Cynamonowy sposób na demona

6 04 2011

W życiu interesują mnie przede wszystkim seks, dobra kuchnia i taka sama literatura.
A potem to już długo, długo nic.
Uważam, że to wspaniała recepta na życie.
Siedzieć pod palmą, czytać sobie na przykład Iksa, Ygreka albo Zeta, następnie – w obowiązkowo zmienionym stroju – na przykład seksownie przylegającej do ciała białej sukience podkreślającej apetyczny czekoladowy kolor skóry spożyć stek z zielonym pieprzem i kaparami, popić to dobrze schłodzonym winem białym, kątem oka dostrzec słońce kiczowato zachodzące tuż za palmami, koniecznie pochylonymi pod kątem 45 stopni do ziemi, a potem zapaść się w mocnych opalonych rzecz jasna i muskularnych ramionach, a następnie oddać spontanicznym i radosnym figlom miglom. Dalej to już cenzura wycięła.
Tak. To mi się podoba.
Tylko że kurza twarz… jakoś życie mi nie serwuje ani steków, ani zachwycających sprawnością swego pióra Iksów ni Igreków, o radosnych figlach miglach to już w ogóle nie wspominam!
Palmy mam tylko. Są pochylone. Stopień pochylenia sprawdzę, czy odpowiada wymaganemu, ale jak znam to podłe życie-pewnie będą lekkie odchylenia od normy.
A poza tym dziś wreszcie się przeprowadziłam do Marchewkowego Domu. Na dwa dni przed wylotem. (do Bulandy, jakby kto pytał).
Nie było łatwo. Marchewkowy Dom był remontowany, potem lata świetlne dorabiano klucze, następnie pan z kluczami tajemniczo zaginął, potem ja poszłam na wycieczkę w góry a na koniec.
Na koniec to Ender mówi mi:
– Chyba nie chcesz mieszkać w domu nie wyczyszczonym.
– Wyczyszczony jest. Wymyli.
– Nie. Tylko posprzątali.
– No. Właśnie. To co? Możesz mi pomóc z tą walizką?
– Nie. Kup najpierw cynamon i goździki. Zagotuj wielki garnek wody i wrzuć je na wrzątek. A potem wyczyść tym mieszkanie.
– EEEEEE???
– Wyczyścisz złą energię poprzedniego właściciela. A przy okazji pozbędziesz się demonów.
I nie czekając na nic, poszedł, kupił potrzebne ingrediencje i zagotował. Co było potem, nie wiem. Ender wyczyścił moje mieszkanie z demonów.
Pierwsza noc za mną. Nic nie stukało okiennicą ani wiatr w kominie nie hulał.
Shakira za to spać nie dała. Czochrała się jak szalona, bo na wycieczce z Czwórką Super Fajnych Polaków (TAK! TAK! Wreszcie przybyli Ci fajni!)! nabawiła się pchełek.
A wracając do wywaru. Zamierzam kontrolnie wziąć próbną kąpiel. Jeśli ten zestaw tak wspaniale działa na zła energię to ja po ostatnich przejściach- POPROSZĘ.

Reklamy




Konopielka czyli od mleka do… orgazmu

2 10 2010

Wcześniej czy później to musiało się zdarzyć. Zderzenie kultur i dysonans poznawczy. Zaczęło się od mleka skończyło na orgazmie. No to od początku:

Wykupiliśmy za trzy złote krzesła ogrodowe i siedzimy na nich na plaży. Szakira po gonitwie z 6-miesięczną bokserką Dafne zipie pod krzesłem. A my? Rozmawiamy. Jak zawsze – ciekawie ;-)
– Jak będziesz mieszkała na fince, to wszystkie dolegliwości ci miną. Codziennie będziesz piła mleko od krowy.
– Eeee. nie. Ja nie mogę pić mleka.
– Co za wymysły! Możesz.
– Nie mogę.
– Mleko jest zdrowe, musisz pić mleko.
– Nie mogę pić takiego mleka w naturalnej postaci.
– A piwo możesz? A coca-cole możesz? To zdrowsze jest?
– Nieee, ale mleka ja nie piję.
– To zaczniesz.
– Nie zacznę.
– Estas loca! Oszalałaś, mleko jest zdrowe, ja codziennie wypijam hektolitry mleka.
– A ja nie. O rany- no sraczkę mam po mleku.
– Co ty mówisz, to nieprawda.
– Mam ci, żesz w mordę jeża, udowodnić? Zaprosić do toalety? Dorośli ludzie z reguły cierpią na nietolerancję laktozy.
– Eeee?
– Nie trawią krowiego mleka. Jogurt albo ser – proszę bardzo.
– Tak lubicie w Europie te wasze konserwanty czy tam… koloranty? Jogurt jest ohydny. I niezdrowy.
– Zdrowy jest!  (coraz mniej pewniej mówię, bo w sumie to wiem to głównie z reklam i publikacji w gazetach opłacanych przez reklamodawców, ale no… chyba jest zdrowy, co nie?)
– Nie rozumiem cię. Masz pić to mleko i nie widziwiać. Tu piją ludzie i żyją.
– Nie wierzysz mi?
– Nie. Wcale. Moja mama mówiła, że mleko jest zdrowe.
– Dla dzieci tak, ale też raczej pasteryzowane.
– Ach wiem, ta wasza chemia…
– Uffff!!! – się zapieniłam. – Idziemy do netu.
Poszliśmy. Wklepuję w google: intolerancia, leche, adultos.
Ender czyta. Kiwa głową i robi minę: no nie, nie może być… Czyta kolejny artykuł…
Chmurnieje, posępnieje, przestaje się odzywać.
Nie odzywa się do końca. No tak. Mama mu mówiła, a tu… okazuje się… że inaczej…. kto ma rację? Jasne, że mama. Ale te artykuły. No pogubić się można. Spochmurnieć- na pewno.
Nie wracaliśmy więcej do tematu zdrowego mleka.
……………. Ale za to…
Ender i Mauricio (starszy brat) przyszli mi pomóc z porządkami w mieszkaniu. Kupa tu gratów jest, które trzeba powyrzucać. Znaleźliśmy stos gazet. W przerwie, przeglądamy je. O! Jakaś wersja tutejszego Cosmopolitan. Czyli wszystko o seksie, orgazmie, jak GO osiągnąć, jak poderwać faceta, jak się wytapetować i inne takie.
Wzdycham ciężko (bo mam na sumieniu – no może nie aż tak hardcore’owe ale podobne w formie publikacje).
– Ender wychwytuje moje westchnienie, interpretując je opacznie.
-Iwonka, sluchaj, chciałem cie o cos zapytac.
Przerzucam strone gazety a tam: 23 sposoby na to jak go zatrzymać, ale nie uwięzić. O, to akurat ciekawe.
-Taaaa… mówię, słuchając jednym uchem. Mauricio zagląda przez ramię.
– Wiesz, no… nie wiem czy to prawda – okopuje się Ender – i wypala: ale wielu ludzi mówi, że jak kobieta ma dużo orgazmów, to jest szczęśliwa. A jak nie- to jest- nieszczęśliwa.
Ukhm.Ups. Że jak?
– Yyyyyyyyyy. A kto tak mówi (muszę zyskać na czasie!).
– Och. wielu ludzi. I lekarze też. Widziałem program w telewizji.
– Acha. No to pewnie prawda jest… jak tak lekarze mówią. (przypominają mi się diagnozy Freuda i te wszystkie panie z przełomu wieków i z lat 30-tych cierpiące na tzw HISTERIĘ, które z lubością opowiadały na kozetce o różnych snach…)
-A ty jak uważasz? – drąży Kolumbas.
Ale właściwie to o co on mnie pyta?!
– No nie wiem. To- myślę – zależy od kobiety. Taka zakonnica na przykład.
– Zakonnice to nie są prawdziwe kobiety.
– No fakt. Myślę, że nie samym seksem (mimo wszystko!) człowiek żyje…
– Nie, ale orgazmy są zdrowe, zresztą zobacz, tu też tak piszą. A ludzie mówią, że każda kobieta musi mieć mieć przynajmniej jeden orgazm dziennie. Wtedy jest szczęśliwa.
– Acha. No to widać tak jest…. To co wyrzucamy te pudła, tak?

No cóż, taka tu latynoska edukacja… ale w sumie.. tylko pozazdrościć latynoskim dziewczętom!!! Ech.





I twoją matkę też!

24 04 2010

Wcześniej czy później musi skończyć się przynudzanie o zabytkach, kokainie, lamach, kwiatkach, ptaszkach i innych podróżniczych pierdołach. Czytelnik przecież (jak mi powtarzano w każdej gazecie, w jakiej pracowałam) potrzebuje Potu, Krwi i Łez – ale to po drugie. A po pierwsze? SEKSU!

Ciśnienie krwi skoczyło? To zaczynamy. Zaczniemy od… miłości.

Nie ma co ukrywać dłużej że latynosi mają krew gorącą i wrzącą, a mit latinolovera tak sam z siebie to się nie wziął. Ale nie w tym rzecz. Oni (jak już kiedyś pisałam) umierają z miłości. Między innymi do mnie oczywiście ;-)

To już wiemy. Nie wiemy jednego: dlaczego trup męski na mój widok się ściele tak MŁODY?

Że 13 lat młodszy ode mnie Colombiano stracony jest dla świata, wkuwa polskie słówka i poluje w tropikach na puchową kurtkę, którą ma zamiar zabrać do Polski w sierpniu zamiast romansować ze swoimi Manuelami i Consuelami to jasne, przyjęte do wiadomości. No trudno, tak wyszło, pogodziłam się z tym uznając za wypadek przy pracy.

Ale wczoraj udałam się na tańce z Javierem młodszym ode mnie o lat… 15!

Javier to uroczy młody człowiek, posiadacz pięciu koni, w tychże zakochany, spokojny, w świecie nieco bywały (w Chile był i w Boliwii), uprzejmy, dobrze wychowany (no płakać mi się chce ze wzruszenia jak mi tak drzwi od taksówki otwiera, pyta czy nie zmarzłam, czy mi się podoba muzyka i czy aby dymu za dużo nie ma…). Javi pracuje z końmi, uczy jazdy konnej i jeździ z turystami na wycieczki w siodle. Jak pomykalismy na konikach, zaczął delikatnie:

  • Czy mój kolor włosów jest naturalny? (nie)
  • Czy kręcą mi się same z siebie czy ze szczotki (z siebie)
  • Czy mam męża (nie)
  • Jak to możliwe?! (możliwe)
  • Ile mam lat (…) (dla bardzo dociekliwych czytelników: Nie dwadzieścia niestety. 30 też już nie;-(. Ale JESZCZE nie 40, hopsa, hopsa!

Że co??????? Tu się Javier nogą przeżegnał, ale zaraz wypalił : nie wyglądasz na swój wiek. I w ogóle wiesz, taka jesteś ogromnie sympatyczna. (no jestem, fakt ;-)

Niegroźnie zabrzmiało, więc na kolejne pytanie quizowe, czy lubię tańczyć, odparłam zgodnie z prawdą, że szalenie.

No i wylądowalismy wczoraj w klubie Zoom. Kocham Amerykę Pd, za to m.in.że tu na tańce przychodzi się ŻEBY NAPRAWDĘ TAŃCZYĆ! Nikt nie kisi ogóra przy stoliku, stoliki puste z pełnymi drinkami (kto by tam miał czas je pić!), a wszyscy wylewają siódme poty na parkiecie. Merengue, salsa, najpopularniejsza tu cumbia, bambucos, reggeton i… uwaga! Ani grama vallneato!!! Hurra! A najlepszy z najlepszych jest tradycyjny taniec boliwijski. Który tańczy się też w Puno i w Cuzco oraz jak się okazuje… na imprezach. (zapomniałalm jak się ten taniec nazywa! Może Ruda wie?)

To tak jakby ktoś w polskim klubie zapodał swojską poleczkę albo oberka. Ach jakie to było piękne. Panowie skaczą naokoło pań jak koguty, czy bociany raczej, podskakując na jednej nodze a panie, hulaj dusza, coś tam nóżkami wydziwiają, ja też wydziwiałam, tak jak umiałam.Javier ujęty pod boki, czasem zamaszyste ruchy ręką nad głową wykonywał jakby machał do kogoś – no ubaw po same pachy!

Jak przeszło do salsy, było jeszcze fajniej, żadne tu Tańce z gwiadami i jazdy figurowe miejsca nie mają, ja jedyna na szpilkach – się wygłupiłam, a reszta po prostu przychodzi i biodrem kręci, ale jak kręci!!! Tu akurat trafiła kosa na kamień, bo kręcić w stylu dowolnym to ja potrafię też, HA! (a podobno na koniu mam „dobry dosiad”, proszę sobie te dwa fakty samemu złożyć do kupy). Javier dzielnie dotrzymywał mi towarzystwa i chyba przynosiło mu to wiele radości. Mi zresztą też. (Co nie jest bez znaczenia, młodzieniec JEST ODE MNIE WYŻSZY!!! A to tu niebywałe przy moim 1,62 i jeszcze na szpilce!).

A potem puścili Abbe i wtedy to już naprawdę zostałam Królową Nocy.

Kolejka się do mnie ustawiła panów, ale ja miałam całkiem poważną wymówkę: „Przepraszam ale jestem z mężczyzną”.

Haha. Z pacholęciem raczej. Ale myślę tak sobie, że znam kilku polskich panów, co by się od peruwiańskich pacholąt uczyć mogli kindersztuby. Aż zal ściska że nie dysponuję nastoletnią córka zaraz bym ją Javierowi wystawiła.

Reasumujac, Javier zerka i spogląda, czasem wzdycha i już się na dziś znowu zapowiedział (jutro na szczęście uciekam wreszcie do Kanionu Colca).

Tymczasem… z Rubenem była całkiem inna historia. Opowiadam:

Ruben na Kozetce (rzecz dzieje się kilka miesięcy temu, w Wenezueli w okolicy delty Orinoko)

Ciudad Boliwar. Zapyziałe nic. Uliczki przecinające się pod kątem prostym tworzą siatkę labiryntu. Jedyny punkt orientacyjny to rzeka. Mętna, szarobura, szeroka i leniwie przepływająca przez miasto. A raczej obok niego. Paseo del Orinoko, arkady i podcienie pamiętające czasy Bolivara… nic tu poza tym nie ma, no nic. Przepraszam, jest Uniwersytet, na którym studiuje Ruben.

Ruben ma 23 lata i uczy się „na geologa”. Pracuje w hostale, gdzie się zatrzymałam. Przysiada się do mnie popołudniową parną porą, kiedy próbuje znaleźć w przewodniku jak dojechać stąd do Valencii i wypala z grubej rury:

-Sądzisz, że jestem brzydki?

Skądże. Wenezuelska średnia krajowa. Żadne panie cuda na kiju, ale Quasimodo to on też nie jest.

-Dziewczynom się nie podobam- wyjaśnia Ruben i wzdycha ciężko. – Mówią, że jestem brzydki. One wszystkie tylko lecą na kasę. – rozkręca się chłopak. – A ja nie patrzę na ich piersi, an i na ich usta, ani na ich urodę. Potrzebuję zrozumienia…

No ładnie. Ruben lat 23 potrzebuje zrozumienia, a ja ledwo rozumiem jego wenezuelski sepleniący espaniol!

I niby co? Rubenowi najwyraźniej to nie przeszkadza. Dopytuje się czy dziewczyny w Polsce są też takie „interesowne”.

Niektóre… Opowiadam mu o filmie Galerianki. Temat Rubena wciąga coraz bardziej. Zaczynamy wspinać się na tematy nieco bardziej,… semantyczne.

  • A jak się nazywa amigo, z którym się uprawia seks?
  • Novio (narzeczony) – mówię.
  • Ale nie – drąży Ruben. – Taki amigo, z którym tylko seks uprawiasz.
  • Hm… Chyba… amigo. Ale… właściwie.. to czy ja wiem, czy w Polsce się uprawia seks z przyjaciółmi? No jeśli tak, to chyba sporadycznie. – Boyfriend.- decyduję.- Mi chico. Mój chłopak.Ruben chce wiedzieć jak najwięcej o życiu seksualnym dzikich (Polaków).
  • Taki no wiesz – na jedną noc.- uzupełnia pytanie.

A taki to Para Una Noche. (Chyba?)… Uff, jakoś się udało wybrnąć z opresji. Ale Ruben zaraz zaczyna od nowa:

-A jak kończą ze sobą, to co wtedy mówią?

-A to zależy… Staram się przypomnieć sobie, co mówiłam moim byłym jak kończyliśmy ze sobą… Mówi się: Adios- nie mam siły już na te gadki.

Ruben macha ręką: – Nie, nie, chodzi mi o to ze jak chica krzyczy A! A! A! JAK KOŃCZY! … to jak to się mówi w Polsce?

No dopiero wtedy zastrzygłam uszami i dotarło do mnie o co młody pyta.

– Jak kończy w Polsce dziewczyna, to wiesz co krzyczy? – Ruben aż się podniósł z krzesła… -Siiii…???

– Nie wiesz Ruben, no pomyśl…

Nie wiedział.

– Krzyczy: A! A! A!

Rozczarowało go to chyba.

Zabrałam swoje grabki i skierowałam do pokoju.

– Jakbyś chciała to moglibyśmy spędzić razem jedną noc- wypala na koniec Ruben, lat 23.

………………………

No i na koniec ja mam pytanie o co chodzi z tymi młodzieńcami na tym kontynencie? Czy oni by nie mogli działać w swoim targecie? Czy może ja już wyglądam na zdesperowaną starą raszple z tych co to około 60-tego roku życia, znudzone wyjeżdżają na seks-wakacje do Gambii, by pod palmą słuchać czułych słówek młodych Murzynków o hebanowych ciałach, podczas gdy ich równie znudzeni mężowie zabawiają się z jinteras na Kubie lub z małoletnimi dziewczynkami w Tajlandii a w wolnych chwilach czytają Huellebecka? Patrzę w lustro. Nie. Na taką raszplę nie wyglądam.

To może przeciwnie: wzbudzam uczucia opiekuńcze, jak dziewczynka z jedną podkolanówką opuszczoną do kostki i wielkimi kokardami. Taka mala, taka sama…. Nie. To też nie to. No way.

Hm… Mam pewne podejrzenie. Wszyscy oni są po prostu fanami kultowego filmu „I twoją matkę też”!!! I wcielaja w życie podobne scenariusze.

A tak całkiem na marginesie: makijaż naprawdę postarza. Ja paraduję od pół roku nieomal całkiem saute i proszę jakie mam efekty!:-))))))





Bim salabim

23 02 2010

Jednak pójdę do szamana. A nawet do dwóch. Znany indiański Uzdrowiciel Duszy zawita na początku marca do Santa Marta. To chyba taki tutejszy Kaszpirowski, muy famoso. To raz. A dwa to szaman z Sierra Nevada znany nielicznym, ale skuteczny ponoć.

Żyje sobie w górach i szamani. Do szamanów mam stosunek sceptyczny, to znaczy sądzę, że są Szamani i szamani – tumani, których wizje rodza się z nadmiaru procentów i jadu ropuchy we krwi. Ale to nic. Ponieważ są tuż obok, szkoda by było nie zweryfikować poglądów. Do szamana więc udam się niebawem, choć pytań o dalsze moje losy nie przewiduje. Rozpoczęłam też skrupulatne poszukiwania prawdziwej czarownicy. No bo jeśli wszyscy santamartczycy jak jeden mąż zgodnie twierdzą, że one tu są i to w dużej masie, to ja bardzo poproszę choć jedną malutką. Nie chodzi o to, że mam zaległe niezałatwione do końca sprawy z przeszłości. Kusiło już mnie raz, gdy babaloo na Kubie zadał mi pytanie, czy ma komuś w moim imieniu zrobić krzywdę. Wtedy naprawdę kusiło spróbować, ale ostatecznie powiedziałam: nie. Teraz też nie chodzi o wbijanie szpileczek. Przyszłości znać nie chce. Co to za przyjemność grać w filmie, którego zakończenie jest wiadome? Ani mi w głowie też miłosne czary-mary. Nie cierpię na deficyt miłości, wręcz przeciwnie;-) (choć zapobiegliwa Mama do paczki, która przyszła do mnie z Warszawy do Kolumbii wsadziła co? A jakże! Lubczyk. Bo to nigdy nic nie wiadomo co i kiedy się trafi… ;-) Lubczyku nie zażywam ani, póki co, nikogo nim nie częstuje. Miłość na Karaibach to poważna sprawa i nie można igrać z ogniem. Tu z miłości ludzie robią różne rzeczy. Czasem głupie. Na przykład zabijają się nawzajem. Albo wstępują do paramilitares. Albo kochają się do upadłego bez najmniejszej świadomości istnienia antykoncepcji.

Siedzę na tarasie z Dilsą (Ender poszedł w góry i rolę mojego bodyguarda przejęła jego siostra).

Jak się okazuje, ojciec Dilsy dawno temu został zabity na ulicy w Santa Marta.

  • Był za to odpowiedzialny narzeczony Gledys – mówi cicho Dilsa. (Gledys to najmłodsza 16-letnia siostra Endera i Dilsy)
  • Ten, którego poznałam?
  • Nie, inny. Którego miała 4 lata temu.
  • !!!! narzeczony… hm… dwunastolatki?!
  • Tak. Z tym, że on miał 54 lata.
  • Przecież na to jest paragraf!
  • Ja byłam przeciwna. Matka bardzo płakała, bo dochodziło wspomnienie o śmierci mojego ojca. W dodatku Gledys 3 razy zaszła w ciążę. I trzy razy usunęła.
  • ….!!!!!!!
  • Naprawdę nic nie mogliśmy zrobić. Gledys była z nim z własnej woli. A on miał powiązania… Był niebezpieczny. Nic nie mogliśmy zrobić.

Tak więc z ta miłością na wybrzeżu uważać trzeba. Połowa piosenek opowiada o „celos” – zazdrości…Nie, tu to nie jest zwykła zazdrość, tutejsza zaprawiona jest furią, chęcią mordu błyskawicami w oczach. Wyobraźnię swoją droga w Macondo oni mają wielką.

Gledys nocuje ze mną od wczoraj. Rano budzi mnie jej płacz.

-Co się stało?

-Rigoberto dzwonił do mnie w nocy. Jego przyjaciel zadzwonił do niego i mu powiedział, że jestem z innym chłopakiem.

-O której dzwonił?

-O drugiej.

-Pewnie ten amigo od siedmiu boleści cię widział jak wchodzisz do mnie i pomyślał, że może idziesz do chico. Zadzwoń do tego swojego Rigoberto ja mu powiem co i jak.

-Ale on nie chce gadać. Wyłączył telefon. No i Gledys ma dzień z głowy. Ryczy w pokoju a zazdrosny Rigoberto produkuje w swojej szalonej głowie obrazy, od których skręca go z zazdrości.

No ludzie! A ja nie mam lepiej.

Kto się jeszcze nie domyślił, że dwukrotnie (jak na razie) z zimną polską krwią odrzuciłam awanse (czytaj; regularne OŚWIADCZYNY) Endera, ten chyba mało domyślny jest. Tak czy owak w SM mam swój cień.

Z tym, że ten cień mój czasem obraża się okropnie. Na przykład jak tańczę z Julio. Julio tańczy bosko salsę a Ender jest z tych, co zanim ruszy na parkiet to dużo wody musi w Wiśle, tfu! Amazonce upłynąć. Więc tańczę z Julio. Ender zwija się wtedy w kolczasty kłębek i nie odzywa do mnie przez kolejne 24 godziny. Kiedy spotkałam Polaka Johna-Janusza i umówiłam się z nim popołudniu, Ender wytrzeszczył oczy a potem spokojnie powiedział: „Nigdzie sama nie pójdziesz. Nie wiadomo kto to”. Zanim wyjechał w góry, poszedł do swojej siostry i wystosował polecenie: Pilnuj jej. Itd. Bywa to, przyznaję męczące, ale… ale tak tu po prostu jest.

Chicos są celoso i chicas tambien. Przecież powietrze gęste jest od feronomów, wszyscy paradują półnago, większość tutejszych tańców to coś w rodzaju imitacji kopulacji, dziewczyny aż ociekają seksapilem, poprawione biusty trzepoczą im na wietrze, chłopaki mają spojrzenia wygłodnianych psów. Zdrada w tych warunkach to bułka z masłem.

Narzeczona Endera, matka jego córki, odeszła do innego. Wcześniej, jeszcze kiedy była z Enderem prowadzała się z innym gościem.

Kiedy pytam Dilsę, czy oni by nie mogli wrócić do siebie, Dilsa mówi:

-Nie. To dawno skończona historia. Zresztą wiesz, nawet jakby chcieli, to Ender nie może z nią być. Straciłby twarz, nie byłby mężczyzną. Nie. To niemożliwe. Nie w Kolumbii.

Miłość na wybrzeżu to ciężki kawałek chleba. Zakochują się na zabój.

A że mają tendencje do dramatycznych zachowań, do teatralnych gestów, słyszałam już np. wypowiadane grobowym głosem: „Chcę umrzeć. Rzucę się z 6.piętra” (mieszkam aktualnie na 6.piętrze). Szantaż emocjonalny na wieść o tym, że wyjeżdżam niebawem. Albo: On umrze z tęsknoty jak wyjedziesz. – od Dilsy.

Umierają z miłości, z tęsknoty i ze smutku wszyscy w piosenkach i telenowelach (teraz leci Gabriela).

Ender i jego przyjaciel Willi twierdzą, że dla nich liczy się tylko Prawdziwa Miłość Totalna. Że na ulicy jest wiele kobiet, bardzo pięknych kobiet, ale to chwilowa przyjemność. A potem, po zdradzie nic nie zostaje. Bo Twoja mujer odchodzi od ciebie.

Kiedy opowiadam im o tradycji pierścionka zaręczynowego, dziwią się. To taki symbol, tak jak obrączka ślubna, że jesteś związany z kimś. Komunikat dla świata.- mówię.

-Nie potrzebujemy tego. – twierdzi Willie. -Kiedy jakaś kobieta mnie podrywa mówię jej że jest bardzo ładna, ale mam narzeczoną. To się nazywa respecto. Szacunek.

-Wiesz, kiedy masz romans, krótką przygodę, to łatwo jest zapomnieć. Możesz mieć kolejną kobietę, no problemo. Ale kiedy spotykasz tę jedną i wiesz, że to ona, po prostu nie da się zapomnieć. – dodaje Ender – kolumbijski Werter. – Od razu wiesz, że to jest twoja żona i matka twoich dzieci i że chcesz mieć z nią rodzinę i być z nią para siempre.

Wow, ciężki kaliber! Za ciężki jak dla mnie.

-Ale ciężko znaleźć taką kobietę. – wzdycha Willie. – Kolumbijki są bardzo interesowne. Nigdy nie wiesz, czy są z tobą dla ciebie, czy dla twoich pieniędzy. (nie, żeby Willie znowu miał ich tak dużo).

  • A dla Europejek jesteśmy gorsi. Colombiano, latynosi… no i za biedni – dodaje Ender.

Oj, trzeba uciekać! Zbaczamy w tematu.

  • Tak, w Europie rzeczywiście pieniądz rządzi. Kasa, misiu, kasa! Ale swoją droga, bez pieniędzy żyć się nie da.
  • No nie…- smutno wszyscy kiwamy głowami. Zapada milczenie.
  • Tylko wiesz co? – pyta Ender.
  • Co?
  • No se puede vivir sin amar.

Wróciło to zdanie jak bumerang. 10 lat temu przeczytałam je u Lowre’go w „Pod wulkanem”. I zmieniło moje życie na kolejnych lat 8. Było jak zaklęcie. Bim salabim. I teraz znowu słyszę:

No se puede vivir sin amar. Nie da się żyć bez miłości. W Kolumbi na pewno nie.