Make to, co lubisz najbardziej

7 01 2012

Najgorsze co może się zdarzyć osobie piśmiennej to uświadomienie sobie, że na każde bezosobowe, ale wszak nieuchronne pytanie systemu windows: czy chcesz zachować zmiany w pliku? – zawsze odpowiada: NIE.

Tym razem też nie.

A w skrócie: wczoraj żołnierze w górach Sierra Nevada znaleźli i zabili bossa ugrupowania Autodefensa, paramilitares zapowiedzieli odwet i oświadczyli, że każdy, kto otworzy tego dnia warzywniak, restauracje, sklep z butami albo ze spinaczami biurowymi – nieważne z czym tam… – zginie marnie.

No to nie otwieramy. Miasto sparaliżowane. Spadł na nie blady strach. Ludzie boją się, że wszystko wróci. Ja myślę, że nie wróci, nie teraz. Bez sensu przecież atakować wtedy, gdy wróg czuwa a myszy uciekły przed kotem. Przygotują jakiegoś konia trojańskiego, jak nic.

Santa Marta jednak sparaliżowana. Terror strachu. Już drugi dzień siedzimy w domu i szyjemy kolorowe patchworkowe poduszki. Malujemy ściany na biało, a drzwi na błękitno, żeby było naprawdę jak w Casablance. Nie wychodzimy na ulice. Masa ludzi w hotelu, na szczęście sami fajni, słuchamy francuskich coverów Manu Chao i Sjesty Marcina Kydryńskiego, robimy sobie zdjęcia, opowiadamy bajki o innym świecie, zabawiamy małe dzieci, rzucamy zwierzątkom piłeczki, gramy na gitarze i nie wierzymy, że ludzie, którzy na motorach w kominiarkach z bronią w ręku przejechali przed chwilą przed naszym wesołym hostalem i grozili cywilom bronią… no naprawdę STARAMY  SIĘ NIE WIERZYĆ W TO, że oni istnieją naprawdę.

Make love, not war.

A uprzedzając pytania, czy boję się i czy chcę wrócić, odpowiadam: NIE

LULLABY. Mimo wzystko.

Śpij jak najdłużej
Umiem już długość twoich snów
Spij – nim obudzisz się
Zapach twój zapamiętam znów

Póki mogę kłamię i pomijam wilka
Potwór nie jest wrogiem. nie zabija smok
Póki mogę kłamię że czarownic nie ma
Nie obcina palców małym dzieciom nikt

Chciałabym uwierzyć w to co mówię
Zanim wytłumaczę ci zrozumieć
Czemu w życiu jest o wiele gorzej nam

Więc zacznij chodzić
Chociaż wiem że przewrócisz się
Ja zaczaruję świat
Zanim on rozczaruje cię

autor: Anna Saraniecka
kompozytor: Renata Przemyk

Reklamy




Piraci z Karaibów

11 09 2010

Dawno nie było mnie w Kolumbii. Całe 5 miesięcy. Zaszły zmiany. A ściślej mówiąc Dilsa zaszła, Cledis ma nowego chłopaka, który posiada tatuaż i farbowaną blond grzywkę, nazywa się Oscar i już zdążył mnie odwiedzić, a Ender dostał dotacje z banku i został plantatorem kawy. Jak tylko Shakira zapomni o rybim truchle i tym, co z niego wynikło – jadę zwiedzać plantację.  Mariana czyli moja ulubiona kurew bardzo ucieszyła się na mój widok i tylko zdziwiła się nieco: O, masz pieska? Słodziutki! Trzylatka mnie pamięta a na  widok lali ze Smyka zapiała z radości. Louis pracuje już w innym hotelu, Jose nic a nic się nie zmienił, a Julio został kucharzem. Nuda, panie, nuda. Turystów coś mało. Zima, jakby nie było.

Wieczorami chodzę na plażę wybiegać Szakirę, ona biega (z różnym jak wiadomo skutkiem) a my ROZMAWIAMY.

– Teraz to musisz szczególnie uważać na Indian – mówi mi Ender.

-???

– Ze względu na psa. Oni lubią rzucać uroki na psy. Prawie każdy Koguis zna się na brujerii.

– Ale co? Tak bezinteresownie krzywdzą te pieski?

– Nie, ale czasem psy są agresywne i oni wtedy wkurzeni rzucają czary. Taki pies marnieje a potem zdycha.

– Skąd wiadomo, że to czary, a nie jakaś psia choroba?

– O rany, Iwonka, jaki z ciebie niedowiarek. Tak po prostu jest.

-Ale skąd to wiesz?

-Tysiąc razy widziałem u nas, w górach.  My też mieliśmy psa i jeden Kogui rzucił na niego urok. Pies zdechł.

– A byliście z nim u weterynarza?

-Nie. Po co? Na magię żaden lekarz nie pomoże.

– Ale może to była jakaś choroba, wystarczył jeden zastrzyk i by pies przeżył.

-Nie przeżyłby. Zęby mu wypadły. To znaczy, że silne czary. Tylko ten sam człowiek co zauroczył, może potem odczynić.  Był taki jeden facet w Mamey (osada w Sierra Nevada, skąd wyrusza się do Ciudad Perdida), zobaczył, że mu pies marnieje i wiedzial który Kogui rzucił klątwę. Jak go spotkał, to od razu wyciągnął pistolet i mówi: Tu natychmiast wylecz mi psa. Bo cie zastrzelę, ty, hijo de puta! Tamten się przeraził i od razu odczynił. I pies wyzdrowiał. Więc sama widzisz.

Więc sama widzę… W Polsce czytałam taką książkę „Szlakiem gringo” . Było w niej sporo o Santa Marta i o Parque Tayrona. Opowiadam o tym, co przeczytałam.

– Facet podróżował z laską i przyjacielem. Głównie w celach narkotycznych. Kokaina, ayahuasca, san pedro… wylądowali na Arrecife, to ta plaża gdzie są wiry i prądy, co nie? No i amigo tego pisarza opił się tym zielskiem san pedro, rozumiesz i miał tripa, że go morze woła. No wołało i zawołało. Nie wypłynął. Ciała nie mogli znaleźć przez tydzień, jeździli na policję do Santa Marta, wreszcie jakieś chyba ogłoszenie dali, że jak ktoś znajdzie zwłoki na plaży to żeby dawać znać, bo szukają utopionego gringo. I jeszcze tego samego dnia się zwłoki znalazły.

-Kiedy to było?

– 10 lat temu. Albo 12. Nie więcej. Słuchaj dalej. Ani ojciec, który przyleciał ze Stanów na wieść o tym że syn denat zaginął, ani kupel, nikt nie mógł gościa rozpoznać. Ciało było totalnie obżarte przez rekiny i inne ryby. Został kadłubek. Najpierw chcieli uznać, że to on, ale potem przyszło im do głowy, że mafia podrzuciła jakiegoś swojego trupa. Ze niby to ten gringo – i w ten sposób się pozbędą ciała. Czaisz?

-Bzdura.

– Dlaczego?

-Mafia tak nie zabija.

– A skąd wiesz jak zabija?

– Kroją ludzi w plasterki i zakopują na bardzo małej przestrzeni. Poza tym 10 lat temu te tereny były totalnie kontrolowane przez mafię i paramilitares, więc nikt nie musiał odstawiać takich teatrów. Ten pisarz ma bujną wyobraźnię.

Ups. No tak. Krojenia w plasterki by nie wymyślił.

– A ty dobrze znasz ludzi z mafii?

-A czemu pytasz?

-A … tak sobie.

– Iwonka, mieszkasz gdzie mieszkasz. Wiadomo… Owszem, miałem propozycję pracy w kontrabandzie.

– Że co proszę?

– No, na statkach przewożących kokainę. Jako ochrona.

– Przed policją?

– Przed piratami.

– To tu są jeszcze piraci?! (Jakoś sobie nie wyobrażam, że zza palmy pod którą siedzimy wyskoczy zaraz  Johnny Deep z opaską na oczach).

-Ivon, por favor! No błagam cię!

-Głupio pytam, tak?

-Głupio. Jasne, że są. Wiesz ile wart jest taki ładunek? Smaczny kąsek dla niejednego. Więc mafia potrzebuje swojego wojska do walki z piratami. Płacą 3 tysiące dolarów za kurs i samolot z powrotem do santa marta. Tyle, że zdarzało się, że nie płacili ani grosza.

-???

– No na koniec udanej akcji, meldują szefowi, że wszystko zgodnie z planem wykonane, a potem strzelają w głowę ochroniarzom i wrzucają ich do wody. A forsę dzielą między siebie.

– Skąd ty to wszystko wiesz?

– Takie rzeczy się wie.

Tak. Jasne. Takie rzeczy się wie.





Feliks unfeliz

20 02 2010

Trzy miesiące na wybrzeżu. Karaiby, muzyka zewsząd, gorąco. Każdego dnia mówię sobie, że dosyć już, że przecież miało być CAŁKIEM INACZEJ. A potem zostaję kolejny dzień i kolejny. Miałam wyjechać kilka dni temu. Nieodwołalnie. Tylko, że w piątek spotkałam Johna. A właściwie to Janusza. Polaka z Kanady. A właściwie to z Sosnowca. I tak się jakoś poskładało, że John-Janusz zostawił mi puste, do 7 marca opłacone mieszkanie i odleciał do swojego Toronto. A ja zostałam zdziwiona jak urząd pocztowy w niedzielę z wypasionym apartamentem i z wielkim tarasem z widokiem na morze. To była szybka piłka. Minuta dziesięć i… zamieniłam paskudną norę pełną jednak przyjaznego gwaru i rodzinnego zamieszania na wymuskaną i sterylną samotność.

No… tak nie do końca samotność. Dziś Ender przyniósł mi swoją dwuletnią córkę i porzucił dziecko śpiące na łóżku, sam zaś udał się w bliżej nieokreślonym kierunku. Oczywiście dziecko obudziło się zaraz potem i zaczęło podejmować próby: A.połknięcia kluczy. B. wypadnięcia z tarasu. C. grania w piłkę nożną abażurem od lampy. D.unicestwienia mojej komórki oraz wiele licznych oldschoolowych prób jakie podejmuja wszystkie dzieci na całym świecie.

No luz.

Tylko gdzie podział się zcziliautowany tata?!!!!!

Trzy głębokie wdechy, pozycja SOSNY (wyobrażam sobie, że moje stopy to korzenie, a głowa to korona drzewa, która sięga chmur… pisali w jakiejś gazecie, że to pomaga. Może im pomaga, mi nie.) Swoją drogą zastanawia mnie moja dziwna tendencja do zadawania się z facetami, którzy mają rozwydrzone dzieciaki. To nie pierwszy Tata, któremu jego syn/córka włazi na głowę, z którym mam do czynienia. Ale to tak na marginesie. Pewnie to ja jestem zimna nietolerancyjna sucz, a fakt, że dwulatka biega w butach po mojej pościeli i urządza rzuty do celu laptopem jest z grubsza do przyjęcia.

Oprócz Małej nawiedza mnie oczywiście także jej Tata. Ten zaś z kolei urządził sobie w moim domu kino domowe lub raczej stadion domowy i mimo licznych i głośnych nawoływań i zaklinań, coby ŻESZ W MORDĘ RACZYŁ PRZYCISZYĆ TEN MECZ!!!!!! z upodobaniem wgapia się w telewizor gdzie ryczy jakiś komentator sportowy, niech go piekło pochłonie. Wszystkich ulubionych Kolegów z Działu Sportowego Pewnego Poczytnego Dziennika zapraszam niniejszym do Kolumbii, a niech sobie posłuchają jak tu oni potrafią obwieszczać światu, że padł GOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOL!!!!!!!!!!!!! To jest sztuka. Wielka i rzadka sztuka wyprowadzania mnie z równowagi.

Ender zaś absolutnie relajado i tranquilo bierze moją złość na swoją rozbudowaną i udatną całkiem, przyznaję, klatę, po czym niewzruszenie dalej wgapia się w TV. No i tyle mi dało zmienienie lokum, taka to ta moja samotność i mój spokój. Ale nie narzekam.

Casa jest doprawdy wypaśna, a siąść sobie w tym upale wieczorkiem na tarasie gdzie bryza od morza daje upragniony oddech i patrzeć jakie statki wypływają, a jakie przypływaja, kto nowy zawitał do miasta, kto po zmroku do domu wraca w pionie a kto na czterech łapach, jak życie płynie i ile razy kuglarz Miquel wypuścił dziś z ręki swoje płonące pochodnie, jak palmy gną się do ziemi… siąść tak sobie na tym tarasie i zaczerpnąć głęboko słonego powietrza… jest przyjemnie, z grubsza rzecz ujmując. Todo controlado.

Wczoraj na tymże rzeczonym tarasie podejmowałam szczególnego gościa. Nazwijmy go… Felix. Felix (nie mylić z feliz, bo raczej niewiele ze szczęściem Felix ma wspólnego) rok temu odszedł od paramilitares. Swoją droga, nieźle ich w tych górach wyszkolili. Feliks po spożyciu rosołu, a następnie pescado frito z ryżem i pomidorami grzecznie odniósł talerze do kuchni. I zniknął w niej na kwadrans. Kiedy już zaczęłam niepokoić się o los Feliksa, ten wyłonił się z zakasanymi rękawami i zapytał gdzie jest trapero (mop). Okazało się, że nie tylko pozmywał po sobie, po mnie i po Enderze, ale umył patelnię, garnki, kubek z kawą ze śniadaniam, ale też wyszorował kuchenkę i brał się właśnie do mycia kuchennej podłogi. No, tacy goście, to ja rozumiem!

Feliks miał wpaść na chwilę, kilka tylko pytań chciałam mu zadać… ale wyszło inaczej. Siedział pięć godzin i dużo historii mi opowiedział. Oczy miał jak guziki, nieruchome i sztuczne, śmiał się śmiechem urywanym, a czasami przerywał nagle i robił kilkuminutowe pauzy. Zawieszał się, a potem zaczynał mówić dalej w tym samym momencie, w którym urwał. Nie wiem gdzie był w czasie tych krótkich pauz, na pewno jednak nie było go na tarasie edificio na 11calle. Był gdzieś indziej.

Wojna jest dla szaleńców. – powiedział. Gdybym nie wiedziała, że nie oglądał ani „Czasu Apokalipsy”, ani „ Plutonu” to bym pomyślała, że operuje cytatami, ale nie. On to sam wymyślił, a raczej doszedł do tego przez trzy lata życia w górach.

-Co robiliście przez całe dnie?

-Płakaliśmy i cierpieliśmy – odpowiada.

Podaje wiele suchych faktów. Ile waży pas z nabojami (5 kilo), ile granatów mieli przy sobie (dwa), co jedli ( puszki z rybami i mielonkę), co ile dni dostawali żywność (co 15), jakie strategie mieli (psychologiczne), czym różnili się od guerilli (wg Felixa byli bardziej uczciwi i mniej okrutni).WEDŁUG FELIKSA… Ale to przecież właśnie Feliks mówi -Zabić człowieka jest bardzo prosto.

Zwłaszcza po alkoholu. Który uśmierza lęk.

Nie wolno było używać narkotyków. Czasem tylko jakiś joincik. Rum tak. Kobiety też.

Przyjeżdżały kurwy. Dużo. Można się było zabawić, ale chłopcy płacili z własnej kieszeni. Mieli pieniądze,. Miesięczna pensja paramilitares to 200 dolarów. Niewiele, ale też niewiele im było potrzeba. Wstępujesz do paramilitares i masz all inclusive. Dają ci ciuchy (nie wybrzydzasz, choć wszyscy noszą się tak samo), dostajesz jedzenie (co z tego, że ciągle to samo i mało) i miejsce do spania (plastikowa pałatka).

Potrzebujesz kasy tylko, żeby użyć sobie. Potrzebna ci „plata” na rum i kobiety. I czasem ten joincik, jak masz odwagę. Bo może cię on kosztować więcej niż kilka dolków.

Grunt to nie gadać za wiele. Jeśli schodzisz do miasta… lepiej być z boku. W Santa Marta mieszka wielu CYWILNYCH. Są oczami i uszami komendanta. Jak się jakiś chłopiec zapomni i wygada po pijaku w tavernie, chlapnie za dużo, następnego dnia dostaje kulkę. I nikt nie pyta skąd, dlaczego… Tutejsze Superekspressy i Fakty nie mają problemu z tematami na jedynkę (pierwszą stronę gazety).

Codziennie jakiś mózg rozpryśnięty na ścianie albo bebechy na chodniku się znajdą.

Albo gadał za dużo. Albo wiedział za dużo. Albo wsypał. Albo popełnił błąd i chciał uciec…

Takich traktują ze szczególnym okrucieństwem. Bo to zdrajcy. – mówi Feliks.

Jeśli popełnię bład i będę chciał uciec, znajdą mnie szybko. A potem zabiją nie tylko mnie, ale całą moją rodzinę. Matkę, żonę… Czasem ktoś poprosi o przysługę. Zakochana i odrzucona kobieta chce wpakować kulkę w niedoszłego kochanka. Albo w rywalkę. Albo ktoś komuś długu nie oddał. Znajomy paramilitares załatwi sprawę w trzy minuty.

-Znasz takie historie?

Feliks śmieje się gardłowym śmiechem, rży jak koń. Pewnie, że zna!

…. Tym razem ich nie opowiem. Będzie artykuł a w nim wszystko po kolei, dam znać kiedy i gdzie.

Na koniec pytam Feliksa, dlaczego poszedł do paramilitares. 200 dolarów to przecież nie aż tak dużo. – Ale lepiej biegać z karabinem po lesie i mieć co jeść niż być głodnym i 10 godzin pracować z maczetą w polu. – mówi Feliks. -To wszystko przez okrutną i straszna biedę.

Chłopcy którzy idą do partyzantki, są zazwyczaj z najuboższych rodzin wieśniaków. (Choć oczywiście nie tylko, ale przeważnie). Całe życie na ryżu i bez perspektyw. I nagle propozycja: przystań do nas. Dostaniesz jedzenie i pieniądze. Proste jak drut.

  • Ja chciałem iść po przygodę. – wtrąca się Ender. Działała jego wyobraźnia. Las, walka, partyzanci, coś NOWEGO!

Poza tym to imponuje dziewczynom. Jak masz 18 lat i jesteś zakochany… zrobisz wszystko żeby dostać broń, pieniądze i stać się KIMŚ. – dodają chłopaki.

Czasem idą z rozpaczy. Porzuciła cię narzeczona i cierpisz nie do wytrzymania. Serce płacze, ale w duszy rośnie złość. Wściekłość. Chcesz karabinu. Chcesz zabijać.

A czasem… czasem po prostu chcesz zabijać. Bo wkurwił cię świat. Chcesz zapomnieć, ale zapomnieć się nie da. No to chcesz zabijać. Bo tak można ukoić rosnącą nienawiść.

Używasz narkotyków, alkoholu. Więcej i więcej. Miesza ci się już w głowie.

Chcesz Zabijać Coraz Bardziej. Gdybyś żył w innym świecie, nie w Macondo tylko w McOndo przystałbyś może do skinów i rozwalał na chodnikach Afgańczyków. Albo zaczął uprawiać jakiś sport. Boks na przykład. Albo po pijaku wszczynałbyś burdy na podrzędnych dyskach i posuwał tlenione blondi w białych kozaczkach. Albo byś kradł samochody i też czuł rosnąca adrenalinę.

W McOndo miałbyś kilka możliwości do wyboru.

W Macondo możesz zrobić jedno.

Stać się szaleńcem.

– I to tylko dla nich jest ta wojna. – mówi Felix.

-A Ty? Co teraz?

-Teraz nie wiem co. Muszę znaleźć jakiś pomysł na życie.





Rozmawiali (spokojnie)

8 02 2010

Pewnego dnia Dilsa wyznała mi, że jej synek to owoc gwałtu. Nie chciała dziecka, nie chciała żyć. A gdy widziała „tego mężczyznę na ulicy” robiła tulipana z pierwszej lepszej butelki i biegła wykłuć mu oczy. On nie pozostawał dłużny. Dilsa, wtedy dwudziestoletnia pragnęła tylko jednego. -Chciałam iść z paramilitares

-Dlaczego?

-Chciałam zabijać..

Wojna i nienawiść między mijającymi się na ulicy katem i ofiarą trwała kilka lat. Do dnia, kiedy Ender, wtedy 19-nastoletni wreszcie poszedł do faceta, żeby porozmawiać z nim spokojnie

Czyli złoił gościowi skórę – myslę sobie…

Nie. Naprawdę tylko porozmawiał. Facet zniknał z Santa Marta…

Nie pomogly tulipany z butelek, a pomogła rzeczowa rozmowa? Nie chce mi się wierzyć…

-Co mu powiedziałeś? – pytam.

-Że jeśli nie chce żyć, to może nadal prześladować Dilsę. A jeśli chce żyć, ma się wynieść z miasta.

-O matko, chciałeś zgładzić człowieka?!

-Ja nie. Moi koledzy. Żyliśmy obok nich długo, tu tak jest… Jak się ma znajomych paramilitares to zawsze można poprosić ich o przysługę. Nie odmówią.

Rozmowa trwała kilka minut. Naprawdę porozmawiali SPOKOJNIE…





    Tranzyty

    30 01 2010

    Jak mawia moja dobra znajoma ekswróżka każdy przynajmniej raz w życiu ma jeden. No to znaczy się ja mam teraz. Nie wiecie, co to tranzyty? Też nie wiedziałam dopóki nie dostałam. To coś jak… świnka może? Albo ospa wietrzna. Tylko dużo dużo bardziej i nie na ciele tylko w środku. W człowieku. Wszystko się przewala, mieli, kotłuje… A efekt – niewiadomy.

    To przez te tranzyty nie pisałam. Zaniedbać Czytelnika… nieładnie. Ale tu nad Santa Marta aktualnie planety szaleją, szaleją, się śmieją, się śmieją…

    Mieszkam w norze. Lub w klitce. Okien nie ma bo już w XVII wieku (tak, tak stara ta kamienica!) mieli wizję, że jak słońce wpada przez okno to jest ciepło (słuszna teza) a jak jest ciepło, to jest źle (niesłuszna). Rozwiązanie zatem jest jedno. Okien niet! Jako że cierpię na coś w rodzaju klaustrofobii w zarodku, zawsze mam otwarte drzwi wejściowe. A jak się ma otwarte drzwi wejściowe, to wchodzą przez nie różni ludzie. 17-letnia Marilyn uczesać się moim niebieskim dużym grzebieniem, 16 -letnia Cledys posłuchać ze mną jej ulubionej muzyki, 10 letni Jaime tak po prostu, posiedzieć, sąsiadka na ploty i wyjeść coś z garnka, Ender no bo on zawsze jest pod ręką, pan sąsiad, który z termosów sprzedaje kawę na ulicy poczęstować mocną małą czarną z cynamonem, Dilsa na zwierzenia, ktoś pożyczyć garnek, no i trzyletnia Sophia poskakać na materacu. Czasem wszyscy przychodzą w tym samym czasie. Czasem z patio przylatuje papuga. Regularnie odwiedzają mnie karaluchy wielkości pekińczyków (co sprawia, że jestem na skraju załamania nerwowego). Na brak towarzystwa nie narzekam. Codziennie jednak na dwie godziny opuszczam kołchoz i udaję się do Escuela de la Lengua gdzie z czarnoskórym costenio Marco praktykujemy mój espaniol.

    A noce… noce spędzam na rogu 10 i 11 wśród Królowych Nocy. Mariana, była aktorka telenoweli naciąga na ryż za pół dolara.

    To jest Mariana:

    ….

    Inne otaczają mnie, wolają:Polaca, Polaca, sexy munieca… Elegancki pan w okularach podchodzi i mówi…

    -Pamiętam Cię. Z Madrytu.

    ???????

    -Spadaj – woła Sara.

    To jest Sara

    No bylam w Madrycie. 5 razy.

    • Widzisz, pamiętam cię- pan się uśmiecha…
    • Ona nie pracuje. – ucina Sara. I pan ulatnia się jak dżin.

    Zasadniczo jestem bezpieczna, bo centrum seksu i biznesu mieści się w sklepie Jose, a Jose jest bratem Endera. Na tej ulicy nikt mi krzywdy nie zrobi. Ale już kawałek dalej…

    Był środek tygodnia. O 16 zaczęli świętować urodziny,. Dostrzegli mnie i zawołali, gdy wychodziłam z cafe net. Amigo Endera kończył 22 lata, masa ludzi, nawet Tata Góral się zaplątał. No nie mogę… nie mogę się teraz zabawić, doprawdy NIE… kurs o 17 czeka. Po kursie dobiłam do towarzystwa. A tam już… wesolutko. Salsa daje do pieca, koleżkowie na twarzach czerwoni. Nagle ktoś z krzykiem wybiega na ulicę… gonią złodzieja, jak to tu mają w zwyczaju? Nie, za rogiem zastrzelili człowieka. Znajomego. Szedł na nasze urodziny.

    Po chwili wracają. W milczeniu. Głowy zwieszone. Jakby nie było, znali gościa.

    -Dlaczego go zabili? – pytam

    -Widać miał kłopoty?

    -Jakie?

    -Nie wiemy.

    Te kłopoty lepiej omijać szerokim łukiem. Wyciągam Endera z tawerny i po drodze mówię mu:

    To nie jest dobry kraj.

    -Nie przesadzaj. Tu źle żyją tylko źli ludzie. Lepiej nie mieć kłopotów. Ty nie masz. Ja też nie.

    My jesteśmy bezpieczni.

    Powiedzieć mu, że zaczęłam grzebać w nieprzyjemnych tematach? Dzieci wcielane do guerilli. Oddawane w służbę FARCu. Chłopcy do zabijania. Dziewczynki do użytku wewnętrznego. Tak… tutaj też. Bajka, że w Sierra Nevada nie ma już paramilitares okazała się ściemą dla turystów.

    • Kojarzysz kolesia w bajsbolowce, siedział dziś po twojej lewej
    • Kojarzę. Pablo? Jest zdaje się kucharzem… pracuje z twoim ojcem.
    • Przez 10 lat siedział z nimi w lesie. Jeśli chcesz, on ci wszystko opowie.
    • Zabijał ludzi…
    • No możliwe. Raczej tak.

    Narkobiznes. Krew na rękach. Zasady ponurej gry.

    Już ponoć nie tak ponurej. Już nie zdzierają regularnych haraczy. Tylko przychodza po krowę. Albo po kurę. I wtedy trzeba dać. Czasem przychodzą po dziecko. Wtedy tez trzeba. Bo jak nie jesteś z nami, to jesteś przeciw nam.

    W tym tygodniu zaprosiłam Pabla na camarones al ajio… Nie jada się takich rzeczy w lesie!





    Narkotyki, Niemyte Dusze, Duchy, Indianie i Cała Reszta

    22 12 2009

    W nocy przed wyruszeniem do dżungli obudził mnie płacz. Tuż pod moim oknem łkała kobieta. Mis Hijos, mis hijos! – zawodziła głośno. Moje dzieci! Andres! – krzyczała tuż nad moja głową. Okna na Karaibach nie mają szyb, a łóżko stało tuż prz oknie. Nie wiedziałam, co zrobić. Ubrać się, wyjść z pokoju, pocieszyć ją. Ale jak? Może jest po prostu pijana? Albo szalona. Leżałam nieruchomo, a zawodzenie nie ustawało. I nagle olśniło mnie. To nie kobieta żadna. Ani alkoholiczka, ani szalona. Toż to La Llorona! Przestałam oddychać. Spojrzałam na zegarek. Była 4.45. Do świtu pozostało niewiele czasu… Nadal jednak panował mrok, a kobieta płakała coraz głośniej. Po pół godzinie usłyszałam pierwsze ptaki, a La llorona umilkła. Zasnąć jednak już nie mogłam. Bałam się

    [więcej o La lloronie: http://www.kolumbijsko.com/kolumbia/legendy/llorona_p_aczka__2.html ]

    Tego samego dnia, złachana jak Burek, po całodziennym trekingu w parnej, gorącej i błotnistej selvie, siedziałam przy świeczce w górach i opowiadałam o Lloronie kolumbijskiemu przyjacielowi, Enderowi.

    -Rzeczywiście ludzie tutaj wierzą, że ona istnieje? – Ender popatrzył na mnie bezrozumnie.

    -Ona naprawdę istnieje. Można tu czasem usłyszeć jak płacze. Najczęściej przy strumieniach…

    -Ale dlaczego płacze?

    -Nie wiadomo. To duch pokutujący. Zabiła swoje dzieci.

    -Może więc potrzebuje pomocy?

    -Ale jak jej pomóc? Tylko ją słychać, znika zanim zdążysz podejść i zobaczyć.

    -Może trzeba się pomodlić za nią.

    -Może, ale trochę strach…

    -A może to woda szumi?

    -Woda szumi. A nie płacze. Zresztą sama mówisz, że ją słyszałaś.

    No tak, racja… Całkiem wyraźnie.

    -Poza tym nie tylko Llorona się tu pojawia. W górach jest dużo duchów. Czasem dotykają człowieka.

    To jakaś przenośnia, czy nie zrozumiałam…

    -Jak to DOTYKAJĄ?

    -Łapią za rękę.

    -O matko. A tygrysy? Słyszałam, że tutejsi wieśniacy też się ich boją. Nie powiesz mi chyba, że to prawda.

    -Prawda. Porywają dzieci, krowy. Dawniej, teraz już nie. I trochę wyżej w górach, nie tu. Jest dużo zwierząt, nie muszą polować na ludzi. Nie bój się. To się zdarza bardzo rzadko…

    Tygrysy, duchy i hamak rozwieszony pod gołym niebem…

    Ender zdmuchnął świeczkę. Skończył się dzień.

    Ciudad Perdida – kolebka Indian Tayrona.

    Idziemy przez trzy dni. W górach ramię w ramię z góralami żyją Indianie Koguis. Poznałam lepiej jednego z nich – Indianina Serce (tak naprawdę nazywał się jakoś tak… Serso. Ale ja mówiłam do niego per Serce i też działało) .

    To grupa Indian, którzy do dziś kultywują stare tradycje. Niewiele już one mają wspólnego z dawnymi wierzeniami cywilizacji Tayrona, która żyła tu przed wiekami. Jednak tylko oni ( i rodzina Indian Aruukoos żyjąca też w Sierra Nevada) nie zasymilowali się z Colombianos.

    Pozostali, np. Kuonkuamos i Wuiguus przyjmują styl życia colombianos. Chodzą w adidasach, ścinają włosy, emigrują do miast. U Koguis to nie do pomyślenia.

    Mężczyźni nigdy nie obcinają włosów, a kobietom nie wolno nosić butów, żeby ich przyszłe, nienarodzone jeszcze dzieci mogły zawsze czerpać energię od Pachamamy, Matki Ziemi. Wyznają kult Słońca, wierzą, że słońce poślubiło kiedyś Żabę, dlatego jest to dla nich najświętsze zwierzę. Mieszkają w górach, podobnie jak wieśniacy żyją z uprawy owoców, kawy i kakao, wynajmu mułów i… turystów robiących sobie zdjęcia z nimi jak z misiami niegdyś w Tatrach. Tylko Indianom, ze względu na tradycję, wolno uprawiać kokę. Używają jej m.in. do Poporo.

    Poporo to paszport w dojrzałość. Kiedy chłopiec kończy 18 lat, po raz pierwszy sięga po Poporo. To biały proszek powstały ze zmiażdżonych muszli małży (wapń) i utartych na miazgę liści koki. Ta mieszanka sprawia, że Indianin może wędrować cały dzień, nie czuć głodu, a czuć za to napływ sił niemal nadprzyrodzonych. W chwilach krytycznych (dwie godziny non stop po śliskich kamieniach pod stromą górę) namawiałam Endera, żeby mi zorganizował trochę Poporo, ale Ender odradził. On kiedyś spróbował. Wyżarło mu usta, język. Po pewnym czasie człowiek się ponoć przyzwyczaja. Ale ja nie mam aż tyle czasu… Żaden Indianin nie zostawia w domu Poporo (proszek nosi się w wydrążonej tykwie na patyku). Jest jak dowód osobisty.

    Dopiero kiedy młody chłopiec przejdzie poporowy test, może się ożenić. Inna sprawa, że musi zrobić to szybko. Wszyscy chłopcy w wieku 18 lat maja obowiązek ożenić się z dziewczyną ze swojego klanu. Młode żony mają 15-16 lat. Małżonkę Indianin wybiera sobie sam, ale jak mu się nie spieszy, sprawę załatwiają rodzice.Tylko Wódz może baraszkować z więcej niż jedną żonką. Reszta musi się zadowolić monogamiczna nudą. W czasie świąt Indianie zbierają się w specjalnych wioskach, mężczyźni, głównie starszyzna, bawi się i spożywa napoje wyskokowe a także tańczy z duchami w Casa Amarilla – Żółtym Domu.

    Nie mają tam wstępu ani dzieci ani kobiety. One bawią się w swoich miejscówkach, gdzie dla odmiany panom wstęp wzbroniony. Wszyscy bez wyjątku noszą białe ubrania. Biel to dla Koguis symbol czystości. Nie zakłóca komunikacji z duchami. A z tymi Indianie pozostaje w stałym kontakcie. I absolutnie nie boja się, że któryś z umarlaków może złapać za rękę albo za nogę. Swoich zmarłych, żeby byli jak najbliżej zakopują tuz za progiem, obok domu.

    Tyle dowiedziałam się w czasie wędrówki z Sercem przez las. Na święta znowu jadę w góry do rodzinnego domu Endera.

    Kumpli w białych wdziankach ma tam on bez liku… więc to pewnie nie koniec opowieści. Zwłaszcza, że mamy udać się do szamana (tego od wykręconej ręki!), żeby dowiedzieć się, co mnie czeka. Jak znam życie to szaman przekupiony przez Endera powie mi, że mam zostać w Kolumbii para siempre.

    No ale, nie uprzedzajmy faktów… Może powie jednak coś innego?

    Miało być Feliz Navidad w Bogocie, ale wywiało stamtąd wszystkich znajomych. Zaczęły się letnie wakacje i Kolumbijczycy się rozjechali. Święta więc spędzę z Rodziną Endera. W Santa Marta jak każe tradycja wigilijna wylega się na plażę, by przy umajonych bombkami i świecidełkami palmach i rozświetlonych bałwanach i mikołajach tańczyć do rana rumbę na plaży. No i gdzie i komu ja mam niby zaśpiewać, że Bóg się rodzi, moc truchleje…?

    Tuż po wigilii ruszamy z Enderem do domu rodziców w góry Sierra Nevada. To tam całe życie ojciec Endera kolaborował z Autodefensą i uprawiał kokę na sprzedaż kartelom. Teraz, odkąd wtrąciły się w kolumbijską politykę Stany Zjednoczone, Uribe stanowczo zakazał uprawy koki i co więcej; mas o menos zakaz egzekwuje. Gdy zapytałam, czy nie bali się państwa i policji, gdy kolaborowali, Ender tylko wzrusza ramionami. „Państwo nigdy nie było groźne, co nam m ogli zrobić?”. Dopiero w 2001 roku, gdy tuż pod domem Endera (1500 m.n.p.m.) zaczęła się strzelanina, zrobiło się gorąco. Rosnące jak grzyby po deszczu kolejne grupy paramilitares zaczęły walczyć o wpływy. Ginęli ludzie. „Siedziałem na drzewie i patrzyłem jak 200, 300 nowych przedziera się przez góry. Straszny widok”.Skąd wiedział, że to byli nowi? „Bo naszych znałem, to byli nasi amigos. Grzeczni. Czasem tylko gwałcili indiańskie kobiety, ale to wyjątki. Nigdy za to nie kradli. Zawsze płacili za jajka, pomoc, muły…”. Skąd mieli kasę? „No przecież kupowali od nas kokę… Mieli z niej dużo pieniedzy. A i my też”.

    Kiedy przyszli nowi, rozpoczęła się regularna wojna. „Byli wkurzeni, strzelali do ludzi”. Dlaczego? „Nie wiem. Chyba to lubili…”. Wkroczyło wojsko. Rodzina Pineda Gutierezz z dnia na dzień musiała opuścić dom, uciekli w okolice Parque Tayrona. „Zabraliśmy tylko trochę ubrań, muły, najpotrzebniejsze rzeczy”. Przez miesiąc żyli na ulicy. Ender miał wtedy 15 lat. „Nie chcę o tym pamiętać. To był straszny czas” – mówi. Kiedy wrócili, dom był splądrowany, pola spalone, zwierzęta skradzione. Wszystko musieli zaczynać od nowa.

    Teraz nie ma już paramilitares w Sierra Nevada. Kontrolę nad terytorium sprawuje wojsko. Znudzeni żołnierze podrywają turystki i robią sobie z nimi zdjęcia telefonami komórkowymi. Mają 17-18 lat.

    Gdzie są paramilitares? Przenieśli się w okolice Antiochii i Leticii. Ale teraz wieśniacy nie mają tak, jak kiedyś. Grup jest dużo, coraz więcej, podobnie jak karteli. Nie ma już Escobara, jednego El Padrino. „Wieśniacy posądzani są przez jednych, ze kolaborują z innymi, że sprzedają kokę nie tym, co trzeba… Wszystko się skomplikowało”. Ender uważa, że z koką jest problem. „ W moim kraju już dzieci siedmioletnie wciągają kokainę. Wszystko zaczyna się w szkole, gdzie przychodzą handlarze. Ale co zrobić? Póki ludzie będą dobrze płacić, wieśniacy będą sprzedawać.”. Jest popyt, jest podaż.

    Ender ma 24 lata. Nie uprawia koki, prowadzi w góry wycieczki. Kilka dni temu dostał jednak propozycje lepiej płatnej pracy. W ochronie kartelu. Nie przyjął jej. „Nie chcę reszty życia spędzić w więzieniu ani znaleźć się na cmentarzu. – zapewnia mnie.

    Kiedyś jednak spotka dziewczynę, której będzie chciał zaimponować, zarobić dużo kasy i wtedy… Czy jest silny, czy będzie umiał żyć skromnie, podczas gdy tu pieniądze (co z tego, że brudne, pieniądze to pieniądze!) leżą na ulicy? Albo rosną na polu? Grunt tylko to wiedzieć z kim pić Aguardiente!

    Wigilia więc pewnie wypadnie w chacie w Sierra Nevada. Z Gutierrezami. Tylko jaką ja im potrawę wigilijna mam tu niby przygotować bez kapusty, śledzia, maku i buraków??? Ma ktoś jakiś światły pomysł? Makowiec odpada, może analogicznie do ciasta z zakazanym u nas makiem da się tu upiec ciasto z koką?





    Rozmawiamy

    14 12 2009

    Rozmowa pierwsza:

    Idziemy przez tropikalny las.

    -O, małpa.

    -No. Chcesz?

    -Co mam chcieć?

    -Małpę.

    -Ale po co?

    -Nooo… zjeść.

    -Nie! Małp się nie je!

    -Je się.

    -Nie. Je to się może kurczaki.

    -Nie, to zupełnie inny smak. Musisz spróbować.

    -OK. Ale wiesz co? Nie dzisiaj. Nie tę małpę. Jakąś inną dobrze?

    -No jak chcesz…

    Po chwili.

    -A żółwia byś nie zjadła? Zrobię zupę…

    -Są tu? W lesie?

    -Są. Wielkie. Ale niewiele zostało, bo dużo ludzi robi z nich zupę.

    -A umiesz zrobić zupę z kurczaka?

    -Tak. I z papugi. Ale nie jest zbyt smaczna.

    Na obiad zjedlismy zupę. Nie była z papugi, bo pływała w niej wielka kość. Coś jakby… udowa. Nie pytałam, z czego jest zupa, bo była smaczna i pikantna,. Tak jak lubię.

    Rozmowa druga

    -Ci indiańscy szamani to są nieźli hochtaplerzy. Czasami gadają bez sensu.

    -No co ty?! Mieszkasz tutaj i nie wierzysz indiańskim szamanom?

    -No wiesz… wierzę w 20%. Oni są dobrymi astronomami, lekarzami, psychologami, wiedzą dużo ale nie wszystko.

    (Jestem zdziwiona. Myślę podobnie jak on. Jak się jeden z drugim taki szaman nastuka aguardiente, wszama koki, i doprawi jadem jakiejś trującej ropuchy, to nie dziwne że potem ma takie wizje że hej!).

    -Czyli jesteś niedowiarkiem.

    -No wiesz, nie można wierzyć we wszystko. Ale lepiej się do tego nie przyznawać, bo jak się wkurzą, to mogą na ciebie sprowadzić chorobę.

    -No coś ty, mówiłeś, że im nie wierzysz.

    -No wiesz… lepiej być ostrożnym. Taki szaman może i gada za dużo, ale potrafi wyleczyć i przepowiedzieć przyszłość. A jak mojemu ojcu w nocy ukradli banany z pola to szaman zrobił dochodzenie. Jeden taki z miasta się przyznał. Ale dopiero wtedy jak mu szaman wykręcił rękę.

    -Jak to wykręcił?

    -No pogięło go. Paraliż. Dopiero wtedy przyszedł, przeprosił ładnie i szaman mu rękę wyprostował.

    -O rany! Niebezpieczny ten szaman.

    -No raczej. Ale tak czy owak za dużo gada.

    Rozmowa trzecia

    -Wiesz co mnie wkurza? Że Kolumbia ma taką złą reputację na świecie. Wszędzie się kojarzy tylko z narkotykami, kartelami, zabójcami i paramilitares. – mówi Ender Nel Pineda Gutierrez, którego cała rodzina przez trzydzieści lat utrzymywała się z uprawy i sprzedaży koki kartelom narkotykowym i/czyli paramilitares.

    – Odkąd przestaliśmy kolaborować, ciężko być Colombiano. – dodaje.