Kolumbijskie UROKI

17 06 2011

Ostatnio wszystko szło źle. A to ktoś mnie rozczarował, a to coś nie wyszło, a to pieniądz się mnie nie trzyma, a to na kimś się zawiodłam, a to… krótko mówiąc – wszystko nie tak.
Narastała moja złość. Bezsensowna całkiem. W sumie co z tego, że Louis, który ma ciężarną narzeczoną, pokątnie bzyka turystki w Miramar? W sumie co z tego, że jedna z nich – Kanadyjka z Anglii głupia jest jak but i irytuje mnie szalenie? W sumie co z tego, że Marron winien jest mi 25 dolarów i nie płaci? Bo niby nie ma, ale na browar i aguardiente – jakoś znajduje. I gdybyż jeszcze Marron był jedyny. Ale takich Marronów więcej by się znalazło jak dobrze policzyć. W sumie co z tego, że dom, który miał być mój, został wynajęty komu innemu? W sumie to gorsze  rzeczy mi się w życiu przydarzały.
Wczoraj jednak Blanca spojrzała na mnie i wypaliła: Bije od ciebie zła energia. (oj, biła, zaiste!).
Blanca to siostra Rubena. Ma – na oko – jakieś 45 lat i jest dość nieładną, zniszczoną kobietą, o której nie wiem zbyt wiele.
Wczoraj zapytała wprost:
– Dlaczego nie spróbujesz myśleć pozytywnie?
– Och, uwierz mi, byłam bardzo pozytywna aż do dziś.
– Nieprawda. Nie byłaś.
– Byłam!
– Nie!
No nie, nie bedę się z babą kłócić o mój stan psychiczny i nastawienie do świata. CHYBA WIEM LEPIEJ, CO NIE?!
– Ja na przykład mam trzech synów – ciągnęła Blanca. – Jeden z nich siedzi w więzieniu. Sądzisz, że jest mi lekko?
– Nie, nie sądzę.
– No właśnie. Ale codziennie budzę sie i myślę, że wszystko przecież jeszcze może się zmienić. Jeden dzień jest dobry, inny zły. Najczęściej są byle jakie. Aż w końcu zdarza się coś, co przynosi szczęście. Odmienia los. Trzeba tylko w to wierzyć. Być otwartym. Pozytywnie nastawionym.
– Nosz mówię ci że kiedyś byłam. Pozytywna jak krakowski precel! Ale się skończyło. Zero, nul!
– E tam. Przewracasz się i co? Leżysz tak? Musisz wstać i iść dalej.
Ups. Może zawiozę Blancę do Warszawy, powinna w Pani Domu albo Życiu na Gorąco udzielać porad w dziale „Ludzie listy piszą”. Ona jakby słyszała moje myśli.
– Ty jesteś negatywna. To źle. Musisz to zmienić a wtedy- wszystko inne też się zmieni. Zobaczysz – zakończyła i poszła sobie.
Uf, co za banały. Jednak rzeczywiście czuję, że od pewnego czasu krąży we mnie dużo złości.
Kiedy zżymam się na Louisa czy na innych, narzekam na Kolumbijczyków, mentalność „costenios” itp, Ender pyta mnie: – Ale co cię obchodzą inni ludzie? Ty budujesz SWOJE życie i tylko to jest ważne.
Mądrala! Tłumaczę więc, jak chłopu na łopacie, że moje życie mogę budować w oparciu o zasady i standardy, które znam i akceptuje. A te tutaj? Madre mia!
– Nie możesz tracić sił. Todo va a estar bien.
– Może i wszystko będzie dobrze, ale mówię ci, że czasem czuję się jakby ktoś spojrzał na mnie „złym okiem”.
– wzdycham.
Złe oko, czyli urok rzucony przez spojrzenie to wierzenie obecne chyba na całym świecie od Senegalu, przez białoruskie Koziany po kolumbijską Santa Marta. W Kolumbii noworodkom matki zawiązuja na maleńkich przegubach czerwone nitki, (upodobniając tym samym dzieci do Madonny), któreż to nitki mają chronić przez „złym okiem” właśnie. Malo ojo, złe oko. Na wybrzeżu karaibskim, gdzie przenikają się wpływy europejskie, afrykańskie i indiańskie wiele zyczajów związanych jest z ochroną przed urokami. Oprócz czerwonego naszyjnika  (kolor czerwony chroni głównie dzieci) nosi się w kieszeni białe kamienie albo specjalne bransoletki – pije także miksturę ziołową, która chroni przed czarną magią. A ja nie piję.
No i tu Ender poważnieje.
– Tak myślisz? A to w takim razie musimy pójść do szamana.
– Tak?
– Tak. Albo do brujas.
– Nie, nie, brujas – wolę nie.
– One wiedzą jak się oczyszcza ze złej mocy.
– Ale dziękuję, naprawdę, czarownice może innym razem. Jeśli naprawdę uważasz, że to konieczne, to już lepiej chodźmy do szamana.
– No dobrze, jak chcesz. On też będzie wiedział jak zdjąć urok. A przynajmniej uchronić cię przed ewentualnym urokiem.
No jeśli tak… to pójdę chyba?

Reklamy




A ty noś, noś noś długie włosy… a ty pal, pal, pal, pal… ale nie papierosy!

1 03 2010

Wpadłam na tego szmana niechcący dziś w sklepie. Wyglądał… szamańsko, bez dwóch zdań. Indianin całą gębą. Na bosaka. Na biało. Z poporo w torbie. Tradycyjnej, indiańskiej, sierranevadzkiej, a jakże. Jak w podręcznikach. I ten ich indiański dystans do świata. Rękę podał powoli, bez entuzjazmu większego. Tysięczna gringa podniecająca się jego Wielebnością. Ale nie. Krzesło przestawił tak bardziej z dala od tłumku przyjmującego procenty do krwi, dla mnie się też znalazło.

-Więc o co mnie chcesz zapytać? – rzekł z powagą.

-O wiele rzeczy. Ale nie tutaj.

-Niedziela. – rzucił lekko.

-Dobrze.

No ale, skąd wiedział, że go szukam? Taka sztuczka pewnie, każdą gringę tak zaczepia. – se myślę.

-Ależ skąd – prostuje Mauricio, będący świadkiem polsko-szamańskiej wymiany zdań.

-On czasem spojrzy tylko i wie. Znam go dobrze. On ma moc.

A o co się pyta szamana Koguis? O to samo, co wróżki i brujy?

Nie, na to się nie piszę. Po prostu nie ciekawi mnie, co się ze mną stanie. Dowiem się w swoim czasie. Ale pytań mam bez liku, na przykład o koraliki i o torby. Ponoć koraliki noszą dziewczynki indiańskie od urodzenia, żeby odróżnić chłopca od niechłopca. Dopóki nie wykształcą się drugorzędne cechy płciowe ;-), jako że wszyscy hurtowo noszą długie włosy, trzeba ich jakoś odróżniać. Po koralikach! A torby? Zawsze dwie – jedna na poporo, druga na co tam trzeba – zarezerwowane są tylko dla panów. Panie nie używają szminek ani torebek. (ileż to problemów odpada, ach jak to kusi!) Nurtują mnie za to te koraliki. Myślę, że coś się za nimi kryje. No i to poporo. Co oni tam wsadzają do tej tykwy tak naprawdę oprócz wapnia z muszli małży i liści koki. To wystarcza, żeby mieć spojrzenie Łajki w Kosmosie?

No ale z pytaniami muszę wstrzymać się do niedzieli. Szaman Romuald chce jechać ze mną na plażę, do Taganga. A tam – kolejna dziś buena noticia – rezyduje Rodak w podroży dookoła świata. Więc, espero, będzie się działo!

PS. U nas 34 stopnie w cieniu nieustająco, a upał już potrafię rozróżnić. Jest STRASZNY upał. KOSZMARNY upał. I upał NIE DO WYTRZYMANIA. A u Was, jak słyszę, odwilż. Kupy psie radośnie wypływaja na wierzch. To dobrze. Łatwiej wdepnąć w G… a to przynosi SZCZĘŚCIE! Którego sobie i Wam życzę!

PS 2. Raz w życiu, jeden jedyny raz, prosząc o pomoc, wcale nie dla siebie skorzystałam z pomocy szamana polskiego. I co ciekawe, też nazywał się Romuald!