Wiosna czyli cudowne rozmnożenie

14 03 2011

– Ivone, Ivone, telefon do ciebie! – krzyczy Ender i wciska mi komórkę w ucho.
– Hola miamor – to Laydys z gór. (Ciekawe, jak znalazła zasięg?!) – Mam wiadomość.
– To dawaj ją, dobra kobieto!
– Zostałaś babcią.
– Że jak? (Sama się jeszcze wszak nie rozmnożyłam!).
– Paulina Rubio ma szóstkę ślicznych dzieci.
Paulina, moja kura-indywidualistka! Ach tak! Się okociła. Tj. o… okurzyła? Mam więc już w górach zaczątek fermy.
Inwentarz mi narasta. Wiosna idzie. Konie chce kupić dwa. Zasiać by trzeba dla nich owsa czy czego tam. Tata Endera już dogadany. Ja zasieje, on zbierze, a Halinka i Frania (kobyły) zjedzą. Bo jak będę miała konie, to damy. I żadne tam natchnione Persefony ani inne Kasjopee, jak to mają w zwyczaju pretensjonalnie nazywać swoje szkapy koniarze. Tylko Halinkę i Franię.
No i Szakira. O ile mnie kobieca intuicja nie myli, to małolata jest w ciąży. Tak proszę państwa – mamy takie podejrzenie że się nam Szakirka wzięła i puściła. Z kundlem kolumbijskim. (Czy Party o tym napisze?! Wszak to temat czołówkowy!).
Wiosna, wiosna! Wiosna, ach to TY! Szczeniaki – kundlaki, komu, komu, bo idę do domu!
A na koniec uprzejmie donoszę, że Jungle Tour rusza na intensywny dwudniowy trek w Prima Aprilis. Ktoś chce dołączyć?

Reklamy




Dobry człowiek

20 10 2010

Może i nie potrafi wielu rzeczy i ma tylko kilka klas szkoły, ale jedno jest pewne. Jest dobrym człowiekiem.

Schodzilismy z Machete. Ponowiłam próbę, dedukując, że w niedzielę panowie grzebiący w kablach nie pracują i prąd będzie. Był. Dudniącą muzykę słychać było już z daleka. Wiadomości poszły w świat. (o samym Machete-innym razem).

Z powrotem wchodziliśmy pod górę w potwornym upale. Musieliśmy czekać do 12, bo ja miałam nadzieję na jakieś maile z Polski, a Tata Endera czekał na telefon. Ender po fieście był cokolwiek wczorajszy. Szedł zlany potem, jak cała reszta zresztą. Tego dnia słońce paliło niemiłosiernie. Do tego wszyscy byliśmy strasznie głodni. Ja, jedyna cwaniara jechałam na mule, reszta wypacała z siebie siódme poty. I nagle z naprzeciwka ktoś biegnie. I krzyczy, że Manuelo ma atak. Serca? Jakiś inny? Nie wiadomo. Nie rusza się. Potrzeba lekarza!

Mężczyzna pracujący na plantacji stracił przytomność. Najbliższy lekarz w Santa Marta. A nam do domu zostało pół godziny. Wracać do Machete – to 3 godziny na piechotę, półtorej na mule, jeśli go dobrze popędzić.

– Może powinien wziąć naszego muła? – pytam Endera.
Hm, no ale nie wziął. Idziemy przez chwilę w milczeniu.
I Ender mówi:
– Wiesz, myślę, że powinienem pomóc im. Możemy go zanieść w hamaku chociaż kawałek dalej. Powinien jechać do Santa Marta. Weźmiesz mój plecak?
Wzięłam. A Ender zawrócił i nie proszony przez nikogo poszedł zanieść obcego człowieka do Machete.

Wrócił kiedy było już ciemno. Był zmęczony.
Podałam mu kubek z wodą. Potem kolejny. I następny. Kiedy wypił trzeci, powiedziałam:
-Jesteś dobrym człowiekiem.





Efekt skorpiona

19 10 2010

Kiedy po raz pierwszy w grudniu ubiegłego roku przyjechałam w Sierra Nevada de Santa Marta, umierałam ze strachu.Po pierwsze jako dziecko miasta boję się ciemności. Takiej zwykłej- nie bardzo, ale ta tutaj zdawała się gęsta, smolista, złowroga. Pokutująca nad strumieniami La LLorona, Kuku, którym straszy się dzieci, diabły i czarownice rzucające garnkami, świat baśni, legend, strasznych historii, demonów, niezbadanych szelestów i przeraźliwych dźwięków – to wszystko wyłazi z głowy nocą. Ale tak naprawdę bałam się tygrysów, pum, węży koralowych po ugryzieniu których śmierć następuje w ciągu 24 godzin, skorpionów, tarantul, wielkich parzących gąsienic, ropuch strzykających jadem, mam wyliczać dalej?

Pierwszej nocy w drodze do ciudad perdida nie zmrużyłam oka. Jakiś nierozważny turysta zostawił plastikową torebkę pełną niedojedzonych ciasteczek, w których rozsmakowało się – z odgłosów wnosząc – naprawdę duże zwierzę.
Ogólnie było mi nieswojo w tym dusznym gęstym lesie, przez który wiedzie tylko jedna wąska dróżka.

Teraz… teraz straciłam czujność. Jestem jak kameleon (który nota bene wczoraj w kuchni łypał na mnie okiem zmieniając błyskawicznie kolor z szarego na zielony). Z żaby, którą po ciemku wzięłam do ręki zamiast papieru toaletowego w ciemnym wychodku- tylko się uśmiałam. Dochodzę do wniosku, że potrafię szybko dostosować się do panujących warunków jakie by one nie były. I to jest niestety błąd.
Wczoraj przy sprzątaniu kuchni, przekomarzając się z Nastolatką, złapałam za szmatę leżącą na stole. „Rzuć to!!!” – wrzasnęła Cledys. Rzuciłam. Myśląc, że robale szmatę oblazły. Jak duch, w kuchni pojawił się Rycerz na Białym Koniu. A ściślej mówiąc upaprany niebosko błotem Ender z maczetą. Złapał szmatę. „Z drugiej strony” – powiedziała Cledys i wtedy zobaczyłam go. Naprawdę dużego skorpiona.

Do tej pory miałam przyjemność zaznajomić się z dwoma. Jeden w Gwatemali urządził sobie mieszkanie w moim plecaku. Drugi, ratując się od Śmierci Przez Rozdeptanie wpuścił jad w bosą stopę pewnego Ahmeda na Saharze. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam że jad skorpiona jest naprawdę bolesny. Ahmed najpierw  krzyczał, potem się wił, a na koniec zaczął płakać. Lekarz przyjechał po godzinie, w ciągu której koledzy Ahmeda traktowali stopę Ahmeda na różne sposoby- począwszy od puszczenia na nią strumienia zimnego (koi ból) gazu, po dłubanie w niej nożem. Najniebezpieczniejsze nie są wcale duże skorpiony. Z opisów sądząc, małe czarne stworzenie wielkości połowy kciuka czyli skorpion gwatemalski mógł pozbawić mnie życia. Ten tutaj, wielkości dłoni, spowodować mógł u mnie co najwyżej w najgorszym razie kilkudniowy paraliż.

Nie wiem tylko, czy nie nazbyt pochopnie Ender ciachnął go maczetą na pół, a dla pewności potem zwłoki podeptał. Wszak Słońce wchodzi właśnie w znak Skorpiona. W mój znak. I Endera też. Optymistycznie zakładam, że był to zatem nasz Skorpion Ofiarny i że – jak każde totemiczne zwierzę – będzie po śmierci chronić nas od złych przygód. Tak na wszelki wypadek publicznie niniejszym składam hołd poległemu w kuchni pajęczakowi.

– Mówiłem ci, żebyś, jak bierzesz coś do ręki, najpierw patrzyła CO bierzesz.
Acha, no może mówił. Ale człowiek traci czujność. Ale teraz znów ją zyskał. Kiedy Szakira buszowała w pobliskich krzakach przechodząca z praniem Laydys rzuciła niedbale: Lepiej ją zawołaj, widziałam tam niedawno gniazdo węży.
Dziś psy pobiegły za chłopakami na plantację kawy. Mam nadzieję , że nie zechcą urządzić polowania na węże.
A pająki? Nigdy ich nie zabijam, bo ponoć pająki przynoszą szczęście, ale czy aby w dżungli na pewno też? Czy aby nie ma tu takich, co to mogą przynieść Szczęście… eeee… Wieczne?

W każdym razie tak czy owak jestem zdania, że skorpiony do spółki z wężami i tarantulami i tak są o niebo lepsze niż karaluchy giganty i na pewno z ich powodu nie wyniosę się spod adresu Sierra Nevada, 3 godziny pod górę, za szkoła wiejską w lewo, kamiennym tunelem w dół, a potem jarem ostro pod górę otra vez. Czerwona ziemia. Duży mangowiec na lewo. Łagodne zielone zbocze po prawej. Z dala widoczne drzewka pomarańczy i coś jakby malwy pnące się po płocie. Dym z polowej kuchni. Szczekanie Szakiry i Capo.

Tak, to już tu.





Taki jeden dzień

18 10 2010

No i kto mi uwierzy, że spedziłam 7 godzin w siodle, żeby wysłać dwie wiadomości i na nic! Po dotarciu do wioski okazało się, że we wsi nie ma prądu. I nie będzie do wieczora. Reperują coś tam. Zostać do wieczora nie mogę, po ciemku wracać przez te duszne i parne haszcze nie śmiem. Więc wychyliwszy dobrze zmrożony napój chłodzący i spożywszy jaja smażone z kury szczęśliwej (naprawdę są bardziej żółte i lepsze) noga za nogą (nogą muła) powlokłam się do domu. Po drodze, za dwa dolary zakupiłam 5 litrów benzyny, coby mieć przez kilka godzin prąd i móc naładować kompa i baterię do aparatu, a także pół kilo kurczaka i cebulę.
Nie powiem,  jak na bardzo niedoświadczonego jeźdźca chyba w siodle trzymam się nieźle, ale po tych stromizmach tak trzeba balansować umęczonym ciałem, że po powrocie myślałam, że zejdę. Z muła zejść było… ciężko.
Szakira odtańczyła dziki psi taniec radości na mój widok, Capo też się udzieliła euforia, więc wieczór upłynął w radosnej atmosferze.

Kto by pomyślał że jutro (niedziela) minie prawie tydzień, odkąd tu dotarłam.
Dość szybko przyzwyczaiłam się do panującego tu rytmu dnia.

Oto on:

5 RANO
Słyszę skrzypienie drzwi, ktoś zapala świecę i przemyka korytarzem (i ja i Szakira śpimy czujnie, więc budzimy się obie). Łóżko jest niewygodne, Ender obiecał, że zmieni mi deski w łóżku, a ja wpadłam na światły pomysł, żeby z Santa Marta przewieźć tu mój materac, który stacjonuje w domu Dilsy. No cóż przetransportować go trzeba będzie na mule, of course. Tak czy owak o 5 Szaki musi iść na siku otwieram więc jej drzwi i … się zaczyna.  Wracając z ogródka rozbudzona suczka wpada na Capo i rozpoczyna się regularna bitwa o kość, plus szczekanie, warczenie, gryzienie (wszystko to w ramach pokojowego psiego układu o nieagresji, wiec nie wymaga interwencji człowieka, ale też człowiek – czyli ja – nie za specjalnie w tych warunkach spać może).

6 RANO
Zaczyna się PRAWDZIWY DZIEŃ. Wypuszczone z komórki kury radośnie gaworzą, ptaszki pod dachem zaczynają kwilić, ludzie pluskać się pod zaimprowizowanym z beczki i wiaderka prysznicem, stukakać, pukać, gadać, hałasować. Spać trudno. A jednak po chwili ten rozgardiasz mija. Ender idzie doić krowy, senior Carlos pierwszy rusza na plantację kawy, senior Alfonso Luna przeganiać kurczaki. A ja zasypiam. Jeszcze na godzinę lub dwie. Przez sen słyszę jak Misael, Ender, Oscar i Ernesto ostrzą maczety. Nieprzyjemny jest to dźwięk dla ucha.

OD 8 RANO
Słonko przyświeca, Szakira wskakuje do łóżka. Koniec spania, gdzie moje śniadanie – wyszczekuje mantrę codzienną. No więc już nieodwołalnie trzeba się zwlec. Ptaszki ćwierkają już na całego, słonko świeci, niebo błękitne nade mną, prawo moralne we mnie, i śniadanie. Czyli zupa. Caldo najczęściej – zupa z czosnku, cebuli, ziemniaków i jajek. A potem plotki w kuchni, 9 rano to najlepszy czas na plotki. Nie wiedziałam o tym, bo w Warszawie o tej porze zawsze albo smacznie spałam, albo wlokłam się cała ponura w deszczu na jakieś jeszcze bardziej niż ja smętne planowanie numeru.  A tu-proszę! Poranny animusz, mocna kawa i plotki – jak malowane! Kto się upił na fieście w Machete, kiedy schodzą turyści, czy Manuela wyjdzie za Jose, czy raczej puści go kantem, że Tiola przytyła i pewnie jest w ciąży, a mąż Tioli to nicpoń i ladaco.
Zamiatamy obejście, dziewczyny żartują ze swoich macho-menów, Pani Matka dopytuje dlaczego zamierzam wyjechać na święta i czy nie lepiej żeby moi rodzice przyjechali tutaj (no właśnie, halo? Nie lepiej???)… No takie tam poranne pitu-pitu.
Ale już..

OD 10
Nieco poważniejemy. Trzeba pochylić się nad trudnymi decyzjami. Co uwarzyć na obiad, a co na kolację. W Machete (najbliższej i jedynej zresztą wiosce) można kupić tylko kurczaki, pomidory, ziemniaki i cebulę. Po całą resztę należy się już wyprawiać do Santa Marta. Więc po tygodniu (przypominam, że nie ma prądu, ergo lodówki) na stanie mamy co następuje:
czosnek, trochę już nieświeże paróweczki (spoko, obgotuje się i wypłucze w zimnej wodzie), cebulę, pomidory, jajka i całą masę ryżu, fasoli, grochu, soczewicy itp. Decyzja: Na obiad ryż z fasolką, na kolację salchipapas czyli podsmażane na maśle kiełbaski z ziemniakami i cebulką. No i już robi się raźniej bo trzeba to wszystko przyrządzić. Mama i Laydys rządzą w kuchni i tylko kurtuazyjnie dają mi czasem coś posiekać albo obsmażyć. Jest tu nas w sumie 9 osób do wykarmienia.
No i siekamy, smażymy, gotujemy, dusimy. W kuchni opalanej drzewem więc wszystko pachnie sielskimi wakacjami w Bieszczadach pod namiotem i ogniskiem. Czasem dym szczypie w oczy, ale na ogół wypełnia kuchnię i przestrzeń spokojem. Otula cały ten dom.

W SAMO POŁUDNIE
robi się naprawdę gorąco. Czas wybrać się nad rzekę. Schodzi się do niej pół godziny. Idę z Szakirą, oczywiście biegnie też Capo. Psy wariują, uganiając się po zboczach, wpadają w tutejsze rzepy, wskakują sobie na głowy i są szczęśliwe.
Gorzej, gdy zaczynamy schodzić po prawie pionowej ścianie do stóp wodospadu, Capo biegnie raźno jak na psa górala przystało, ale Szakirę muszę już wziąć na smycz. Zapiera się jak osioł, no w końcu schodzimy. Aj, dios, que bonito! No ale teraz kolejny problem, bo Capo nienawidzi wody, więc o ile Chaki na widok rzeki rusza przed siebie w radosnych podskokach, o tyle kundelek piszczy rozpaczliwie, muszę go wziąć na ręcę, żeby przenieść przez wodę. Szakira patrzy z niedowierzaniem: ale głupek, nie chce popływać! A potem już – same przyjemności. Pluskanie, mycie, wygrzewanie na słońcu. I prysznic pod wodospadem. Wracając, zrywam kilka limonek z drzew. Do sałatki z pomidorów.
Wracamy wszak na obiad.

O 15
zaczyna się sjesta. Albo pada, albo jeśli – tak jak dziś – jest słoneczny dzień, upał robi się okrutny. Przy obiedzie gawędzimy leniwie i nabijamy się z seniora Alfonso, bo ponoć bardzo to lubi.
Ja urządzam wielkie pranie, potem zapadam się w hamaku i czytam. Książka nudna i kiepska (gruby tom pt. „Wielki Bazar Kolejowy” o podróży przez Azję pociągami zapowiadał masę ciekawych przygód, ale to raczej opis tego co pan w podróży zjadł, a czego nie. I że był głodny albo nie był. Upajanie się przełamywaniem własnych ograniczeń to chyba przywara każdego podróżnika. Moja też.
Popołudniami uczę też Endera i Laydys polskiego. Mamy tu rozmówki i książkę do nauki, więc jako profesora staram się wywiązywać z zadań. Na razie jestem na etapie wpajania towarzystwu, że polskie c to c a nie s. I nie mówimy SUKIER ani Sentrala tylko inaczej. O ź, dź, ć… myślę z przerażeniem. Ale to jeszcze przed nami. Ender w każdym razie kiedy zapytałam go w Machete, gdzie tu jest toaleta powiedział: Primero prosto despues na prawo. Pregunta panie.
a Laydys oznajmiła Misaelowi: Jestesz piekni.
Teraz na jej zyczenie cwiczymy: Daj mi buzi.
Co brzmi: dajmi busi.
Też ładnie.
.
PO 16
zaczyna się kuchenna krzątanina, trzeba zdążyć z kolacją przed zapadnięciem zmroku. W kuchni toczy się życie. Gromadzą się wszyscy. Pijemy tinto (czyli czarną kawę) coś tam pyrkocze na piecu, psy zdyszane leżą pod ławą. To Czas na Newsy. Codziennie ktoś przecież skądś wraca. A to senior Carlos z Ciudad Perdida z dobrymi nowinami. Będzie praca – za 400 dolarów! Trzeba przewieźć materiały do budowy kolejnego obozowiska dla turystów. Wynajęcie mułów i plus transport … liczymy… no, nieźle. Gdyby były jeszcze dwa muły… No przecież można wynajać od Indian. Postanowione: jutro idziemy porozmawiać z Koguis. Przychodzi wujek z obozu dla turystów, opowiada anegdoty, np o tym jak to pewien Szwajcar uparł się bez pomocy przekraczać rwącą po deszczu rzekę. Oczywiście wpadł do niej po same uszy, na dodatek razem z aparatem. No i wszyscy pękają ze śmiechu. Innym razem to Misael wraca z Machete, dzwonił do Santa Marta, wciąż nie ma turystów, a z nimi- pieniądzy… U Dilsy wszystko OK. Wyzdrowiała. A moja paczka z książkami wciąż nie doszła. Słońce zachodzi nad górami. Zapada cisza.

O 18
robi się szalenie romantycznie- wszędzie palą się świece. Ach, brakuje tylko lampki czerwonego wina! Zamiast wina pijemy wodę z limonką i cukrem trzcinowym, liptona, którego przywiozłam z Polski (tu nie dostania), gramy w gry planszowe, albo rozmawiamy. O przeszłości. I o przyszłości. Pani Matka chciałaby sprzedać to miejsce i założyć w Santa Marta mały hotel. Ale nie szkoda tego? Domu na zboczu góry, w którym na świat przyszło ośmioro dzieci i tyle się zdarzyło? Nie szkoda tych drzew mango obsypanych kwieciem, papai zwisających z gałęzi? Tej przestrzeni i wolności? No, szkoda. Zwłaszcza, że synowie i córki, którzy kiedyś z tego domu wyfrunęli, teraz wracają. Nie sami. Roi się od ludzi. Tylko patrzeć, jak zaroi się od dzieci. Mama uśmiecha się lisio. Kolej rzeczy. Wszędzie taka sama, niezależnie od tego, czy w twojej kuchni stoi zmywarka czy gliniany piec.

PO 20
Powoli wszyscy rozchodzą się do siebie, pora spać. Odpalam kompa. Znowu nic nie napisałam i nic nie napiszę.
Bo co mam napisać o jednym z bardziej leniwych zwykłych dni jakie przeżyłam? Był i minął. Gaszę świecę, nade mną niebo usiane gwiazdami. Cicho jak kot zakrada się Ender i pyta: Znasz się na kosmosie?
Haha! Czy ja znam się na kosmosie? Na chaosie – to na pewno. Próbuję w tym podniebnym bałaganie znaleźć porządek Małej i Wielkiej Niedźwiedzicy, ale daremnie. Gwiazd jest wiecej niż zwykle. O ta tutaj.. To Orion? Może tak, może nie. Cykady dają swój koncert, pohukuje puszczyk. Zapalam czołówkę i idę się myć. Za mną-Szakira. Nie odstępuje mnie ani na krok. Jutro muszę ją wykąpać. Śpi ze mną w łóżku, a kleszczy tu nie brak. Dochodzi 21. Niebywałe. Chce mi się spać. Zasypiając słyszę jakieś zwierzę skradające się po dachu. Kuna? Łasica? W każdym razie coś mniejszego od tygrysa.

NOC
Leżę w absolutnej ciemności, Szaki dyszy w ucho. Ciekawe czy jogurt się zważył, bo jeśli nie, mogłabym jutro zrobić dla wszystkich kurczaka po staropolsku, duszonego w jogurcie właśnie – takie myśli zaprzątają moją głowę. Swędzi pogryziona skóra. Capo zakrada się po cichu i korzystając, że jest chwilowo puste- ładuje się na posłanie Szakiry.
Czy to fakt, że cały dzień jestem na powietrzu, czy to sprawka żółtych zdrowych jajek? Nie wiem. Wiem natomiast, że lepiej mi tu niż w Santa Marta. O Warszawie nie wspominając. – i to jest ostatnia myśl przed tym zanim zapadnę się w całkiem chłodny i przyjemny sen.





Jak NIE POSZŁAM do szamana

7 01 2010

Na jednej z plaż Parque Tayrona, w Arreciffes rocznie ginie 200 osób, które lekceważą ostrzeżenie o silnych wirach i prądach morskich. Wirów wokół Santa Marta jest więcej… Jeden z nich wciągnął mnie i przytrzymał na miejscu przez miesiąc. Wykonywałam jakieś ruchy pozorne, a to do Cartageny, a to do górskiej chaty wgłłąb Sierra Nevada, a to na dzikie plaże, które tu są (bez mew wprawdzie za to z pelikanami). Wydawało mi się, że te ruchy są znaczne, gwałtowne i bardzo konkretne, ale przecież – nie ma się co oszukiwać – to były tylko pozory. Święta Marta złapała mnie i trzymała w swoich objęciach bardzo mocno… Zwłaszcza, że przeznaczenie zapukało do moich drzwi, zapukało? Co ja piszę! Waliło, łomotało, dopraszało się i krzyczało: No przecież chciałaś. Tego właśnie chciałaś!!! A teraz niby co?

Nie wdając się w szczegóły – tradycyjnie już dla mojej powolnej włóczęgi pojawiła się sposobność, a wraz z nią potrzeba, żeby zostać na dłużej w Kolumbii.

Nie wiedziałam, co robić. Wszystko we mnie krzyczało: Tak, chcę, tak!

Ale za mało siły, żeby wiedzieć na pewno, że tu i teraz to jest właśnie ta słuszna decyzja. Że te syreny co wabią cudnym głosem, nie dadzą mi potem w kość.

Siedzimy na łące. Ender gapi się, jak to ma w zwyczaju w niebo i pogryza trawkę (bez uśmieszków mi tu proszę, taką zwykłą, łodygę jakąś znaczy się). Ja się też nauczyłam tu gapić, jak już wspominałam całkiem sprawnie się zagapiam i przynosi mi to dużo radości.

Nagle z zagapienia wyrywa mnie rzucone w przestrzeń przez Endera:

  • Nie pójdziemy do szamana.
  • Dlaczego nie?
  • Po co? Nie potrzebujesz.
  • Jak to nie? Muszę się go zapytać co z mną będzie.
  • A co ma być?
  • No co z moja przyszłością… i w ogóle.
  • Dobrze wiesz, co z twoją przyszłością. Nie musisz pytać innych, co masz robić.
  • Nawet szamana?!
  • Nawet szamana. Szaman jest dobry dla słabych ludzi. Mówi im jak mają żyć i co mają robić. A ty przecież dobrze wiesz.

I tu się Ender podniósł i poszedł siodłać muła Culacho. A ja zostałam ze świadomością, ze żaden szaman mi nie pomoże. Że decyzja, która kiełkuje, musi mieć czas żeby urosnąć we mnie…

Kiedy ruszyliśmy w dalszą drogę, coś zabłyszczało w trawie na łące. Podkowa.

Ender łypnął okiem. – No widzisz, co ja ci będę powtarzał, jak cała Kolumbia daje ci jasne znaki – westchnął. Podkowę zabrałam ze sobą.. Plecak jest coraz cięższy..

Ale nie tylko od podkowy i innych amuletów. Prezenty od Mikołaja też ważą. Różowa piżamka w kwiatki, biała indiańska lniana koszula, tomik wierszy, czarna koszulka, taka randkowa bardziej, no i buty do tańca. Wiem, wiem… za dużo. Ale jak ja mam niby tańczyć salsę w sandałach ecco? Albo w trekkingowych goreteksach? No jak? Wiem – Pawlikowska by potrafiła, ale ja nie umiem.

A propos prezentów… zagadka: który z elementów na poniższym obrazku to mój gwiazdkowy podarunek?

Bingo. Ten właśnie.

No bo jak mam mieszkanie, to dlaczego nie miałabym mieć psa? – pomyśleli życzliwi przyjaciele. Nauczona doświadczeniem z Szakirą, przekazałam szczeniaka w lepsze od moich ręce.

A jak świąteczne nastroje? Ja tak tylko, dla przypomnienia.

A tak w ogóle to piszę z Bogoty. Przyjechałam przedłużyć wizę. I zaraz wracam na moje Karaiby. Tu zimno nie do wytrzymania, z 7 stopni, jak nie mniej. Mieszkam w Candelarii na szczycie Bogoty, w pięknej dzielnicy kolorowych domków, które przypominają mi trochę krakowski Kazimierz. Ale już nie mogę doczekać się, kiedy będę spała we WŁASNYM Łóżku. Własnym KARAIBSKIM łóżku rzecz jasna!!!

PS. Kochani, dochodzą mnie słuchy, że co niektórzy się burzą, że sobie Iwonkipibary nie mogą obejrzeć pod palmą na blogu. No takie jest założenie, że swoich wdzięków promować na blogu nie będę. Ale jeśli ktoś jest NAPRAWDĘ spragniony (oprócz tych, którym już swoje sexy fotki – w błocie, na drzewie, podrapana, pogryziona, złachana, itd. – wysłałam) oglądania mnie w warunkach ekstremalnych i nie tylko to proszę o zapisy, znaczy się proszę pisać, ja zaraz wyślę.