Dzień doskonały

27 07 2013

Słońce zagląda przez dziurę w dachu. Mieszkam na strychu. Są tu dziury w dachy, prawie jak w Casablance, tyle, że te tutejsze dziury mają szybki i nazywają się lufcikami czy jakoś tak podobnie.  A więc zagląda słońce i liże i omiata i plama na łóżku się robi coraz bardziej żółta, pomarańczowa i ciepła.

– Ale ciepło… – mruczę przez sen.

-Ty nie wiesz, co to jest ciepło – mruczy Katalończyk.

Pierwszy niby taki dzień odkąd pojawiłam się na polskiej ziemi. Chyba ciepły jak się wydaje, choć te chmurki jak poduszki powietrzne pęcznieją nad głową, słońca nie widać, końca nie widać. To akurat dobrze. Bardzo trudno pójść tra la la la hop do przodu, ale wszak to właśnie robię. Idę. A więc – wstajemy. Późno już, ale wczorajsze party w cafe kulturalna (no bo jakaż inna być mogła ;-) ) nas dzisiaj wcisnęło w poduszki i tak trudno się z nich wygrzebać.

A jednak robimy to. Pytanie – zjeść knedle ze śliwkami podarowane przez tatę czy raczej po prostu capucchino? O! Borówki ze śmietaną też będą doskonałe! A knedle będą na deser. Teraz rytuał. Internet, pisanie, myślenie. Czas mija. Jednak jest gorąco.

A więc – prysznic. Jakieś zadania na dziś? Ach tak, miałam pójść do banku spłacić trochę długów, odebrać okulary (boję się , bo optyk powiedział, że mogę się zataczać i może być dziwnie, no cóż. Dziwnie będzie nie pierwszy raz). Ale to sobota. Banki nieczynne.  Optyk może być.

Marynuję tuńczyka. Oklepuję go, pieszczę, nacieram. Z porzeczkami. Czerwonymi. Na konferencji Vichy mi pokazali jak robić, pyszny jest tuńczyk z czerwonymi porzeczkami., miodem i sosem sojowym.

Czas mija. Na wieczór plan – ognisko nad rzeką. Kiełbaska? – pyta Katalończyk i oczy się mu błyszczą. Tak. Kiełbaska, ale też ziemniaki w popiele, a dla wegetarian cukinia albo inne papryki i jabłka. Ludzie, których znałam. Koleżanka z liceum, kolega poznany w Kolumbii, znajomi sprzed lat. Przez chwilę wejdę w świat plotek, opowieści, żartów, rozmów o wszystkim i o niczym. Wino pite z gwinta, Wisła, może porzucamy freesbee? Ktoś jest w ciąży, ktoś się rozstał, ktoś znalazł nową pracę, poza tym – nic się nie zmienia.

Opowiem jak jest na Karaibach, ile kosztuje działka koki i że lecę za kilka dni do Barcelony budować świat z Kimś od nowa. Poplotkujemy, poopowiadamy i pośmiejemy się. Mało? Ale ważne przecież.

Przyjdę do domu (nie mojego), zamknę oczy. Pod powieki wkradnie się obraz świata nie stąd. Świata, który już na mnie czeka, wypiera ten świat stąd, sprawia, że wszystko widzę przez mgłę.  Już gotuje mi niespodzianki. Jak one mogą istnieć obok siebie? Te światy. Przecież… To niemożliwe? Wtedy otoczą mnie ramiona, okryją jak płaszcz. I pewnie zasnę uspokojona, zapominając o tym, czego się boję.

Tak. To będzie perfect day.

Reklamy




Na fali

8 08 2011

Wstyd i hańba! Tak zaniedbać blogowisko!

Sądziłam, że formuła się wyczerpala, ale nieoczekiwanie przez – ni mniej ni wiecej – a bloga właśnie – odnajdują mnie różni dziwni, często – fajni ludzie. Ostatnio Polka mieszkająca w Santa Marta, ale też Emilia z Wysp Zielonego Przylądka i nawet pewna pani z pewnej telewizji… też znalazła.

Więc może warto rzucić czasem blogowy ochłap? Na więcej – póki co mnie nie stać, proszę o cierpliwość, na pewno przyjdą lepsze czasy dla bloga.

 

W Polsce tradycyjnie pożeram ruskie pierogi, a nawet WRESZCIE!!! uczę się je wytwarzać i zastanawiam nad tym, czy ruchy, które wykonuję są przemyślane, rozsądne i słuszne.

Zamilkłam bowiem nie z czystej złośliwości, zgnuśnienia lub pospolitego lenistwa. Tu się dzieje! Huczy, buczy, powiewa, dymi i paruje. Pod czachą.

A wszystko to – bo Ciebie kocham… e.. nie to nie tak szło. A wszystko to – bo znalazlam wymarzony DOM.

Proszę trzymać kciuki, bo dopóki czarno na białym nie zobaczę kontraktu, to nie uwierzę że go wynajmę i że za tyle! Siedemnastowieczna kamienica. W centrum Santa Marta. PIęęęękna!!! Tuż obok Katedry. Nieopodal morza. Jakieś – lekko licząc – 500 metrów będzie hawiry, jak nic. Plus patio z pochylonym drzewem limonki w pakiecie. Więc wyjdzie najwyraźniej tak, że i mały hostal  i restaurana się spreparuje od ulicy no a przede wszystkim JUNGLE TOUR – agencja podróży, która nabiera rozpędu tu znajdzie swoją siedzibę.

Pierwsza polska grupa zorganizowana zbiera się już w biurze LOGOS TOUR. (Niebawem- o czym na pewno doniosę – pojawi sie strona JT.)

Dzieje się duzo więcej, ale to nie są blogowe historie. Zaliczam spotkania ze znajomymi, rauciki u panów ambasadorów Kolumbii i Ekwadoru ( bardzo przyjemne fiesty!!!!), pływam łódką po jeziorze, szykuję się na hardcorowy wypad na Krym – namioty, noclegi pod chmurką, jeepy i jakieś ponoć – jak zaklinają kierowcy – same haszcze, ostępy i inne oczeredy. No i, rzecz jasna Czufut Kale i Bakczysaraj.

„MIRZA: Tam nie patrz. Tam spadła źrenica o dno Al Kahiru

niczym grom uderza! I ręką tam nie wskazuj. Nie masz u rąk pierza!

PIELGRZYM: Mirzo, a ja spojrzałem. Przez świata szczeliny

Com zobaczył – opowiem po śmierci. Bo w żyjących języku nie ma na to głosu.”

Sonety Krymskie (ale cytowane z pamięci, więc mogło lecieć inaczej ;-) Kto napisał sonety to chyba tu na tym blogu tłumaczyć nie muszę? :-)

No i co? Lubię mojego bloga. Jest jaki jest, niedopieszczony i biedniutki, ale dziś pewien – nazwijmy go Anastazy – rzucił, ściskając mi dłoń na powitanie – Muszę wyznać, że wirtulanie – choć o tym nie wiesz- poznaliśmy się przez twojego kota… Anastazy czyta mojego bloga a dziś przypadkiem wpadliśmy na siebie w realu. Pierwszy wpis jaki zaliczył Anastazy był na temat tego, CZEGO NIE ROBI SIĘ KOTU :-)!!!

Jestem w Polsce i wiem na pewno, że to moje miejsce na ziemi. Żeby nie wiem co. Ale niekoniecznie miejsce, w którym muszę aktualnie przebywać ;-)! Dalej w rozkroku żyć się nie da, no way. Za miesiąc więc opuszczam ciepłe pielesze. A tymczasem…

Upajam się faktem, że nie muszę codziennie urzadzac polowania na kleszcze ani wytrzepywać stada czerwonych mrówek z poscieli. Upajam sie faktem, że ktoś mądry wymyślił marynowanie grzybów, wędzenie ryb, kiszenie ogórków itd. Upajam się ładem, spokojem, ciszą, zielenią, kwiatkami polnymi, zapachem chleba. Nie mam tego wszystkiego tam.

Pyta mnie coraz więcej Znajomych ( pomijam ulubione pytanie quizowe absolutnie numer 1: : Dlaczego nie jestem opalona) czy jestem pewna że Kolumbia to mój swiat. (Nie, nie jestem, wcale tak nie twierdze), gratulują mi odwagi „pójścia wlasną drogą”. (Nie mam odwagi, strasznie się boję!). Pytają, czy jestem pewna, że już nie zmienię zdania. Haha. (Jestem pewna że zmienię zdanie) czy mi tam dobrze (i tak, i nie), czy wiem na pewno ( a kto wie?) itd. No ludzie! Jest jak jest. A jak bedzie  – to się przecież zobaczy. ;-)

 

Po prostu Fala przyszła. I niesie.