Animals Planet

4 01 2011

Brakuje mi moich zwierzaków.

O Sławnej Kurze (dobra wiadomość dla Animalsów: wciąż żyje i znosi jaja jak berety!) mulicy i innych papagayos nie mówię tu. Szakira moja za to śni mi się co drugi dzień.

Nie mam wieści z Kolumbii. Mój wspólnik, że się tak szumnie wyrażę, nie daje znaku życia. Może spalili juz budę, rum wypili, rybie osci koty wyniosły?

Ender, gdy wyjeżdżałam bił się w pierś, aż dudniło po całej Santa Marta i zaklinał, że 30 dni to małe miki i on da radę wszystko ogarnąć. Owszem, można mu ufać, zarządza bajzlem dużo lepiej niż ja, pracuje więcej, śpi mniej, ryby smaży smaczniej i szybciej, ogólnie można na nim polegać.

Ha. Jak na oswojonym wilku, który nagle poczuje zew krwi.

Olivier kiedyś zapytał mnie:

– Jak Ender znosi nową pracę, w restauracji?

– Twierdzi, że super. Lubi serfować po necie, gapić się na mecze, gotować lubi… czuje się chyba OK. Mówi, że jest zadowolony.

– Ale tylko dlatego, że wie, że zaraz wróci w góry, prawda? – puścił oko Olivier. – Chyba bez tego nie mógłby żyć. – założył marinista.

Teraz wiem o czym mówił. Ja w Polsce, a Człowiek Lasu … no gdzieżby? W lesie. Od 10 dni. Najpierw jedna wyprawa, ale jak sie chłopak ze smyczy urwał, to zaraz następnego dnia pogalopował na kolejną. Dostałam tylko maila w tak zwanym międzyczasie: „Nic się nie martw, wszystko ZORGANIZOWAŁEM, Chaki idzie ze mną”. Haiku, jak nic! Krotko zwięźle, stylowo.

Ale jak to? To kto tam? Jak tam? Kto podaje? Kto smaży i tnie na plasterki? Piwo zdaje? A Chaki? W lesie? Sama? Ja – jak szłyśmy do Ciudad Perdida – biegałam za pieseczkiem w te i we wte. W hamaku się razem spało, ratowało przed rzecznymi wirami i podstępnymi wężami. A ten tam? Psi macho! Mam się nie martwić???? No niedoczekanie. Otóż dla odmiany – martwię się, wypuściłam milion bluzgów, że interes, trzeba pilnować, knajpa się sama nie poprowadzi, a nasze (hehe!) Dobre Imię jak ktos zszarga i da rozgotowane makaroni jak to u Kolumbasow w zwyczaju? TO WTEDY CO???? A pies? czy przezyje ten eksperyment?!

Bluzgałam radośnie ale bezskutecznie. Ender już spał. A dziś rano o 6 razem z moim psem znów poszli sobie do selvy, do Zaginionego Miasta.

I tego im zazdroszczę, jak cholera.

Reklamy




Taki jeden dzień

18 10 2010

No i kto mi uwierzy, że spedziłam 7 godzin w siodle, żeby wysłać dwie wiadomości i na nic! Po dotarciu do wioski okazało się, że we wsi nie ma prądu. I nie będzie do wieczora. Reperują coś tam. Zostać do wieczora nie mogę, po ciemku wracać przez te duszne i parne haszcze nie śmiem. Więc wychyliwszy dobrze zmrożony napój chłodzący i spożywszy jaja smażone z kury szczęśliwej (naprawdę są bardziej żółte i lepsze) noga za nogą (nogą muła) powlokłam się do domu. Po drodze, za dwa dolary zakupiłam 5 litrów benzyny, coby mieć przez kilka godzin prąd i móc naładować kompa i baterię do aparatu, a także pół kilo kurczaka i cebulę.
Nie powiem,  jak na bardzo niedoświadczonego jeźdźca chyba w siodle trzymam się nieźle, ale po tych stromizmach tak trzeba balansować umęczonym ciałem, że po powrocie myślałam, że zejdę. Z muła zejść było… ciężko.
Szakira odtańczyła dziki psi taniec radości na mój widok, Capo też się udzieliła euforia, więc wieczór upłynął w radosnej atmosferze.

Kto by pomyślał że jutro (niedziela) minie prawie tydzień, odkąd tu dotarłam.
Dość szybko przyzwyczaiłam się do panującego tu rytmu dnia.

Oto on:

5 RANO
Słyszę skrzypienie drzwi, ktoś zapala świecę i przemyka korytarzem (i ja i Szakira śpimy czujnie, więc budzimy się obie). Łóżko jest niewygodne, Ender obiecał, że zmieni mi deski w łóżku, a ja wpadłam na światły pomysł, żeby z Santa Marta przewieźć tu mój materac, który stacjonuje w domu Dilsy. No cóż przetransportować go trzeba będzie na mule, of course. Tak czy owak o 5 Szaki musi iść na siku otwieram więc jej drzwi i … się zaczyna.  Wracając z ogródka rozbudzona suczka wpada na Capo i rozpoczyna się regularna bitwa o kość, plus szczekanie, warczenie, gryzienie (wszystko to w ramach pokojowego psiego układu o nieagresji, wiec nie wymaga interwencji człowieka, ale też człowiek – czyli ja – nie za specjalnie w tych warunkach spać może).

6 RANO
Zaczyna się PRAWDZIWY DZIEŃ. Wypuszczone z komórki kury radośnie gaworzą, ptaszki pod dachem zaczynają kwilić, ludzie pluskać się pod zaimprowizowanym z beczki i wiaderka prysznicem, stukakać, pukać, gadać, hałasować. Spać trudno. A jednak po chwili ten rozgardiasz mija. Ender idzie doić krowy, senior Carlos pierwszy rusza na plantację kawy, senior Alfonso Luna przeganiać kurczaki. A ja zasypiam. Jeszcze na godzinę lub dwie. Przez sen słyszę jak Misael, Ender, Oscar i Ernesto ostrzą maczety. Nieprzyjemny jest to dźwięk dla ucha.

OD 8 RANO
Słonko przyświeca, Szakira wskakuje do łóżka. Koniec spania, gdzie moje śniadanie – wyszczekuje mantrę codzienną. No więc już nieodwołalnie trzeba się zwlec. Ptaszki ćwierkają już na całego, słonko świeci, niebo błękitne nade mną, prawo moralne we mnie, i śniadanie. Czyli zupa. Caldo najczęściej – zupa z czosnku, cebuli, ziemniaków i jajek. A potem plotki w kuchni, 9 rano to najlepszy czas na plotki. Nie wiedziałam o tym, bo w Warszawie o tej porze zawsze albo smacznie spałam, albo wlokłam się cała ponura w deszczu na jakieś jeszcze bardziej niż ja smętne planowanie numeru.  A tu-proszę! Poranny animusz, mocna kawa i plotki – jak malowane! Kto się upił na fieście w Machete, kiedy schodzą turyści, czy Manuela wyjdzie za Jose, czy raczej puści go kantem, że Tiola przytyła i pewnie jest w ciąży, a mąż Tioli to nicpoń i ladaco.
Zamiatamy obejście, dziewczyny żartują ze swoich macho-menów, Pani Matka dopytuje dlaczego zamierzam wyjechać na święta i czy nie lepiej żeby moi rodzice przyjechali tutaj (no właśnie, halo? Nie lepiej???)… No takie tam poranne pitu-pitu.
Ale już..

OD 10
Nieco poważniejemy. Trzeba pochylić się nad trudnymi decyzjami. Co uwarzyć na obiad, a co na kolację. W Machete (najbliższej i jedynej zresztą wiosce) można kupić tylko kurczaki, pomidory, ziemniaki i cebulę. Po całą resztę należy się już wyprawiać do Santa Marta. Więc po tygodniu (przypominam, że nie ma prądu, ergo lodówki) na stanie mamy co następuje:
czosnek, trochę już nieświeże paróweczki (spoko, obgotuje się i wypłucze w zimnej wodzie), cebulę, pomidory, jajka i całą masę ryżu, fasoli, grochu, soczewicy itp. Decyzja: Na obiad ryż z fasolką, na kolację salchipapas czyli podsmażane na maśle kiełbaski z ziemniakami i cebulką. No i już robi się raźniej bo trzeba to wszystko przyrządzić. Mama i Laydys rządzą w kuchni i tylko kurtuazyjnie dają mi czasem coś posiekać albo obsmażyć. Jest tu nas w sumie 9 osób do wykarmienia.
No i siekamy, smażymy, gotujemy, dusimy. W kuchni opalanej drzewem więc wszystko pachnie sielskimi wakacjami w Bieszczadach pod namiotem i ogniskiem. Czasem dym szczypie w oczy, ale na ogół wypełnia kuchnię i przestrzeń spokojem. Otula cały ten dom.

W SAMO POŁUDNIE
robi się naprawdę gorąco. Czas wybrać się nad rzekę. Schodzi się do niej pół godziny. Idę z Szakirą, oczywiście biegnie też Capo. Psy wariują, uganiając się po zboczach, wpadają w tutejsze rzepy, wskakują sobie na głowy i są szczęśliwe.
Gorzej, gdy zaczynamy schodzić po prawie pionowej ścianie do stóp wodospadu, Capo biegnie raźno jak na psa górala przystało, ale Szakirę muszę już wziąć na smycz. Zapiera się jak osioł, no w końcu schodzimy. Aj, dios, que bonito! No ale teraz kolejny problem, bo Capo nienawidzi wody, więc o ile Chaki na widok rzeki rusza przed siebie w radosnych podskokach, o tyle kundelek piszczy rozpaczliwie, muszę go wziąć na ręcę, żeby przenieść przez wodę. Szakira patrzy z niedowierzaniem: ale głupek, nie chce popływać! A potem już – same przyjemności. Pluskanie, mycie, wygrzewanie na słońcu. I prysznic pod wodospadem. Wracając, zrywam kilka limonek z drzew. Do sałatki z pomidorów.
Wracamy wszak na obiad.

O 15
zaczyna się sjesta. Albo pada, albo jeśli – tak jak dziś – jest słoneczny dzień, upał robi się okrutny. Przy obiedzie gawędzimy leniwie i nabijamy się z seniora Alfonso, bo ponoć bardzo to lubi.
Ja urządzam wielkie pranie, potem zapadam się w hamaku i czytam. Książka nudna i kiepska (gruby tom pt. „Wielki Bazar Kolejowy” o podróży przez Azję pociągami zapowiadał masę ciekawych przygód, ale to raczej opis tego co pan w podróży zjadł, a czego nie. I że był głodny albo nie był. Upajanie się przełamywaniem własnych ograniczeń to chyba przywara każdego podróżnika. Moja też.
Popołudniami uczę też Endera i Laydys polskiego. Mamy tu rozmówki i książkę do nauki, więc jako profesora staram się wywiązywać z zadań. Na razie jestem na etapie wpajania towarzystwu, że polskie c to c a nie s. I nie mówimy SUKIER ani Sentrala tylko inaczej. O ź, dź, ć… myślę z przerażeniem. Ale to jeszcze przed nami. Ender w każdym razie kiedy zapytałam go w Machete, gdzie tu jest toaleta powiedział: Primero prosto despues na prawo. Pregunta panie.
a Laydys oznajmiła Misaelowi: Jestesz piekni.
Teraz na jej zyczenie cwiczymy: Daj mi buzi.
Co brzmi: dajmi busi.
Też ładnie.
.
PO 16
zaczyna się kuchenna krzątanina, trzeba zdążyć z kolacją przed zapadnięciem zmroku. W kuchni toczy się życie. Gromadzą się wszyscy. Pijemy tinto (czyli czarną kawę) coś tam pyrkocze na piecu, psy zdyszane leżą pod ławą. To Czas na Newsy. Codziennie ktoś przecież skądś wraca. A to senior Carlos z Ciudad Perdida z dobrymi nowinami. Będzie praca – za 400 dolarów! Trzeba przewieźć materiały do budowy kolejnego obozowiska dla turystów. Wynajęcie mułów i plus transport … liczymy… no, nieźle. Gdyby były jeszcze dwa muły… No przecież można wynajać od Indian. Postanowione: jutro idziemy porozmawiać z Koguis. Przychodzi wujek z obozu dla turystów, opowiada anegdoty, np o tym jak to pewien Szwajcar uparł się bez pomocy przekraczać rwącą po deszczu rzekę. Oczywiście wpadł do niej po same uszy, na dodatek razem z aparatem. No i wszyscy pękają ze śmiechu. Innym razem to Misael wraca z Machete, dzwonił do Santa Marta, wciąż nie ma turystów, a z nimi- pieniądzy… U Dilsy wszystko OK. Wyzdrowiała. A moja paczka z książkami wciąż nie doszła. Słońce zachodzi nad górami. Zapada cisza.

O 18
robi się szalenie romantycznie- wszędzie palą się świece. Ach, brakuje tylko lampki czerwonego wina! Zamiast wina pijemy wodę z limonką i cukrem trzcinowym, liptona, którego przywiozłam z Polski (tu nie dostania), gramy w gry planszowe, albo rozmawiamy. O przeszłości. I o przyszłości. Pani Matka chciałaby sprzedać to miejsce i założyć w Santa Marta mały hotel. Ale nie szkoda tego? Domu na zboczu góry, w którym na świat przyszło ośmioro dzieci i tyle się zdarzyło? Nie szkoda tych drzew mango obsypanych kwieciem, papai zwisających z gałęzi? Tej przestrzeni i wolności? No, szkoda. Zwłaszcza, że synowie i córki, którzy kiedyś z tego domu wyfrunęli, teraz wracają. Nie sami. Roi się od ludzi. Tylko patrzeć, jak zaroi się od dzieci. Mama uśmiecha się lisio. Kolej rzeczy. Wszędzie taka sama, niezależnie od tego, czy w twojej kuchni stoi zmywarka czy gliniany piec.

PO 20
Powoli wszyscy rozchodzą się do siebie, pora spać. Odpalam kompa. Znowu nic nie napisałam i nic nie napiszę.
Bo co mam napisać o jednym z bardziej leniwych zwykłych dni jakie przeżyłam? Był i minął. Gaszę świecę, nade mną niebo usiane gwiazdami. Cicho jak kot zakrada się Ender i pyta: Znasz się na kosmosie?
Haha! Czy ja znam się na kosmosie? Na chaosie – to na pewno. Próbuję w tym podniebnym bałaganie znaleźć porządek Małej i Wielkiej Niedźwiedzicy, ale daremnie. Gwiazd jest wiecej niż zwykle. O ta tutaj.. To Orion? Może tak, może nie. Cykady dają swój koncert, pohukuje puszczyk. Zapalam czołówkę i idę się myć. Za mną-Szakira. Nie odstępuje mnie ani na krok. Jutro muszę ją wykąpać. Śpi ze mną w łóżku, a kleszczy tu nie brak. Dochodzi 21. Niebywałe. Chce mi się spać. Zasypiając słyszę jakieś zwierzę skradające się po dachu. Kuna? Łasica? W każdym razie coś mniejszego od tygrysa.

NOC
Leżę w absolutnej ciemności, Szaki dyszy w ucho. Ciekawe czy jogurt się zważył, bo jeśli nie, mogłabym jutro zrobić dla wszystkich kurczaka po staropolsku, duszonego w jogurcie właśnie – takie myśli zaprzątają moją głowę. Swędzi pogryziona skóra. Capo zakrada się po cichu i korzystając, że jest chwilowo puste- ładuje się na posłanie Szakiry.
Czy to fakt, że cały dzień jestem na powietrzu, czy to sprawka żółtych zdrowych jajek? Nie wiem. Wiem natomiast, że lepiej mi tu niż w Santa Marta. O Warszawie nie wspominając. – i to jest ostatnia myśl przed tym zanim zapadnę się w całkiem chłodny i przyjemny sen.





Tajemnicze zniknięcie Iwonki Pibary – odcinek pilotowy

30 09 2010

Znikam niebawem.

A konkretnie-w poniedziałek. Postanowiłam nie uciekać się do półśrodków tylko konkretnie zaszyć się w selvie. Na miesiąc. Jakiś chico, który pracuje na fince w górach w poniedziałek rano zejdzie do osady z dwoma mułami, na jednym pojadę ja z Szakirą na kolanach, na drugim – prowiant i mój plecak.
Agroturystyczna opcja „all inclusiv” przewiduje zamieszkanie w chacie bez prądu, lodówki, telewizora i internetu (no to już jest hardcore! Bez netu??? Auuuu!), zwiedzanie plantacji kawy, wbicie się na kwadrat do szamana (no co? Zapraszał przecież! Zawiozę mu cukierki!), granie w karty z campesinos, czytanie książek w hamaku, pisanie różnych rzeczy, opędzanie się od komarów i nawet nie chcę myśleć czego jeszcze, uczenie Szakiry, że węże to nie jest dobre towarzystwo do zabawy, dojenie (tak, tak – DOJENIE krowy Luny lub wymiennie- krowy Mariposy – o ile przezwyciężę swój lęk przed krowami, ale w końcu kiedyś muszę, kto wie gdzie i kiedy jaka umiejętność może się przydać?), naukę podstaw zielarstwa indiańskiego, czyli magia blanca, wieczorne opowieści przy świecach, szukanie skarbu, odwiedziny u nauczyciela, co tam jeszcze? Na pewno coś jeszcze wymyślę.
Mam śmiały plan, żeby raz w tygodniu zjeżdżać na mule (4 godziny) do najbliższej wioski, w której jest jeden dwudziestoletni komputer z teoretycznym połączeniem internetowym. Tak więc optymistycznie zakładam, że raz w tygodniu – jeśli ktoś będzie miał życzenie – może spróbować znaleźć się ze mną en contacto.

Do poniedziałku jestem jeszcze nad morzem. Więc na maile czekam raczej TERAZ.

W listopadzie wracam do Santa Marta. W listopadzie wszak kończy się zima ;-)





Pies emeryt i co nie co o kolumbijskim wywiadzie

26 09 2010

Wszyscy gadają o Mono Jojoy, Obama dziękuje Santosowi, ogólnie- euforia. 40 specjalistów bada zawartość FARCowych komputerów.
Dziwi mnie, że dumny rząd z taką swobodą opowiada wszem i wobec o swoich sztuczkach. Jak PODANO W WIADOMOSCIACH Mono Jojoy zamówił sobie buty. Wygodne. Zamówił PRZEZ TELEFON. Który rzecz jasna był na podsłuchu.Buty dostał. Super wygodne i z super GPS’em p czy czyms w podobie, który pikał i mówił tym, którzy byli ciekawi: Halo!!! Tu jestem! To ja, zły człowiek!

No a potem już poszło łatwo.
James Bond nigdy nie opowiada jak wykańcza przeciwnika. Tylko z filmów o nim możemy się tego dowiedzieć.

Wszyscy gadają też o Sashy. To jedyna strata jaka poniósł rząd. Pięcioletnia czarna (nomen omen) labradorka straciła w Sodomie życie. Za trzy miesiące miała przejść na emeryturę, ale zginęła w boju. Jak twierdzi Ender psy zarabiają miesięcznie w wojsku tyle samo co żołnierze. (około 400 dolarów). Mają godziwe emerytury, a kasa jest tylko dla nich. Na jedzenie, lekarza itp. Włąściciel nie może zabierać swojemu psu emerytury ani pensji.
Sasha nie doczekała. Przed śmiercią, zanim trafiła na bombę, wykonała ostatni skok na spadochronie.

Ender patrzy na Szakirę i mówi: Jak nie będziesz już miała pieniędzy, to wiesz…

Jak na razie Szakira nauczyła się siadać. Super. Teraz jak chce cokolwiek-najpierw siada.
Pracujemy aktualnie nad łapą. Skoki na spadochronie – w późniejszym terminie.





Wizualizacja contra wzmocnienie pozytywne

21 09 2010

Dlaczego nikt mnie nie uprzedził, że posiadanie trzyipółmiesięcznego labradora to praca na cały etat? Wiem, wiem, powinnam zmienić tytuł bloga na : http://www.labrador.cośtam, albo http://www.dlaczegotenpiestakmniewkurza.pl
No ale po trzeciej zjedzonej parze butów (mam ich jakby nie było nie nieskończoną liczbę!) po kolejnej kupie w kuchni walniętej tuż po spacerze (nastroju się nie miało, hę?), po kolejnym zębie wbitym w moją dłoń (która wygląda jakbym bardzo nieuważnie siekała cebulę), po kolejnej gonitwie z hasłem przewodnim: Oddawaj to! Albo wymiennie: Co znowu żresz, Mierda? oraz licznych próbach wychłeptania wody z detergentami, pobudkach (MOICH pobudkach) z wielkim językiem na nosie lub w uchu i wielką łapą na piersi oraz okrzykiem: O Jezu, a co to? tudzież innych przygodach, stwierdzam: Jestem już stara.

Oczywiście słyszę te rady: a bo pies się musi wyszumieć. Gdzie ma szumieć? Na plażę chodziłam, żeby szumiał mi pies na niej, no ale wieczorem, po przypływie to mowy nie ma, kupa gówien z wody wypływa, a to ulubione przecież kąski! A w dzień… kiedy okazało się , że po wyjściu z morza wpada się w taneczny galop w te i wewte, to szybko okazuje się, że mokry ubłocony szczeniak z ostrymi zębami wcale nie jest ulubionym gościem na ręcznikach wczasowiczów. Dziwne, co nie;-)?

Dziś zaliczyłam pierwszą porażkę wychowawczą, to znaczy Szakira dostała solidne wciry. W nosie mam wzmocnienie pozytywne. Dostała butem aż miło. No bo klapek – japonek gumowych za 6 dolarów- nie szkoda mi było aż tak bardzo, ale dziś widok pożartego czerwonego sandałka skonfundował mnie solidnie. Co z tego, że sandałek leciwy był i żegnał się już ze światem, miał PRZEŻYĆ jeszcze ten sezon, a dał się zamordować psu! Swoją drogą, kto mi powie, skąd to zamiłowanie psów do butów właśnie? Słodki zapaszek Pani? Zacznę chyba jak Indianie chodzić na bosaka!

Plusy? W ciągu trzech dni schudłam trzy kilo. Ganiam ze ścierką, za Szakirą, za patykami, ogólnie biegam i zamiast modnego Duriana polecam paniom, którą chcą zyskać talię osy- kupić sobie szczeniaka. Jakby co-to mam jednego na stanie.

A z newsów to przeplotkowałam całą niedzielę z Dilsą. Siedziałyśmy sobie na tarasie i ona opowiadała mi co się działo jak mnie nie było, a Ender smażył nam ryby w kuchni oraz przyrządzał arroz con coco – karaibską specjalność (ryż z kokosem).

W pewnym momencie Dilsa poprosiła mnie, żebym została matką chrzestną jej dziecka. Urodzi się w marcu. Czyli co? Trzeba będzie wrócić na chrzciny? Poczekać tu na nie? Czy jak? Myślenie o przyszłości nie jest aktualnie tym, co wychodzi mi najlepiej. No chyba, że myślę o tym momencie, kiedy mój pies jest już duży mądry i posłuszny. To tak. To lubię robić. Wizualizacja. Może ona zadziała?

Poza tym szukam nowego mieszkania, bo to mi się nie podoba. Po ostatniej szczepionce Szakiry wybieramy się do selvy. Wprawdzie pies będzie musiał zaliczyć pierwszą w życiu jazdę na motorze,  a także na mule (co może być ciekawe), no ale wyjścia nie ma. Obcuję stosowne fotki. Jednak póki co to na razie wciąż plaża, morze, palmy, cumbia, jaszczurki na ścianie i komary, które spać nie dają.

Uroki Karaibów!





Psia. Czy kocia?

17 09 2010

Proszę, to dla ciebie- wręczył mi ciężką siatkę. Jakieś dziwne owoce? W życiu takich nie widziałam. Wyjął jeden i przełamał. Wyssij miaższ. …. Czeka. I pyta: Pycha co? No nie, nie pycha. Bez smaku. Lekko słodkie, ale tak mdło. Nijako. Nie pycha, w żadnym razie. Smakuje ci? Mhm, ale takie dziwne. Mówię. On też tak mówił jak zjadł chrzan. A grzybka marynowanego-jednego. Potem, żeby mi zrobić przyjemność, wyławiał tylko krążki cebuli i marchewki. No w kuchni się najwyraźniej nie zawsze dogadamy.
Mam tu jeszcze to- mówi. – Pomyślałem,że ci się przyda, jak będziesz sobie czytać na tarasie. Wyciągam jakieś sznurki i kawał granatowego płótna. Hamak!!!

Zawsze chciałam mieć hamak, uwielbiam hamaki!
Czyli co? Można powiedzieć, że to jest szczęście?

Można. A miłość jaka ma być – myślę sobie, patrząc na Szakirę.
Bo przecież są różne miłości. Psia i kocia.
Chyba jednak wole kocią.

To ta, co nie jest natrętna, nie wymaga za wiele i nie ładuje Ci się z łapami w życie. Chodzi swoimi drogami, czasem sie obraża, czasem przyjdzie sie przytulic, a czasem zamknie sie w pudelku na kapelusze. Ma swoje kocie zycie. Ale i tak wiadomo-kocha.

A psia?

Wchodzi Ci na glowe, chodzi za Toba krok w krok, co z tego ze mokra i prosto z wody a potem w piasku wytarzana? Co z tego ze UBLOCONA? Musi Ci wlezc na kolana na brzuch, ugryzc w ucho, ukrasc gumke do wlosow, to znaczy zdemontowac ci kucyk, znienacka wyszarpac strone gazety ktora czytasz, walnac cie ogonem prosto w nos, co z tego ze dziesiaty raz poszlas wyplukac mate na ktorej siedzisz, siebie i wszystko. Kiedy biegnie i uszy jej trzepocza i golebie nie daly sie jednak zlapac, taki zal! Trzeba tę kupe ubloconego nieszczescia przytulic. Zasikaną, brudną i mokrą.

Zatrzymali sie dzis przy mnie ludzie z malutkim rocznym dzieckiem. Chcieli sie zaprzyjaznic- to znaczy dzieciaka z Szakira.
Mowie im- ale uwaga bo ona rozhasana. A jak rozhasana to lapie zebami calkiem konkretnie.

Nic to. Polizala malucha, maluch sie usmial, oboje sie wytarzali w piachu,.

I powiedzialam – tak jakos mi sie wyrwało: I czy to nie jest szczescie?

Yes!!! -odpowiedzieli chorem. Parka. Nie wiem skad, nie stad, chyba Stany, albo Kanada wnioskujac z akcentu. Potem Szaki lazila za tym ich ludzkim szczenieciem krok w krok. Lizala. A potem poszli. Ciao. No to ciao.

A Szakira gonila golebie do upadlego, probowala plywac pieskiem ;-) i – chyba byla szczesliwa.

Patrzę na te pieski wymuskane, wystrzyzone, kanapowce, w torebkach od Prady noszone… podaj łapę, poproś o ciasteczko, bądź moim psem! Mozna tak??? Patrzę na ludzi higienicznych, na dzieci co mają wakacje w kapciach. Mój pies uwielbia po wyjściu z wody wytarzać się w piasku, a potem (złośliwie???) w podskokach wtarabanić się mi na kolana. Jestem brudna. Nie jesteśmy higieniczne, o nie.

Wszystko jest przecież takie proste.

Kiedy kilka miesiecy temu opowiadałam Enderowi o mojej Szakirze nr 1, ktora musiałam zostawić w Wenezueli, i mówiłam, że przez cale życie miałam jakieś psy, a teraz mi smutno bez nich, zapytał: WIEC DLACZEGO NIE MASZ PSA?
– No wiesz, od mojego eksa dostałam kota…jest kochany…
–  Ale przecież chciałaś psa.

Dopiero załapałam. Chciałam psa! A dostałam kota!
Rozbawiło mnie to do łez. To jasne, że ten związek nie mógł przetrwać!

A Ender,niewiele myśląc, z właściwą sobie logiką, kupił mi psa.
A potem zniknął w lesie. Jak kot.

I tak jest lepiej.  Zostałyśmy same. Radzimy sobie.

BĘDZIE DOBRZE!





Pieskie życie

12 09 2010

Szakira jest bardzo chora. Mniejsza z tym czy zawiniła kolumbijska beztroska (ileś tych szepionek już miała, ale ile? I jakie? A kto by to tam pamiętał?) czy polska ufność w psią mądrość (i spuszczanie ze smyczy na plaży pełnej szitu do jedzenia), efekt jest taki, że dziś z Santa Marta wróciłam bez Szaki.

Jak bardzo można się przywiązać przez dwa tygodnie?

No… bardzo. I pies też pokochał szybko.

Tak mi teraz smutno, nieswojo. Szakira została pod kroplówką w Santa Marta, wszystkie zastrzyki znosi dzielnie, te bardziej bolesne kwituje tylko pełnym żalu skowytem. Wpuszczanie glukozy (o smaku winogronowym) przez Endera (strzykawą wprost do gardła) też brała na biszkoptową klatę, a na mnie – jak wychodziłam z psiej kliniki – tylko popatrzyła z takim żalem. Nie miała siły machnąć kitą.

I nawet nie mam komu się na piersi wypłakać. Ender razem z muskularną piersią oddalili się w góry, Dilsa z dzieckiem w brzuchu do Bogoty, Nastolatka też gdzieś przepadła, jestem zatem sama jako ten palic, czytam „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk, doglądam rosołu na jutro i tylko mnie pociesza fakt, że pan weterynarz ma duże ładne ręce. Pokazał mi, gdy zapytałam: „Ale mogę ją zostawić w pana rękach? Ma pan… dobre ręce?”. Przyjrzałam się im dokładnie. Wyglądają na dobre. Pan weterynarz ma aparat na zębach i jest ciekawski. Zdążył dziś zapytać co robię w Kolumbii, jaki mam kolor oczu (byłam w ciemnych okularach) i czy w Polsce jest bardzo zimnno.

Poprosiłam, żeby tym razem skupił się na psie. A potem wszystko mu opowiem.

Grunt, żeby Szakira zaczęła znowu się uśmiechać!