Koza lubi rosół, a ksiądz kapustę

27 08 2011

Zwariuję!!!  Zaraz zadzwonię do szpitala na Sobieskiego i poproszę o zabukowanie miejscówki. Zwariuję z Latynosami!!! A ściślej mówiąc – z costenios!!! Chcę kąsać, wyć, gryźć!!!Ustalam od tygodnia cenę jachtu dla pewnej Pary. Cena z firmą na rejs trzydniowy dogadana i wtedy Małolat mówi mi na czacie:- Ale to jest za jeden dzień!Ups. Zaniepokoił mnie. Napisane jak byk że tyle i tyle, ale może faktycznie jest jakiś kruczek…? Trwa badanie sprawy, miliony maili ślę bez odpowiedzi i proste pytanie wreszcie do Małolata, czy by nie mógl się dowiedzieć tak na 100 procent. Zadzwonić – znaczy się i zapytać.

Pisze, że za jeden dzień. I że na pewno.

Ja na to, że nie wierzę. On – że bankowo. Zadzwonił? Coś jakby miga się…  Ale twierdzi, że bankowo. Po tygodniu niepewności poprosiłam koleżankę z Bogoty, żeby sprawdziła. Tego samego dnia wreszcie firma też raczyła odpisać.          Cena była za trzy dni. Odechciewa mi się czasem wszystkiego po takich akcjach. Jedyna osoba, na której teoretycznie mogę polegać za oceanem, to facet któremu nawet się nie chciało wykonać jednego telefonu. Pokutuje w Kolumbii opinia że costenios (ludzie z wybrzeża) sa głupi i leniwi. No ale co zrobić, jeśli są?

Nie mam złudzeń. Ja (z ogromnym trudem) jestem w stanie zaakceptować inność, odmienność, rasistką wszak nie jestem. Ale nie dziwię sie, że Malinowski pisząc Dzienniki z Triobrandów jakoś niesympatycznie często wyrażał się o autochtonach. Erica Warnbrum, która przejechała na rowerze z Irkucka do Sajgonu (Mongolia, Chiny, Wietnam) pod koniec wyprawy pisała już w kółko to samo: ZOSTAWCIE MNIE W SPOKOJU! NIENAWIDZE TEGO KRAJU! CHCE UCIEKAĆ! (o Wietnamie). Nam – obcym, z naszymi całkiem odrębnymi normami w Krajach – jak to się nieładnie nazywa – Trzeciego Świata nie jest łatwo.

Szymon pisze o tym, że dość miał boliwijskiej niekompetencji, nieterminowości, braku zaangażowania. Vincent- Francuz, który otworzył firmę w Kolumbii przestrzega przed pracą z ludźmi z wybrzeża jak przed diabłem. Ja czasem zastanawiam się, ile jestem w stanie unieść? I jak jak jeszcze bardziej twarda stać się zdołam?

Erica pisze tak: „Wciąż jeszcze chichotałyśmym gdy parę moich uczennic wstąpiło na partyjkę domina. (…) Nigdy tak naprawdę nie grałam w domino. Wszystkie dziewczynki rwały się teraz, żeby mi podpowiadać, którą kostkę położyć lub której nie kłaść, ale żadna nie wyjaśniła mi reguł i niecierpliwił je mój namysł lub wahanie. Podobną sprzeczność zaobserwowałam w stosunku do roweru. Z jednej strony wszyscy zajmowali się nim bardzo troskliwie, często wprowadzali go na noc do domu, ale nikt nie obchodził się z nim delikatnie. Rzucali nim i trącali każdą ruchomą częśćalbo taką, która wyglądała na ruchomą.  Wydawało mi się to bezsensowne, że w kraju, gdzie wszelkie dobra są tak drogie lub tak trudne do zdobycia, nie traktuje się ich z należytą uwagą. Ale Mongolii nie stać na rzeczy, z którymi trzeba się pieścić. Od ludzi i przedmiotów oczekuje się, ze stawią czoła wszystkiemu – cokolwiek życie przyniesie. Człowiek musi być tutaj równie twardy jak zwierzęta i sprzęty. Dopóki nie nauczę sie grać, dopóty będę przegrywała.”. (z książki: Gdzie kończy się droga. Samotna wyprawa po bezdrożach Azji).

Zdaje się, że o tym poniekąd jest też „Przeminęło z wiatrem” ;-).

A Małolat? Nie mam już do niego żalu. On został wychowany tak, żeby zabijać węże i skorpiony i do krwi ranić sobie ręce wyrzynając maczetą chwasty na plantacji koki. A telefony? W jego świecie to jakiś drobiazg nie wart uwagi  INFORMACJA w Kolumbii ma wciąż mniejszą cenę niż odwaga, siła rąk i hart ducha.

Przynajmniej tam – w górskiej selvie facet czuje się u siebie. A nasz świat? Przepływów gotówki, dobrych biznesów, interesów, informacji, wirtualnej aktywności? Jest mu obcy.

Koza lubi rosół, a ksiądz kapustę. A ja lubię…. i jedno i drugie! :-)

Reklamy




I twoją matkę też!

24 04 2010

Wcześniej czy później musi skończyć się przynudzanie o zabytkach, kokainie, lamach, kwiatkach, ptaszkach i innych podróżniczych pierdołach. Czytelnik przecież (jak mi powtarzano w każdej gazecie, w jakiej pracowałam) potrzebuje Potu, Krwi i Łez – ale to po drugie. A po pierwsze? SEKSU!

Ciśnienie krwi skoczyło? To zaczynamy. Zaczniemy od… miłości.

Nie ma co ukrywać dłużej że latynosi mają krew gorącą i wrzącą, a mit latinolovera tak sam z siebie to się nie wziął. Ale nie w tym rzecz. Oni (jak już kiedyś pisałam) umierają z miłości. Między innymi do mnie oczywiście ;-)

To już wiemy. Nie wiemy jednego: dlaczego trup męski na mój widok się ściele tak MŁODY?

Że 13 lat młodszy ode mnie Colombiano stracony jest dla świata, wkuwa polskie słówka i poluje w tropikach na puchową kurtkę, którą ma zamiar zabrać do Polski w sierpniu zamiast romansować ze swoimi Manuelami i Consuelami to jasne, przyjęte do wiadomości. No trudno, tak wyszło, pogodziłam się z tym uznając za wypadek przy pracy.

Ale wczoraj udałam się na tańce z Javierem młodszym ode mnie o lat… 15!

Javier to uroczy młody człowiek, posiadacz pięciu koni, w tychże zakochany, spokojny, w świecie nieco bywały (w Chile był i w Boliwii), uprzejmy, dobrze wychowany (no płakać mi się chce ze wzruszenia jak mi tak drzwi od taksówki otwiera, pyta czy nie zmarzłam, czy mi się podoba muzyka i czy aby dymu za dużo nie ma…). Javi pracuje z końmi, uczy jazdy konnej i jeździ z turystami na wycieczki w siodle. Jak pomykalismy na konikach, zaczął delikatnie:

  • Czy mój kolor włosów jest naturalny? (nie)
  • Czy kręcą mi się same z siebie czy ze szczotki (z siebie)
  • Czy mam męża (nie)
  • Jak to możliwe?! (możliwe)
  • Ile mam lat (…) (dla bardzo dociekliwych czytelników: Nie dwadzieścia niestety. 30 też już nie;-(. Ale JESZCZE nie 40, hopsa, hopsa!

Że co??????? Tu się Javier nogą przeżegnał, ale zaraz wypalił : nie wyglądasz na swój wiek. I w ogóle wiesz, taka jesteś ogromnie sympatyczna. (no jestem, fakt ;-)

Niegroźnie zabrzmiało, więc na kolejne pytanie quizowe, czy lubię tańczyć, odparłam zgodnie z prawdą, że szalenie.

No i wylądowalismy wczoraj w klubie Zoom. Kocham Amerykę Pd, za to m.in.że tu na tańce przychodzi się ŻEBY NAPRAWDĘ TAŃCZYĆ! Nikt nie kisi ogóra przy stoliku, stoliki puste z pełnymi drinkami (kto by tam miał czas je pić!), a wszyscy wylewają siódme poty na parkiecie. Merengue, salsa, najpopularniejsza tu cumbia, bambucos, reggeton i… uwaga! Ani grama vallneato!!! Hurra! A najlepszy z najlepszych jest tradycyjny taniec boliwijski. Który tańczy się też w Puno i w Cuzco oraz jak się okazuje… na imprezach. (zapomniałalm jak się ten taniec nazywa! Może Ruda wie?)

To tak jakby ktoś w polskim klubie zapodał swojską poleczkę albo oberka. Ach jakie to było piękne. Panowie skaczą naokoło pań jak koguty, czy bociany raczej, podskakując na jednej nodze a panie, hulaj dusza, coś tam nóżkami wydziwiają, ja też wydziwiałam, tak jak umiałam.Javier ujęty pod boki, czasem zamaszyste ruchy ręką nad głową wykonywał jakby machał do kogoś – no ubaw po same pachy!

Jak przeszło do salsy, było jeszcze fajniej, żadne tu Tańce z gwiadami i jazdy figurowe miejsca nie mają, ja jedyna na szpilkach – się wygłupiłam, a reszta po prostu przychodzi i biodrem kręci, ale jak kręci!!! Tu akurat trafiła kosa na kamień, bo kręcić w stylu dowolnym to ja potrafię też, HA! (a podobno na koniu mam „dobry dosiad”, proszę sobie te dwa fakty samemu złożyć do kupy). Javier dzielnie dotrzymywał mi towarzystwa i chyba przynosiło mu to wiele radości. Mi zresztą też. (Co nie jest bez znaczenia, młodzieniec JEST ODE MNIE WYŻSZY!!! A to tu niebywałe przy moim 1,62 i jeszcze na szpilce!).

A potem puścili Abbe i wtedy to już naprawdę zostałam Królową Nocy.

Kolejka się do mnie ustawiła panów, ale ja miałam całkiem poważną wymówkę: „Przepraszam ale jestem z mężczyzną”.

Haha. Z pacholęciem raczej. Ale myślę tak sobie, że znam kilku polskich panów, co by się od peruwiańskich pacholąt uczyć mogli kindersztuby. Aż zal ściska że nie dysponuję nastoletnią córka zaraz bym ją Javierowi wystawiła.

Reasumujac, Javier zerka i spogląda, czasem wzdycha i już się na dziś znowu zapowiedział (jutro na szczęście uciekam wreszcie do Kanionu Colca).

Tymczasem… z Rubenem była całkiem inna historia. Opowiadam:

Ruben na Kozetce (rzecz dzieje się kilka miesięcy temu, w Wenezueli w okolicy delty Orinoko)

Ciudad Boliwar. Zapyziałe nic. Uliczki przecinające się pod kątem prostym tworzą siatkę labiryntu. Jedyny punkt orientacyjny to rzeka. Mętna, szarobura, szeroka i leniwie przepływająca przez miasto. A raczej obok niego. Paseo del Orinoko, arkady i podcienie pamiętające czasy Bolivara… nic tu poza tym nie ma, no nic. Przepraszam, jest Uniwersytet, na którym studiuje Ruben.

Ruben ma 23 lata i uczy się „na geologa”. Pracuje w hostale, gdzie się zatrzymałam. Przysiada się do mnie popołudniową parną porą, kiedy próbuje znaleźć w przewodniku jak dojechać stąd do Valencii i wypala z grubej rury:

-Sądzisz, że jestem brzydki?

Skądże. Wenezuelska średnia krajowa. Żadne panie cuda na kiju, ale Quasimodo to on też nie jest.

-Dziewczynom się nie podobam- wyjaśnia Ruben i wzdycha ciężko. – Mówią, że jestem brzydki. One wszystkie tylko lecą na kasę. – rozkręca się chłopak. – A ja nie patrzę na ich piersi, an i na ich usta, ani na ich urodę. Potrzebuję zrozumienia…

No ładnie. Ruben lat 23 potrzebuje zrozumienia, a ja ledwo rozumiem jego wenezuelski sepleniący espaniol!

I niby co? Rubenowi najwyraźniej to nie przeszkadza. Dopytuje się czy dziewczyny w Polsce są też takie „interesowne”.

Niektóre… Opowiadam mu o filmie Galerianki. Temat Rubena wciąga coraz bardziej. Zaczynamy wspinać się na tematy nieco bardziej,… semantyczne.

  • A jak się nazywa amigo, z którym się uprawia seks?
  • Novio (narzeczony) – mówię.
  • Ale nie – drąży Ruben. – Taki amigo, z którym tylko seks uprawiasz.
  • Hm… Chyba… amigo. Ale… właściwie.. to czy ja wiem, czy w Polsce się uprawia seks z przyjaciółmi? No jeśli tak, to chyba sporadycznie. – Boyfriend.- decyduję.- Mi chico. Mój chłopak.Ruben chce wiedzieć jak najwięcej o życiu seksualnym dzikich (Polaków).
  • Taki no wiesz – na jedną noc.- uzupełnia pytanie.

A taki to Para Una Noche. (Chyba?)… Uff, jakoś się udało wybrnąć z opresji. Ale Ruben zaraz zaczyna od nowa:

-A jak kończą ze sobą, to co wtedy mówią?

-A to zależy… Staram się przypomnieć sobie, co mówiłam moim byłym jak kończyliśmy ze sobą… Mówi się: Adios- nie mam siły już na te gadki.

Ruben macha ręką: – Nie, nie, chodzi mi o to ze jak chica krzyczy A! A! A! JAK KOŃCZY! … to jak to się mówi w Polsce?

No dopiero wtedy zastrzygłam uszami i dotarło do mnie o co młody pyta.

– Jak kończy w Polsce dziewczyna, to wiesz co krzyczy? – Ruben aż się podniósł z krzesła… -Siiii…???

– Nie wiesz Ruben, no pomyśl…

Nie wiedział.

– Krzyczy: A! A! A!

Rozczarowało go to chyba.

Zabrałam swoje grabki i skierowałam do pokoju.

– Jakbyś chciała to moglibyśmy spędzić razem jedną noc- wypala na koniec Ruben, lat 23.

………………………

No i na koniec ja mam pytanie o co chodzi z tymi młodzieńcami na tym kontynencie? Czy oni by nie mogli działać w swoim targecie? Czy może ja już wyglądam na zdesperowaną starą raszple z tych co to około 60-tego roku życia, znudzone wyjeżdżają na seks-wakacje do Gambii, by pod palmą słuchać czułych słówek młodych Murzynków o hebanowych ciałach, podczas gdy ich równie znudzeni mężowie zabawiają się z jinteras na Kubie lub z małoletnimi dziewczynkami w Tajlandii a w wolnych chwilach czytają Huellebecka? Patrzę w lustro. Nie. Na taką raszplę nie wyglądam.

To może przeciwnie: wzbudzam uczucia opiekuńcze, jak dziewczynka z jedną podkolanówką opuszczoną do kostki i wielkimi kokardami. Taka mala, taka sama…. Nie. To też nie to. No way.

Hm… Mam pewne podejrzenie. Wszyscy oni są po prostu fanami kultowego filmu „I twoją matkę też”!!! I wcielaja w życie podobne scenariusze.

A tak całkiem na marginesie: makijaż naprawdę postarza. Ja paraduję od pół roku nieomal całkiem saute i proszę jakie mam efekty!:-))))))