Żuraw i czapla

21 11 2009

Wszystko było już przygotowane. Plecak stał spakowany, wiedziałam, że jeśli następnego dnia nie ruszę się z Meridy to już się nigdy z niej ruszę. Podróż wymaga szybkich i konkretnych decyzji, a z tymi zawsze mam kłopoty. Był plan, że zrobię w Meridzie tygodniowy intensywny kurs hiszpańskiego. Tony zaprosił mnie na ten czas do siebie do domu, okazało się jednak, że dom stoi w górach, pod Meridą. Dość skomplikowane byłyby codzienne dojazdy. Postanowiłam ruszyć dalej. Wieczorem w barze dudniącym od muzyki Doorsów powiedziałam mu, że wyjeżdżam następnego dnia do Maracaibo, w stronę granicy kolumbijskiej. OK – odparł. Okazało się szczęśliwie, że następnego dnia jego przyjaciel-muzyk jedzie grać koncert w Maracaibo. Zabieram się z nimi i na dodatek zaliczę koncert regaee. Toni tez chce jechać. Łamie się. Ma robotę, ale… nigdy w życiu nie był na żadnym koncercie. Grupa ponoć tu bardzo popularna, no cóż, Toni ma się zastanowić. Ja jadę. Z Maracaibo to już rzut beretem do Kolumbii. Z tym jakże wysmakowanym planem położyłam się spać. Rano telefon. Nie ma miejsca w samochodzie, ale możemy razem z Tonim pojechać autobusem na noc. OK. Nie widzę przeszkód. Wpadam do biura.

I słyszę: Słuchaj, muszę cię o coś zapytać. Nie chciałabyś wrócić na Los llanos?

..

.

A co z planem?

!!!!!!!

Si. – Jakoś tak bezmyślnie się mi wyrwało.

No to załatwione.

Żadna Kolumbia na razie, ani koncert regaee. Znowu cisza, Świeży Owies czyli Fresca Avena i kilometry pustki!!!

Jak dobrze! Bardzo chciałam wrócić na Los llanos, ale nie da się samemu tak po prostu. A w każdym razie to jest trudne.

Później Tony mówi mi: Od początku chciałem ci to zaproponować, tylko nie wiedziałem jak. A ja od początku chciałam go o to zapytać, tylko nie wiedziałam jak.

Jesteśmy jak żuraw i czapla.

Ruszamy w poniedziałek. Z nami silna, sześcioosobowa grupa turystów.

Wszystko jakby prostsze się tu staje. A gdy mówię Toniemu, że to poco loco (trochę szalone) bo miałam PLAN… Tony mówi:

Zrobisz jak zechcesz. Możesz jechać dalej, ale pamiętaj, że zawsze coś zostawiasz za sobą. Możesz zostać i żyć.

Czy nie o to właśnie chodziło w tej podróży?

Myślę o moich znajomych którzy w niespełna cztery tygodnie „ZROBILI” Argentynę, Chile, Boliwię, Urugwaj i Paragwaj. Szybcy kurna byli. W każdym kraju po kilka dni…

Za chwilę minie miesiąc, a ja wciąż w Wenezueli. Kumpel Toniego zaprosił mnie jutro do swojego dziadka na działkę w góry. Są tam nieopodal Gorące Źródła, pojedziemy do nich konno. Wieczorem dziadek przyrządzi jakąś rybkę. Niedziela na wsi? Leniwa? Niespieszna?

Na to się zanosi.

A kiedy ruszę dalej? Czy w ogóle dojadę kiedykolwiek do Buenos Aires? Dowiemy się w kolejnych odcinkach… ;-)

PS. Szakira została nad Orinoko. Byłam gotowa na czipy w uchu, na tatuaże na psiej piersi, klatki, kwarantanne, szczepienia, niewygody i koszty. Wszystko rozstrzygnął Chavez, który wydał odgórne zarządzenie, że NIE WOLNO TRZYMAĆ PSÓW W HOTELACH. I nie wolno. Howgh. Szakira została nad Orinoko z Jose. Kiedyś ich odwiedzę…

PS.2 Dziennik zamówił megawypaśny reportaż. Tylko KIEDY, no KIEDY ja mam Proszę Państwa się tym niby zająć? ;-)

 

Reklamy




Sen o sawannie

21 11 2009

Tylko nikt nie może się dowiedzieć, że to zrobiliśmy – powiedział Toni po wszystkim.

Choć w zasadzie jeszcze tego nie zrobiliśmy. Ale zrobimy. W poniedziałek.

Wrócimy na Los Llanos.

Kilometry zielonej pustki. Noce tak zapchane po brzegi dźwiękami, że miejsca nie starcza na sen.

Pluski, szelesty, nawoływanie. Krzyki. Ptaki nocą krzyczą, śmieją się, jedna wielka ptasia fiesta. Pierwszej nocy w hamaku nie zmrużyłam oka. Zwłaszcza że całą tę kakofonię dźwięków wspomagał swoim chrapaniem Phil Collins. A tak. Tym razem w podróży na sawannę towarzyszyli mi Phil Collins i Meryl Streep. Oboje z Poznania. Co za urocze spotkanie! Szczęśliwie Polacy okazali się wspaniałymi i ciekawymi towarzyszami, tęsknię bardzo za rozbrajającym i urzekającym poczuciem humoru Phila :-)

Los Llanos… w dzień… cisza w której się można utopić. Kajmany jak kłody drzewa z otwartymi paszczami. Małe płochliwe żółwie na gałęziach, tysiące ptaków. Co krok czaple białe i szare, orły na wyciągnięcie ręki, dwumetrowe nutrie, endemiczne lemurowate śpiące na gałęziach drzew i On. Oso de hormingueo. Pan Długonosy.

Mrówkojad.

To dzięki mrówkojadowi zobaczyłam do czego zdolny jest Toni. Zapędził biedaka prosto na ścieżkę tuż przed naszym dżipem. Jakie dziwne nieziemskie zwierzę. Mrówkojad jest niebezpieczny, ma wielkie pazury, w jednej chwili odwrócił się i próbował zaatakować Toniego. Szybko zrezygnował.

Kilka dni później w Meridzie Toni powiedział mi, że zawsze gdy chwyta jakieś zwierzę, zagląda mu w oczy. Ryzykuje życie. Anakonda i kajman są najbardziej niebezpieczne . Same raczej nie zaatakują człowieka, ale w samoobronie potrafią zabić. – Kiedy trzymam zwierzę za kark, zawsze patrzę mu prosto w oczy. Czuję wtedy coś w rodzaju orgazmu. – mówi mi Tony. To adrenalina. Ale i coś więcej. Zwierzęta tak jak ludzie są filtrami, przez które sączy się Bóg. Dlatego się nie boję. Czuję respekt ale nigdy, przenigdy nie czuję strachu.

To dlatego, że Toni sam jest niebezpiecznym zwierzęciem. Kiedy poluje napina mięśnie karku, mruży oczy, zmieniają mu się ruchy… płynne ciche gesty… Jest piękny jak polujący tygrys. Nie przypadkiem wytatuował go sobie na prawym ramieniu. Samotnik, który potrafi być niebezpieczny… Chwilę potem Toni zmienia się. W obozowisku zmajstrował specjalną deseczkę na której codziennie rano sypie ryż. Przylatują maleńkie ptaszki we wszystkich kolorach tęczy, a Toni godzinami potrafi je obserwować. Jest biologiem studiował ornitologię. Wieczorem siadamy przy ogniu (płonie co noc, odstrasza węże) i gapimy się w gwiazdy. Widać tu Krzyż Południa. Nocą wypuszczamy się na spacer. Opuszczamy obozowiska i giniemy w absolutnej ciemności. Boję się węży i kajmanów. Sprawdzam, czy przy boku Toniego wisi maczeta. Jest. Tu nikt się bez nich nigdzie nie rusza. Nawet kilkuletnie dzieci maja swoje małe maczetki….

Ciemność. Dokoła ciągną się kilometry pustki zamieszkałe tylko przez zwierzęta. Oddycham coraz głębiej. Z każdym dniem boję się mniej. Jeździmy konno, kłusuję lekko na koniu o dziwacznym imieniu Fresca Avena (Świeży owies). Kiedy wchodzimy do rzeki Toni mówi: Puść luźno wodze. Fresca Avena płynie. Jak dobrze! Jestem cała mokra, w tym upale to fantastyczny pomysł, popływać na koniu. Inaczej się nie da. Kajmany i piranie mogłyby zakończyć taką kąpiel w dość nieprzyjemny sposób…

Kiedy łowimy piranie mówię: To trudne. Widzę, że nie spodobało się mu to. Zaciska szczęki i odpowiada: Nie ma w moim słowniku takich słów: trudne niemożliwe…

Kiedy to naprawdę trudne. Łowimy z wysokiego mostu, na żyłkę. I na wołowinę. Piranie połykają mięsko błyskawicznie, zanim zdążę poderwać je do lotu. Nawet kiedy się to udaje, uciekają mi rybki w drodze na most. Toni i 17 letni Rafael nie maja z tym żadnego problemu… Piranie zjadamy na kolację. Llaneros (czyli wenezuelscu gauchos) śmieją się, że to wspaniały afrodyzjak. Być może, ale dzień wypełnione po brzegi kończę we własnym hamaku. Nagle zjawia się Toni i wciska mi do ręki coś małego, bardzo ostrego. „Na szczęście” – mówi. Otwieram dłoń. Leży na niej szczęka pirani…