Przekład

24 03 2011

„Język głuchoniemych nie ma konotacji graficznej i tworzony jest w przestrzeni”, a jednocześnie istnieje techniczny język niektórych chińskich kaligrafów, któremu nie odpowiada żadna forma ustna. Istnieją plemiona, które twierdzą, że należy milczeć, bo słowa zużywają świat. Ludzki słuch nie znosi ciszy, więc jeśli nie wyłapuje niczego, sam generuje szum”.

Od czasu pewnych dramatycznych zdarzeń w moim życiu, zaczęłam przywiązywać wielką wagę do milczenia. I do oszczędnej ekspresji. Najchętniej, gdybym mogła, porozumiewałabym się matematycznymi wzorami lub językiem Wittgenstaina. Niestety nie potrafię.
Bywa to moje odkryte niedawno zamiłowanie męczące dla restauracyjnych gości, bo wylewna nadmiernie nie jestem. Nieprzysiadalna raczej bywam. Choć nie zawsze. To zależy wszak, kto przysiąść się chce.

Ostatnio opowiadałam o najbliższych mi tu ludziach. Takich, z którymi nawiązałam prawdziwy kontakt.
Wymieniłam trzy. Tinę, Klausa i Endera.
To z nimi „najlepiej mi się gada”.

Z tym, że Tina jest głuchoniema, Klaus mówił tylko po niemiecku, w którym to ja języku znam kilka słów rodem z filmów o drugiej wojnie światowej, a Ender wychował się wśród Indian Koguis i tak jak oni ekspresję ma w zaniku.
Tak więc nie o słowa tu idzie.

Kilka skreślonych gestów w powietrzu i razem z Tiną pękamy ze śmiechu. Obgadujemy przestrzennie hotelowych gości. Wymachujemy nasze frustracje i żale. Płaczemy sobie w mankiety- po cichutku.
Potem – milczenie pełne treści Klausa. Jakaś historia bolesna w tle. Czy to ważne co się stało? Nie. Teraz i tutaj milczymy sobie pogodnie u mnie w restauracji, słowa nie potrzebne. Milczeliśmy przez miesiąc. Klaus przychodził do kuchni, pomagał mi robić sałatki, coś tam czasem sobie rękami, kulawym Klausa hiszpańskim i moim angielskim jednak opowiadaliśmy. Dużo śmiechu było. Na koniec Klaus wytatuował sobie smoka na ramieniu i pojechał.

Został Ender.

A., siedząc u mnie w restauracji z poderwanym na dyskotece instruktorem tańca, zapytała: – Dlaczego Ender się nie przysiądzie do nas? Czytałam tyle na twoim blogu o nim, CHCĘ go poznać.
Posłusznie przekazałam życzenie A. Enderowi, który uprzednio powitawszy Polki skinieniem głowy, teraz oglądał jakiś tenisowy turniej.
Posłusznie podszedł do stolika i… usiadł obok, przy drugim. Uśmiechnął się i…zaczął milczeć.
Co miał powiedzieć A.? Zwyczajowo zapytać jak Jej się podoba Santa Marta? Albo, jakie ma plany na następny dzień? Czy może wyznać, że dawno nie widział tak ślicznej blondynki? Wszak patentów na zagajenie miłej, niezobowiązującej rozmowy jet milion.
Najmniej popularnym jest MILCZENIE.
Poczułam się zobowiązana wytłumaczyć go jakoś: Że wychowany wśród Indian, zdystansowany dlatego, że… Głupio zabrzmiało. I niepotrzebnie.
Jaki on słodki – skwitowała rzecz A. i zajęła się instruktorem, który nie miał najmniejszych problemów z nawiązywaniem kontaktów.
Ender więc spokojnie już wrócił do tenisowych zmagań.

Potem zapytałam go, dla porządku, dlaczego się jednak nie przysiadł.
– Nie było miejsca. – odparł.
i zabrzmiało to bardzo prawdziwie, choć przecież na ławce obok A. i instruktora, zmieściłby się bez trudu.
Ale widać uznał, że miejsca tam dla niego nie ma.

Tak jak Indianie. Od kilku treków, odkąd śpimy w domu Koguis, niektórzy z rodziny podchodzą do nas, naszych turystów. Nawiązują kontakt, ucza swojego języka, częstują rumem lub cukierkami. ALE NIGDY SIĘ DO NAS NIE PRZYSIADAJĄ.
Na to przyjdzie czas. Jeśli przyjdzie.

„Prawdziwym problemem dla tłumacza (…) jest nie odległość miedzy językami albo światami, nie żargony, nie identyfikacja, nie muzyka; prawdziwym problemem jest milczenie w danym języku – wszystko bowiem inne można przetłumaczyć, prócz sposobu, w jaki dane dzieło milczy; tego-przetłumaczyć się nie da”.

[cytaty pochodzą z książki argentyńskiego pisarza, Pabla de Santis pt. „Przekład”.]

Reklamy




O tym co można znaleźć na 15 stronie Cosmogirl

18 03 2011

Wciąż tu jestem, jakby ktoś pytał.

Zaliczam życiowy roller coaster emigrantki. Z tym, że nie lubię do dołu. Miałam już z w życiu kilka gwałtownych i mocnych upadków, przy czym szczytowań kilka – godnych zapamiętania- też zaliczyłam. A teraz bym chciała po constansie jechać. Ale dziwka ENTROPIA dopada wszystko, co się rusza (choćby i pełzało).Czy to, co się NIE RUSZA, też dopada? Może się ruszać zatem przestanę, hę?.
Pewnie to moja wina, bo podobno mam podły charakter, jak wynika z horoskopu i z tego, że mój Admin przestał się do mnie odzywać. A czy tych, co nie mają podłego charakteru ENTROPIA nie dopada? Czytałam, że krew papieża zakitrana w jakiejś fiolce w szpitalu nie krzepnie. Wnioski?

Mówiąc krótko: zaliczam doła.
Dół jest długoterminowy, nasila się i rozwija się (tempo stałe, przyspieszone).
Autorami doła są (w kolejności przypadkowej, niealfabatycznej):
1. Obleśny Jarek (imię litościwie zmieniłam, ale nie bardzo), który uparcie okupował hotel, zajmował pokój, który mógł wynająć jakiś bogaty Niemiec lub Kanadyjczyk, który pożerałby u mnie tony camaronów i innego robactwa morskiego, płacąc za to sowicie  i przykładając rękę, a raczej portfel do mojego prywatnego PBK. Obleśny Jarek (pojawił się już na łamach bloga kilka postów niżej) nie dość, że ostentacyjnie nic nie jadł ani nie pił – to non stop „pożyczał” widelce, sól, mikser, gotował jaja na twardo i ogólnie z racji swojej polskośći w mojej mini restauracji czuł się jak u siebie w domu. Kompletnie nie robiło na nim wrażenia prasłowiańskie powiedzenie: Jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie. Odkąd w dość prostacki i niecenzuralny sposób wyraziłam zdanie na temat jego grubych i owłosionych żartów, Obleśny Jarek krążył jak krążownik i łypał na mnie z ukosa. Był omnipotentny, wszechwładny i wszystkowiedzący. Zawsze chciał dobrze w imię zasady, że dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło. Obleśny Jarek. Był straszny. Kilka razy zmusił mnie do niemiłej, expresis verbis wyrażonej, asertywności (nie tylko w jego ulubionym pornograficznym temacie), co sprawiło, że poczułam się jak kutwa i nieużytek. Nareszcie sobie pojechał. A ja zastanawiam się czy mam podły charakter.

2.Dziewczęta z Polski. Dorodne, wesołe jak szpaki i bardzo pewne siebie. Jedna z nich upuściła wypasiony aparat fotograficzny na ziemię. Ktoś krzyknął: „Ojej!”. A laska LITERALNIE wzrusza ramionami, usta wydyma i rzecze: Phi, nic to, kupię sobie następny. EMPATIA w tym wypadku nie dopadła. Ani mnie (nie rozumiem takiej ostentacji) ani jej (nie rozumie tutejszej biedy). I tyle na ten temat. Inna, typ mocno imprezowo-taneczny, radosny i ogólnie turystycznie zrelaksowany (tu empatia moja działa jak należy), rzuciła dnia pewnego: „Bo ja jestem, wiecie, bardzo emocjonalna. I wszystko silnie przeżywam”. –  poparła tezę doprawdy uroczym i perlistym śmiechem.
I tu znowu mi psycha siadła. I nie wstała. Jak ja bym chciała tak umieć dzielić się swymi, jak by nie było atutami. A ja – choć przecież emocjonalna nie mniej – się tylko stroszę i dziczeję, burmuszę i nadymam. Ponuro wpatruję się w ekran monitora, chlipię nad skrojoną świeżo cebulą, egotycznie siekam szczypior albo milcząc uparcie, obijam kości na grzbiecie kobyły w Sierra Nevada. Egoistka. A emocje gdzie? Zostały w jednym z numerów Cosmopolitan na stronie 15 w dziale „Cosmo, Ratuj!”. Nie uratowało. Jak widać. Mój problem. Nie stać mnie na tak niefrasobliwe tracenie aparatów ani nawet na perliste iskrzące emocje. Ech.

3.Ender. Jego zdolności do nieoczekiwanych, acz nagłych zaniknięć przekraczają zdolności samego Harrego Pottera i innych Davidów Copperfieldów. Znika celowo, przypadkiem, chyłkiem i całkiem otwarcie. Coraz częściej. Taka moda na macho. Jeszcze chwila, a zacznie nosić sombrero! Wąsy już zapuścił, co też małą kroplą napełnia kielich goryczy. Gorycz kielich napełnia, zwłaszcza kiedy Ender (z zalążkiem meksykańskiego wąsa) znika w godzinach pracy i zostawia mnie z całym bajzlem na głowie. Reszta mnie nie obchodzi, ale lubię wiedzieć gdzie jak i po co. A tu się okazuje-to niepotrzebne przyzwyczajenie. Ordung taki mieć w głowie. Sama się sobą zażenowałam w tej chwili, tj. pisząc te słowa. Poprawka zatem:
Tak więc to nie Ender jest współautorem doła, a wrednie brzmiący i nieużyteczny w życiu a już całkowicie zbędny w głowie mister ORDUNG. Miejsce urodzenia: Europa, znaki szczególne: lubi pieprzyć ludziom życie.

4.Ignacy Karpowicz. Napisał książkę, dostał Paszport Polityki i piszą, że Ignacy „zaprasza do intelektualnej zabawy – dyskursu o współczesnośći. A dla mnie to intelektualny, efektowny – nie powiem, ale jednak tylko new agowy bełkot. Zgłupiałam ja czy recenzenci Polityki? O taka, dajmy na to Anna Karenina albo Pani Bovary – to były powieści!

5.Szakira. Suka, nie piosenkarka. Puściła sie i teraz znowu bulę na tabletki antykoncepcyjne, a kasy nie mam.

6.Kasa. Której nie mam. A jak mam, to ona przejawia te same tendencje, co mój współrestaurator. Do znikania.

7.Entropia. Bo jest.

8.Admin. Bo zarazem jest, a go nie ma.

9. Liga Mistrzów. Wciąż jest (w telewizorze. Na żywo albo na powtórkach). A „Czarnego łabędzia” Aranofskiego jakoś – nie ma.

9. Niebieska a raczej turkusowa farba (do pomalowania okiennic). Której nie ma. Nigdzie. Tylko na zdjęciach okiennic z Grecji- jest. Co wkurza tym bardziej. Bo NIE JESTEM w Grecji.

10. Tsunami. Które było i podobno jeszcze będzie (tam i siam, nie wiemy gdzie, oczywiście).

11. Rekiny. Które są i które warunkują moje rozdarcie (psychiczne, nie fizyczne. O czym za chwilę).

12. I fakt, że gdy dziś krzyknęłam wkurzona jak 150: DUPA! Dupa no! – nikt nie zareagował. Bo co to niby po kolumbijsku znaczy taka dupa?  Nic. Zupełnie nic.

I jeszcze to i owo, ale litościwie przemilczę całą resztę współautorów DOŁA, który wszak narasta. Dodam tylko że dla odreagowania zakupiłam super kieckę, od której całe budowy w Santa Marta stają i nie tylko one. I nagle okazuje się, że mega ze mnie lachon bo z klapek japonek wskoczyłam w 12 centymetrową szpilę i wbiłam się w biały bandaż. I nagle okazuje się, że parece fenomenal i w ogóle wzbudzam aplauz.
Co tylko spotęgowało doła, bo okazało się, że mój FENOMENALNY intelekt, liczne talenty i dobry, zahartowany charakter nijak się mają do faktu że niezła ze mnie foczka. I po co mi były te studia i wszystkie wymęczone, acz przeczytane numery „Literatury na świecie”?
Trzeba było zostać przy „Cosmogirl” i tipsach z kryształkami Swarowskiego!
Chyba zaczynam bredzić.

To jeszcze wrócę na fali poematu dygresyjnego do rekinów. Same w sobie nie wzbudzają we mnie żadnych emocji a już zwłaszcza negatywnych, ale fakt, że mam szansę wybrać się na polowanie na rekiny już mnie oszołamia. Bo po pierwsze i tak miałam się wybrać na łowy (z tym, że to miały być langusty albo jakieś inne robale morskie ewentualnie rybki tradycyjne), a tu nagle wyskoczyły te rekiny.
I co? Zgładzić rekina? To wszak taka większa ryba. Że niby krowę jem, a rekina to już nie? Że niby krowy sama nie gładzę? No a powinnam wszak, żeby było sprawiedliwie. I ostatnie pytanie: a co jeśli rekin zechce zgładzić mnie?
Operator Jaś (nie jest współautorem doła, wręcz przeciwnie) zaprasza na łowy. Z zaprzyjaźnionym rybakiem. A potem wszyscy zrobimy zupę rybną. Z rekina.
Ja się waham.
Dół trzyma.
Upał też.
I to by było na tyle.