
Ja się waham.
Dół trzyma.
Upał też.
I to by było na tyle.





Nos Eskimosa i co z niego wyniknie

29 01 2011

Zapomniałam już jak miło być kobietą w Kolumbii. Nie mówię o żarze powitania, ani o rzucaniu się w ramiona, okrzykach z drugiego końca ulicy i siarczystych całusach od śmieciarzy, sprzedawców piwa na plaży, dostawców ryb i coca-coli, hotelarzy, zaprzyjaźnionych z Szakirą murzynków ani nawet od Mauricia, Josego, Endera, Marrona czy innych jakby nie bylo znajomych panów.
Po prostu w Kolumbii miło być.
Być kobietą-szczególnie.

Idzie sobie taka ja – nie to żeby jakaś zaraz odsztafirowana, ot, normalnie, trochę może przykrótka kiecka, gumowy klapek japonek na nodze majta, żaden tam, panie Louboutin czy inny Jimmy Choo, no może jedynie nowy nabytek-zawadiacko zsunięte sombrero (prezent od Endera) szyku zadaje, a poza tym – normalna Iwonkapibara z siatami wraca z Exito. A panowie miło wołają: Buenas tardes, Linda. Como estas Hermosa. Hola Preciosa. Que tal, Corazon? Hello Princessa.
Nic to wspólnego nie ma z typowym włoskim mlaskaniem, cmokaniem i innymi obleśnymi fiufianiami na panienkę.
Ot, panowie, uroczo pozdrawiają na ulicy w celach – no, pozdrowieniowych głównie, jak sądzę. Bo i panowie w wieku różnym – od chłopaczków lat 13, po panów w tzw. kwiecie wieku – no dajmy na to – pod siedemdziesiątkę. Kapeluszy uchylają, uśmiechy ślą zębne lub i też bezzębne, a ja sobie idę, pogwizduję siatą macham radośnie i uśmiecham się do nich choć nie wiem, czy widzą, bo sombrero wielkie i nos mi spod niego tylko wystaje. No normalnie tutaj to ja jestem istna Malena ;-)

Mamy z Shakirą taką naszą ulubioną zatoczkę w porcie gdzie biegamy za badylami i nurzamy się w topieli, spokojne miejsce tuż przed plażą upodobał sobie też od dawna siwiutki jak gołąbek sprzedawca piwa i coca – coli (z przenośnej styropianowej lodówki), o uśmiechu Piotra Skrzyneckiego. Wczoraj o mało się nie spłakał chłopina z radości, jak nas z Szakirą zobaczył po miesiącu. „No gdzieś ty się podziewała?’ – skarcił mnie jak Mama, gdy wracałam spóźniona na obiad z trzepaka.
No tak, miesiąc w Polsce, a wydaje mi się jakbym stąd się nie ruszała. Choć…

Zamieszali tu beze mnie na maksa, ale buda stoi jak stała i trzeba to ogarnąć. Dziś zakupiłam langustynki. Takie co to jeszcze ruszają wąsami. Wielkie gady, te, to znaczy… pancerniaki, czy jak im tam, skorupiaki. Stargowałam z 17 na 14 tysięcy peso u pana rybaka, co wział i mi je przytargał na plecach sam do kuchni. Dobry deal. Tylko trzeba by je jakoś zgładzić chyba. No nic, to męska sprawa. Ender nadciągnie niebawem, niech sobie pożyją w zlewie jeszcze. Z panem rybakiem na langusty umówiłam się na jeden nocno-poranny rejs. Porobimy foty i pokaże mi jak złowić langustę, tak na wszelki wypadek lepiej wiedzieć, co nie?
A będąc sędziwą opowiem wnukom jak to dzielna babcia polowała za młodu (no co!trochę podkręcę rzeczywistość) z dzidą na wielkie langusty na otwartych wodach karaibskich mórz… Ech.

Poza tym szukam pracownika, i nie idzie to dobrze. Znaleźć takiego co nie okradnie, co chce pracować i jeszcze wie gdzie wsypać parmezan, jak odróżnić oregano od bazyli, a jak przyrządzić beszamel, prosto nie jest. To chyba oczywiste.
Pracujemy więc we dwójkę, bo Nastolatka nam wymówiła. Znudziło jej się po miesiącu. Robimy kolejne podejście a ja wypatruję kolumbijskiej Gesslerowej czy innej tam Nigeli, bo skupiam się już… na kolejnym – jak to się ładnie nazywa – projekcie.

JUNGLE TOUR. Czyli tropienie jaguarów, łapanie małpy za ogon i przekrzykiwanie papug w dżungli. Jak,gdzie , dlaczego, czy na pewno? O tym już niebawem.
Pojutrze  nadciąga Mister M., który flirtował ze Scarlett Johanson (serio!!!), a ze mną raczył dolecieć do Puerto NAVAL, CZY TEŻ RACZEJ NAWAL, z nami leciały bawarskie złe azafaty, głodziły nas niczym Fidel ludzi na Kubie, postanowiliśmy więc ukarać je srodze i wypić im całe wino. Było – ogólnie rzecz biorąc – zabawnie, a podróż w wytrawnym towrzystwie MM minęła jak z bicza trzasnął. Z Misterem M pomykamy już we wtorek w moje ulubione Sierra Nevada i dlatego cieszę się i macham już ogonem na samą myśl. Szakira też macha, bo jasna sprawa- stara wyga idzie z nami.

Tym razem zadanie mamy ciężkie. Przekonać Mamo, żeby dał pozwolenie na otwarcie naszego biura. Mamo to u Indian najwyższa władza. Prezydent. Gubernator. No po prostu Wódz. Mamy działać na jego ziemi. A on nie bardzo lubi jak mu się obcy kręcą po selvie. Działają już 4 agencje podróży. On uważa, że starczy. Idziemy więc „po zgodę”. Jak jej nię będzie – to dupa blada z JUNGLE TOUR.
Można będzie wtedy chyba tylko powiedzieć: „Ależ Wodzu! Co Wódz?”.
:-)
Tylko czy on czytał „Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa”? Ha.
Takie oto mam pytanie na dziś.





Ma rację, kto ma restaurację!

21 10 2010

Czyli ja.

Nie pytajcie jak to zrobiłam, kiedy, gdzie, po co i dlaczego. Otwieram restaurana! Tak wyszło. W kultowym hotelu Miramar. Gdzie dzieje się akcja kilku książek. Trala la.

Ale póki co, to jutro przyjeżdża do mnie Indiana Jones z Medellin a właściwie to z Peru, a najwłaściwiej to z Polski. I ruszamy bum ta ra ra do Ciudad Perdida. Z psiakiem i plecakiem. A po powrocie będę smażyć ryby i inaugurowć się.

Ruszamy w Święto Zmarłych! I jak tu nie wierzyć w Totemiczne Skorpiony? :-) Howgh! I tu prośba Kochani, zbieram DOBRE POMYSŁY na menu. Musi być tanio, smacznie i do zrobienia na Karaibach (wieć ogórkowa i sos chrzanowy póki nie wysieję – odpada).

Czekam na pomysły!





Taki jeden dzień

18 10 2010

No i kto mi uwierzy, że spedziłam 7 godzin w siodle, żeby wysłać dwie wiadomości i na nic! Po dotarciu do wioski okazało się, że we wsi nie ma prądu. I nie będzie do wieczora. Reperują coś tam. Zostać do wieczora nie mogę, po ciemku wracać przez te duszne i parne haszcze nie śmiem. Więc wychyliwszy dobrze zmrożony napój chłodzący i spożywszy jaja smażone z kury szczęśliwej (naprawdę są bardziej żółte i lepsze) noga za nogą (nogą muła) powlokłam się do domu. Po drodze, za dwa dolary zakupiłam 5 litrów benzyny, coby mieć przez kilka godzin prąd i móc naładować kompa i baterię do aparatu, a także pół kilo kurczaka i cebulę.
Nie powiem,  jak na bardzo niedoświadczonego jeźdźca chyba w siodle trzymam się nieźle, ale po tych stromizmach tak trzeba balansować umęczonym ciałem, że po powrocie myślałam, że zejdę. Z muła zejść było… ciężko.
Szakira odtańczyła dziki psi taniec radości na mój widok, Capo też się udzieliła euforia, więc wieczór upłynął w radosnej atmosferze.

Kto by pomyślał że jutro (niedziela) minie prawie tydzień, odkąd tu dotarłam.
Dość szybko przyzwyczaiłam się do panującego tu rytmu dnia.

Oto on:

5 RANO
Słyszę skrzypienie drzwi, ktoś zapala świecę i przemyka korytarzem (i ja i Szakira śpimy czujnie, więc budzimy się obie). Łóżko jest niewygodne, Ender obiecał, że zmieni mi deski w łóżku, a ja wpadłam na światły pomysł, żeby z Santa Marta przewieźć tu mój materac, który stacjonuje w domu Dilsy. No cóż przetransportować go trzeba będzie na mule, of course. Tak czy owak o 5 Szaki musi iść na siku otwieram więc jej drzwi i … się zaczyna.  Wracając z ogródka rozbudzona suczka wpada na Capo i rozpoczyna się regularna bitwa o kość, plus szczekanie, warczenie, gryzienie (wszystko to w ramach pokojowego psiego układu o nieagresji, wiec nie wymaga interwencji człowieka, ale też człowiek – czyli ja – nie za specjalnie w tych warunkach spać może).

6 RANO
Zaczyna się PRAWDZIWY DZIEŃ. Wypuszczone z komórki kury radośnie gaworzą, ptaszki pod dachem zaczynają kwilić, ludzie pluskać się pod zaimprowizowanym z beczki i wiaderka prysznicem, stukakać, pukać, gadać, hałasować. Spać trudno. A jednak po chwili ten rozgardiasz mija. Ender idzie doić krowy, senior Carlos pierwszy rusza na plantację kawy, senior Alfonso Luna przeganiać kurczaki. A ja zasypiam. Jeszcze na godzinę lub dwie. Przez sen słyszę jak Misael, Ender, Oscar i Ernesto ostrzą maczety. Nieprzyjemny jest to dźwięk dla ucha.

OD 8 RANO
Słonko przyświeca, Szakira wskakuje do łóżka. Koniec spania, gdzie moje śniadanie – wyszczekuje mantrę codzienną. No więc już nieodwołalnie trzeba się zwlec. Ptaszki ćwierkają już na całego, słonko świeci, niebo błękitne nade mną, prawo moralne we mnie, i śniadanie. Czyli zupa. Caldo najczęściej – zupa z czosnku, cebuli, ziemniaków i jajek. A potem plotki w kuchni, 9 rano to najlepszy czas na plotki. Nie wiedziałam o tym, bo w Warszawie o tej porze zawsze albo smacznie spałam, albo wlokłam się cała ponura w deszczu na jakieś jeszcze bardziej niż ja smętne planowanie numeru.  A tu-proszę! Poranny animusz, mocna kawa i plotki – jak malowane! Kto się upił na fieście w Machete, kiedy schodzą turyści, czy Manuela wyjdzie za Jose, czy raczej puści go kantem, że Tiola przytyła i pewnie jest w ciąży, a mąż Tioli to nicpoń i ladaco.
Zamiatamy obejście, dziewczyny żartują ze swoich macho-menów, Pani Matka dopytuje dlaczego zamierzam wyjechać na święta i czy nie lepiej żeby moi rodzice przyjechali tutaj (no właśnie, halo? Nie lepiej???)… No takie tam poranne pitu-pitu.
Ale już..

OD 10
Nieco poważniejemy. Trzeba pochylić się nad trudnymi decyzjami. Co uwarzyć na obiad, a co na kolację. W Machete (najbliższej i jedynej zresztą wiosce) można kupić tylko kurczaki, pomidory, ziemniaki i cebulę. Po całą resztę należy się już wyprawiać do Santa Marta. Więc po tygodniu (przypominam, że nie ma prądu, ergo lodówki) na stanie mamy co następuje:
czosnek, trochę już nieświeże paróweczki (spoko, obgotuje się i wypłucze w zimnej wodzie), cebulę, pomidory, jajka i całą masę ryżu, fasoli, grochu, soczewicy itp. Decyzja: Na obiad ryż z fasolką, na kolację salchipapas czyli podsmażane na maśle kiełbaski z ziemniakami i cebulką. No i już robi się raźniej bo trzeba to wszystko przyrządzić. Mama i Laydys rządzą w kuchni i tylko kurtuazyjnie dają mi czasem coś posiekać albo obsmażyć. Jest tu nas w sumie 9 osób do wykarmienia.
No i siekamy, smażymy, gotujemy, dusimy. W kuchni opalanej drzewem więc wszystko pachnie sielskimi wakacjami w Bieszczadach pod namiotem i ogniskiem. Czasem dym szczypie w oczy, ale na ogół wypełnia kuchnię i przestrzeń spokojem. Otula cały ten dom.

W SAMO POŁUDNIE
robi się naprawdę gorąco. Czas wybrać się nad rzekę. Schodzi się do niej pół godziny. Idę z Szakirą, oczywiście biegnie też Capo. Psy wariują, uganiając się po zboczach, wpadają w tutejsze rzepy, wskakują sobie na głowy i są szczęśliwe.
Gorzej, gdy zaczynamy schodzić po prawie pionowej ścianie do stóp wodospadu, Capo biegnie raźno jak na psa górala przystało, ale Szakirę muszę już wziąć na smycz. Zapiera się jak osioł, no w końcu schodzimy. Aj, dios, que bonito! No ale teraz kolejny problem, bo Capo nienawidzi wody, więc o ile Chaki na widok rzeki rusza przed siebie w radosnych podskokach, o tyle kundelek piszczy rozpaczliwie, muszę go wziąć na ręcę, żeby przenieść przez wodę. Szakira patrzy z niedowierzaniem: ale głupek, nie chce popływać! A potem już – same przyjemności. Pluskanie, mycie, wygrzewanie na słońcu. I prysznic pod wodospadem. Wracając, zrywam kilka limonek z drzew. Do sałatki z pomidorów.
Wracamy wszak na obiad.

O 15
zaczyna się sjesta. Albo pada, albo jeśli – tak jak dziś – jest słoneczny dzień, upał robi się okrutny. Przy obiedzie gawędzimy leniwie i nabijamy się z seniora Alfonso, bo ponoć bardzo to lubi.
Ja urządzam wielkie pranie, potem zapadam się w hamaku i czytam. Książka nudna i kiepska (gruby tom pt. „Wielki Bazar Kolejowy” o podróży przez Azję pociągami zapowiadał masę ciekawych przygód, ale to raczej opis tego co pan w podróży zjadł, a czego nie. I że był głodny albo nie był. Upajanie się przełamywaniem własnych ograniczeń to chyba przywara każdego podróżnika. Moja też.
Popołudniami uczę też Endera i Laydys polskiego. Mamy tu rozmówki i książkę do nauki, więc jako profesora staram się wywiązywać z zadań. Na razie jestem na etapie wpajania towarzystwu, że polskie c to c a nie s. I nie mówimy SUKIER ani Sentrala tylko inaczej. O ź, dź, ć… myślę z przerażeniem. Ale to jeszcze przed nami. Ender w każdym razie kiedy zapytałam go w Machete, gdzie tu jest toaleta powiedział: Primero prosto despues na prawo. Pregunta panie.
a Laydys oznajmiła Misaelowi: Jestesz piekni.
Teraz na jej zyczenie cwiczymy: Daj mi buzi.
Co brzmi: dajmi busi.
Też ładnie.
.
PO 16
zaczyna się kuchenna krzątanina, trzeba zdążyć z kolacją przed zapadnięciem zmroku. W kuchni toczy się życie. Gromadzą się wszyscy. Pijemy tinto (czyli czarną kawę) coś tam pyrkocze na piecu, psy zdyszane leżą pod ławą. To Czas na Newsy. Codziennie ktoś przecież skądś wraca. A to senior Carlos z Ciudad Perdida z dobrymi nowinami. Będzie praca – za 400 dolarów! Trzeba przewieźć materiały do budowy kolejnego obozowiska dla turystów. Wynajęcie mułów i plus transport … liczymy… no, nieźle. Gdyby były jeszcze dwa muły… No przecież można wynajać od Indian. Postanowione: jutro idziemy porozmawiać z Koguis. Przychodzi wujek z obozu dla turystów, opowiada anegdoty, np o tym jak to pewien Szwajcar uparł się bez pomocy przekraczać rwącą po deszczu rzekę. Oczywiście wpadł do niej po same uszy, na dodatek razem z aparatem. No i wszyscy pękają ze śmiechu. Innym razem to Misael wraca z Machete, dzwonił do Santa Marta, wciąż nie ma turystów, a z nimi- pieniądzy… U Dilsy wszystko OK. Wyzdrowiała. A moja paczka z książkami wciąż nie doszła. Słońce zachodzi nad górami. Zapada cisza.

O 18
robi się szalenie romantycznie- wszędzie palą się świece. Ach, brakuje tylko lampki czerwonego wina! Zamiast wina pijemy wodę z limonką i cukrem trzcinowym, liptona, którego przywiozłam z Polski (tu nie dostania), gramy w gry planszowe, albo rozmawiamy. O przeszłości. I o przyszłości. Pani Matka chciałaby sprzedać to miejsce i założyć w Santa Marta mały hotel. Ale nie szkoda tego? Domu na zboczu góry, w którym na świat przyszło ośmioro dzieci i tyle się zdarzyło? Nie szkoda tych drzew mango obsypanych kwieciem, papai zwisających z gałęzi? Tej przestrzeni i wolności? No, szkoda. Zwłaszcza, że synowie i córki, którzy kiedyś z tego domu wyfrunęli, teraz wracają. Nie sami. Roi się od ludzi. Tylko patrzeć, jak zaroi się od dzieci. Mama uśmiecha się lisio. Kolej rzeczy. Wszędzie taka sama, niezależnie od tego, czy w twojej kuchni stoi zmywarka czy gliniany piec.

PO 20
Powoli wszyscy rozchodzą się do siebie, pora spać. Odpalam kompa. Znowu nic nie napisałam i nic nie napiszę.
Bo co mam napisać o jednym z bardziej leniwych zwykłych dni jakie przeżyłam? Był i minął. Gaszę świecę, nade mną niebo usiane gwiazdami. Cicho jak kot zakrada się Ender i pyta: Znasz się na kosmosie?
Haha! Czy ja znam się na kosmosie? Na chaosie – to na pewno. Próbuję w tym podniebnym bałaganie znaleźć porządek Małej i Wielkiej Niedźwiedzicy, ale daremnie. Gwiazd jest wiecej niż zwykle. O ta tutaj.. To Orion? Może tak, może nie. Cykady dają swój koncert, pohukuje puszczyk. Zapalam czołówkę i idę się myć. Za mną-Szakira. Nie odstępuje mnie ani na krok. Jutro muszę ją wykąpać. Śpi ze mną w łóżku, a kleszczy tu nie brak. Dochodzi 21. Niebywałe. Chce mi się spać. Zasypiając słyszę jakieś zwierzę skradające się po dachu. Kuna? Łasica? W każdym razie coś mniejszego od tygrysa.

NOC
Leżę w absolutnej ciemności, Szaki dyszy w ucho. Ciekawe czy jogurt się zważył, bo jeśli nie, mogłabym jutro zrobić dla wszystkich kurczaka po staropolsku, duszonego w jogurcie właśnie – takie myśli zaprzątają moją głowę. Swędzi pogryziona skóra. Capo zakrada się po cichu i korzystając, że jest chwilowo puste- ładuje się na posłanie Szakiry.
Czy to fakt, że cały dzień jestem na powietrzu, czy to sprawka żółtych zdrowych jajek? Nie wiem. Wiem natomiast, że lepiej mi tu niż w Santa Marta. O Warszawie nie wspominając. – i to jest ostatnia myśl przed tym zanim zapadnę się w całkiem chłodny i przyjemny sen.