Tranzyty

30 01 2010

Jak mawia moja dobra znajoma ekswróżka każdy przynajmniej raz w życiu ma jeden. No to znaczy się ja mam teraz. Nie wiecie, co to tranzyty? Też nie wiedziałam dopóki nie dostałam. To coś jak… świnka może? Albo ospa wietrzna. Tylko dużo dużo bardziej i nie na ciele tylko w środku. W człowieku. Wszystko się przewala, mieli, kotłuje… A efekt – niewiadomy.

To przez te tranzyty nie pisałam. Zaniedbać Czytelnika… nieładnie. Ale tu nad Santa Marta aktualnie planety szaleją, szaleją, się śmieją, się śmieją…

Mieszkam w norze. Lub w klitce. Okien nie ma bo już w XVII wieku (tak, tak stara ta kamienica!) mieli wizję, że jak słońce wpada przez okno to jest ciepło (słuszna teza) a jak jest ciepło, to jest źle (niesłuszna). Rozwiązanie zatem jest jedno. Okien niet! Jako że cierpię na coś w rodzaju klaustrofobii w zarodku, zawsze mam otwarte drzwi wejściowe. A jak się ma otwarte drzwi wejściowe, to wchodzą przez nie różni ludzie. 17-letnia Marilyn uczesać się moim niebieskim dużym grzebieniem, 16 -letnia Cledys posłuchać ze mną jej ulubionej muzyki, 10 letni Jaime tak po prostu, posiedzieć, sąsiadka na ploty i wyjeść coś z garnka, Ender no bo on zawsze jest pod ręką, pan sąsiad, który z termosów sprzedaje kawę na ulicy poczęstować mocną małą czarną z cynamonem, Dilsa na zwierzenia, ktoś pożyczyć garnek, no i trzyletnia Sophia poskakać na materacu. Czasem wszyscy przychodzą w tym samym czasie. Czasem z patio przylatuje papuga. Regularnie odwiedzają mnie karaluchy wielkości pekińczyków (co sprawia, że jestem na skraju załamania nerwowego). Na brak towarzystwa nie narzekam. Codziennie jednak na dwie godziny opuszczam kołchoz i udaję się do Escuela de la Lengua gdzie z czarnoskórym costenio Marco praktykujemy mój espaniol.

A noce… noce spędzam na rogu 10 i 11 wśród Królowych Nocy. Mariana, była aktorka telenoweli naciąga na ryż za pół dolara.

To jest Mariana:

….

Inne otaczają mnie, wolają:Polaca, Polaca, sexy munieca… Elegancki pan w okularach podchodzi i mówi…

-Pamiętam Cię. Z Madrytu.

???????

-Spadaj – woła Sara.

To jest Sara

No bylam w Madrycie. 5 razy.

  • Widzisz, pamiętam cię- pan się uśmiecha…
  • Ona nie pracuje. – ucina Sara. I pan ulatnia się jak dżin.

Zasadniczo jestem bezpieczna, bo centrum seksu i biznesu mieści się w sklepie Jose, a Jose jest bratem Endera. Na tej ulicy nikt mi krzywdy nie zrobi. Ale już kawałek dalej…

Był środek tygodnia. O 16 zaczęli świętować urodziny,. Dostrzegli mnie i zawołali, gdy wychodziłam z cafe net. Amigo Endera kończył 22 lata, masa ludzi, nawet Tata Góral się zaplątał. No nie mogę… nie mogę się teraz zabawić, doprawdy NIE… kurs o 17 czeka. Po kursie dobiłam do towarzystwa. A tam już… wesolutko. Salsa daje do pieca, koleżkowie na twarzach czerwoni. Nagle ktoś z krzykiem wybiega na ulicę… gonią złodzieja, jak to tu mają w zwyczaju? Nie, za rogiem zastrzelili człowieka. Znajomego. Szedł na nasze urodziny.

Po chwili wracają. W milczeniu. Głowy zwieszone. Jakby nie było, znali gościa.

-Dlaczego go zabili? – pytam

-Widać miał kłopoty?

-Jakie?

-Nie wiemy.

Te kłopoty lepiej omijać szerokim łukiem. Wyciągam Endera z tawerny i po drodze mówię mu:

To nie jest dobry kraj.

-Nie przesadzaj. Tu źle żyją tylko źli ludzie. Lepiej nie mieć kłopotów. Ty nie masz. Ja też nie.

My jesteśmy bezpieczni.

Powiedzieć mu, że zaczęłam grzebać w nieprzyjemnych tematach? Dzieci wcielane do guerilli. Oddawane w służbę FARCu. Chłopcy do zabijania. Dziewczynki do użytku wewnętrznego. Tak… tutaj też. Bajka, że w Sierra Nevada nie ma już paramilitares okazała się ściemą dla turystów.

  • Kojarzysz kolesia w bajsbolowce, siedział dziś po twojej lewej
  • Kojarzę. Pablo? Jest zdaje się kucharzem… pracuje z twoim ojcem.
  • Przez 10 lat siedział z nimi w lesie. Jeśli chcesz, on ci wszystko opowie.
  • Zabijał ludzi…
  • No możliwe. Raczej tak.

Narkobiznes. Krew na rękach. Zasady ponurej gry.

Już ponoć nie tak ponurej. Już nie zdzierają regularnych haraczy. Tylko przychodza po krowę. Albo po kurę. I wtedy trzeba dać. Czasem przychodzą po dziecko. Wtedy tez trzeba. Bo jak nie jesteś z nami, to jesteś przeciw nam.

W tym tygodniu zaprosiłam Pabla na camarones al ajio… Nie jada się takich rzeczy w lesie!

Reklamy




Czas Gorszych Ludzi

24 01 2010

Dziesiąta i jedenasta. Te dwie przecina piąta. Calle 11 i 10, carrera 5. Sklep jest na rogu dziesiątej. To najdziwniejsza ulica w mieście. Ulica Tolerancji. – mówią tu o niej. Centrum prostytucji. Półświatek. Wielki świat pogubionych i wykluczonych, dla których po zmroku tutaj właśnie zaczyna się prawdziwe życie.

Prostytutki jak kolorowe ptaki, jak wykrzykniki, handlarze koki – przeciwnie, wtopieni w tłum, szarzy na twarzy, nijacy, bez koloru. Kokainiści błądzą po ścieżkach swojego roztopionego umysłu, magma w duszy, lane ciasto na twarzy. Ci co palą zioła mają migoczące szklane kulki zamiast oczu, świat się do nich uśmiecha, a oni do świata. Połykacze ognia i facet, który wsadza sobie nóż do nosa. Homoseksualiści – poszukiwacze. Kuglarze ze zmęczonymi twarzami- mięśnie rozluźnione, już uśmiechać się nie muszą na siłę. Jedynie do butelki puszczają oko. Makijaż trochę rozmazany. Ale już nie trzeba udawać błazna, można się napić i powiedzieć: mam to wszystko w dupie! Sprężone do skoku jak koty kobiety w różowych sukienkach, półnagie, lśniące ciała, krople potu na grubych udach, a może to nie pot wcale? Upał. Zdziwaczali powyginani w łuki mężczyźni z butelką rumu i maczetą za pasem, salsa, śpiew, opary alkoholu, zawodzenie, śmiech, czarne biusty wylewające się z dekoltów, brzuchy ze spodni. Czyjeś kołatanie serca. Jakiś skradziony pocałunek i ups, na odlew! Dostał w policzek.

Coctou miałby tu raj na ziemi, zresztą nie tylko on. Nocą tuż przed zatrzaśnięciem ostatniej okiennicy można zobaczyć w rogu sklepu, tuż przy jednorękim bandycie uśmiechniętą twarz Felliniego. Szuka swojej Gulietty Masiny? Ja też jej szukam. Gdzie ma być, jak nie tu?

Nocą wieje wiatr, przynosi piach z plaży, przygina palmy do ziemi.

Czasem staję za ladą sklepu na rogu. Przede mną korowód bohaterów komedii del arte. Colombiny i Pierroty… mają swoj czas. Az do switu.

Nad ranem zgasną światła. Nastanie Czas Lepszych Ludzi, wasz czas, nasz czas, a witraż z kolorowych szkiełek, jaki przez całą noc układali ci gorsi rozpryśnie w drobny mak. Pochowają się pajace w kąty i dziury. Prześpią gorący i jasny dzień. Wieczorem zaczną wierzyć w swój pijany, ułomny, duszny raj.

Jakie to piękne. Ta niezłomność w zaczynaniu od nowa…