Dzień doskonały

27 07 2013

Słońce zagląda przez dziurę w dachu. Mieszkam na strychu. Są tu dziury w dachy, prawie jak w Casablance, tyle, że te tutejsze dziury mają szybki i nazywają się lufcikami czy jakoś tak podobnie.  A więc zagląda słońce i liże i omiata i plama na łóżku się robi coraz bardziej żółta, pomarańczowa i ciepła.

– Ale ciepło… – mruczę przez sen.

-Ty nie wiesz, co to jest ciepło – mruczy Katalończyk.

Pierwszy niby taki dzień odkąd pojawiłam się na polskiej ziemi. Chyba ciepły jak się wydaje, choć te chmurki jak poduszki powietrzne pęcznieją nad głową, słońca nie widać, końca nie widać. To akurat dobrze. Bardzo trudno pójść tra la la la hop do przodu, ale wszak to właśnie robię. Idę. A więc – wstajemy. Późno już, ale wczorajsze party w cafe kulturalna (no bo jakaż inna być mogła ;-) ) nas dzisiaj wcisnęło w poduszki i tak trudno się z nich wygrzebać.

A jednak robimy to. Pytanie – zjeść knedle ze śliwkami podarowane przez tatę czy raczej po prostu capucchino? O! Borówki ze śmietaną też będą doskonałe! A knedle będą na deser. Teraz rytuał. Internet, pisanie, myślenie. Czas mija. Jednak jest gorąco.

A więc – prysznic. Jakieś zadania na dziś? Ach tak, miałam pójść do banku spłacić trochę długów, odebrać okulary (boję się , bo optyk powiedział, że mogę się zataczać i może być dziwnie, no cóż. Dziwnie będzie nie pierwszy raz). Ale to sobota. Banki nieczynne.  Optyk może być.

Marynuję tuńczyka. Oklepuję go, pieszczę, nacieram. Z porzeczkami. Czerwonymi. Na konferencji Vichy mi pokazali jak robić, pyszny jest tuńczyk z czerwonymi porzeczkami., miodem i sosem sojowym.

Czas mija. Na wieczór plan – ognisko nad rzeką. Kiełbaska? – pyta Katalończyk i oczy się mu błyszczą. Tak. Kiełbaska, ale też ziemniaki w popiele, a dla wegetarian cukinia albo inne papryki i jabłka. Ludzie, których znałam. Koleżanka z liceum, kolega poznany w Kolumbii, znajomi sprzed lat. Przez chwilę wejdę w świat plotek, opowieści, żartów, rozmów o wszystkim i o niczym. Wino pite z gwinta, Wisła, może porzucamy freesbee? Ktoś jest w ciąży, ktoś się rozstał, ktoś znalazł nową pracę, poza tym – nic się nie zmienia.

Opowiem jak jest na Karaibach, ile kosztuje działka koki i że lecę za kilka dni do Barcelony budować świat z Kimś od nowa. Poplotkujemy, poopowiadamy i pośmiejemy się. Mało? Ale ważne przecież.

Przyjdę do domu (nie mojego), zamknę oczy. Pod powieki wkradnie się obraz świata nie stąd. Świata, który już na mnie czeka, wypiera ten świat stąd, sprawia, że wszystko widzę przez mgłę.  Już gotuje mi niespodzianki. Jak one mogą istnieć obok siebie? Te światy. Przecież… To niemożliwe? Wtedy otoczą mnie ramiona, okryją jak płaszcz. I pewnie zasnę uspokojona, zapominając o tym, czego się boję.

Tak. To będzie perfect day.

Reklamy




Jak zostalam trendseterka

12 08 2012

Przeczytalam niedawno artykul o bankach czasu, recyklingu i innych udogodnieniach bezgotowkowych, ktore w kryzysie warto praktykowac. Napisane bylo ze moda przyszla ze Szwecji, ze tam wiele osob wymienia sie swoim czasem i umiejetnosciami i przerabia jedno na drugie i ze w Polsce Banki Czasu tez rosna w sile. To juz kolejna publikacja na ten temat, juz kilka lat temu o pierwszych Bankach Czasu czytalam w Polityce (jesli jeszcze ktos nie wie co to jest Bank Czasu to spiesze wyjasnic ze jest to zwykla samopomoc sasiedzka, tyle ze zapisana w rejestrze czyli pewnie jakims wymietym zeszycie… Zapisuje sie w nim godziny poswiecone komus innemu i potem te same godziny mozna sobie odebrac i to wcale niekoniecznie od tej samej osoby, ale od ktorejkolwiek zapisanej do BC. Czyli jesli babcia Halinka lepila pierogi dwie godziny na obiad rodzinny dla Pana Mareczka, to moze sobie potem przez dwie godziny klasc farbe na siwe odrosty u fryzjerki pani Jadzi, natomiast Jadzia moze wyslac na dwie godziny swego durnowatego synka do pana Mareczka na korki z matmy. Tak to dziala. A czym jest recykling to chyba kazdy wie?)

I caly czas trabia ze MODNE to takie.

No to my tu na naszych Karaibach jestesmy w modowej czolowce, z duma wyznaje!

Opcja posiadania licznej rodziny, masy kuzynow, sterty pociotkow, setki braci i siostr, oraz ciotek, szwagrow, bratowych, siostrzencow itd jest niczym innym jak naturalnym idealnie funkcjonujacym Bankiem Czasu.

Siostrzeniec Dilsy Nelson w nocy pomoze przypilnowac hotelu, szwagier Louis przykreci to co sie wlasnie odkrecilo, siostra przyrodnia Luz zajmie sie mala Maira, siedmioletni bratanek poleci do sklepu po mleko do kawy, kuzyn przywiezie z gor rzeczona kawe (organiczna, prosto z plantacji, palona kilka godzin wczesniej!) a sama Dilsa w tym czasie ma czas zeby pofejsowac z reszta rodziny, ktora nie wiadomo kiedy moze sie przydac. Ze “na wioskach” tutejszych siada sie na skrzynkach odwroconych  (recyklingowe MODNE stolki!) a wszystko co da sie zuzyc zostaje zuzyte, to chyba oczywiste.

Na fali kryzysu gazety karmia nas artykulami o minimalizowaniu swoich potrzeb, o pozbywaniu sie niepotrzebnych rzeczy, promuja antykonsumpcjonizm /hm… byc moze wlasnie wymyslilam to slowo J… a przeciez wystarczy pojechac do Indii, do Mongolii albo do Kolumbii, udac sie na prowincje i wejsc do pierwszej lepszej chaty, aby przekonac sie, ze Banki Czasu, recykling i minimalistyczna moda swiatowa maja sie bardzo dobrze od wielu wielu lat!

Ja w kazdym razie czuje sie na topie, trendy i very jazzy.Ide dac kotu mleka (w plastikowym pojemniku po serku- recykling pelna geba! Z pojemniczka – miseczka!), a potem poprosze Jaime, syna Dilsy zeby wyrzucil suche liscie z patio. Ostatnio jadl moja lasanie ktora robilam ponad godzine, wiec teraz te liscie przez godzine… Gdzie podzial sie rejestr godzin? Ojej musze zalozyc nowy zeszycik! Ale poniewaz minimalizuje i ograniczam potrzeby, to zeszyciku nie zaloze. My tu bowiem mode wyprzedzamy  i godziny gromadzimy w pojemniczkach po serku.

Jesli jakas gazeta bedzie chciala o tym napisac – jestem do dyspozycji. A teraz juz naprawde… to mleczko dla kotka… Pa!





Jeszcze inny swiat

30 05 2012

U Agnieszki F. To jeszcze nie bylo takie oczywiste. Bo ona nigdy nie byla taka jak ja. Ona nie byla z TEGO swiata, ona byla jak zza szkla, jak wycieta z kolorowej gazety. Agnieszka F. miala mlodziutka mame – modelke, ktora mieszkala z nowym mezem, a moze tylko chlopakiem w USA (co dla mnie brzmialo jak na Marsie), a Agnieszce rekompesowala swoja nieobecnosc drogimi i ladnymi zabawkami. Dla mnie wtedy, w glebokim PRL-u znaczylo to – rozowe kucyki Pony, lalki Barbie z ogromnymi domami, Kenem i blyszczacymi ubrankami, kolorowe pachnace flamastry, bajecznie fluorescencyjny piornik, rozowe gumki do scierania, ktore pachna tak, ze ma ochote sie je zjesc. Mialam siedem lat, kiedy Agnieszka zaprosila mnie do domu. Potem nie chcialam chodzic juz nigdzie indziej. Babcia mojej kolezanki (ktora kazala sobie mowic po imieniu!) zadbana, pewnie … 40-latka niewiele roznila sie od mojej mamy. Ale moja mama nie pachniala tak ladnie,  co tam mama! W kuchni u nas tak ladnie nie pachnialo! U Agnieszki zawsze dostawalysmy prawdziwe kakao i snickersy z Pewexu, czasem jakies zagraniczne chrupki na mleku… Ale najlepszy byl wcale nie caly sliczny-zagraniczny pokoj Agnieszki na pieterku, tylko salon, na parterze. Tam stalo… pianino. A moze nawet fortepian, kto to dzis pamieta?

I czasami Agnieszka grala proste melodie, a i mi dawaly z babcia pobrzdakac. To bylo naprawde cos! Agnieszka mieszkala w willi przy jeziorku czerniakowskim. Czasami wychodzilysmy do ogrodu i lapalysmy muchy do sloika. Potem zakladalysmy dziennik zachowan kazdej muchy opatrzonej stosownym imieniem. Zeby zobaczyc co sie stalo, do sloika wpuszczalysmy czasem pajaka, a innym razem – ose. Nie zazdroscilam Agnieszce tego jej zycia, bo bylo ono tak dalekie od mojej mebloscianki i rozkladanego tapczanu w naszym 52 metrowym mieszkaniu w szarym wiezowcu, ze po prostu… no nie dalo sie tego porownac w zaden sposob.  Cieszylam sie, ze moge do niej chodzic po szkole i bawic sie jej slicfznymi lalkami. Czasami zabieralam moje misie, ale one nie miescily sie do tych plastikowych domkow firmy Mattel. Marzylam po cichu, ze kiedys moze jak bede duza… tez bede miala takie ladne czarne pianino.

Zylam tak pogodzona poki co, ze u mnie nie ma ani codziennej porcji kakao ani pianina nie ma… az do urodzin Magdy G. Wtedy bylam juz starsza – moglam miec 12 lat i powoli rodzilo sie we mnie poczucie estetyki, chcialam miec ladne ubrania i ladny pokoj. Ale moi rodzice nie byli artystami, raczej osobami pragmatycznymi i oszczednymi, zatem zadne fju bzdzju nie wchodzilo w rachube. Jesli pojawialy sie pieniadze to na zamiane malucha na poloneza,  a nie na jakies kolorowe mebelki do pokoju corki. Kiedy na urodzinach Magdy G. zobaczylam palace sie swieczki w bialych swiecznikach, bukieciki suchych kwiatow, kolorowe dywaniki i obrazki na scianach, lalki wydziergane na szydelku, wszystko urzadzone z wielkim smakiem i wyczuciem (tata Magdy byl dzwiekowcem  w zespole rockowym, a Mama pracowala w teatrze) – cos we mnie peklo. U mnie w domu nie bylo mowy o swieczkach (bo to niebezpieczne) jakas serwetke skads wyszarpalam, ale przy tych sklejkach z glebokiego PRLu to wszystko wygladalo … jak sobie mysle o tym – nadal ponuro. A rodzice byli zli, ze takie glupoty po glowie mi chodza.

Na szczescie chwile potem zaprzyjaznilam sie z dziewczynkami, ktora oprocz tego ze sluchaly Bajora i Grechuty, to czytaly juz Stachure (ich mama byla polonistka, a tata dyrektorem kolei), to rowniez powoli zaczynaly… pankowac. Szybko i ja wsiaklam w stylistyke KSU i Kobranocki, Tiltu, Armii i tym podobnych. Swieczki zostaly, ale wloczkowe lalki i spadly na sam dol mojej listy MUST HAVE, za to pojawily sie inne potrzeby – skad mialam niby zdobyc skorzany plaszcz i glany? Bylam drobna i mala i wojskowe buty byly dla mnie za duze. Jak sie ma 13 lat, to sie nie pankuje tylko gra w gume. Rzeczywiscie na Robreggae wydawalo mi sie, ze jestem jedna z najmlodszych, krzyczacych: UWOLNIC SLONIA! Do Jarocina nigdy nie pojechalam. Rodzice twardo zabraniali.

Inny swiat, na prog ktorego podczas swojego dojrzewania wchodzilam, wciaz platal mi figle. Byl taki – owaki, zawsze jednak tak do konca – niedostepny. Zmienialy sie dekoracje, zmieniala stylistyka, ale jedno pozostawalo niezmienne – szok jaki kilkakrotnie w dziecinstwie przezylam, gdy docieralo do mnie, ze zycie urzadzic mozna sobie na 1000 sposobow! Tyle roznych drzwi mozna bylo otworzyc!

Nieposlednia role odegrala w tym Gabrysia, dziewczynka juz nie tyle z rodziny inteligenckiej, co artystycznej. Tata to znana postac ze swiata literatury i filmu,wykladowca lodzkiej filmowki, a mama – malarka. Rodzina, u ktorej herbate pijalo sie w porcelanie, koledowalo w drugi dzien swiat, rozstawialo sztalugi na pieterku, a telewizor zamykalo w rzezbionej szafce…znow przez pewien czas byla dla mnie jakims niedosciglym wzorem z innej bajki. Wiele razy czulam sie jak Cypisek w dobranocce o Smerfach, albo Pszczolka Maja, ktora zawedrowala do filmu o Shreku. Inny swiat, inna stylistyka, inne wszystko.

A dlaczego o tym pisze? Nie, nie zebralo mi sie na wspominki, po prostu obserwuje Dilse (siostre Endera, ktora pracuje ze mna w Casablance) i wiem, ze ona teraz przezywa cos podobnego. Zycie jej nie oszczedzalo, rodzice nie rozpiescili (ojca zabito na ulicy gdy miala kilka lat, a matka… matka miala kolejne dziesiatki dzieci). Dilsa uciekla z domu, gdy miala 14 lat, cztery lata pozniej urodzil sie juz Jaime, jej syn. Nie ma i nigdy nie bylo przy niej zadnego mezczyzny, a jednak dzis Dilsa ma dwojke dzieci i nadal wierzy w milosc. Ale przede wszystkim wierzy w to, ze musi przetrwac i trzymac swoje dzieci z dala od wszechobecnego zla, narkotykow, zlych ludzi. Innych priorytetow nie ma, bo najzwyczajniej na swiecie – nie stac jej na to. Nikt nigdy niczego Dilsie nie dal, matka moze jedynie przywiezie troche jajek albo sera z gor, ale i to – nieczesto. Jest jak jest. A raczej – bylo jak bylo. Bo weszlam w zycie tych ludzi i pozmienialo sie postrzeganie roznych rzeczy. Do tej pory Dilsa i Ender zyli jak ja i Agnieszka F.  Na granicy dwoch roznych swiatow, jakze odmiennych przeciez! Mieszkaja w miejscowosci turystycznej, Ender na dodatek jest przewodnikiem, wiec znaja zwyczaje cudzoziemcow, maja na ich temat wyrobione mniej lub bardziej stereotypowe poglady… Ale to zawsze bylo jakies zycie – odlegle, niemozliwe.

Gdy pierwszy raz Dilsa obserwowala jak podaje obiad, zamarla. Przygladala mi sie i… smiala sie ze mnie. Bo ja ukladalam marcheweczke na skraju talerza, obsypywalam salatke oregano, plasterki pomidorka kroilam w rozyczke… no zeby ladnie bylo. To jest w ogole niezrozumiale. W ogole. Choc teraz juz – bardziej. Przywykli. Ale sami jedza jak pies kasze . Micha pelna paszy. Umajen brak.

Gdy Szakira o maly wlos nie rozdarla mojej jedwabnej sukienki (mam tu taka jedna, na wszelki wypadek , dluga do ziemi, liliowa, z prawdziwego jedwabiu i szakira sie w nia zaplatala dnia pewnego). Wygadalam sie, ile kosztowala. Dilsa dostala palpitacji. Na wiesc, ze w Warszawie mialam pania do sprzatania, mimo ze mieszkalam na 40 metrach, na wiesc, ze moje perfumy sa oryginalne i kosztuja okolo 100 dolarow, na kilka innych takich wiesci… widzialam jak rosnie dystans miedzy nami.

Jak mozemy zostac przyjaciolkami, gdy ja z Bogoty przywoze dla Szakiry poslanie za prawie 150 zl, a to polowa tego, co moze zarobic w Santa Marta Dilsa przez… dwa tygodnie pracy!

Ile takich rozczarowan przezywa kazdy z nas na zupelnie rozmaitych poziomach? W liceum, w drugiej klasie, (bylo juz po pierwszych wolnych wyborach), pojechalismy z wycieczka do Kopenhagi. Cala klasa. Trzy dni, prom, dla wielu – pierwsza wyprawa za granice. Bylo fajnie, wesolo, mielismy po 15 lat, z pokladu patrzylismy na spienione morze, niewiele nam bylo potrzeba do szczescia. Ale Agnieszce B. potrzeba bylo, jak sie okazalo, gdy po pierwszym zejsciu na lad dostala regularnej histerii. Pochodzila z niezamoznej rodziny, ktora zlozyla sie na wyjazd Agnieszki na te kilka dni “na zachod”, pod warunkiem jednak, ze kazdemu cos z tego Zachodu przywiezie. Na prezenty dostala…. 15 dolarow. Nie wystarczylo to nawet na zadne fajne zabawki dla dwoch mlodszych braci. Mogla kupic cos taniego,  malo efektownego jednemu z nich. I to wszystko. Plakala, a my, lacznie z wychowawca – bylismy przerazeni. Dlaczego AZ tak bardzo to przezywa?

A ona po prostu skonfrontowala swoje wyobrazenia o zyciu, z zyciem samym. Z tymi 15 dolarami czula sie kims wyjatkowym, zdobywala zachod! A w stolicy Danii, nienajtanszym przeciez miescie swiata – byla zebraczka, ktora stac bylo na hotdoga, lody i pare paczek gum do zucia.

Wielu z nas, dzieciakow z tej samej klasy nie dostalo na wycieczke duzo wiecej pieniedzy. Tyle, ze od nas nikt nie oczekiwal prezentow. Moglismy je wydac na co chcielismy, plyte, slodycze, apaszke…  To i tak bylo juz cos! Nikt nie rozumial zalu Agnieszki, a ona pewnie nie mogla zrozumiec jak mogla tak dac sie podejsc, zeby uwierzyc w to, ze jest bogata.

Patrze na Dilse, na to jak tez i ona dala sie podejsc dwom facetom (mowie tu o autorach jej dzieci), coz, nikt jej nie kazal, na wlasne osobiste zyczenie jest samotna matka… Gdy czasem mowie cos o feminizmie, o prawach kobiet, o tym jak bym chciala byc przez mezczyzne traktowana… ona udaje ze rozumie, ale w duchu dziwi mi sie. Jak moge byc taka naiwna?! Zwiazek partnerski? W Kolumbii? Z KOLUMBIJCZYKIEM? Ona moze wierzy, ze sa tacy faceci, o jakich opowiadam, ale gdzies w kosmosie, zna ich z opowiesci, moze z filmow? Jak dinozaury. Tu zyje sie inaczej.

Dilsie jak wszystkim kobietom z wybrzeza marzy sie cudzoziemiec, ktory wywiezie ja hen, do lepszego zycia. I marzy tak, marzy… jak ja marzylam o tych serwetkach, swiecznikach, prawdziwych (a nie socjalistycznych!) lalkach Barbie. Nigdy nie mialam takiej prawdziwej Barbie, ktorej zginaja sie nozki i raczki. Kiedy rodzicow wreszcie bylo na nia stac, wolalam juz dekatyzowane dzinsy.

Rozchodza sie mi i moim kolumbijskim przyjaciolom drogi, nie da sie ukryc ani zakopac pod dywan faktu, ze pochodzimy z INNYCH SWIATOW.

Na szczescie tez – gleboko w to wierze – jest JESZCZE INNY SWIAT. Ktory kazdy sobie moze odkryc w dowolnej chwili i zrobic z niego odpowiedni uzytek.

Spiewa o nim Antonina Krzyszton, troszke nazbyt gornolotnie jak na moj dzisiejszy gust (i te straszliwe kiczowate wizuale!), ale poniewaz sluchalam Antoski jak mialam kilkanascie lat, to – na fali wypominkow ‘ niechze i ona zakonczy moj wywod o tym, ze

JEST INNY SWIAT.

http://www.youtube.com/watch?v=2KhS_ArouVs

A kto lubi z przytupem to moze posluchac innego mojego poboznego zyczenia. Z czasow dinozaurow, rzecz jasna…. :-)

http://www.youtube.com/watch?v=Okae5pyrwcY&feature=related





Nocny kowboj

2 05 2012

Ups. Prawie sie doigralam. Omal nie wyrzucili mnie z Kolumbii. Prawie pewnie tez w dziob nie zarobilam. Ale PRAWIE robi duza roznice. A mnie wkurwia nieprzytomnie bezprawie, chamstwo i macho jak z najgorszej reklamy Tequilii Sunrise (nie to, zebym cos miala do samej tequilii ani do jej ewentualnych reklam ale maczizmo wywoluje we mnie bardzo skrajne emocje, wiec prosze sie przygotowac na nieparlamentarne slownictwo , czytaj: bede tu dzis bluzgac az milo!). Ogolnie wkurzam sie latwo, taki wloski ze mnie typ. Ale nie do przesady, ot, troche sie zapienie, pogdacze i uspokoje. Kto wie, ten wie i bezpiecznie umyka w cien, zgodnie z madra maksyma: POJDE, POCZEKAM W KINIE AZ JEJ MINIE.

Drzewiej taka nie bylam, ale walecznosc we mnie narasta z kazdym dniem. Moze to jest tak, ze gen walki jest uspiony do czasu, a kiedy go zbudzic… hoho! Ja sie w zyciu nawalczylam niemalo i widac – weszlo w krew. Co ABSOLUTNYM; KOSMICZNYM, PANORAMICZNYM niezrozumieniem napelnia wszystkich Kolumbijczykow.

Bo w Kolumbii nie walczy sie o nic. Nie walczy sie o lepszy los (no moze nieliczni), nie walczy sie o swoje dobro, o swoje prawa, a siebie. Nie ma takiej opcji, Nie wbudowano.  Jest jak jest. Inaczej nie bedzie. To ja jestem walnieta, dziwna, przewrazliwiona i co tam jeszcze, bo we wszystkim widze jakies wydumane nieistniejace problemy. A przeciez problemow nie ma. Ze ktos ma mnie literalnie w dupie, ze ktos mnie okrada, ze ktos inny mi kasy nie oddaje, ktos kolejny opowiada nieprawde na moj temat, a jeszcze inny ktos sie spoznia, nie przychodzi lub zapomina, kolejne ktosie daja wadliwy towar, oszukuja albo klamia… Na to wszystko odpowiedz jest jedna:  Es asi. Jakby to ujac po polsku? TAK JUZ JEST. Plus ozdobne wzruszenie ramion, ze niby co? Czym sie tu podniecac? Ech, takie jest zycie… NO! FUCKING! WAY!

Tak juz jest i inaczej nie bedzie… dokad to cale leniwe i zepsute przez wojenne kokainowe historie i skorumpowane rzady, zastraszone spoleczenstwo bedzie mialo wszystko w dupie – NIC sie nie zmieni. Ze Rosja ma zla prase? Ze korupcja i mafie? No blagam, Rosja to jest kulturalna potega a mafie maja zasady, a ludzie … no owszem nie trzezwieja wprawdzie ‘ jak utrzymuje Hugo Bader, ale maja przynajmniej te swoja dusziszczypatielnosc i inne takie. Ze Polacy autostrady wybudowac nie potrafia na Euro? Kolumbasy nie potrafilyby wybudowac latryny, jak mi sie zdaje!

Ale moze ja wreszcie, po przydlugim wstepie przejde do meritum. Wkurwa przed sekunda zaliczylam takiego, ze Matko Bosko! Trzymaj mnie i nie puszczaj! Otoz…

Jak Panstwo pewnie nie wiecie, jestem sowa. Tzn. w nocy nie spie, a przesypiam upalne dni. Nie oznacza to jednak wcale, ze nocami nie sypiaja turysci i goscie Casablanki. Oni tak. Jak najbardziej. A przynajmniej-chcieliby. Bo jedni wrocili z Parku Tayrona po calodziennym trekkingu i – zmeczeni-maja ochote moze kilka godzin przekimac, a inni musza sie wyspac przed porannym lotem dokadstam, a jeszcze inni maja urlop, chca odpoczac i banalnie WYSPAC SIE . Ale nie. Nie da sie.

Casablanca uspiona. Noc czarna, srednio glucha, ale spokojna, ja na tarasie probuje zebrac mysli, co sprowadza sie do tego, ze juz mysle tylko o tym, zeby tak sie oddalic i przylozyc kudlata glowke do poduszki, gdy wtem… RYK. RYYYYYYK jak na rykowisku. Jakby glosniki godowaly. Jak nic! Przyjechali pod moj dom sprawdzac naglosnienie na Euro 2012, te co beda hymny nadawac. Ja wale! Jaki ryk, nie!!! Nie wierze. Po polnocy. Zaczynaja koncert jakis niedorobiony czy jak? Muzyka tego nazwac nie sposob! To juz nawet w Grzebaldowie  Dolnym maja lepsze naglosnienie na szkolnych apelach! Nie no, ci tutaj,  to w zasadzie maja BARDZO dobre. Zagluszyli wszystkie knajpy, wszystko i wszystkich, ryby z wody wyskoczyly, ja tez wyskoczylam z hotelu. I co widze ja? Fura, skora i komora. Czterech panow ze zlotymi lancuchami na klatach i z pyffkiem przyjechalo pszyszpanowac (bo przyszpanowaniem tez nie sposob tego nazwac, nawet podlug kryteriow Wolki Niskiej). Zaraz, zaraz, ale to tak wolno, tak bezkarnie w nocy ryczec sobie?! Wylecialam szukac szumnie zwanej tu Policji Turystycznej. Niech sobie panowie ida do domu albo do klubu i tam maltretuja swoje bebenki, ale moich MIERDA NIE!!!! Nie, bo nie. Bo zgody nie wyrazam. I to wszystko na ten temat!

No i tosz lece po ulicy jak ta nimfa, lece w poszukiwaniu policji, dolecialabym chyba na Bakczysaraju ostepy szerokie, ale zrobilam nawrotke. Pytam nocnych sprzedawcow swinskich uszu (tak, tak, pieczone sprzedaja noca pod moim domem). Tak wiec zadaje pytanie, gdzie tu najblizej policjant, zesz w morde! Pani patrzy i pyta: – A bo co…stalo sie cos?

To mowie ze nie, ale chcialabym tylko li i jedynie, zeby tamten pan, ooo tamten, co wciaga kokaine na parkingu, przyciszyl w swej laskawosci te ryczace, pierdzace i srajace glosniki w swoim BARDZO DUZYM CZARNYM SAMOCHODZIE.

– Ale dlaczego? Dlaczego bys tego chciala?– pyta sprzedawczyni.

-SLUCHAM? ZE JAK? CO PROSZE! PRZEPRASZAM; PRZEWIN; NIE ZAKUMALAM!!!! Jak to: dlaczego?! Bo jest srodek nocy, a ja nie mam zyczenia sluchac zle zremiksowanych kawalkow umpa umpa z pierdzacym basem na dodatek i niby dirty dancing. Mam zyczenie zapasc w sen. W CISZY!!!!!!!! Dobry powod? Wystarczajacy? Poza tym jak to??? To sie podoba? Tak ma byc? No wolne zarty!!! Jest po polnocy. Ja mam turystow i nie zamawialam ani boys bandu ani mariachi ani techno techno! Wiec: wypier..alac mi!, ale juz, ze sie tak w jezyku wroga brzydko wyraze. To nie jest glosna muzyka (ktora dociera do nas czesto i nie boli bo dociera z daleka i przed polnoca), to jest regularna masakra, ktora urzadzaja mi pod oknami czterej napruci goscie w swojej furze!!! Nie zapraszalam, wiec jazda, precz! Pojelabym i zdzierzyla koncert, az taka stara ciotka nie jestem, pojmuje full wypas w karnawale, salse dudniaca na kazdym roku i to nieszczesne ich valnneato, ale tych chamow zza sadyby – no, nie zdzierze!

– To sie trzeba przyzwyczaic jak sie chce tu mieszkac. – z godnoscia i wyzszoscia wzruszyla ramionami sprzedawczyni uszu i poslala powloczyste spojrzenie CZARNEMU SAMOCHODOWI. Och, gdyby to tak dla niej te glosniki wystawili!

Nosz, krew mnie zaleje, im sie to podoba! Podkreslam – ta “muzyka” nie grala. Ona RYCZALA rzezila i palila przewody. Oraz generowala niepojety dla mnie samej rodzaj wkurwa i natezenie bluzga, jakiego juz dawno, dawno nie zaliczylam. Wracajac do hotelu (nie spotkalam po drodze ANI JEDNEGO policjanta!!!) zagadnelam znajomego portiera:

–          To legalne jest, “#$%&Ñ$%XXXX##$?

–          Tak – westchnal.

Nie dalam wiary. Kwadrans zajelo mi dzwonienie na wszystkie mozliwe linie policyjne, oczywiscie nikt nigdzie nie odebral. Nie mialam wyjscia. ¨Ide! Ku…wa, ide!” I poszlam.

Poszlam do tych gosci, gadac z nimi, wyobrazacie to sobie? No i stoje w krotkich spodenkach i w bluzeczce z misiem koala, a oni tam, panie (haha!!!) tacy wyzelowani, pachnacy, sliczni, na bogato, normalnie figo fago balalajka show! Hijos de puta!… I ja sie pytam tego pierwszego, co sie nawinal, tzn. raczej wrzeszcze, ile gardla staje:

– Czesc!!!!Mam pytanie!!! Nie bola cie uszy????!!!!!!!!!!!

– Nie!!!!!!!!!!!

-A mnie tak!!!!! I wiesz, moglbys cos zrobic w tym kierunku zeby mnie nie bolaly!!!!!!!!

– ¿??

–          Na przyklad sciszyc to gowno!!!

–          Nie podoba ci sie?!!!

–          Nie!!!

–          To kto ci kaze tu byc?!!!

–          Nikt!!! Mam takie zyczenie!!! Jestem wolna, a to jest podobno tez wolny kraj!!!

–          Nikt ci nie kaze tu byc!!! Nie musisz tu byc. W Kolumbii!!!

–          Sluchaj no koles, jedyne czego nie musze w tej chwili, to sluchac tego pierdzacego na caly swiat chlamu!!!!!

–          To ja zmienie muzyke!!!!!!!!!!!!!!

–          Nie, przycisz ja!!!!

 

W trakcie rozmowy czy tez krzyku (nie dalo sie inaczej bo glosniki byly tuz tuz) otoczyl mnie wianuszek takich samych panow (przygladali mi sie jak misiowi koala, a moze to i jemu sie przygladali, wspomnialam, ze miala go na bluzce…).

–          Sluchajcie, ja mam tu hotel i moi klienci chca wzywac policje, wiec przyszlam do was zeby…!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

–          Nie musza wzywac policji!!! Ja jestem z policji…!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

(Nie…. Nie wierze… To jakis tani plagiat i tak juz kiepskiego filmu klasy C! )

–          Sluchaj, ale tak powaznie, tobie sie podoba jak tak ryczy ten glosnik?!!! Juz wszyscy tu wiemy, ze macie super woz, i naprawde fenomenalne glosniki i jestescie tacy maczo ze normalnie sikamy po nogach, to juz jest jasne, zalatwione, wiec juz nie musi byc tak glosno no nie?!!!!!!!!!!!!!!’

–          Nie podoba ci sie nasza muzyka?!!!!!!!!!!!!!!!!

–          Szalenie mi sie podoba, ale jakbys ja przyciszyl, to moze bym miala mala szanse ja wreszcie uslyszec, bo tak jak jest , to strasznie pierdzi!!!!!!!!!!!!!!!!!

–          Wiesz, my mamy inny gust niz ty!!!!

–          O tak, macie…

 

Nic nie wskoralam. Poszlam sobie. Usiadlam na tarasie i westchnelam ciezko. Nie, juz nie chodzi mi o poziom zbydlecenia tego gowniarstwa, raczej o brak JAKIEJKOLWIEK REAKCJI  na to, co panowie maczo soba prezentuja. To juz nawet nie jest kwestia strachu, tylko po prosto dzieciecej bezradnosci, braku wiary w to, ze mozna przestrzen i swiat wokol siebie zmieniac i dostosowywac do swoich potrzeb, oni tu sa na nizszym poziomie niz zwierzeta, wszak zwierzeta kopia sobie dolki i jamki, zeby miec wygodnie i odganiaja inne zwierzeta, kiedy te wredza, szkodza i molestuja. A tu nie. Jest jak jest. Inaczej nie bedzie… pomyslalam i… w tym momencie muzyka zamilkla. Wyniesli sie! Jakies 10 minut po mojej z nimi rozmowie!!! Nie do wiary! Chcialabym wierzyc, ze to za moja sprawa calle 10 ucichla i sen mogl splynac na Casablanke, lecz bardziej prawdopodobne wydaje mi sie, ze panowie po prostu mieli inne plany i zabrali swoja wypasiona fure w inne, bardziej im przyjazne miejsce, gdzie znajda zrozumienie i znajda dziewczyne nie w pizamie z misiem koala tylko w spodniach z fredzlami.

Na przyklad taka, jak te tu:

http://www.youtube.com/watch?v=XC5acIFq9rU

 

Koncze, musze napic sie ziolek na uspokojenie!!!





Grzybek tu, grzybek tam… ty go nie masz, a ja mam!

11 03 2012

No wlasnie sek caly w tym, ze ja go NIE MAM!!!!

To koniec! Po ostatnim sloiczku grzybkow marynowanych zakitranych na CZARNA GODZINE pozostalo juz tylko wspomnienie. Wnioski? Czarna godzina nadeszla!

Nie bylo mnie przez chwile na blogu, ale juz wracam. Spiesze doniesc wszystkim zaniepokojonym ze zyje i… chcialabym napisac: mam sie niezle, ale z tym akurat ostatnio roznie bywa.  Nie przepadam za ludowymi madrosciami w sylu: fortuna kolem sie toczy, czy tez: raz na wozie raz pod wozem, no ale co zrobic, jesli takie wlasnie banaly najlepiej oddaja stan ducha i stan ogolny?

Grudzien mielismy pracowity i wesoly – z czworka przyjaciol z Argentyny (w tym z Piratem z Karaibow www.sebi-che.com/blog) remontowalismy bude zwana Casablanca. W styczniu nastapila kleska urodzaju, potem przyjechal Tata, ktory natychmiast wzial we wladanie kuchnie ze skutkiem natychmiastowym: 5 kilo w gore i pasibrzuchy sa wsrod nas!  I wszystko byloby dobrze, gdyby pewnego dnia nie przyszla do mnie Dilsa z niepokojacym komunikatem: Wiesz, mam wrazenie, ze ta rodzinka uciekla.

Rodzinka. Mama lat dwadziescia kilka, tata podobnie i trojka dzieci lat od 5 do 2. Mieszkali prawie miesiac, wypiekalam im pizze prima sort jak ta lala –  4 staggioni y mexicana, dzieciom czekolade sie warzylo i jajeczka sie sadzilo na sniadanie, fiki miki, i figo fago, kompy okupowane, wrzaski i wojny podjazdowe na patio uskuteczniane (pistolety na wode)… az tu pewnego dnia… nie wrocili na noc. No niby nic takiego, zdarza sie wszak,  ze zabaluje jeden z drugim i nie wroci,  zlozywszy swe zwloki na lonie jakiejs przygodnej chiki, ale tak z trojka malych dzieci? Swiatelko sie zapalilo. Palilo sie juz od tygodnia, gdyz rosla w trybie szybkim suma na rachunku, a wszak jestesmy w Kolumbii, ostroznosci nigdy za wiele itd…, wiec narodzila sie mysl: moze by tak przycisnac kolanem, co by familia uregulowala swoje dlugi? Po dwoch podejsciach (si, si, maniana, maniana) familia tajemniczo zniknela. Weszlam z kopa do pokoju. A tam walizki puste, syf, malaria i karteczka: nie mamy pieniedzy, przykro nam, niech bog wam blogoslawi.  Sweet!

Ze jak? Ze Bog? Nosz mierda, puta, fuck, a nie zaden bog! Ooo, jakze sie poruszylam niezmiernie! Do tego to stopnia, ze zamiast do kosciola pognac, pytac boga czy faktycznie mi blogoslawi, wsiadlam do taksowki i pojechalam z rzeczona karteczka (dowod rzeczowy, tak czy nie??) na posterunek policji, co – jak tak sobie o tym teraz pomysle – musialo byc dla miejscowych posunieciem wielce zabawnym. Ot, cos w stylu Jasia Fasoli albo Monty Pythona. Taki czarny polski humor. O posterunku policji, na ktorym sie dowiedzialam, ze dopoki  w gre nie wchodzi zabojstwo, to raczej nie ma co liczyc na to, ze sie ktos mna zajmie, czyli ze dopoki mnie nie zaciukaja to mnie w dupie maja…. (przynajmniej uczciwie postawili sprawe), o tym jak w serwisie komputerowym sprzedano moj twardy dysk z cala zawartoscia (mam kompa dziewiczego jak nowicjatki u urszulanek, albo i lepiej…nawet – jak widac – znakow polskich nie mam bo i po co mi one, co nie?) o tym, jak okradl mnie niby dobry znajomy, o napadach dziesiecioletniego Carlosa na Casablance i o tym jak ukradl stanik Agnieszce, o tym ze kot mnie podrapal jak spalam, o tym ze Szakira ma cieczke i regularnego swira prokreacyjnego, ani o tym, ze nad powala urzadzily sobie domek nietoperze (scislej mowiac, w pokoju Taty, ktory to jest zdania, ze futrzaki fruwajace mu nad uszami noca to 100 procent wampira w wampirze), o tych mniej i bardziej ciekawych przygodach – nie napisze. Bo co se bede zdrowie, watle i tak,  psuc?

Walecznosc powoli mnie opuszcza i wreszcie dociera do mnie, ze to JA, JA , JA SIE MUSZE DOSTOSOWAC, a nie oni. Kolumbia nie lezy w Europie, a ja nie wychowalam sie na Haiti. I albo sie dotrzemy, albo… nie. Z tym, ze jak na razie docieram sie TYLKO ja do kontynentu, kontynent jakos uparcie moja obecnosc ignoruje, moje zale, moje potrzeby ma za nic.

I jeszcze teraz te grzybki… Zero nul. Ani jednego marnego grzybaska!!! Ksiazek tez juz nie mam, tez wszystkiem zjadla. Chyba sobie usiade w katku i zaplacze cichutko nad mym marnym indianskim losem. I nawet nie moge pocieszyc sie kolejna madroscia ludowa, ze jutro zaswieci slonce. No zaswieci, zaswieci, przeciez wiem! I to jak zaswieci! 40 stopni w cieniu! Ech!





Koza lubi rosół, a ksiądz kapustę

27 08 2011

Zwariuję!!!  Zaraz zadzwonię do szpitala na Sobieskiego i poproszę o zabukowanie miejscówki. Zwariuję z Latynosami!!! A ściślej mówiąc – z costenios!!! Chcę kąsać, wyć, gryźć!!!Ustalam od tygodnia cenę jachtu dla pewnej Pary. Cena z firmą na rejs trzydniowy dogadana i wtedy Małolat mówi mi na czacie:- Ale to jest za jeden dzień!Ups. Zaniepokoił mnie. Napisane jak byk że tyle i tyle, ale może faktycznie jest jakiś kruczek…? Trwa badanie sprawy, miliony maili ślę bez odpowiedzi i proste pytanie wreszcie do Małolata, czy by nie mógl się dowiedzieć tak na 100 procent. Zadzwonić – znaczy się i zapytać.

Pisze, że za jeden dzień. I że na pewno.

Ja na to, że nie wierzę. On – że bankowo. Zadzwonił? Coś jakby miga się…  Ale twierdzi, że bankowo. Po tygodniu niepewności poprosiłam koleżankę z Bogoty, żeby sprawdziła. Tego samego dnia wreszcie firma też raczyła odpisać.          Cena była za trzy dni. Odechciewa mi się czasem wszystkiego po takich akcjach. Jedyna osoba, na której teoretycznie mogę polegać za oceanem, to facet któremu nawet się nie chciało wykonać jednego telefonu. Pokutuje w Kolumbii opinia że costenios (ludzie z wybrzeża) sa głupi i leniwi. No ale co zrobić, jeśli są?

Nie mam złudzeń. Ja (z ogromnym trudem) jestem w stanie zaakceptować inność, odmienność, rasistką wszak nie jestem. Ale nie dziwię sie, że Malinowski pisząc Dzienniki z Triobrandów jakoś niesympatycznie często wyrażał się o autochtonach. Erica Warnbrum, która przejechała na rowerze z Irkucka do Sajgonu (Mongolia, Chiny, Wietnam) pod koniec wyprawy pisała już w kółko to samo: ZOSTAWCIE MNIE W SPOKOJU! NIENAWIDZE TEGO KRAJU! CHCE UCIEKAĆ! (o Wietnamie). Nam – obcym, z naszymi całkiem odrębnymi normami w Krajach – jak to się nieładnie nazywa – Trzeciego Świata nie jest łatwo.

Szymon pisze o tym, że dość miał boliwijskiej niekompetencji, nieterminowości, braku zaangażowania. Vincent- Francuz, który otworzył firmę w Kolumbii przestrzega przed pracą z ludźmi z wybrzeża jak przed diabłem. Ja czasem zastanawiam się, ile jestem w stanie unieść? I jak jak jeszcze bardziej twarda stać się zdołam?

Erica pisze tak: „Wciąż jeszcze chichotałyśmym gdy parę moich uczennic wstąpiło na partyjkę domina. (…) Nigdy tak naprawdę nie grałam w domino. Wszystkie dziewczynki rwały się teraz, żeby mi podpowiadać, którą kostkę położyć lub której nie kłaść, ale żadna nie wyjaśniła mi reguł i niecierpliwił je mój namysł lub wahanie. Podobną sprzeczność zaobserwowałam w stosunku do roweru. Z jednej strony wszyscy zajmowali się nim bardzo troskliwie, często wprowadzali go na noc do domu, ale nikt nie obchodził się z nim delikatnie. Rzucali nim i trącali każdą ruchomą częśćalbo taką, która wyglądała na ruchomą.  Wydawało mi się to bezsensowne, że w kraju, gdzie wszelkie dobra są tak drogie lub tak trudne do zdobycia, nie traktuje się ich z należytą uwagą. Ale Mongolii nie stać na rzeczy, z którymi trzeba się pieścić. Od ludzi i przedmiotów oczekuje się, ze stawią czoła wszystkiemu – cokolwiek życie przyniesie. Człowiek musi być tutaj równie twardy jak zwierzęta i sprzęty. Dopóki nie nauczę sie grać, dopóty będę przegrywała.”. (z książki: Gdzie kończy się droga. Samotna wyprawa po bezdrożach Azji).

Zdaje się, że o tym poniekąd jest też „Przeminęło z wiatrem” ;-).

A Małolat? Nie mam już do niego żalu. On został wychowany tak, żeby zabijać węże i skorpiony i do krwi ranić sobie ręce wyrzynając maczetą chwasty na plantacji koki. A telefony? W jego świecie to jakiś drobiazg nie wart uwagi  INFORMACJA w Kolumbii ma wciąż mniejszą cenę niż odwaga, siła rąk i hart ducha.

Przynajmniej tam – w górskiej selvie facet czuje się u siebie. A nasz świat? Przepływów gotówki, dobrych biznesów, interesów, informacji, wirtualnej aktywności? Jest mu obcy.

Koza lubi rosół, a ksiądz kapustę. A ja lubię…. i jedno i drugie! :-)





Kolumbijskie UROKI

17 06 2011

Ostatnio wszystko szło źle. A to ktoś mnie rozczarował, a to coś nie wyszło, a to pieniądz się mnie nie trzyma, a to na kimś się zawiodłam, a to… krótko mówiąc – wszystko nie tak.
Narastała moja złość. Bezsensowna całkiem. W sumie co z tego, że Louis, który ma ciężarną narzeczoną, pokątnie bzyka turystki w Miramar? W sumie co z tego, że jedna z nich – Kanadyjka z Anglii głupia jest jak but i irytuje mnie szalenie? W sumie co z tego, że Marron winien jest mi 25 dolarów i nie płaci? Bo niby nie ma, ale na browar i aguardiente – jakoś znajduje. I gdybyż jeszcze Marron był jedyny. Ale takich Marronów więcej by się znalazło jak dobrze policzyć. W sumie co z tego, że dom, który miał być mój, został wynajęty komu innemu? W sumie to gorsze  rzeczy mi się w życiu przydarzały.
Wczoraj jednak Blanca spojrzała na mnie i wypaliła: Bije od ciebie zła energia. (oj, biła, zaiste!).
Blanca to siostra Rubena. Ma – na oko – jakieś 45 lat i jest dość nieładną, zniszczoną kobietą, o której nie wiem zbyt wiele.
Wczoraj zapytała wprost:
– Dlaczego nie spróbujesz myśleć pozytywnie?
– Och, uwierz mi, byłam bardzo pozytywna aż do dziś.
– Nieprawda. Nie byłaś.
– Byłam!
– Nie!
No nie, nie bedę się z babą kłócić o mój stan psychiczny i nastawienie do świata. CHYBA WIEM LEPIEJ, CO NIE?!
– Ja na przykład mam trzech synów – ciągnęła Blanca. – Jeden z nich siedzi w więzieniu. Sądzisz, że jest mi lekko?
– Nie, nie sądzę.
– No właśnie. Ale codziennie budzę sie i myślę, że wszystko przecież jeszcze może się zmienić. Jeden dzień jest dobry, inny zły. Najczęściej są byle jakie. Aż w końcu zdarza się coś, co przynosi szczęście. Odmienia los. Trzeba tylko w to wierzyć. Być otwartym. Pozytywnie nastawionym.
– Nosz mówię ci że kiedyś byłam. Pozytywna jak krakowski precel! Ale się skończyło. Zero, nul!
– E tam. Przewracasz się i co? Leżysz tak? Musisz wstać i iść dalej.
Ups. Może zawiozę Blancę do Warszawy, powinna w Pani Domu albo Życiu na Gorąco udzielać porad w dziale „Ludzie listy piszą”. Ona jakby słyszała moje myśli.
– Ty jesteś negatywna. To źle. Musisz to zmienić a wtedy- wszystko inne też się zmieni. Zobaczysz – zakończyła i poszła sobie.
Uf, co za banały. Jednak rzeczywiście czuję, że od pewnego czasu krąży we mnie dużo złości.
Kiedy zżymam się na Louisa czy na innych, narzekam na Kolumbijczyków, mentalność „costenios” itp, Ender pyta mnie: – Ale co cię obchodzą inni ludzie? Ty budujesz SWOJE życie i tylko to jest ważne.
Mądrala! Tłumaczę więc, jak chłopu na łopacie, że moje życie mogę budować w oparciu o zasady i standardy, które znam i akceptuje. A te tutaj? Madre mia!
– Nie możesz tracić sił. Todo va a estar bien.
– Może i wszystko będzie dobrze, ale mówię ci, że czasem czuję się jakby ktoś spojrzał na mnie „złym okiem”.
– wzdycham.
Złe oko, czyli urok rzucony przez spojrzenie to wierzenie obecne chyba na całym świecie od Senegalu, przez białoruskie Koziany po kolumbijską Santa Marta. W Kolumbii noworodkom matki zawiązuja na maleńkich przegubach czerwone nitki, (upodobniając tym samym dzieci do Madonny), któreż to nitki mają chronić przez „złym okiem” właśnie. Malo ojo, złe oko. Na wybrzeżu karaibskim, gdzie przenikają się wpływy europejskie, afrykańskie i indiańskie wiele zyczajów związanych jest z ochroną przed urokami. Oprócz czerwonego naszyjnika  (kolor czerwony chroni głównie dzieci) nosi się w kieszeni białe kamienie albo specjalne bransoletki – pije także miksturę ziołową, która chroni przed czarną magią. A ja nie piję.
No i tu Ender poważnieje.
– Tak myślisz? A to w takim razie musimy pójść do szamana.
– Tak?
– Tak. Albo do brujas.
– Nie, nie, brujas – wolę nie.
– One wiedzą jak się oczyszcza ze złej mocy.
– Ale dziękuję, naprawdę, czarownice może innym razem. Jeśli naprawdę uważasz, że to konieczne, to już lepiej chodźmy do szamana.
– No dobrze, jak chcesz. On też będzie wiedział jak zdjąć urok. A przynajmniej uchronić cię przed ewentualnym urokiem.
No jeśli tak… to pójdę chyba?