Pitu przychodzi nocą…

18 10 2013

Twarde lądowanie – to mało powiedziane. W samolocie wytelepało mnie jak nigdy dotąd. Trzęsło, podskakiwało, spadało i wzosiło się, a ja spocona jak mysz coraz bardziej stawałam się mokrą plamą wnikającą w fotel. A potem było już tylko gorzej. To znaczy nie. Gorzej nie było. Było jak zwykle, tyle, że ja o tym jak tu jest ZWYKLE – już zapomniałam.

Bogota, parno, ale nie leje póki co. Jakoś wrzuciliśmy na luz z Katalończykiem (z którym szczęśliwie udało nam się spotkać we Frankfuncie po wariackim poszukiwaniu mojej walizki, która miała lecieć do Bogoty, ale przyleciała do Frankfurtu i nikt jej tam nie odebrał – no bo żesz sądziłam, że ona już sobie leci do Bogoty!! Wrrr!) i luzacko podeszliśmy do rezerwowania hotelu. Zapominając jednak, że przylatujemy dość późno, że mamy 7 sztuk bagażu wcale nie podręcznego (np. jedno gigantyczne pudło z lalką/bobasem, które nie mieściło się do żadnego plecaka) i że lądowanie na 2 800 m.n.p.m. po dwóch nieprzespanych nocach raczej nie zaowocuje radosnym hopsa hopsa i turlaniem wesołym naszych walizek po stromych ulicach Bogoty. Byliśmy flaki. Hotel, w którym się ostatnio melinowaliśmy, na Candelarii- zajęty. Inny hotel tuż obok – też. I kolejny również. Ale jak to? Ano takto, że akurat trafiliśmy na jakieś niewiadomojakie sympozjum, zlot młodzieży wszechoamerykańskiej albo inną ichniejszą oazę czy co tam. Dość powiedzieć – dupa czarna i kosmata. Tak to jest jak się myśli, że już się rozumy pozjadało wszystkie, i że globtroterując po świecie nie warto rezerwować hoteli. Może i nie, ale z nas takie globtrotery tym razem były jak ze słoików warszawiaki (no bo te walizy), a poza tym kto przewidzi sympozjum w Bogocie? Wywlekliśmy się z kolejnego już zawalonego młodzieżą hotelu i w dyrdy po brukowanych uliczkach Candelarii na górę z tymi w sumie 70 kilogramami. Pchając, taszcząc i pojękując (ja już się żegnam ze światem i ledwie na oczy widzę ze zmęczenia) szukamy hostalu, który niby nam wydzwonił miły pan w recepcji hotelu Oasis czy jak mu tam. No ale nie ma bata – nie dowleczemy się tak. Pora gwizdnąć na taksi. Ale ze zdobyciem taksówki w Bogocie jest tak jak ze zdobyciem 1 000 000 euro. Jakoś się nie zdarza. Zwłaszcza wtedy kiedy najbardziej potrzeba  ( w przeciwieństwie do taksówki mi milion euro potrzebny jest zawsze!). Wreszcie ja zostaję z tobołami, a Katalończyk biegnie zorganizować pojazd. Przybywają wreszcie. I co? Ano pan nie wie gdzie jest hotel. My wiemy, więc grzecznie pokazujemy mapę. Ale… pan nie ma okularów i nie widzi. Że nie widzi nie tylko mapy ale niczego, orientujemy się pół minuty później, kiedy wjeżdża na rowerzystę. Rowerzysta przeżył, więc dalej jeździmy po uliczkach Candelarii w poszukiwaniu jednego pokoju dla Polki i Katalończyka. Jest na pewno, gdzieś tu za rogiem, jaka ta Candaleria zawiła w realu jednak, na mapie wydaje się wszystko proste jak precel. A może w takim razie nie ten hotel tylko jaki bądź. Dziś padnę tak jak stoję byle gdzie, byleby dach był. A rano i tak robimy wymarsz wszak. Hotele? A kto by tam znał hotele. Ostatnią osobą, która zna jakis tani hotel jest przecież pan taksówkarz z Candelarii. No w końcu jakimś cudem znajdujemy adres hotelu udajemy się tam, a tam …. nie ma hotelu. Ha. Ale i tak dzwonimy. I co? A. Jest hotel, tylko szyldu nie ma, tabliczki nie ma, adresu tez nie ma (tak na wyczucie zgadliśmy, że to musi być tu, Katalończyk policzył domy i wypadło, że to gdzieś w pobliżu). No mega interes kolumbijski, doprawdy. Dla wtajemniczonych, hehe. Padliśmy i już nie wstaliśmy. Nawet włosy łonowe gęsto wyściełające toaletę nie odwiodły nas od myśli coby… zmienić lokum? Poszukać innego hotelu? A w dupie! Spać! Zimno było diabelnie jak to w Bogocie ( w ogóle nie rozumiem, jak można mieszkać w tym mieście dobrowolnie, a nie za karę). Chciałam nadać przed snem jeszcze wiadomość na fb, że żyjemy, ale pani nie umiała włączyć kompa ani podać hasła do wifi. I git. Nie to nie. Daliśmy nura pod nie pierwszej świerzości prześcieradło i więcej grzechów nie pamiętam. Za to rano! Rano wywlec się na zimnicę nie szło, wizja lepkiej łazienki nie zachęcała do prysznica, temperatura w pokoju także nie. No ale przecież czeka na nas śniadanko. Hm… gorszą kawę piłam tylko raz w Łebie w styczniu w barze Pod Morskim Pijanym Wilkiem gdzie dostałam przeterminowany napój w kolorze rzadkiej kupy albo czegoś w podobie. Ta tutaj smakowała podobnie. Jaka szkoda, że w kraju kawy nie potrafią zaparzyć kawy. Potem pani pracująca niby w recepcji w hotelu nie umiała wezwać taksówki, wreszcie wyszłam na ulicę i zapytałam przechodnia o numer. Wróciłam, wręczam pani z prośbą, aby tam zadzwoniła i wezwała jakieś coś co nas dowiezie na dworzec. A pani na to… – A może pan by zadzwonił ( patrząc na Katalończyka) bo ja się wstydzę.

No czego chcieć? Taksówkarza, który potrafi podrzucić cię w najbardziej turystycznej dzielnicy pod dowolny hostal? Hostalu, który ma nazwę i adres na zewnątrz a nie wewnątrz? I żeby pani pracująca w nim umiała włączyć kompa? I wezwać taksę? Nie. To za dużo. Dotarło do mnie wreszcie – znowu jestem w Kolumbii.

Podróż do Santa Marta autobusem z Bogoty odbywać miałam nie pierwszy raz. Wiadomo, że jedzie się… ha! Bagatela! Jakieś, marnie licząc 18 godzin (optymistyczne założenie). No ale może się coś zmieniło, puścili autopistę przez Andy albo co? Pytam pana kierowcę (pytam o godzinie 20, tuż przed odpaleniem silnika – A o której będziemy na miejscu? Pan się jakoś zafrasował i rzecze patrząc w ciemne niebo – o 11. – Naprawdę?! – szczerze się ucieszyłam. Ale zaraz. Jak nic, wypada że 15 godzin będziemy mknąć niczym jakieś nader hoże i żwawe Pendolino. – Tak, o 11 – pan się bije w pierś. A mi coś nie gra. I pytam pana – A ile się jedzie do Santa Marta? – No jakieś będzie 19 godzin jak gdzieś nie utkniemy – pan nie dał się zbić z tropu. Od 20 do 11 rano wyszło panu 19 godzin. A mi nie. I rację miałam (mimo względności rzeczy wszelakiej) jednak ja, bo jechaliśmy… 28 godzin. Wywrócił się tir na trasie i zbierali tira godzinami całymi. No i jak tu ufać Kolumbasom?

A potem zostałam motylem. Bo jak dotarliśmy do Casablanki to pewne drobiazgi najwidoczniej umknęły mojej uwadze. Szakira chuda jak patyk, Casablanca brudna i ciemna, manko zrobione że hej. Czego się mogłam spodziewać? Cóż, trzeba zakasać rękawy, wypucować kąty, pożegnać panią Dilsę na wieki wieków amen, podtuczyć Szakirę… I jakoś w ferworze tych zadań moja przemiana w motyla (czy też w przysłowiową motylą nogę) umknęła jakoś. Zlekceważona została dyletancko. No bo ostatecznie jakiś niemrawy pryszcz na palcu lewej stopy to znowu żadne halo. Do czasu kiedy nie zaczął boleć. Ten niby-pryszcz. Zresztą pryszcze na placach u stóp to już jakaś perwersja by była chyba, co nie? Boli jak diabli no i puchnie w oczach. Sinieje. Puchnie jeszcze bardziej, pryszcz robi się wielki i czarny. Babki lancetowatej ani na lekarstwo, antybiotyków nie chcę, nie lubię! No ale ta noga to już… jakby jej nie było. Chodzić nie mogę, rozglądam się za laską. I wtedy z pomocą nadciąga mój amigo capesino Carlos z gór. Najpierw smaruje mnie taką maścią jaką smaruje swoje krowy (bez komentarza. I nie ma się z czego śmiać złośliwy Katalończyku!), potem na targu kupuje mi wiecheć ziół, którymi mnie okadza i nuża mi kończynę w roztworze z zieleniny. Ale na nic to. Katalończyk leci do farmacji po jakieś specjały – jemu się ubzdurało, że mnie pająk ukąsił, ale prognozy Carlosa są zgoła inne.

– Nie chcę cię straszyć, ale jeśli jest to PITU, a wygląda mi na PITU, to nie będzie łatwo. Noga wygląda jakbym wróciła z wojny secesyjnej i nie napotkała na niej sanitariuszki Scarlett O’Hara (przypomina coś między stopą dotkniętą ostatnim stadium gangreny, balonem, który zaraz odleci i czerwoną dziecięcą piłką, a boli jak kurwa mać).

Carlos powiada – No cóż, nie chcę cię martwić ale to chyba PITU. A to bardzo niebezpieczne.

Czym, do jasnej cholery jest rzeczony przerażający PITU? Bo zdaje się, że to jednak on jest sprawcą moich bolączek. Gdzie nie pójdę (nie doszuram raczej) wszyscy rzucają się na mnie i krzyczą – masz PITU, masz PITU! Gdyby nie fakt, że nie czas na PITY mogłabym uznać , że każą mi wypełniać formularze, ale oni jednym głosem wołają – O , PITU, jakie PITU! I skąd tu PITU? Tracę cierpliwość. Nie wiem skąd i mam w nosie. Słyszę, że czeka mnie seria 15 zastrzyków, ale medycyna nie zna się na leczeniu z PITU więc nieśmiała sugestia jest taka, że MOŻE BY TAK WEZWAĆ EL PROFESOR-a?

El Profesor to Indianin Guajira mieszkający za rogiem, klasyczny curandero, wiedźmin, leczący słowem , a więc szeptun, znachor, szaman no i lekarz ciała i duszy. Ma całą masę ptaszków w klatkach i nie wiem, czy to nie z nich wytwarza swoje tajemnicze maści na wszystko. El Profesor przybywa zaopatrzony w słoiczki a w nich… Na boga żywego, nie wiem na pewno! Ale zgaduję, że załadował do nich mikstury z kupy nietoperza, śliny tarantuli i spermy aligotara – co najmniej! Codziennie po zmroku odbywamy sesję nad moją biedną nogą. Profesor się śmieje, że mam szczęście że mi spuchła jeno stopa aż po kostkę, po mogłam cała być obła aż po kolano albo i pachwinę ha! Szczęściara ze mnie, nie ma co! A ten PITU to kawał skurwysyna. Jak się okazało to taki niby motylek, niby komarek, jakieś latające gówno. Które wsysa się w ciebie jak śpisz i ładuje ci potomstwo w stopę. Bez twojej wiedzy, przyzwolenia, zaproszenia, po cichaczu i chyłkiem załatwia swoje ciemne sprawki ten obły stworzeń nieboski. No i tak mi się dostał kawior od PITU w stopie. Robal rzekomo z kawioru się nie wylęgł, bo zaczął by mnie zżerać i już by nie było dośmiechu, bo wtedy dochodzi gorączka zawroty głowy i ogólnie toksyczny gadzień jest. I wszyscy zdziwieni – PITU? Tutaj? Ale jak to?

Juz chciałam im wyłożyć, że przywiozłam sobie maskotkę z Czerniakowa, ale jednak nie. PITU mieszka w dżungli i widać z wiatrem i porą deszczową jakoś się mu tu przyfrunęło dziwnie, a przystanek zarządził w mojej stopie. Ale już został wyeksmitowany. Wahałam się czy zaufać Profesorowi, no bo jednak jakoś miałam wizję, że antybiotyk i zastrzyk się należą mi jak psu buda. Ale nie. Czary mary, smaru/smaru, pitu/pitu i robal zmarł, niech mu ziemia lekką nie będzie! Tym samym moja możliwa przemiana w motyla nie nastąpiła. W sumie chyba to i lepiej.

No i teraz wreszcie mogę napisać Państwu, że żyję, mam sie dobrze (wcześniej się nie miałam), szok kulturowy nie puszcza, woda leje się na łeb, szukam bezskutecznie pani do sprzątania i rozważam możliwe scenariusze na nadchodzący rok. Tymczasem przyjechali Argentinos ze szczeniakiem i Szakira urządza dzikie gonitwy po kuchni. Oddalam się ratować butelki z octem balsamicznym. To jedyny powiew Europy, o której jakoś się tu szybko zapomina. Ciekawe dlaczego… ?

Reklamy




Początek podróży

24 07 2013

Ile razy można uczyć się na błędach? Czy wróżki naprawdą widzą przyszłość? A czarownice? A demoniczni szamani z głębokiego lasu? Bo jeden taki zasuszony czarownik drugiego marca w sercu selvy powiedział mi po ceremonii : teraz już wszystko będzie dobrze. Następnego dnia próg Casablanki przekroczył pewien Katalończyk. Zwariowany Katalończyk, może nie tak jak Zwariowany Kapelusznik, ale równie loco. Zwariowanego Katalończyka (w skrócie Zetka) poznałam nad rzeką. Miał spojrzenie spaniela, wielkie zęby i czapkę Lenina (no, może nie Lenina, ale podobną w fasonie).  Kolejnego dnia, wracając od szamana, spotkałam go znowu. Tym razem na wiszącym moście, prawie takim, na jakim Indiana Jones stoczył finałowy bój z krwiożerczymi siepaczami czy innymi złymi ludźmi. Ja z labradorką na smyczy, on (tzn.Z.K, a nie Indiana Jones) w grupie, z wycieczką. Po drugiej stronie mostu czekał na mnie mój muł i gęsty las. Na Zwariowanego Katalończyka po drugiej stronie czekała drogę pod górę w upale (nietrudno się zorientować, że byliśmy po przeciwnych stronach mostu). Na pocieszenie dałam mu wizytówkę i powiedziałam, że jak wróci do Santa Marta to niech wpada na kawę albo na browar. Wpadł. I już nie wypadł. (Postronny Obserwator i uczestnik owych zdarzeń, niejaki Kris mawia: „Wpadł na piwo i wpadł jak śliwka w kompot”).

Z.K. niczym Obi Wan Kenobi albo inny Jedi okazał się wojownikiem Jasnej Strony Mocy. Przegonił smoki, wypędził orków, napluł prosto w samo Oko Saurona. Ugasił ogień pożogi, wypompował wodę z powodzi, uspokoił tornada i burze. Mimochodem i przy okazji uznał, że taka sympatyczna Iwonkapibara jak ja, ;-) to interes życia i jak złapał, to już nie puścił. Do Polski przyleciał trzy miesiące temu, trzy tygodnie po naszym spotkaniu na wiszącym moście.

Wiatry wciąż wieją nad naszymi głowami. Przetaczają się grzmoty i błyskaja pioruny. Zło nie śpi i czai się pod mokrym, omszałym głazem, pod łóżkiem, w wykrotach i jarach. Jak dotąd Świetlisty Miecz się nie stępił. Jak dotąd ZK nadal marznie i dygocze w północno wschodnim kraju gdzie lato tego roku nie zajrzało. Pocieszam go pierogami z jagodami i pierniczkami. Ale słońca nijak nie zastąpią.

Czy roztrzepana, acz niebywale rozgarnięta (!) Słowianka z zimnego kraju o temperamencie Iwonkipibary , charakterze Zbója Madeja, łatwości wywoływania awantur arabskich, niezrównoważona emocjonalnie – czytaj: typ depresyjno – maniakalny, który raz rzuca kotem o ścianę, a innym razem swe gołębie serce kroi na plasterki ostrym nożem z Ikei i podaje w porcelanowej miseczce… oraz Katalończyk o uporze osła ze Shreka i anarchistycznych zapędach do wzbudzania powstań, słabości do płatków na mleku, surowej ryby i jamon serrano oraz skłonności do stawiania na jedną kartą i nienawiści do temperatury niższej niż 25 stopni Celsjusza – czy oni mają szansę? Czy w ferworze zdarzeń zapomnieli, jak łatwo o pomyłkę, upadek, zwątpienie, pożegnanie, błąd? – ktoś mógłby zapytać przezornie.

Nie zapomnieli. Ja nie zapomniałam. Boję się tej podróży, bardziej niż tamtej, w którą wyruszałam trzy lata temu. Jest podobnie. Ląd nieznany, przyszłość niewiadoma. Zmieniło się tylko jedno. Czuję, że nie jestem już sama…





Zielono mi

7 06 2012

Czyli Park Tayrona w kolejnej odslonie… No nie. Nie narzekam. Widoki mam tu niezgorsze, nie da sie ukryc (wiec nie ukrywam jeno publikuje). Zielony ponoc dobrze robi na oczy. Lepiej niz rozowe okulary.

A ja w przyszlym tygodniu zamierzam sie do Tayrony oddalic na calkiem dlugi czas. Ta dam.  Zielonoooo miii!

Tak wiec nie ma co czekac, jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy, tylko pakujemy walizki i przyjezdzamy do Kolumbii!!!!! Raz, dwa, raz, dwa! Zadne tam wymowki, ze czasu nie ma, ze korporacha wciaga, ze w Kolumbii niebezpiecznie albo cos tam cos tam.

W Kolumbii jest zielono!!!!!

http://www.youtube.com/watch?v=NeWYgFQYAF0





Pirat z Karaibów jedzie na premierę!

13 04 2011

Kochani, lubicie zwariowane pomysły?

To ja mam jeden.

Pomóżmy Sebastianowi. To mój kumpel,  który  przez przeszło rok przemierza lądem Amerykę Południową.  Z Argentyny jedzie do Los Angeles na premierę Piratów z Karaibów, żeby spotkać się z Johnnym Deepem. Seba zarabia na fotkach, jakie robią sobie z nim ludzie.

O. Tak właśnie. To jest Seba:

Pomyślałam, że warto byłoby powiedzieć menadżerowi Deepa lub choćby polskiemu dystrybutorowi filmu o istnieniu Seby. On tylko chce zrobic sobie zdjęcie z Jackiem Sparrowem no i musi jakoś wejść na premierę.

Znajomi Dziennikarze i Filmowcy! Ktoś może pomóc?





I ja tam byłam, rum i wino piłam

18 09 2010

Nocą przyszła Burza. Taka straszna, z wielkimi piorunami, od których robi się jasno jak w dzień, i z grzmotami długimi, toczącymi się gdzieś po ziemi. Ostatni raz taką burzę przeżyłam w górach w Grecji. Wtedy bałam się naprawdę, słuchając jak grzmoty biegną po szczytach. Nieprzerwanie. Teraz bałam się tak raczej bezinteresownie. Pies spał, w nosie ma zjawiska przyrodnicze, sam wszak do nich należy.
Przyszedł czas na rachunek sumienia. Osiem miesięcy w Ameryce Południowej, dwa – wakacyjne – w Polsce i końcówka roku  w Kolumbii otra vez.
Nie znalazłam czasu na zrobienie mapki, nie znalazłam na opisy takie bardziej szczegółowe co gdzie i jak, jeśli ktoś się wybiera, ma życzenie się dowiedzieć, proszę się zaanonsować w komentarzu, na pewno odpiszę. A tymczasem SUBIEKTYWNY RANKING IWONKIPIBARY;-)

NIEUSTAJĄCO PIERWSZE DWA MIEJSCA ZAJMUJĄ W NIM
1. WENEZUELA I KOLUMBIA
Wcale nie dlatego, że to był mój pierwszy raz – chociaż nie wykluczam, że „najpiękniejszy pierwszy dzień, potem wszystko idzie w cień”. Ale chyba nie o to chodzi tym razem. Wypadkowa nienachalnej (czytaj nie na sprzedaż) egzotyki, totalna, bujna i OGROMNA przyroda, która szczelinami wciska się do domów (pisałam już że tym razem w domu nie mam karaluchów? ZA TO STADAMI PO ŚCIANACH BIEGAJĄ ZIELONE MAŁE JASZCZURKI Z KOMICZNYMI RYJKAMI. ZDECYDOWANIE JESTEM za!).
Góry, doliny, morza, rafy, gęsta dżungla, papugi i jaguary, jak się ktoś uprze to i Indian golutkicyh jak ich sam Pan Bóg stworzył znajdzie i takich (lepiej ich nie szukać) co plują do nieznajomych całkiem niefajnymi strzałkami, od których się możesz przenieść do Krainy Wiecznych Łowów. Mity i bajki żyją tu na równi z serialami. Z tym, że w seriale jednak wierzy się mniej.

Jest bałagan. Jest – co tu dużo gadać- pierdolnik. (wenezuelski inny niż kolumbijski, ale to jednak w obu przypadkach jest właśnie TO!).

Są miejsca, w których można zginąć w ciszy. Najpiękniejsze moje momenty?
Stalowe delfiny pluskające się obok mnie w Orinoko i Orinoko sama. Rzeka tajemnic. Tysiące papug na jednym drzewie i ich wieczorna odprawa- wrzask nie do opisania.

W Kolumbii? Rozgardiasz i ludzie. Niesubordynowani, bez żadnych zasad, ale przyjaźni, uśmiechnięci, zawsze pomocni i weseli.
I selva też. Poznana, oswojona. jej mała część- już moja, na mule mogę jechać z zamkniętymi oczami! Nic więc dziwnego-że kochana.

Ekwadoru nie znam. Przejechałam gon ekspresowo – w tydzień. Miłe miejsce, takie pograniczne. Już więcej Indian na ulicach, już inaczej ( W Kolumbii i Wenezueli Indianie tworzą swoje enklawy w Sierra Nevada de Santa Marta w San Agustin itd – na ulicach ich nie ma, a jeśli są to wtopieni, nie tacy barwni jak potem. Ekwador to przedsionek POMIESZANIA.
Dobre ceny, raczej podłe żarcie, żadnych złych przygód. Ale wielkiej chęci, żeby akurat tam wrócić- brak. Może kiedyś…

Peru- perła w koronie. Turystycznej. Oprócz zagubionych w dżungli miejsc gdzie nie docierają turyści ( i ja też nie dotarłam) absolutnie wymuskany (jak na Am Pd rzecz jasna ) turystyczny kołchoz. No, animatorów jak w Tunezji się dzięki Bogu jeszcze Państwo nie dorobili, ale śmiało do Peru (na szlak Gringo) można jechać z angielskim i rozmówkami hiszpańskimi. Jak ktoś chce zboczyć ze szlaku, niech zapomni o inglisz.
Peru jest – jak na Am Pd znowu zaznaczę- całkiem cywilizowane. Można tu latać na lotniach, uprawiać kitesurfing, zjeżdżać na deskach z wydm, nurkować, wspinać się- wszystko mas o menos dobrze zorganizowane. To taki kraj na wakacje dla tych co się boją na naprawdę dziko pojechać, ale troszku tak by chcieli… Choć wiem, że są miejsca w Peru gdzie… Olaboga!!! Ja jednak (jako że nie byłam sama a z Panem który lubi, żeby było raczej czysto) do nich nie dotarlam.
Ceny w Peru są dobre. Za 2000 zl, żywiąc się w restauranach tanich i sklepach można na dużym luzie przeżyć miesiąc (nie wliczam wycieczek oczywiście).

Boliwia – o matko bosko! Tanio jak barszcz, naturaleza- OBŁĘDNA! A jednak nie. Ja miałam doświadczenia złe. Ludzie warczą, kradną, popychają się na ulicach, brud straszliwy, taki NADRZĘDNY, pachnący zgnilizną i spalinami, wysokości (ponad 5 tysięcy momentami, a 4,500 to norma) zabijają. Żarcie potwornie podłe. Ale znam takich (na przykład Suchego) którzy mi mówią: W miastach nie bywaliśmy, wspinaczka super, ogólnie fantastico. Ja w Boliwii byłąm bardzo chora więc może spróbuję przewartościować poglądy. Kiedyś. Szymonie, wierzę, że pomożesz!!! :-)
Ale przyznaję: dla takich widoków jak Salar de Ujuni i pewnie dla tych sześciotysięczników-warto znieść wiele. Mi zabrakło zdrowia i siły, a z nimi odwagi.
Argentyna- Raj. Szwajcaria Am Pd. Drogo. Super fajne buty. Kuchnia… booooooooska! Wodospady też. Polecam, można z małymi dziećmi. Zaplecze turystyczne dobre. Da się żyć w warunkach europejskich, a jak komuś trzeba wielorybów albo konnych przejażdżek i innych gauchos- też się znajdą.

Urugwaj- nie wiem. Znam Colonię- takie urugwajskie Toledo. Piękne, ciche. Ogólnie podobnie chyba jak w Argentynie. Czysto miło.

Reasumując – komu trzeba, żeby było jak w domu- niech jedzie na południe- ponoć Chile też jest drogie, turystyczne i wymuskane, komu trzeba adrenaliny albo takiej NATURALEZY bez banerów, to polecam północ AM PD.Oczywiście w każdym kraju (zarówno w Peru jak w Chile) teoretycznie są wycieczki a to „do dżungli” a to gdzieś tam- na ranczo konna wycieczka z obiadem”. Ale proszę w to nie wierzyć. Dżungla to są żarty. Jakieś domki drewniane i parę papug na drzewie.Jak na działce pod Warszawą.  A ranczo – też nic wielkiego. żeby pojechać dalej i głębiej trzeba zapłacić więcej, albo… omijać agencje podróży. Albo znać dobry adres. Ale kiedy się jest turystą, co przyjechał na trzy tygodnie to ciężko jest-wiem. I dlatego właśnie polecam Wenezuelę i Kolumbię. Bo tam – nie ma przebacz.
Wszystko jest takie jakie jest.
Nikt nie ściemnia.

Ja tylko żałuję że nie dotarlam do Brazylii. Ale przecież:
JESZCZE W ZIELONE GRAMY, JESZCZE NIE UMIERAMY…

;-)
A teraz tu, tak mi się marzy skok do Panamy. Ale z kasą krucho. Sponsorze!!!! Odezwij się! 





Zdechła ryba i inne nieszczęścia

10 09 2010

Jednak się posikała.
I sika niestety po dziś dzień. O Szakirze mówię. A ja wpadłam jak śliwka w kompot.Załatwiam, wynajmuję, urządzam, kupuje, szczepię, a także uczę aportować, przekonuję do chrzanu i chleba, który nie jest miękki i słodki. Ale bez skutku. Trudno. Będzie więcej dla mnie.
Trwa pora deszczowa, leje jak z cebra przy temperaturze 39 stopni. Ogromna wilgotność. Plus taki, że skórę mam miękką i aksamitną jak pupka niemowlaka.
Szakira też lubi deszcz, więc z tym problemu nie mamy. Gorzej, że sika gdzie popadnie i trudno ją tego oduczyć. Do tej pory mieszkała w domu z patio i trudno jej wyczaić że klatka schodowa to nie jest patio. No nie jest. Więc sprzątam. Przygoda ze zdechłą rybą, którą zaliczyliśmy przedwczoraj skończyła się też nie najszczęśliwiej.
Jak wiadomo, w morzu są ryby. Czasem zdychają. I czasem, jak jest przypływ to morze te trupy wyrzuca. Co z tego, że śmierdzą jak tylko rybie trupy potrafią? Kiedy taką rybę można wziąć do pyska a nawet zjeść? No i mamy temperaturę i psiaka, który mi tu ledwie zipie. Za nami już dwie dawki antybiotyku, jutro-kolejna.
Pierwsze 3 dni zaliczałam oględnie mówiąc: wkurwa za wkurwem. Pierwszy podstawowy zafundował mi Kolumbas Ender. Od lipca prosiłam chłopaka, żeby mi wynajął mieszkanko, apartamiento, z widokiem na mar. Miało byc to co poprzednio, ostatecznie inne ale w tym samym budynku. Jechałam na gotowe, jak do Mamy na działkę. Po przyjeździe dowiedziałam się jednak, że kilka dni muszę poczekać bo pani się nie chce wyprowadzić. Pognałam do administracji, coby dowiedzieć się co to znaczy KILKA dni? No… jak to? Jakie dni? Nie ma żadnego mieszkania. Jak poczekam miesiąc, to może będzie ale nieumeblowane i nie wiadomo, czy będzie na pewno i ogólnie to raczej niewiele wiadomo. A ja z psem na smyczy plecakiem i walizką na ulicy. Ender zaliczył polską awanturę na samym wstępie. Że dupek, że nic nie potrafi załatwić jak trzeba i ze w tej Kolumbii to wszystko do bani jest, syf, malaria i ja spadam!!! No. To awanturę mamy już za sobą. Dziecko mi się tłumaczyło: To nie moja wina. Ta pani w administracji mnie… okłamała!
Potem zaczęło się wynajmowanie mieszkania. Pan miał zadzwonić ale nie zadzwonił, inny pan się zgodził wynająć całkiem tanio, ale jak mamusia pana zobaczyła pieska to podniosła wielki krzyk ze con mascota to NO no, no! A potem było oglądanie tysiąca tanich nor bez okien lub drogich apartamentów. Wreszcie wylądowałam… w Rodadero. No nie tak miało być, ale nie narzekam. Rodadero to tutejszy kurort 6 km od Santa Marta. Coś pomiędzy Juratą a Sopotem. A może taki raczej nasz Władek? Białasy tu raczej nie zagladają, to miejsce dla bogatych Kolumbasow. Momentami nie za pięknie, wieżowce na plaży itd. ale można znaleźć zaciszne zakątki. Ja mam swoją sympatyczną palmę, która swoimi kokosami wtarabania mi się na taras i klimę w sypialni. Wprawdzie 4 dni załatwiałam internet, a tydzień pana co miał przypiąć TV kabel, ale wreszcie CHYBA wszystko się udało.
No więc jestem zainstalowana na Karaibach, tak jak chciałam. A co dalej – to się zobaczy.





Las noches madrilenias czyli opowiem Wam o sosnie

29 08 2010

:-) Noc glucha, madrycka, sobota wesola, spiewna (besa me – besa me mucho!) ja w drodze i bez `polskich znakow… Gazpacho zimne i ostre, temperatura wysoka, a ja w rozkroku. Dzis tutaj Madryt – europejski bardzo, jutro juz America del Sur. A ja¿? ROZDARTA SOSNA

Saludos de Madrid!!! I zyczcie mi tylez samo startow co ladowan. I gumowych chmur. I zeby Szakira sie na moj widok nie posikala!!!