Bo jeśli odpowiesz na choćby jedno z tych pytań twierdząco…

23 12 2011

„Dla Alsany o różnicy między ludźmi nie stanowił kolor. (…) Prawdziwa różnica miała znacznie bardziej zasadniczy charakter. Tkwiła w ziemi. Była w niebie.  W głębokim przekonaniu Alany można było podzielić całą ludzkość na dwa odrębne obozy, prosząc tylko, by ludzie wypełnili bardzo prostą ankietę (…):

  1. Czy niebo, pod którym śpisz, może się w końcu kiedyś otworzyć?
  2. Czy ziemia, po której chodzisz, może nagle zadrżeć i rozstąpić się pod stopami?
  3. Czy istnieje prawdopodobieństwo (jeśli masz choćby cień podejrzenia, że to możliwe, odpowiedz: tak), że groźna góra, rzucająca cień na twój dom, może kiedyś, ni stąd, ni zowąd wybuchnąć jak wulkan?

 

Bo jeśli opowiesz twierdząco na choćby jedno z tych pytań, będzie to oznaczać, że życie jakie prowadzisz, jest życiem człowieka nocy, godziny czarów. Jest to życie zmienne, niefrasobliwe, banalne, beztroskie, w najgłębszym sensie tego słowa, łatwe do zgubienia, jak breloczek do kluczy albo spinka do włosów. I jest to stan swoistego letargu: dlaczegóż by nie siedzieć cały ranek, cały dzień, cały rok pod tym samym cyprysem, rysując na piasku symbolizującą nieskończoność ósemkę? Więcej, takie życie to katastrofa, to chaos. Bo dlaczegóżby na przykład, ot tak sobie, dla kaprysu, nie obalić rządu, dlaczego by nie oślepić człowieka, którego nienawidzimy, dlaczego nie popaść w obłęd, nie pójść przez miasto, mamrocząc nieprzytomnie, wymachując rękami i rwąc włosy z głowy? Nie ma niczego, co by człowieka powstrzymało, a raczej nic nie mogłoby go powstrzymać. I to jest to. Właśnie to stanowi o różnicy.

 

Ludzie, którzy stąpają twardo po ziemi, pod bezpiecznym niebem nie mają o tym pojęcia, (…), urodzeni w zielonej i miłej krainie, krainie powściągliwości i umiarkowania pozbawieni są podstawowej zdolności do wyobrażenia sobie katastrofy, nawet kiedy jej sprawcą jest człowiek. (…)”

 

Zadie Smith Białe zęby

 

 

 

Reklamy




Bęz lęku! Czyli czego naucza Don Juan

16 08 2010

„Egzystencja człowieka wiedzy to pasmo nieustających zmagań (…). Na pojęcie człowieka wojującego składają się cztery elementy: 1. człowiek wiedzy musi odczuwać szacunek; 2. musi odczuwać lęk; 3.musi mieć oczy szeroko otwarte 4. musi ufać we własne siły (…)

Na człowieku wiedzy wiedzy występującym w roli wojownika spoczywa obowiązek odnoszenia się z należytym szacunkiem do wszystkiego, czym się zajmuje; wszystko, co wiąże się z jego wiedzą, powinien traktować z głębokim szacunkiem, a tym samym uważać za obdarzone głębokim sensem. Poczucie respektu równa się tutaj wlasciwej ocenie wlasnego, pozbawionego znaczenia potencjału w konfrontacji z Nieznanym.

Jeśli człowiek myśli tymi kategoriami, w sposób logiczny rozciąga pojęcie szacunku na własną osobę, ponieważ o sobie nie wiemy tak samo nic jak o Nieznanym.

(…)

Z życiem wojownika wiąże się także konieczność doświadczenia i starannej analizy uczucia lęku. Ideał polega na tym, by pomimo lęku nie przerywać wykonywanych przez siebie czynności. Istnieje założenie, że lęk można pokonać i że w życiu człowieka wiedzy nadchodzi moment jego przezwyciężenia, wpierw jednak należy sobie ów lęk uświadomić i niezwłocznie zanalizować to uczucie.  Don Juan twierdzi, że lęk można pokonać, jedynie z nim walcząc.”.

Carlos Castaneda „Nauki Don Juana”

Don Juan to szaman i czarownik plemienia Yakui  (Meksyk). Castaneda to antropolog, który zapisał swoje doświadczenia z bieluniem, peyotlem i innymi substancjami psychoaktywnymi oraz proces dochodzenia do Wiedzy o świecie nadprzyrodzonym w kontakcie z don Juanem właśnie.

Piszę o lęku, bo z natury jestem bojaźliwa. Ponadprzeciętnie. Boję się latać samolotami, wyprzedzać na dwupasmówce, głębokiej wody i dużych zwierząt. Życzliwi stwierdzą, że mam bujną wyobraźnię (i jej ulegam), pozostali powiedzą mi: ale z ciebie tchórz. Przeżyłam kilka sytuacji, kiedy serce podchodziło mi do gardła i dalej. Atak gigantycznego (jak z reklamy Andaluzji) byka w Kirgizji, powódź i histerię całej wioski w górach Atlas w Maroku, szarżujące szalone krowy na Suwalszczyźnie (i ani jednego drzewa, za które można by się schować!), psa-mordercę, który jak wystrzelony z katapulty rzucił mi się do gadła na gwatemalskiej ulicy… itd. Tysiące ludzi, którzy szli za mną w ciemności( albo tylko wydawało mi się, że za mną idą), jakieś cienie, coś białego co skakało mi przed oczami w nocy w Monemvasii (Grecja) kiedy koczowałam na dziko pod opuszczoną cerkwią. (To coś białego co skakało okazało się nie być duchem świętego Pantaleona z Nikodemmi ani innego Kalistratatylko banalną rozwiniętą rolką papieru toaletowego tańczącą na wietrze ;-).

I ten pierwszy raz. Noc. Bieszczady. Ja mam 16 lat, Mareczek niejaki ma lat 17. Po zejściu z Tarnicy koczujemy gdzieś w haszczach, ognisko, organki, standard. A potem głuchy sen w namiocie. Przerwany nagłym bełkotliwym ale namolnym: „Hej, kurwa, ma tu ktoś otwieracz? K..wa bo jak .. zapi..dole. Otwierać mi ten namiot. Noża macie? Dawać, k..wa bo zaje..ie.” Itd w ten deseń. No i dzielny, trzęsąc się z deczka Mareczek otworzył. Noża dał, a ja oczami szesnastoletniej wymuskanej duszy widziałam juz go tym nożem poćwiartowanego.

Opadł mnie STRACH. Jak wiele razy przedtem i potem.

Ponoć to najbardziej pierwotne ze wszystkich uczuć. Nie czują go tylko głupcy albo szaleńcy. Nie wierzę ludziom, którzy jak Stefek Burczymucha napinają muskuły i krzyczą: „Ja niczego się nie boję, choćby niedźwiedź – to ostoje.” Strach jest dobry. To godny przeciwnik.

Kilka dni temu dostałam maila z Kolumbii. Ender wrócił z Ciudad Perdida. O mało tam nie zginęli. Po ulewnych deszczach nad obozowiskiem osunęła się ziemia. Ludzi tam nie było, ale stracili żywność, plecaki, turyści-paszporty itp. Komuś błotna lawa porwała aparat. Bez jedzenia i ciuchów na zmianę, wędrowali dwa dni, bo rzeka wylała i nie dało się jej przekroczyć (przechodzi się ją kilkakrotnie, ale gdy nurt jest zbyt porwisty to zbyt ryzykowne). Helikopter wojskowy nie miał gdzie wylądować.

Marzli. Byli głodni. Bali się.

Lęk jest wielopoziomowy.  I jest jak wańka wstańka. Nigdy nie wiadomo skąd i kiedy zaatakuje. Trudno go też rozpoznać, bo często podszywa się pod inne uczucia. Najczęściej przybiera maskę Zdrowego Rozsądku.

„Każdy etap nauki jest nowym zadaniem, a lęk jaki człowiek zaczyna odczuwać narasta bezlitośnie i nieustępliwie. Tym sposobem napotykamy naszego pierwszego wroga: strach. Straszny to wróg. Zdradziecki i trudny do pokonania. Czai się za każdym zakrętem drogi, czekając w ukryciu. A jeśli człowiek ulęknie sie jego obecności i ucieknie, ów wróg położy kres jego poszukiwaniom.” (Nauki don Juana)

Albo inaczej, trawestując „Rewizora” Gogola: Czego się boicie? Samych siebie się boicie.





Wyzwanie

26 07 2010

Pisać nie pisać

Blog zaniedbany, no ale czemuż się dziwić. Nosi tytuł Wyjechałam, a ja tymczasem… przyjechałam. I od razu wpadłam do życiowirówki. Szczepienia, badania, urzędy… a potem błogie lenistwo ze starszą siostrą w górach świętokrzyskich, nieoczekiwane porwanie na kilka dni nad morze (Pan Tajemniczy załadował mnie do samochodu i wywiózł do Sopotu), borówki na działce u Mamy… i oto wreszcie jestem. Ale nie na długo. Czekam teraz na bardzo strategiczny przelew, coby sobie z fasonem zakupić bilet. A dokąd? A do Santa Marta, rzecz jasna. Ruszam pod koniec sierpnia tym razem plan obejmuje: zamieszkanie u szamana Romuala w wiosce Indian Koguis, przejażdżkę na mule pięć dni w twardym siodle – aż do stóp Ciudad Perdida, siedzenie na tarasie i słuchanie szumu morza karaibskiego (szumi w sumie podobnie jak Bałtyk, dochodzi jedynie miły szeleścik palmowych liści), spożycie ceviche w ilości hurtowej, odwiedzenie Parque Tayrona, może jakiś mały skok na południe Kolumbii (San Agustin). No i powtórkę z rozrywki: wkurzanie się na zaprzyjaźnione dzieci biegające po moim domu, tłuczące szklanki i próbujące wypaść z balkonu, zjeść mój paszport albo połknąć klucze. Ćwiczenie z cierpliwości i asertywności. Testowanie granic tolerancji wobec innej kultury. Badanie cen cegieł, instalacji wodno-kanalizacyjnych, dachówek, cementu, itd. Umów cywilno prawnych i prawno-prawnych. Banie się, czy aby Chaveza machanie szabelką, nie przerodzi się w jakieś takie bardziej konkretne i zamaszyste ruchy. (że niby wojna ma być… eee).

No i pisanie.

Tym razem nie tylko bloga. Także notatek.

Niechętnie i z wieloma wątpliwościami, ale jednak. Jedno spotkanie zmieniło moją optykę. I sprawiło, że pomyślałam, że chyba warto.

Spotkanie odbyło się w Gdańsku poprzedzone zostało kilkoma mailami a zakończone szaleństwem do 3 nad ranem na parkiecie jednego z gdańskich klubów. Szalałam z dwoma panami. Moim wydafffcami – in spe.

Chyba po raz pierwszy w życiu spotkałam ludzi, którzy na hasło: Fadimann, nie pytają czy to jakiś model samochodu. To mi wystarczy, by przez chwilę poczuć, że moje zagrzebywanie się w książkach ma sens.

O reportażach z Kolumbii rozmawialiśmy sobie lekko i przyjemnie, „Ale pamiętajcie, że nie jestem drugim Kapuścińskim”- zastrzegłam i usłyszałam:

„Skąd wiesz? Kapuściński do 40-stki nie wiedział, że jest TYM Kapuścińskim. Jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz.”.

Kilka osób namawiało mnie na wydanie książki z bloga. Podrasować, dosztukować, dopisać. Dodać zdjęcia i będzie cacy. Lekko, miło i przyjemnie.

Otóż nie. Nie myślę w taki sposób. Do niczego jest mi to niepotrzebne. Nie mam parcia na szkło, ani na (tfu!) kolorówki. Kolejny kalejdoskop pobieżnych podsumowań, opisy zauroczeń, efektowne barwne pocztówki z dżungli? A po co?

A kogo interesuje Ameryka Południowa? Tę garstkę naprawdę zainteresowanych zaspokaja Artur Domosławski, jeden z wybitniejszych specjalistów, któremu mogę buty czyścić. A gdyby chcieć napisać inaczej niż on, tak bardziej „dla ludzi” lecz jednocześnie nie tworzyć takich fikcji jak Pawlikowska czy Cejrowski ( pani Beaty nie cenię choć pióro u niej lekkie i przyjemne, Cejrowski pisze OK, ale głównie o sobie)? U nas Ameryka nie chodzi – usłyszałam w jednym piśmie kobiecym, Nasze czytelniczki tam nie jeżdżą, powiedziano mi w tygodniku. Inni się nie odezwali. Za to materiał zamówił…Przekrój. Ale też nie tyle o Ameryce, ile o właścicielu Stadionu Dziesięciolecia – Polaku, mieszkającym w Argentynie, moim gospodarzu w Buenos Aires.

Więc po co i dla kogo taka książka?

A jednak chłopaki z wydawnictwa Area mówią: pisz. Admin mówi mi: pisz. Ktoś jeszcze też tak powiedział. Bo co my tu wiemy o Kolumbii, o prezydencie Santosie i dlaczego stracił sporo głosów (bo zapowiedział, że nie będzie tolerował Chaveza i nie boi się wojny), co my wiemy o bananowej republice, o przemocy (lub jej braku), o ludziach takich jak my, ich przeszłości, historii, powiązaniach z kartelami lub partyzantami (lub jednymi i drugimi). Pragnieniach, marzeniach, ograniczeniach…. O kulturze: piosenkach i współczesnej kolumbijskiej literaturze. O rzeczywistości Macondo 2010? Wiemy o tym, śmiem twierdzić, niewiele. Europocentryzm ma się dobrze. Otwarcie na Innego – jakoś u nas szwankuje.

(u mnie też. Nie mam na przykład pojęcia co dzieje się na Trynidadzie i Tobago ani w Surinamie. A przecież na pewno dzieje się wiele).

Nie wierzę w ideę globalizacji, nie ufam jej. Dalej będę tropić różnice. Choć od podobieństw uciec się już nie da.

Kończę czytać książkę o Kapuście Domosławskiego. I znajduję tam cenną dla siebie wskazówkę:

„Niewątpliwie ten pana przyjaciel, mówi Millani, umie słuchać, świetnie chwyta atmosferę miejsca i chwili. Nie ma niestety więcej energii, żeby poczytać, poszukać, posprawdzać. Czytając tę książkę po raz drugi, byłem zdumiony, jak wielu błędów mógł uniknąć, gdyby tylko poczytał trochę więcej”.

Myślę, że to bardzo ważna książka – nie tylko o Kapuścińskim. Także o gatunkach zmąconych (clifford geertz).

Reportaż to gatunek bliski etnologowi czy też atropologowi kultury (którym jestem). A jednak i na katedrach toczą się dysputy i zadaje się pytania o „przezroczystość” (czy też raczej jej brak) Badacza. Opowieść antropologiczna? Jest taka furtka.

Opowieść reportera? Jak najbardziej tak- myślę sobie, ale za chwilę budzą się wątpliwości. Na litość boską – jakie znaczenie dla wyjaśnienia złożonej sytuacji ma fakt czy strzelali na 11 czy na 13 ulicy? Nie ma. Ale już czy wpakowali w pana 2 czy 20 kul – zmienia kontekst. Dwie – bo się bronili, bo strzelali na oślep, bo chcieli zabić. 20- bo byli bestiami, bo zalewała ich nienawiść, bo to nie byli ludzie, tylko potwory.

Drobiazgi. Masa szczególików, supełków, plątanina wielka. Wyzwanie.

Jeszcze miesiąc w Warszawie, trochę jeszcze zjem chleba prawdziwego, trochę pojeżdżę na rowerze, pójdę do kina, napiszę to i owo. A potem pozwolą Państwo-że się oddalę.





Godzina zero

26 10 2009

Już czas zmieniać korale
Już czas zmieniać słownik,
Już czas gasić latarnie
Nad drzwiami…

[luty 1941 Marina Cwietajewa]





Zagadka czyli coś na rzeczy

24 10 2009

WESTCHNIENIE PIELGRZYMA

AUTOR: Poważny pielgrzym, mimo szron i błoto,
Idzie i wdycha piechotą…
CHÓR: Musiał się wybrać wcześnie, przed mrozami,
Bo byłby wzdychał saniami

Napisał mój ulubiony poeta z dawnych czasów. Ktoś wie który to poeta? ;-)





Tego się nie robi kotu

19 10 2009

Umrzeć, to wprawdzie nie to samo co wyjechać, ale jaka to dla kota różnica? Nie ma znaczy: nie ma.
Mój kot szóstym albo i siódmym zmysłem wyczuwa, co się święci. I wciąż patrzy na mnie z wyrzutem.

kot

Wisława Szymborska

Kot w pustym mieszkaniu

Umrzeć – tego się nie robi kotu.

Bo co ma począć kot
 w pustym mieszkaniu.

Wdrapywać się na ściany.

Ocierać między meblami.

Nic niby tu nie zmienione ,
a jednak pozamieniane.

Niby nie przesunięte,

a jednak porozsuwane.

I wieczorami lampa już nie świeci.

Słychać kroki na schodach,

ale to nie te.

Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,

także nie ta,

co kładła.

Coś sie tu nie zaczyna 
w swojej zwykłej porze.

Coś się tu nie odbywa
 jak powinno.

Ktoś tutaj był i był,

a potem nagle zniknął

i uporczywie go nie ma.

Do wszystkich szaf się zajrzało.

Przez półki przebiegło.

Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.

Nawet złamało zakaz 
i rozrzuciło papiery.

Co więcej jest do zrobienia.

Spać i czekać.

Niech no on tylko wróci,

niech no się pokaże.

Już on się dowie,

że tak z kotem nie można.

Będzie się szło w jego stronę

jakby się wcale nie chciało,

pomalutku,

na bardzo obrażonych łapach.

I żadnych skoków, pisków na początek.