Efekt skorpiona

19 10 2010

Kiedy po raz pierwszy w grudniu ubiegłego roku przyjechałam w Sierra Nevada de Santa Marta, umierałam ze strachu.Po pierwsze jako dziecko miasta boję się ciemności. Takiej zwykłej- nie bardzo, ale ta tutaj zdawała się gęsta, smolista, złowroga. Pokutująca nad strumieniami La LLorona, Kuku, którym straszy się dzieci, diabły i czarownice rzucające garnkami, świat baśni, legend, strasznych historii, demonów, niezbadanych szelestów i przeraźliwych dźwięków – to wszystko wyłazi z głowy nocą. Ale tak naprawdę bałam się tygrysów, pum, węży koralowych po ugryzieniu których śmierć następuje w ciągu 24 godzin, skorpionów, tarantul, wielkich parzących gąsienic, ropuch strzykających jadem, mam wyliczać dalej?

Pierwszej nocy w drodze do ciudad perdida nie zmrużyłam oka. Jakiś nierozważny turysta zostawił plastikową torebkę pełną niedojedzonych ciasteczek, w których rozsmakowało się – z odgłosów wnosząc – naprawdę duże zwierzę.
Ogólnie było mi nieswojo w tym dusznym gęstym lesie, przez który wiedzie tylko jedna wąska dróżka.

Teraz… teraz straciłam czujność. Jestem jak kameleon (który nota bene wczoraj w kuchni łypał na mnie okiem zmieniając błyskawicznie kolor z szarego na zielony). Z żaby, którą po ciemku wzięłam do ręki zamiast papieru toaletowego w ciemnym wychodku- tylko się uśmiałam. Dochodzę do wniosku, że potrafię szybko dostosować się do panujących warunków jakie by one nie były. I to jest niestety błąd.
Wczoraj przy sprzątaniu kuchni, przekomarzając się z Nastolatką, złapałam za szmatę leżącą na stole. „Rzuć to!!!” – wrzasnęła Cledys. Rzuciłam. Myśląc, że robale szmatę oblazły. Jak duch, w kuchni pojawił się Rycerz na Białym Koniu. A ściślej mówiąc upaprany niebosko błotem Ender z maczetą. Złapał szmatę. „Z drugiej strony” – powiedziała Cledys i wtedy zobaczyłam go. Naprawdę dużego skorpiona.

Do tej pory miałam przyjemność zaznajomić się z dwoma. Jeden w Gwatemali urządził sobie mieszkanie w moim plecaku. Drugi, ratując się od Śmierci Przez Rozdeptanie wpuścił jad w bosą stopę pewnego Ahmeda na Saharze. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam że jad skorpiona jest naprawdę bolesny. Ahmed najpierw  krzyczał, potem się wił, a na koniec zaczął płakać. Lekarz przyjechał po godzinie, w ciągu której koledzy Ahmeda traktowali stopę Ahmeda na różne sposoby- począwszy od puszczenia na nią strumienia zimnego (koi ból) gazu, po dłubanie w niej nożem. Najniebezpieczniejsze nie są wcale duże skorpiony. Z opisów sądząc, małe czarne stworzenie wielkości połowy kciuka czyli skorpion gwatemalski mógł pozbawić mnie życia. Ten tutaj, wielkości dłoni, spowodować mógł u mnie co najwyżej w najgorszym razie kilkudniowy paraliż.

Nie wiem tylko, czy nie nazbyt pochopnie Ender ciachnął go maczetą na pół, a dla pewności potem zwłoki podeptał. Wszak Słońce wchodzi właśnie w znak Skorpiona. W mój znak. I Endera też. Optymistycznie zakładam, że był to zatem nasz Skorpion Ofiarny i że – jak każde totemiczne zwierzę – będzie po śmierci chronić nas od złych przygód. Tak na wszelki wypadek publicznie niniejszym składam hołd poległemu w kuchni pajęczakowi.

– Mówiłem ci, żebyś, jak bierzesz coś do ręki, najpierw patrzyła CO bierzesz.
Acha, no może mówił. Ale człowiek traci czujność. Ale teraz znów ją zyskał. Kiedy Szakira buszowała w pobliskich krzakach przechodząca z praniem Laydys rzuciła niedbale: Lepiej ją zawołaj, widziałam tam niedawno gniazdo węży.
Dziś psy pobiegły za chłopakami na plantację kawy. Mam nadzieję , że nie zechcą urządzić polowania na węże.
A pająki? Nigdy ich nie zabijam, bo ponoć pająki przynoszą szczęście, ale czy aby w dżungli na pewno też? Czy aby nie ma tu takich, co to mogą przynieść Szczęście… eeee… Wieczne?

W każdym razie tak czy owak jestem zdania, że skorpiony do spółki z wężami i tarantulami i tak są o niebo lepsze niż karaluchy giganty i na pewno z ich powodu nie wyniosę się spod adresu Sierra Nevada, 3 godziny pod górę, za szkoła wiejską w lewo, kamiennym tunelem w dół, a potem jarem ostro pod górę otra vez. Czerwona ziemia. Duży mangowiec na lewo. Łagodne zielone zbocze po prawej. Z dala widoczne drzewka pomarańczy i coś jakby malwy pnące się po płocie. Dym z polowej kuchni. Szczekanie Szakiry i Capo.

Tak, to już tu.

Reklamy




Trzy słońca

17 10 2010

Świerszcze cykają jakby się dopalaczy nażarły. Ćmy giganty rozbijają się o ekran laptoka. 18. Godzina kiedy świat się zmienia. Nie zmienia się aż tak spektakularnie w wielkim mieście, ani w małym nawet, też nie. Wystarczy mały pstryczek-elektryczek i świat nocy przestaje być groźny i trudny. A nawet gdy pstryczka zabraknie (co się przecież zdarzyć może), zawsze dociera jakaś jasność, a to latarni ulicznej, a to neonu, a to światłeł samochodu. Tu nie. Z chwilą, kiedy zmierzch zapada, zmieniają się proporcje, dźwięki, i to co miało swoje przyspieszenie-traci je. Psy za dnia szalone, po zmroku układają się  karnie u stóp. Koguty przestają piać, kury gdakać, ptaki śpiewać. A ciemność jest absolutna. Zapalamy świece i gramy w chińczyka. Albo opowiadamy sobie straszne historie. Albo gapimy się w mrok.

Nie zdołam opisać wszystkiego ani nadać tym dniom kształtów takich jakie mają naprawdę. Notatki, brudnospis-tyle mogę zrobić dla siebie i dla tych co ciekawi.

Moja przygoda z selvą zaczęła się od przewozu Szakiry przez dżunglę. Jechałam z pełną aprowizacją. Ziemniaki, cebula, ryż, cukier, pomidory, kurczak, wołowina, 14 kilo paszy dla szczeniaka oraz witaminy, zabawki, repelenty, garderoba wyjściowa (w góry) i na codzień (do pracy) a także na specjalne okazje – jakaś fiesta zawsze się może trafić nawet w takiej dżungli! No i jeszcze towaru miałam więcej. Dwie wkupne butelki rumu, baniak oleju, 4 książki, masa gratów mniej i bardzej potrzebnych.
Oraz 14 kilowy pies. Więc chyba można sobie wyobrazić, że zadania łatwego nie miałam.

Uprzedzę bo nie dla wszystkich to może być jasne, że do chaty w lesie, w której mieszkam, nie można sobie tak po prostu DOJECHAĆ. NALEŻY DO NIEJ DOJŚĆ. (Piszę o tym, bo jedna z moich Koleżanek zapytała o co kaman z tymi problemami i dlaczego nie mogę wynająć albo kupić (???) sobie samochodu, żeby przetransportować pieska ).

No kupić nie mogę – to chyba jest jasne dlaczego, a wynająć – to i owszem, ale nie ma sensu, bo po wynajęciu rzeczonego to ja mogę sobie na ten samochód popatrzeć najwyżej. Dojechać może jedynie muł. I to z trudem, jak się okazuje. Bo drogi po deszczu strome, kamieniste a zarazem błotniste i śliskie i taka mula to się wprawdzie nie przewróci (chyba, mam nadzieję!) ale jedzie to to jak narciarz po śniegu. Co najmniej. Parowy, skalne wąwozy i leśne jary wąziutkie i strome, pełne błota, czasem trzeba schodzić niemal pionowo, na mule to tak, jakby się leciało samolotem. Tylko takim, co bryka a czasem skacze. Znienacka. Zewsząd zakrada się Wielka Roślina, Wielka Liana, Wielki Konar. Pod górę po wyślizganych kamieniach, albo przez porwistą rzekę też łatwo się nie idzie.

No i jak tu z psem? No chyba na mule. Tata mój z właściwą sobie logiką zagaił: Ale Iwonka, nie masz wrażenia, że jedno zwierzę może zaprotestować, jeśli będzie jechać na nim inne zwierzę?
No i tak będzie jechać. Jakby nie było-wszyscy wszak jesteśmy zwierzętami.

Ale wracajmy do Szakiry. Chłopaki, czyli Misael (młodszy brat Endera), Ender a także Dawid, syn nauczyciela (lat 11) wybili mi z głowy użalanie się nad 4-miesięcznym szczeniaczkiem. co z tego że maksymalnie pod górę w upale, co z tego że nie przyzwyczajona. Pójdzie!

I poszła. Myślałam, że robię jakąś krzywdę tak troszku pieskowi, ale głupia byłam.

W chacie mieszka capo de capos. Capo to w tutejszym żargonie narkotraficante czyli koleś co przemyca narkotyki. Capo de capos, to jak nietrudno się domyśleć naczelny CAPO. No i jest tu taki jeden, mały, biało czarny, sześciomięsięczny kudłaty. Gdy Szaki z jęzorem zwisającym do brzucha dochodziła do chaty w której mieszkam, myślałam że padnie i będzie spać przez kolejne trzy dni. Ale nie. Na widok Capo wypięła tyłeczek, machnęła kitą i dawajże w pogoń!
Psy sie zakumplowały na maksa, o czym świadczą odgłosy bitew, szarpanie wsólnej zabawki, warczenie nad jedną kością, skoki pod sufit, gonitwy za piłką i podobne atrakcje. Capo pierwszego dnia miał w głowie tylko jedno- wyżyć się seksualnie na suce, ale Szaki szybko wybiła mu to z głowy. Pomijając że Capo to taki mały wiejski jebik, bardziej już kundlem być nie można, no i ma wzrost… hm? Siedzącego psa?

Dojechaliśmy i doszliśmy tuż przed zmrokiem. Dostałam talerz zupy, a potem prześcieradło i derkę. Noce nie są zimne, jak twierdzili Tutejsi, ale nad ranem temperatura spada do jakichś 18 może stopni i derka się przydaje.

Noc zapadła szybko i wcześnie,zasnęłam mocno a o 5 rano obudziło mnie krzątanie Tutejszych. Słyszałam jak Ender idzie doić krowę, Misael rusza na plantacje kawy, mama i Laydys (dziewczyna Misaela) rozpalają ogień w kuchni. śniadanie w środku nocy? O 6??? Leżałam i wsłuchiwałam się w kakofonię ptasich treli, dniało. Więc zasnęłam.

Po raz drugi zbudził mnie dziwny dźwięk. Po chwili powtórzył się. I znowu. Jakiś taki zgrzyt jakby szybki, podwójny, stalowy. Chwila ciszy. I znowu. Zwlekłam się z wyra i wychyliłam glowę z mojej izby wychodzącej na werandę. EEE, to tylko senior Carlos, tata Endera ładuje strzelbę.

No to grzecznie mówię: Dzieńdobry. A pan co robi? (idotyczne, przecież widzę że ładuje strzelbę!)
– Idę na dzika.
Acha. – wykazałam najwyższe zrozumienie i jeszcze na chwilę wróciłam do łóżka. Za gorąco jednak żeby spać.
Na dziki chodzi się nie dla obiadu a dlatego że cokolwiek tratują plantację. Więć jak już się takiego dewastującego rzezimieszka namierzy – można go na obiad w razie co ustrzelić.
Mieszka tu także senior Alfonso, lat 90, którego zadaniem jest pilnować deszczu. Klimat Sierra Nevada jest w październiku taki: Rano mamy słońce bankowo – co za tym idzie upał- do 13, potem przychodzą chmury i trzeba się już spieszyć. Po południu zaczyna padać. Głównie przelotnie, ale zdarzają się i większe z nieba konewki. Wieczory ciepłe, spokojne i ciche, a koło północy słychać znów krople dudniące na dachu. Więc senior Alfonso lat 90 w kapeluszu i z maczetą u pasa siedzi przy wyłożonych na ziemi ziarnach kawy i patrzy czy deszcz nie idzie. No słowo daję – myślałby kto, że się Jańcia Wodnika naoglądał!
-Senior Alfonso, a długo się to jeszcze będzie suszyć?

– No będzie… trzy słońca.

Powiedzieć trzy dni to za mało. Ziarno nie potrzebuję dni, potrzebuje dobrego słońca.
Senior Alfonso pracował kiedyś u tej rodziny, ale dawno temu pomarli mu wszyscy i tak już został. Nie czuje się samotny, jest potrzebny, bo ktoś musi przepędzać kury i pilnować deszczu. Uśmiecha się do polskich cukierków ślazowych i powoli – jak tylko zaczne rozumieć jego hiszpański artykułowany dwoma zębami – przymierzam się wyciągnąć dziadka na opowieści.

A poza tym przepraszam wszystkich, którym wmawiałam, że wnietoperze-wampiry nie mieszkają w Sierra Nevada. Ponoć sporo ich tutaj, ale Tutejsi uspokajają: One lubią tylko wysysać krowy i muły. Ludzka krew im nie smakuje. Szkodzi może?

Bateria mi siada, a zapomniałam kupić benzynę, żeby naładować komputer (jakkolwiek dziwnie to nie brzmi.)

Od nowa uczę się zaglądać do butów czy aby nie siedzi w nich coś, co może wstrzyknąć jad, ukąsić lub skrzywdzić na 100 innych sposób. Do roli ofiary tak czy owak przyzwyczaić się trzeba. Komar rządzi i nic na to poradzić się nie da. No trudno, po prostu zamykam oczy i wyobrażam sobie, że jestem na Mazurach.





Tajemnicze zniknięcie Iwonki Pibary – odcinek pilotowy

30 09 2010

Znikam niebawem.

A konkretnie-w poniedziałek. Postanowiłam nie uciekać się do półśrodków tylko konkretnie zaszyć się w selvie. Na miesiąc. Jakiś chico, który pracuje na fince w górach w poniedziałek rano zejdzie do osady z dwoma mułami, na jednym pojadę ja z Szakirą na kolanach, na drugim – prowiant i mój plecak.
Agroturystyczna opcja „all inclusiv” przewiduje zamieszkanie w chacie bez prądu, lodówki, telewizora i internetu (no to już jest hardcore! Bez netu??? Auuuu!), zwiedzanie plantacji kawy, wbicie się na kwadrat do szamana (no co? Zapraszał przecież! Zawiozę mu cukierki!), granie w karty z campesinos, czytanie książek w hamaku, pisanie różnych rzeczy, opędzanie się od komarów i nawet nie chcę myśleć czego jeszcze, uczenie Szakiry, że węże to nie jest dobre towarzystwo do zabawy, dojenie (tak, tak – DOJENIE krowy Luny lub wymiennie- krowy Mariposy – o ile przezwyciężę swój lęk przed krowami, ale w końcu kiedyś muszę, kto wie gdzie i kiedy jaka umiejętność może się przydać?), naukę podstaw zielarstwa indiańskiego, czyli magia blanca, wieczorne opowieści przy świecach, szukanie skarbu, odwiedziny u nauczyciela, co tam jeszcze? Na pewno coś jeszcze wymyślę.
Mam śmiały plan, żeby raz w tygodniu zjeżdżać na mule (4 godziny) do najbliższej wioski, w której jest jeden dwudziestoletni komputer z teoretycznym połączeniem internetowym. Tak więc optymistycznie zakładam, że raz w tygodniu – jeśli ktoś będzie miał życzenie – może spróbować znaleźć się ze mną en contacto.

Do poniedziałku jestem jeszcze nad morzem. Więc na maile czekam raczej TERAZ.

W listopadzie wracam do Santa Marta. W listopadzie wszak kończy się zima ;-)





W gardzieli diabła czyli jeden dzień z życia

23 05 2010

Normalnie to ja tak nie postępuję. Nie, nie, z pudełka czekoladek wyjadam od razu te najlepsze. Ale tym razem… najsmaczniejszy kąsek zostawiłam sobie na koniec. Wodospady Iguazu na -argentyńsko-paragwajsko- brazylijskiej granicy.

No i jak o nich napisać, pojęcia nie mam!

Piszczałam, miałam łzy w oczach i nie mogłam dać wiary, że to co widzę i słyszę, istnieje naprawdę. Sam Parqe i selva robią umiarkowane wrażenie, ale wjazd pod wodospad to jest TOTAL! Może to nie najszczęśliwszy moment na zacwycanie się masą wody, podczas kiedy bracia Polacy walczą z powodziowym żywiołem… Ale cóż, wodospady Iguazu są zjawiskowe i nic na to nie poradzę!

Nie wiedząc tak do końca, co czynię, wykupiłam najdroższą opcję tak zwaną Gran Aventurę. W jej koszt (niemały, niestety) miały wejść przejazd dżipem po dżungli, popłynięcie do katarakty, spacer wiszącymi mostkami nad wodospadami, przejazd pociągiem. No cóż, 20 minutowa przejażdżka dzipem z przewodniczką opowiadającą przez mikrofon o filodendronach to żart.

Dla takiego Indiany Jones jak ja to było jak przejazd City Tourem po Warszawie. Po selvie to ja na mule nie takie kilometry robiłam, wytrząsałam koralowe węże z butów, w absolutnej ciemności sikałam na jadowite ropuchy i co tam jeszcze, wolę nie wiedzieć… słuchałam czy przypadkiem gdzieś obok tygrys nie zaryczy.

A tu… ha, no są niby pumy, ale wpaść na taką to trzeba mieć sporo farta. Za to powszechne są oszalałe małpy, które rzucają się na bogu ducha winnego turystę w nadziei, że poczęstuje on je bananem. Turysta najczęściej częstuje i źle robi, bo małpy tak jak tatrzańskie misie powinny się ludzi bać, a nie żebrać u nich o paszę. Te tutaj się rozpanoszyły i czasem jak banana nie dostaną, to nawet ugryźć ze złości mogą.

Tapiry też bywają loco, i szarżują. Ale tylko wtedy kiedy czują się zagrożone lub są ranne. Zwierzaka jednak na zatłoczonym szlaku ujrzeć- bezszans.

Tyle się dowiedziałam na pace ciężarówki, a potem.. potem myk do łajby i płyniemy… Wodospad widać z daleka… jest… obłędny. A gdy podpływamy biżej, rzeka robi się porwista, zaczynają się przełomy, motorówka ledwie wyrabia, podskakując jak na wybojach i… Gran aventura czyli, nie żadne zdjęcia na pamiątkę tym razem. Aparaty miły pan każe schować głęboko do nieprzemakalnych worków. Gotowi? No to jedziemy. Piski, wycia, okrzyki… to mało. Wpłynęliśmy pod samą kaskadę – w sumie jakbym wiedziała to bym szampon zabrała – prysznic miałam totalny. Ale co tam, zawracamy i… drugi raz pędzimy pod sam gigantyczny i ogłuszający strumień wody.

Przyznam się, miałam łzy w oczach. Byliśmy tak blisko CZEGOŚ tak cudownie doskonałego, że słów mi brak. A to jeszcze nic. Garganta del Diablo, czyli miejsce gdzie kilka wodospadów z grzmotem wielkim i siłą jakiej nie znałam wylewa na dół. A Ty stoisz na specjalnie wybudowanym podeście i… znowu ci się chce płakać z radości. Że takie cuda są na świecie.

Nie wiem kiedy minęło 8 godzin w Parku, wieczór zakończyłam odważnym spożyciem jagnięciny w sosie z białego wina i cabernetem. Przygrywał mi uroczy Brasilenio śpiewający standardy Stan Geetz. W uszach mi jeszcze szumiał ryk wodospadów… Jest noc. Ja siedzę w zalanej światłem knajpce i słucham gitary, a one… te ryczące cudowne potwory tam ciągle są. Były i będą.

No i tyle. Po prostu jeden dzień z życia, można powiedzieć…





Narkotyki, Niemyte Dusze, Duchy, Indianie i Cała Reszta

22 12 2009

W nocy przed wyruszeniem do dżungli obudził mnie płacz. Tuż pod moim oknem łkała kobieta. Mis Hijos, mis hijos! – zawodziła głośno. Moje dzieci! Andres! – krzyczała tuż nad moja głową. Okna na Karaibach nie mają szyb, a łóżko stało tuż prz oknie. Nie wiedziałam, co zrobić. Ubrać się, wyjść z pokoju, pocieszyć ją. Ale jak? Może jest po prostu pijana? Albo szalona. Leżałam nieruchomo, a zawodzenie nie ustawało. I nagle olśniło mnie. To nie kobieta żadna. Ani alkoholiczka, ani szalona. Toż to La Llorona! Przestałam oddychać. Spojrzałam na zegarek. Była 4.45. Do świtu pozostało niewiele czasu… Nadal jednak panował mrok, a kobieta płakała coraz głośniej. Po pół godzinie usłyszałam pierwsze ptaki, a La llorona umilkła. Zasnąć jednak już nie mogłam. Bałam się

[więcej o La lloronie: http://www.kolumbijsko.com/kolumbia/legendy/llorona_p_aczka__2.html ]

Tego samego dnia, złachana jak Burek, po całodziennym trekingu w parnej, gorącej i błotnistej selvie, siedziałam przy świeczce w górach i opowiadałam o Lloronie kolumbijskiemu przyjacielowi, Enderowi.

-Rzeczywiście ludzie tutaj wierzą, że ona istnieje? – Ender popatrzył na mnie bezrozumnie.

-Ona naprawdę istnieje. Można tu czasem usłyszeć jak płacze. Najczęściej przy strumieniach…

-Ale dlaczego płacze?

-Nie wiadomo. To duch pokutujący. Zabiła swoje dzieci.

-Może więc potrzebuje pomocy?

-Ale jak jej pomóc? Tylko ją słychać, znika zanim zdążysz podejść i zobaczyć.

-Może trzeba się pomodlić za nią.

-Może, ale trochę strach…

-A może to woda szumi?

-Woda szumi. A nie płacze. Zresztą sama mówisz, że ją słyszałaś.

No tak, racja… Całkiem wyraźnie.

-Poza tym nie tylko Llorona się tu pojawia. W górach jest dużo duchów. Czasem dotykają człowieka.

To jakaś przenośnia, czy nie zrozumiałam…

-Jak to DOTYKAJĄ?

-Łapią za rękę.

-O matko. A tygrysy? Słyszałam, że tutejsi wieśniacy też się ich boją. Nie powiesz mi chyba, że to prawda.

-Prawda. Porywają dzieci, krowy. Dawniej, teraz już nie. I trochę wyżej w górach, nie tu. Jest dużo zwierząt, nie muszą polować na ludzi. Nie bój się. To się zdarza bardzo rzadko…

Tygrysy, duchy i hamak rozwieszony pod gołym niebem…

Ender zdmuchnął świeczkę. Skończył się dzień.

Ciudad Perdida – kolebka Indian Tayrona.

Idziemy przez trzy dni. W górach ramię w ramię z góralami żyją Indianie Koguis. Poznałam lepiej jednego z nich – Indianina Serce (tak naprawdę nazywał się jakoś tak… Serso. Ale ja mówiłam do niego per Serce i też działało) .

To grupa Indian, którzy do dziś kultywują stare tradycje. Niewiele już one mają wspólnego z dawnymi wierzeniami cywilizacji Tayrona, która żyła tu przed wiekami. Jednak tylko oni ( i rodzina Indian Aruukoos żyjąca też w Sierra Nevada) nie zasymilowali się z Colombianos.

Pozostali, np. Kuonkuamos i Wuiguus przyjmują styl życia colombianos. Chodzą w adidasach, ścinają włosy, emigrują do miast. U Koguis to nie do pomyślenia.

Mężczyźni nigdy nie obcinają włosów, a kobietom nie wolno nosić butów, żeby ich przyszłe, nienarodzone jeszcze dzieci mogły zawsze czerpać energię od Pachamamy, Matki Ziemi. Wyznają kult Słońca, wierzą, że słońce poślubiło kiedyś Żabę, dlatego jest to dla nich najświętsze zwierzę. Mieszkają w górach, podobnie jak wieśniacy żyją z uprawy owoców, kawy i kakao, wynajmu mułów i… turystów robiących sobie zdjęcia z nimi jak z misiami niegdyś w Tatrach. Tylko Indianom, ze względu na tradycję, wolno uprawiać kokę. Używają jej m.in. do Poporo.

Poporo to paszport w dojrzałość. Kiedy chłopiec kończy 18 lat, po raz pierwszy sięga po Poporo. To biały proszek powstały ze zmiażdżonych muszli małży (wapń) i utartych na miazgę liści koki. Ta mieszanka sprawia, że Indianin może wędrować cały dzień, nie czuć głodu, a czuć za to napływ sił niemal nadprzyrodzonych. W chwilach krytycznych (dwie godziny non stop po śliskich kamieniach pod stromą górę) namawiałam Endera, żeby mi zorganizował trochę Poporo, ale Ender odradził. On kiedyś spróbował. Wyżarło mu usta, język. Po pewnym czasie człowiek się ponoć przyzwyczaja. Ale ja nie mam aż tyle czasu… Żaden Indianin nie zostawia w domu Poporo (proszek nosi się w wydrążonej tykwie na patyku). Jest jak dowód osobisty.

Dopiero kiedy młody chłopiec przejdzie poporowy test, może się ożenić. Inna sprawa, że musi zrobić to szybko. Wszyscy chłopcy w wieku 18 lat maja obowiązek ożenić się z dziewczyną ze swojego klanu. Młode żony mają 15-16 lat. Małżonkę Indianin wybiera sobie sam, ale jak mu się nie spieszy, sprawę załatwiają rodzice.Tylko Wódz może baraszkować z więcej niż jedną żonką. Reszta musi się zadowolić monogamiczna nudą. W czasie świąt Indianie zbierają się w specjalnych wioskach, mężczyźni, głównie starszyzna, bawi się i spożywa napoje wyskokowe a także tańczy z duchami w Casa Amarilla – Żółtym Domu.

Nie mają tam wstępu ani dzieci ani kobiety. One bawią się w swoich miejscówkach, gdzie dla odmiany panom wstęp wzbroniony. Wszyscy bez wyjątku noszą białe ubrania. Biel to dla Koguis symbol czystości. Nie zakłóca komunikacji z duchami. A z tymi Indianie pozostaje w stałym kontakcie. I absolutnie nie boja się, że któryś z umarlaków może złapać za rękę albo za nogę. Swoich zmarłych, żeby byli jak najbliżej zakopują tuz za progiem, obok domu.

Tyle dowiedziałam się w czasie wędrówki z Sercem przez las. Na święta znowu jadę w góry do rodzinnego domu Endera.

Kumpli w białych wdziankach ma tam on bez liku… więc to pewnie nie koniec opowieści. Zwłaszcza, że mamy udać się do szamana (tego od wykręconej ręki!), żeby dowiedzieć się, co mnie czeka. Jak znam życie to szaman przekupiony przez Endera powie mi, że mam zostać w Kolumbii para siempre.

No ale, nie uprzedzajmy faktów… Może powie jednak coś innego?

Miało być Feliz Navidad w Bogocie, ale wywiało stamtąd wszystkich znajomych. Zaczęły się letnie wakacje i Kolumbijczycy się rozjechali. Święta więc spędzę z Rodziną Endera. W Santa Marta jak każe tradycja wigilijna wylega się na plażę, by przy umajonych bombkami i świecidełkami palmach i rozświetlonych bałwanach i mikołajach tańczyć do rana rumbę na plaży. No i gdzie i komu ja mam niby zaśpiewać, że Bóg się rodzi, moc truchleje…?

Tuż po wigilii ruszamy z Enderem do domu rodziców w góry Sierra Nevada. To tam całe życie ojciec Endera kolaborował z Autodefensą i uprawiał kokę na sprzedaż kartelom. Teraz, odkąd wtrąciły się w kolumbijską politykę Stany Zjednoczone, Uribe stanowczo zakazał uprawy koki i co więcej; mas o menos zakaz egzekwuje. Gdy zapytałam, czy nie bali się państwa i policji, gdy kolaborowali, Ender tylko wzrusza ramionami. „Państwo nigdy nie było groźne, co nam m ogli zrobić?”. Dopiero w 2001 roku, gdy tuż pod domem Endera (1500 m.n.p.m.) zaczęła się strzelanina, zrobiło się gorąco. Rosnące jak grzyby po deszczu kolejne grupy paramilitares zaczęły walczyć o wpływy. Ginęli ludzie. „Siedziałem na drzewie i patrzyłem jak 200, 300 nowych przedziera się przez góry. Straszny widok”.Skąd wiedział, że to byli nowi? „Bo naszych znałem, to byli nasi amigos. Grzeczni. Czasem tylko gwałcili indiańskie kobiety, ale to wyjątki. Nigdy za to nie kradli. Zawsze płacili za jajka, pomoc, muły…”. Skąd mieli kasę? „No przecież kupowali od nas kokę… Mieli z niej dużo pieniedzy. A i my też”.

Kiedy przyszli nowi, rozpoczęła się regularna wojna. „Byli wkurzeni, strzelali do ludzi”. Dlaczego? „Nie wiem. Chyba to lubili…”. Wkroczyło wojsko. Rodzina Pineda Gutierezz z dnia na dzień musiała opuścić dom, uciekli w okolice Parque Tayrona. „Zabraliśmy tylko trochę ubrań, muły, najpotrzebniejsze rzeczy”. Przez miesiąc żyli na ulicy. Ender miał wtedy 15 lat. „Nie chcę o tym pamiętać. To był straszny czas” – mówi. Kiedy wrócili, dom był splądrowany, pola spalone, zwierzęta skradzione. Wszystko musieli zaczynać od nowa.

Teraz nie ma już paramilitares w Sierra Nevada. Kontrolę nad terytorium sprawuje wojsko. Znudzeni żołnierze podrywają turystki i robią sobie z nimi zdjęcia telefonami komórkowymi. Mają 17-18 lat.

Gdzie są paramilitares? Przenieśli się w okolice Antiochii i Leticii. Ale teraz wieśniacy nie mają tak, jak kiedyś. Grup jest dużo, coraz więcej, podobnie jak karteli. Nie ma już Escobara, jednego El Padrino. „Wieśniacy posądzani są przez jednych, ze kolaborują z innymi, że sprzedają kokę nie tym, co trzeba… Wszystko się skomplikowało”. Ender uważa, że z koką jest problem. „ W moim kraju już dzieci siedmioletnie wciągają kokainę. Wszystko zaczyna się w szkole, gdzie przychodzą handlarze. Ale co zrobić? Póki ludzie będą dobrze płacić, wieśniacy będą sprzedawać.”. Jest popyt, jest podaż.

Ender ma 24 lata. Nie uprawia koki, prowadzi w góry wycieczki. Kilka dni temu dostał jednak propozycje lepiej płatnej pracy. W ochronie kartelu. Nie przyjął jej. „Nie chcę reszty życia spędzić w więzieniu ani znaleźć się na cmentarzu. – zapewnia mnie.

Kiedyś jednak spotka dziewczynę, której będzie chciał zaimponować, zarobić dużo kasy i wtedy… Czy jest silny, czy będzie umiał żyć skromnie, podczas gdy tu pieniądze (co z tego, że brudne, pieniądze to pieniądze!) leżą na ulicy? Albo rosną na polu? Grunt tylko to wiedzieć z kim pić Aguardiente!

Wigilia więc pewnie wypadnie w chacie w Sierra Nevada. Z Gutierrezami. Tylko jaką ja im potrawę wigilijna mam tu niby przygotować bez kapusty, śledzia, maku i buraków??? Ma ktoś jakiś światły pomysł? Makowiec odpada, może analogicznie do ciasta z zakazanym u nas makiem da się tu upiec ciasto z koką?