Cwał zyciowy – etap drugi

26 11 2015

Etap drugi, bo był juz jeden na tym blogu, a teraz jest kolejny. Jakieś płyty tektoniczne sie poruszyły pod wodą i czuję, że idzie tsunami. Jeszcze go nie widzę, dopiero przeczuwam, czuję, że ziemia drży. Dla znudzonych Czytelników blogowych oznacza to jedno – znowu wyjadę, znowu na dłużej niż tydzień, znowu mi się chce. Bo jak przyjechałam do Polski to przez cały czas zadawałam sobie pytanie: po co, po diabła? No i jest diabeł, znalazła się odpowiedź na pytanie: po co, a jak zwykle gdy już wiadomo, po co się przyjechało, to… trzeba wyjechać. :-)

Moja podróż wgłąb ziemi na powierzchnie i spotkanie ze sobą i depresją zostawi ślad, jak każda długa droga, jak każde zmęczenie. Więcej zmarszczek, więcej blizn. Takie będe teraz nosiła oblicze jak Indiana Jones albo Krokodyl Dundee. No i trudno.

Oprócz wielu rzeczy o sobie i ludziach, dowiedziałam się też tego, że wolę znowu poczuć wiatr, spać pod namiotem, zaszyć w haszczach, szuwarach albo na innej wydmie Erg Chebbi i cieszyć wolnością, niż wozić torebkę od Prady na konferencje do restauracji Magdy Gessler ani w ogóle nigdzie, do żadnej Magdy. Co mi po Pradzie w dżungli? Wolę solidny plecak. Zresztą nie mam żadnej Prady, ani jednej. Kupie plecak i po Nowym Roku wyjadę. Tak przynajmniej myślę teraz.

Nie doszłam tak do końca sama do tego. Pokazał mi ktoś, jak wyciągać rękę po to, czego się pragnie. Choćby mówili ci, że jesteś szaleńcem albo nie masz pokory, że to bez sensu i że się nie uda. Teraz chcę, żeby nauczył tego mnie. Idę do szkoły. Po kolejne lekcje. I do diabła, cieszę sie z tego jak wariatka.

A zaraz potem – no jak to co? Wyjadę.

 

 

Reklamy




Początek podróży

24 07 2013

Ile razy można uczyć się na błędach? Czy wróżki naprawdą widzą przyszłość? A czarownice? A demoniczni szamani z głębokiego lasu? Bo jeden taki zasuszony czarownik drugiego marca w sercu selvy powiedział mi po ceremonii : teraz już wszystko będzie dobrze. Następnego dnia próg Casablanki przekroczył pewien Katalończyk. Zwariowany Katalończyk, może nie tak jak Zwariowany Kapelusznik, ale równie loco. Zwariowanego Katalończyka (w skrócie Zetka) poznałam nad rzeką. Miał spojrzenie spaniela, wielkie zęby i czapkę Lenina (no, może nie Lenina, ale podobną w fasonie).  Kolejnego dnia, wracając od szamana, spotkałam go znowu. Tym razem na wiszącym moście, prawie takim, na jakim Indiana Jones stoczył finałowy bój z krwiożerczymi siepaczami czy innymi złymi ludźmi. Ja z labradorką na smyczy, on (tzn.Z.K, a nie Indiana Jones) w grupie, z wycieczką. Po drugiej stronie mostu czekał na mnie mój muł i gęsty las. Na Zwariowanego Katalończyka po drugiej stronie czekała drogę pod górę w upale (nietrudno się zorientować, że byliśmy po przeciwnych stronach mostu). Na pocieszenie dałam mu wizytówkę i powiedziałam, że jak wróci do Santa Marta to niech wpada na kawę albo na browar. Wpadł. I już nie wypadł. (Postronny Obserwator i uczestnik owych zdarzeń, niejaki Kris mawia: „Wpadł na piwo i wpadł jak śliwka w kompot”).

Z.K. niczym Obi Wan Kenobi albo inny Jedi okazał się wojownikiem Jasnej Strony Mocy. Przegonił smoki, wypędził orków, napluł prosto w samo Oko Saurona. Ugasił ogień pożogi, wypompował wodę z powodzi, uspokoił tornada i burze. Mimochodem i przy okazji uznał, że taka sympatyczna Iwonkapibara jak ja, ;-) to interes życia i jak złapał, to już nie puścił. Do Polski przyleciał trzy miesiące temu, trzy tygodnie po naszym spotkaniu na wiszącym moście.

Wiatry wciąż wieją nad naszymi głowami. Przetaczają się grzmoty i błyskaja pioruny. Zło nie śpi i czai się pod mokrym, omszałym głazem, pod łóżkiem, w wykrotach i jarach. Jak dotąd Świetlisty Miecz się nie stępił. Jak dotąd ZK nadal marznie i dygocze w północno wschodnim kraju gdzie lato tego roku nie zajrzało. Pocieszam go pierogami z jagodami i pierniczkami. Ale słońca nijak nie zastąpią.

Czy roztrzepana, acz niebywale rozgarnięta (!) Słowianka z zimnego kraju o temperamencie Iwonkipibary , charakterze Zbója Madeja, łatwości wywoływania awantur arabskich, niezrównoważona emocjonalnie – czytaj: typ depresyjno – maniakalny, który raz rzuca kotem o ścianę, a innym razem swe gołębie serce kroi na plasterki ostrym nożem z Ikei i podaje w porcelanowej miseczce… oraz Katalończyk o uporze osła ze Shreka i anarchistycznych zapędach do wzbudzania powstań, słabości do płatków na mleku, surowej ryby i jamon serrano oraz skłonności do stawiania na jedną kartą i nienawiści do temperatury niższej niż 25 stopni Celsjusza – czy oni mają szansę? Czy w ferworze zdarzeń zapomnieli, jak łatwo o pomyłkę, upadek, zwątpienie, pożegnanie, błąd? – ktoś mógłby zapytać przezornie.

Nie zapomnieli. Ja nie zapomniałam. Boję się tej podróży, bardziej niż tamtej, w którą wyruszałam trzy lata temu. Jest podobnie. Ląd nieznany, przyszłość niewiadoma. Zmieniło się tylko jedno. Czuję, że nie jestem już sama…





Psia. Czy kocia?

17 09 2010

Proszę, to dla ciebie- wręczył mi ciężką siatkę. Jakieś dziwne owoce? W życiu takich nie widziałam. Wyjął jeden i przełamał. Wyssij miaższ. …. Czeka. I pyta: Pycha co? No nie, nie pycha. Bez smaku. Lekko słodkie, ale tak mdło. Nijako. Nie pycha, w żadnym razie. Smakuje ci? Mhm, ale takie dziwne. Mówię. On też tak mówił jak zjadł chrzan. A grzybka marynowanego-jednego. Potem, żeby mi zrobić przyjemność, wyławiał tylko krążki cebuli i marchewki. No w kuchni się najwyraźniej nie zawsze dogadamy.
Mam tu jeszcze to- mówi. – Pomyślałem,że ci się przyda, jak będziesz sobie czytać na tarasie. Wyciągam jakieś sznurki i kawał granatowego płótna. Hamak!!!

Zawsze chciałam mieć hamak, uwielbiam hamaki!
Czyli co? Można powiedzieć, że to jest szczęście?

Można. A miłość jaka ma być – myślę sobie, patrząc na Szakirę.
Bo przecież są różne miłości. Psia i kocia.
Chyba jednak wole kocią.

To ta, co nie jest natrętna, nie wymaga za wiele i nie ładuje Ci się z łapami w życie. Chodzi swoimi drogami, czasem sie obraża, czasem przyjdzie sie przytulic, a czasem zamknie sie w pudelku na kapelusze. Ma swoje kocie zycie. Ale i tak wiadomo-kocha.

A psia?

Wchodzi Ci na glowe, chodzi za Toba krok w krok, co z tego ze mokra i prosto z wody a potem w piasku wytarzana? Co z tego ze UBLOCONA? Musi Ci wlezc na kolana na brzuch, ugryzc w ucho, ukrasc gumke do wlosow, to znaczy zdemontowac ci kucyk, znienacka wyszarpac strone gazety ktora czytasz, walnac cie ogonem prosto w nos, co z tego ze dziesiaty raz poszlas wyplukac mate na ktorej siedzisz, siebie i wszystko. Kiedy biegnie i uszy jej trzepocza i golebie nie daly sie jednak zlapac, taki zal! Trzeba tę kupe ubloconego nieszczescia przytulic. Zasikaną, brudną i mokrą.

Zatrzymali sie dzis przy mnie ludzie z malutkim rocznym dzieckiem. Chcieli sie zaprzyjaznic- to znaczy dzieciaka z Szakira.
Mowie im- ale uwaga bo ona rozhasana. A jak rozhasana to lapie zebami calkiem konkretnie.

Nic to. Polizala malucha, maluch sie usmial, oboje sie wytarzali w piachu,.

I powiedzialam – tak jakos mi sie wyrwało: I czy to nie jest szczescie?

Yes!!! -odpowiedzieli chorem. Parka. Nie wiem skad, nie stad, chyba Stany, albo Kanada wnioskujac z akcentu. Potem Szaki lazila za tym ich ludzkim szczenieciem krok w krok. Lizala. A potem poszli. Ciao. No to ciao.

A Szakira gonila golebie do upadlego, probowala plywac pieskiem ;-) i – chyba byla szczesliwa.

Patrzę na te pieski wymuskane, wystrzyzone, kanapowce, w torebkach od Prady noszone… podaj łapę, poproś o ciasteczko, bądź moim psem! Mozna tak??? Patrzę na ludzi higienicznych, na dzieci co mają wakacje w kapciach. Mój pies uwielbia po wyjściu z wody wytarzać się w piasku, a potem (złośliwie???) w podskokach wtarabanić się mi na kolana. Jestem brudna. Nie jesteśmy higieniczne, o nie.

Wszystko jest przecież takie proste.

Kiedy kilka miesiecy temu opowiadałam Enderowi o mojej Szakirze nr 1, ktora musiałam zostawić w Wenezueli, i mówiłam, że przez cale życie miałam jakieś psy, a teraz mi smutno bez nich, zapytał: WIEC DLACZEGO NIE MASZ PSA?
– No wiesz, od mojego eksa dostałam kota…jest kochany…
–  Ale przecież chciałaś psa.

Dopiero załapałam. Chciałam psa! A dostałam kota!
Rozbawiło mnie to do łez. To jasne, że ten związek nie mógł przetrwać!

A Ender,niewiele myśląc, z właściwą sobie logiką, kupił mi psa.
A potem zniknął w lesie. Jak kot.

I tak jest lepiej.  Zostałyśmy same. Radzimy sobie.

BĘDZIE DOBRZE!